4 największe mity o współpracy z blogerami

Ten tekst jest polemiką z artykułem Kamila Mirowskiego z Mr Social, który mnie trochę zaskoczył, bo moje doświadczenia oraz doświadczenia znajomych blogerów i marketerów są zupełnie inne niż to, co zostało opisane w tekście. Postanowiłam więc napisać własną listę czterech największych mitów związanych ze współpracą z blogerami. I tak się składa, że większość z nich to właśnie to, co Kamil uznaje na swoim blogu za prawdę. Ale muszę Was rozczarować – nie będzie darcia kotów i rozlewu krwi. Kot mnie pogryzł wczoraj, nie mam już ochoty walczyć. ;)

Tak się składa, że mam w blogowaniu dziesięcioletnie doświadczenie. We współpracy w tej branży – od początku, gdy tylko zaczęło się w Polsce na blogach sensownie zarabiać, czyli od jakichś pięciu lat. Brałam udział w bardzo wielu małych kampaniach reklamowych, w kilku bardzo dużych, trwających po kilka miesięcy – do roku. Obejmujących wpisy sponsorowane, posty w Social Mediach, reklamy w tzw. outdoorze czyli na billboardach, w czasopismach, występy w telewizji, radiu i na eventach. Współpracowałam przy prowadzeniu imprez, wprowadzaniu nowych marek, wspierania obecnych, działaniach PR-owych i sprzedażowych. We wszystkich miałam trzy żelazne zasady:
1. Nie współpracuję przy marce lub produkcie, których nie lubię lub których nie poleciłabym z czystym sumieniem przyjaciółce.
2. Nie współpracuję barterowo.
3. Nie oszukuję czytelnika, a więc nie zgadzam się na cenzurę, pisanie tekstów przez ghost-writera, nieoznaczone teksty sponsorowane lub pisanie rzeczy, w które nie wierzę.
Reszta to zwykła kultura biznesowa, której jakoś specjalnie uczyć się nie trzeba. Wystarczy nawet niewielkie rozeznanie w marketingu i zdrowy rozsądek, by przeprowadzić fajną kampanię, która wyjdzie na dobre zarówno klientowi – jak i moim czytelnikom oraz mnie samej.

MIT nr 1 – POPULARNY BLOGER SPRAWI, ŻE PRODUKT ZOSTANIE WYPRZEDANY

No właśnie. Odrzuciłam wiele ofert reklamowych – zwłaszcza tych od małych, startujących dopiero marek – w których czułam, że reklamodawcy zależy tylko na szybkiej sprzedaży produktu. Bloger nie sprzedaje. Nie jesteśmy sprzedawcami. Ten model się po prostu nie sprawdza, jeśli piszemy teksty sponsorowane, bo internauta jest człowiekiem wyjątkowo odpornym na reklamę i gdy tylko widzi, że ktoś napisał post sponsorowany przez markę X, to podchodzi nieufnie do treści tego posta (między innymi dlatego tak ważne jest, żeby nigdy czytelnika nie oszukać i nie wciskać mu kitu). Spośród czytelników blogera jedynie około jedna piąta faktycznie kupuje produkty polecane na blogu. Tylko, albo AŻ, bo to są mimo wszystko duże liczby, gdy zasięg blogera to na przykład 100 tys. użytkowników. Ale mimo wszystko największą zaletą blogera jest wpływ na wizerunek marki, a nie bezpośrednio na sprzedaż. Marki reklamowane w blogosferze zyskują taką przypinkę „fajne”. Stają się markami przyjaznymi, uśmiechniętymi, którym można zaufać i które chce się mieć.

Popularny bloger to influencer. Tak jest, choć Kamil Mirowski próbuje w swoim artykule powiedzieć, że to mit. Influence to wpływ. Czyli bloger wpływa na czytelnika. Ma zasięg, jest czytany, wiele osób go podziwia, ceni lub mu zazdrości. I to, jakie marki ten bloger promuje, też dociera do czytelnika oraz buduje obraz tych marek w jego oczach. Nie zawsze i nie w całości to się przekłada na sprzedaż, ale – no właśnie – „influencer” to nie „seller”. Nie mylmy tych pojęć. Jedną z największych zalet influencera jest umiejętność zbudowania świadomości marki wśród czytelników i to z tego powinni korzystać reklamodawcy.

