Brak wyboru uszczęśliwia

rekawiczki

Jest pewna zaleta wynikająca z bycia człowiekiem religijnym. Jeśli faktycznie wierzymy w niemożliwość wzięcia rozwodu i traktujemy przysięgę małżeńską jak dozgonny, nierozerwalny kontrakt, którego kończy tylko śmierć – będziemy paradoksalnie szczęśliwi nawet w nieszczęśliwym małżeństwie.

Jesteśmy wtedy jak żaba mieszkająca w kałuży otoczonej błotnistym wałem. Kilka metrów dalej może zaczynać się piękne jezioro, ale my, widząc tylko granice swojej kałuży, nie będziemy sobie zdawali sprawy, że możemy żyć lepiej i pływać w większym, wygodniejszym i piękniejszym zbiorniku. Dla nas kałuża będzie piękna, bo będzie wszystkim, co mamy.

Czasem wystarczy wyjechać poza granice miasta, by dostrzec ten schemat w życiu ludzi z małych, mocno wierzących społeczności. Hajtają się z pierwszą miłością, rodzą dzieci i choćby