Od tej zasady też zresztą są wyjątki, bo blogerzy potrafią sprzedać produkt, jeśli faktycznie jest on doskonale dopasowany do tematyki bloga i np. blogerka urodowa zareklamuje fantastyczną szminkę lub bloger finansowy zareklamuje świetną inwestycję. Takie produkty czasem rozchodzą się jak świeże bułeczki w ciągu paru dni od publikacji artykułu. Dlatego warto robić dobrze wybierać blogerów do danej kampanii i zwracać szczególną uwagę na tych, którzy mają swoje zaangażowane społeczności (nawet niewielkie) – a nie puste, szerokie zasięgi, za którymi idzie głównie przypadkowy czytelnik.

PRAWDA: Bloger to influencer, a więc działa przede wszystkim dobrze na wizerunek marki i jej świadomość. Bloger to nie seller, a więc nie działa bezpośrednio na sprzedaż produktu.

MIT nr 2 – BLOGER JEST NIELOJALNY

Wiem, skąd się wziął ten mit. Ano stąd, że faktycznie raz na jakiś czas pojawia się w sieci jakaś burza związana z blogerem, który krytycznie ocenia jakąś markę. Ale… Po pierwsze to nie jest zjawisko zbyt częste. Po prostu widzimy je wyraźnie, bo ludzie lubią skandale, kłótnie i hejty, więc to nakręcają, wyjmują popcorn, colę i obserwują. Jak na igrzyskach śmierci. Po drugie – blogerów jest w Polsce milijon (a właściwie kilka milijonów), co sprowadza się do tego, że blogerem może się nazwać nawet pan Mirek z Pcimia, który pracuje jako hydraulik, ale w wolnym czasie recenzuje filmy na blogspocie. A ludzie hejtują. Wśród profesjonalnych blogerów, czyli tych bardzo popularnych i traktujących blogowanie jako zawód bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś hejtował jakąś markę, a już najrzadziej, żeby hejtował markę, z którą współpracuje lub współpracował. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie takiej akcji. Wręcz przeciwnie – w środowisku blogerów wiadomo, że pisanie źle o partnerze biznesowym nie tylko krzywdzi tego partnera, ale też blogera, który straci potem w oczach innych potencjalnych sponsorów. Dlatego blogerzy nie mówią źle o markach, z którymi współpracowali.

Kamil Mirowski pisze w swoim tekście:

Lojalność blogera w stosunku do marki czy produktu jest tak długotrwała, jak okres przeprowadzanej kampanii reklamowej. Bloger nie da Ci żadnej gwarancji, że dzień po zakończonej współpracy nie zostanie zaangażowany w kampanię reklamową konkurencyjnej firmy.

Cóż. Trudno, żeby od blogera wymagać wyłączności za darmo. No właśnie. Bo tu już mowa o WYŁĄCZNOŚCI a nie LOJALNOŚCI. Znów – nie mylmy pojęć. To tak, jakby wykupić reklamę szminki w Elle i potem się dziwić, że konkurencyjna firma kupiła reklamę miesiąc później. No tak to działa. Za wyłączność się płaci. Jeśli dla blogera inny produkt jest równie dobry, co poprzednio reklamowany, to dlaczego miałby go nie reklamować – skoro nikt go do tego nie zobowiązuje i nie wynagradza mu braku możliwości zarobku po zakończonej kampanii.

PRAWDA: Profesjonalny, doświadczony bloger nigdy nie jest nielojalny wobec marki, z którą współpracuje. Wyłączność to nie lojalność. Za wyłączność się płaci.

MIT nr 3 – BLOGER JEST TANI

O, i tu w sumie mity idą w obie strony. Z jednej strony bloger jest cholernie tani w porównaniu ze standardową reklamą w prasie lub telewizji. Dla przykładu:

Czasopismo kobiece o nakładzie niecałe 200 tys. egzemplarzy miesięcznie bierze za rozkładówkę 350 tys. zł, za jedną stronę w środku około 150 tys. zł. Najmniejszy koszt reklamy w takim miesięczniku to 50 tys. zł i dostajemy wtedy 1/4 strony. W każdym przypadku reklama jest jedną z wielu i nie jest w żaden sposób osobiście promowana przez naczelną.

Blogerka z tematyki kobiecej o czytelnictwie 100 tys. – 200 tys. UU bierze za tekst sponsorowany od 5 tys. zł. do 10 tys. zł. Takie posty są przeważnie dodatkowo wspierane w Social Mediach i stanowią jedyną treść danego dnia. Czytelnik wie, że blogerka osobiście przetestowała i poleca markę. Reklama jest więc główną treścią na blogu przez dzień lub kilka dni oraz stanowi jedną z kilkunastu autonomicznych publikacji w miesiącu.

Z drugiej strony, faktycznie niektórym reklamodawcom wydaje się, że bloger będzie pracował w barterze za paczkę wacików kosmetycznych lub wystarczy mu wynagrodzenie rzędu kilkuset złotych za tekst dla kilkudziesięciotysięcznej publiczności. To to jest oczywiście mit.

PRAWDA: Blogerzy są tani w porównaniu do tradycyjnej reklamy w starych mediach. Ale blogerzy nie pracują za darmo, za produkty albo za kilkaset złotych.

MIT nr 4 – WSPÓŁPRACA Z BLOGEREM JEST TRUDNA.

Tak się często mówi. Kamil Mirowski też tak mówi. I jeszcze paru innych bym znalazła, którzy tak twierdzą. Współczuję im w takim razie tych nieudanych współprac, na podstawie których wysnuli takie wnioski. Ludzie są różni. Z jednymi pracuje się łatwiej, z innymi trudniej. Dokładnie to samo tyczy się każdej innej branży i każdej innej relacji biznesowej. Ja, jako blogerka, mam też za sobą bardzo udane i bardzo trudne współprace z agencjami lub bezpośrednio z klientami. Ale nie wysnuwam na tej podstawie wniosków, że „współpraca z agencją reklamową jest trudna”, bo nie jest to reguła.

Są blogerzy, którzy dopiero zaczynają profesjonalne blogowanie i mogą po prostu być nieporadni w kwestii umów oraz komunikacji. Być może niektórzy starzy wyjadacze też sprawiają problemy. Ale moje doświadczenie mówi, że to wcale nie bloger obwarowuje się warunkami, karami i obostrzeniami. To najczęściej wielkie agencje z dużymi działami prawnymi podsuwają małemu blogerowi umowy do podpisywania i w tych umowach na przykład widnieją kary rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych za to, że bloger nie zgodzi się na publikację jednego z tekstów. W zamian umowa nie oferuje żadnej równowagi. Jest tylko multum wymogów, pełne przekazanie praw autorskich (tego absolutnie nie wolno robić!), nieograniczone czasowo prawo do wykorzystania tekstu, zdjęć, wizerunku itp. Bloger musi potem się wykłócać o zmianę lub wykreślenie niektórych punktów oraz o dodanie też pewnych zabezpieczeń dla niego – na przykład o wyższe odsetki w razie opóźnienia w płatności, a uwierzcie mi, takie opóźnienia, nawet kilkumiesięczne, są dość częste. Ja właśnie dostałam nakaz sądowy zapłaty od agencji, która ponad pół roku spóźniała się z płatnością i nie odpowiadała na maile i telefony (Nie piszę, kto, bo nie chcę, żeby na wpadce agencji ucierpiał niewinny reklamodawca, którego markę wciąż polecam i uważam za fantastyczną. Czyli – punkt 2 :)).

Współpraca z profesjonalnym blogerem de facto sprowadza się do:
1. Napisania maila z propozycją [czego oczekuje klient];
2. Bloger odpowiada, czy jest zainteresowany współpracą i jeśli jest, to podaje cenę takiej usługi;
3. Agencja akceptuje bądź negocjuje cenę i jeśli obie strony się na nią zgadzają…
4. Agencja wysyła umowę, która najczęściej jest dość jednostronna, więc bloger poddaje ją modyfikacjom lub proponuje własną (to ten etap można uznać za „trudny”);
5. Podpisanie umowy, najczęściej za pośrednictwem kuriera, bo szybciej;
6. Bloger w ustalonych terminach publikuje wpis lub w inny sposób wykonuje swoją część umowy;
7. Bloger wystawia fakturę;
8. Agencja opłaca fakturę, daj Borze w terminie.

Dla blogera nie ma już znaczenia, czy się go traktuje indywidualnie, czy się zna bloga, czy się czytało dział „reklama na blogu”, czy marketer jest miły, czy łechce ego. Dla blogera jest ważna jasna, szybka, konkretna i terminowa współpraca.

Tak więc, cytując Michała Góreckiego:

Lubię Kamila, ale znam już na tyle, że przed przeczytaniem spodziewałem się wylewania żali :) Nazwałbym to „jak spieprzyć kampanie z blogerem gdy nie ma sie pojęcia jak ją zrobić dobrze” :)

Komentarze do wpisu: 52 Napisz komentarz

  1. W punkt. Chociaż uważam, że tej zwykłej kultury biznesowej właśnie trzeba uczyć. Jeśli ktoś nie ma obycia, nie nauczył się tego w pracy, to potem wychodzi w trakcie współpracy. Po obu stronach.

  2. Czy ja dobrze zrozumiałem, że Kamil w czwartym punkcie sugeruje, że oznaczanie wpisów napisanych przy współpracy jest złe i nieskuteczne marketingowo? Ręce opadają.

    Czekam jeszcze na jego artykuł, że reklamy w gazetach są nieskuteczne (bo ludzie przerzucają stronę i idą dalej), w telewizji (bo ludzie nie są głupi i przełączają kanał), w radiu (bo kto słucha reklam w radiu?) i na billboardach (bo wszyscy odwracają wzrok gdy je widzą).

    Ja jestem prosty człowiek, niewyedukowany marketingowo i zastanawia mnie mocno – skoro reklamy na blogach są takie nieskuteczne, to co wszystkie (no, prawie wszystkie) największe firmy robią tam od tylu lat? Spisek? Ślepota?

    Ale skoro Kamil tytułuje się redaktorem naczelnym serwisu o piwach (adres podany na stronie Kim Jestem?), który od roku nie istnieje i wyświetlają się tam teraz reklamy serwisu o pokerze, to ja nie mam więcej pytań.

    1. „to co wszystkie (no, prawie wszystkie) największe firmy robią tam od tylu lat? Spisek? Ślepota?”

      Desperacja.
      Nikt nie potrafił zmierzyć skuteczności reklamy w mediach – i poza nimi – dopiero Internet dał taką możliwość. I pokazał, że w reklama w Internecie (poza wynikami w wyszukiwarce) … nie działa.
      Jednak każdego dnia rodzą się nowi frajerzy, którzy myślą, że coś ugrają i trwonią kasę firmy. Bo przecież to nie ich kasa a uzasadnić swoje istnienie jakoś trzeba.

        1. A mnie się spodobało, od razu skojarzył mi się podniosły styl „jestem jak miljon, bo za miljony kocham i cierpię katusze”, co właściwie pasuje do tematyki tekstu. ;))

        2. Josie M napisał(a):

          gdyby było w cudzysłowie, miałoby sens zapożyczenia, a tak ma jedynie sens błędu ortograficznego, blog widzę ma aspekty edukacyjne, a takie silenie się na „stylistyczne zabiegi” tychże aspektów pozbawia

        3. Josie M napisał(a):

          Do czego to doszło, że zwrócenie uwagi na błąd ortograficzny stało się hejtem. Zero dystansu do siebie nie masz niestety skoro takie coś uważasz za jakiś przejaw nienawiści…

        4. Dominika P napisał(a):

          Tylko, że Ty nie zwróciłeś uwagi na błąd ortograficzny, tylko wytknąłeś zabieg stylistyczny…

        5. Josie, Ty nie zwróciłaś uwagi na błąd ortograficzny. Ty nie zrozumiałaś pewnej figury. Miałaś prawo. Ale gdy już zostało ci to wytłumaczone, to albo się milczy – albo przeprasza – albo argumentuje swoje odmienne stanowisko w sposób nieobraźliwy.

        6. Karol Janson napisał(a):

          Josie M, pozwól proszę, że Ci wytłumaczę.
          Gdy piszesz do kogoś, że daleko mu do Mickiewicza, to obrażasz tę osobę. Gdy piszesz komuś, że nie pisze normalnie, to sugerujesz nienormalność, czyli obrażasz tę osobę.
          Czym innym jest wyrażanie swojego zdania, czym innym pisanie o autorce. Zobacz. Ja zamiast napisać, że uważam Cię za idiotę, wolę napisać, że Twoje zarzuty są, moim zdaniem, idiotyczne, bo taki ma autorka styl. I, co gorsza, ma prawo do takiego stylu!
          Widzisz różnicę ?

        7. Josie M napisał(a):

          „Gdy piszesz do kogoś, że daleko mu do Mickiewicza, to obrażasz tę osobę.” dawno się tak nie uśmiałam, z dwojga złego…gdybym napisała, że do Mickiewicza blisko, obraziłabym Mickiewicza.

        8. I kolejny raz, Josie.
          Wyobraź sobie, że idę do Ciebie w gości i mówię Ci, że daleko Ci do Cindy Crawford.
          Nawet, jeśli tak jest (nie wiem, nigdy Cię nie widziałam), to wypowiedzenie takiego zdania jest bardzo niegrzeczne, prawda?

        9. Josie M napisał(a):

          a napisałam „pisze nienormalnie” nie znaczy, że sugeruję nienormalność – to Ty tak sugerujesz…

        10. Josie M napisał(a):

          A gdzie tu ta niegrzeczność? Czyżbyś uważała, że dorównujesz Mickiewiczowi i słowa, że Ci do niego daleko Cię obrażały? Jeśli tak to wybacz!

        11. „do Mickiewicza jednak daleko”, „może czas pisać normalnie”, „może czas pisać poprawnie”, „silenie się na …”.
          TU ta niegrzeczność.

        12. Josie M napisał(a):

          Faktycznie. Skoro tu widzisz niegrzeczność, to szkoda się silić się na jakiekolwiek komentarze. To jest po prostu moja opinia na temat lekiego stosunku do ortografii. Normalna i poprawna pisownia w internecie to element netykiety. Ale skoro dla Ciebie niegrzeczność to moja opinia ze do Mickiewicza to się porównywać nie powinnaś to cóż, niestety nic na to nie poradzę.

        13. Poradzisz, jeśli chcesz. Wystarczy na przykład przeczytać i zrozumieć ten zalinkowany Ci wcześniej tekst o różnicy pomiędzy hejtem a krytyką.
          I nie – „normalna” pisownia nie jest elementem netykiety.

    1. Morrrigan napisał(a):

      A really to nie zapożyczenie? Czemu nie w cudzysłowie ;)? Śmiesznostki Cię tak burzą, a Twoją wypowiedź można podciągnąć pod zanieczyszczanie języka zbędnymi anglicyzmami. Słuchaj, żelazna zasada, poprawiaj innych co najwyżej wtedy, kiedy jesteś bez skazy. Złośliwości są tu po prostu bezpodstawne, wyszłaś/wyszedłeś na gbura, pasuje Ci to?

      1. Josie M napisał(a):

        No w końcu ktoś to dostrzegł i komuś przeszkadza! Taki był cel. Moja misja spełniona, dzięki Ci Morrrigan.
        Czy mi pasuje? Nie przykladam do tego wagi, bo mam do siebie dystans. Nie ma dla mnie znaczenia, co kto o mnie napisze.
        Po prostu pomyliłam się, sądząc, że tu można napisać prawdę, a widać można pisać dobrze albo wcale.
        Miłego dnia.

  3. Mam wrażenie, że Kamilowi z Mr Social blogerzy mocno zaleźli za skórę. :) Zdecydowanie bliżej mi do Twojego podejścia niż do jego, chociaż jestem dopiero na etapie teoretycznego zbierania informacji na ten temat. Bardzo rzeczowy tekst, dziękuję! :)

  4. Z takich wpisów można zdecydowanie więcej wynieść niż z hejtów na blogerów i żalu do nich. Najbardziej wzruszyło mnie podsumowanie Kamila. Bo my mamy humory i cenniki i 20 lat więc nie jesteśmy godni współpracy z firmą.
    To, co mówimy o biznesie pokazuje, jacy w tym biznesie jesteśmy.
    To, jak mówimy o innych pokazuje, jak innych traktować będziemy.

  5. xeronegro napisał(a):

    porównywanie zasięgu blogera (online) do drogiej prasy lifestyle i to wg cenników bez uwzględnienia rabatów (a te mogą sięgać nawet 80%) chyba nie do końca w punkt. jak już bym miała porównywać ceny bloga – to z medium online. wtedy rzeczywiście często wychodzi, że współpraca z blogerem jest droższa, a i system raportowania też bardziej umowny niż z medium, który ma kilkuosobowy dział reklamy. poza tym wciąż mówimy o współpracy płatnej, a z mediami zwykle do reklamy dostaje się bonusy i – jak specjalista obrotny – na przyszłość i PR sobie zrobi. co nie zmienia faktu, że marki nie powinny wybierać współpracy z blogerem na zasadzie „albo-albo”, no i oprócz zasięgów powinna się liczyć przede wszystkim jakość :)

  6. Mam ten luksus, że problem współpracy reklamowej na linii firma-bloger mnie nie dotyczy, bo ze względu na specyfikę mojego bloga oraz moją historię mógłbym co najwyżej promować:
    1. producentów różańców i wydawców Pisma Świętego;
    2. biura rachunkowe („gdybym korzystał z biura rachunkowego Księgowex JanuszPolKsięg, nie miałbym tylu problemów prawnych, ile miałem”;
    3. konkretną kancelarię adwokacką („to dzięki nim nie siedzę w więzieniu”).

    Dlatego na ten typ współpracy mogę spojrzeć bardziej obiektywnie. Niczym przecież nie ryzykuję.

    I patrząc obiektywnie, myślę sobie tak:
    1. Kamil ma rację o tyle, że wielu „guru współczesnego marketingu” idealizuje współpracę z blogerami.
    2. Blogi nie są medium właściwym dla każdej firmy i każdego produktu. Tak samo jak telewizja nie jest dla każdego, outdoor nie jest dla każdego, itp.
    3. Kamil, mam wrażenie, próbuje wyróżnić się jako specjalista od marketingu, udając idącego pod prąd. „Skoro wszędzie piszą, żeby z blogerami żyć dobrze, to ja napiszę, żeby ich olać i będę wyjątkowy.”
    4. Sprawa jest prosta jak konstrukcja cepa: Z jednymi blogerami warto współpracować, z innymi nie. Tak jak z gazetami, stacjami telewizyjnymi, radiowymi, czy portalami starej daty.

  7. Josie M napisał(a):

    Widać w kółkach wzajemnej adoracji nie da się prowadzić dyskusji na poziomie.
    Jestem czwarta osobą, która zwróciła uwagę na błąd ortograficzny „milijon” (co zaznaczyła sama autorka, odpowiadając na mój wpis). Nie jestem wobec tego osamotniona w puryzmie językowym, i w zwracaniu uwagi na byki.
    Autorka może sobie tłumaczyć swoje lekkie podejście do zasad otrografii mickiewiczowskimi zabiegami, ale Mickiewicz nie pisał tak bo mu się podobało – wówczas taki wyraz był poprawny i w normalnym użyciu.
    Jak do tej pory napisałam rzeczy, które się Wam nie spodobały, ale żadne nie było nacechowane ani chamstwem ani obrazą, tak sobie to zinterpretowaliście, ok – każdy ma prawo odbierać neutralnie nacechowane wyrazy jak sobie chce.
    Ale spójrzcie na siebie zostałam już nazwana „hejterką”, i „trolem” – tylko dlatego, że mam odmienne zdanie i kontynuuję rozmowę.
    Ani „hejter” ani „troll” nie są pozytywnymi określeniami, mimo najszczerszych chęci nie da się ich zinterpretować nawet neutralnie.
    Jak do tej pory jedynymi osobami, które tu kogoś obrażają jesteście Wy sami, nazywając mnie w taki sposób.
    Określenie co to jest „hejt” już dawno zostało sprecyzowane, oczywiście każdy bloger musi sobie napisać definicje jaka mu pasuje, żeby potem ładnie móc nazywać „hejteremi” czytelników, którzy nie piszą pod jego wpisami „ochów i achów”, a mają odmienne od niego zdanie.
    Czytałam tekst o przyjęciu uchodzców do siebie. Pod nim było mnóstwo „hejtu” – do uchodźców, do autorki, do osób które ją popierały, ale jakoś nikt nie został oklejony obrazkami „trolla” i „hejtera”…
    I choć nijak mnie nie dotykają te powyższe obelgi, to nie zwykłam zniżać się do poziomu osób mnie obrażających i kontynuować rozmów z kimś takim.
    Imádja egymást. Szép napot!

    1. Nie, Josie. Nie zostałaś nazwana hejterką (trollem faktycznie nie jesteś) dlatego, że masz inne zdanie. Zostałaś tak nazwana, bo Twoje komentarze są niekulturalne.
      A teraz po raz kolejny obrażasz i jesteś niekulturalna. Pozwól, że wypunktuję momenty, w których tak jest (czasem wielkimi literami wskażę pewne zabiegi i stylistykę, która jest nastawiona na zranienie odbiorcy, żeby Ci to wyraźniej pokazać):
      „w kółkach wzajemnej adoracji”
      „Autorka MOŻE SOBIE tłumaczyć swoje lekkie podejście”
      „zostałam już nazwana „hejterką”, i „trolem” – TYLKO DLATEGO, ŻE MAM ODMIENNE ZDANIE i kontynuuję rozmowę” (no faktycznie, gdyby ktoś Cię nazywał hejterem za odmienne zdanie, to by było źle. Ale tu to nie ma miejsca).
      „oczywiście każdy bloger musi sobie napisać definicje jaka mu pasuje”
      „czytelników, którzy nie piszą pod jego wpisami „ochów i achów”, a mają odmienne od niego zdanie.”
      „nie zwykłam zniżać się do poziomu osób mnie obrażających i kontynuować rozmów z kimś takim.”

      Widzisz, już sam fakt, że zwróciłaś komuś uwagę na błąd ortograficzny (a za taki miałaś słowo „milijon”) w publicznym komentarzu jest niegrzeczny. Ale nie o to się czepiamy i, jak zauważyłaś, nie o tym była dyskusja. W praktycznie każdej kolejnej swojej wypowiedzi obrażałaś mnie lub innych komentujących.

  8. iri-sunshine.blogspot.com napisał(a):

    Może to stwierdzenie, że „współpraca z blogerem jest trudna” jest oparta na prostej współpracy z początkującymi? Cieszą się jak szaleni (zachwyty i pochwalenie się w poście jak jest super); w związku z tym, że są wdzięczni, to niczego nie wymagają, więc wszystko idzie gładko. A jak trafia się na blogera z większym doświadczeniem, to już współpraca jest trudna, bo on chce coś zmienić, stawia warunki, a przecież poprzedni po prostu kiwał głową i się cieszył. Myślę, że z takiej perspektywy, to rzeczywiście współpraca może okazać się „trudna”;)

  9. Też słyszałam opinie, że współpraca z blogerem jest trudna. Mam nadzieję jednak, że wraz z rozwojem blogosfery i coraz ładniejszymi blogami się to powoli zmieni. Dzięki za konkretne informacje, post bardzo przydatny!

  10. Ja zdecydowanie rozpoczynam swoją przygodę z blogowaniem – ale bardzo to polubiłam! – i takie wiadomości są dla mnie nowością. Te wszystkie umowy, UU, oraz podobna trudna treminologia na razie mnie przerażają.
    Bloger na pewno jest taki w porównaniu z reklamą w papierowej gazecie… ale masz rację, że nie powinien pracować za darmo :) A ja, głupia, kiedyś myślałam, że ,,zarabiać” na blogu, to ,,dostawać błyskotki” :)

  11. Witaj Matyldo ja od niedawna w porównaniu z Tobą prowadzę bloga z dorastająca córką i przyznamy się szczerze, że do tej pory radziłam sobie bez wsparcia firm zewnętrznych i tak też mam zamiar robić bo zakładki współpraca nie mam i długo nie będzie. Jeżeli pokazuje rzeczy to tylko te co mi się tak naprawdę podobają. Oprócz tego sama projektuje ubrania i stosuje często recykling ubraniowy czyli przerabiam ciuchy dając im drugie życie. Szukam za to innych źródeł finansowania, ale mój główny sponsor domaga się biznesplanu napisz co począć w takiej sytuacji gdzie mieć wsparcie jak brak go w osobie którą się kocha?

Dodaj komentarz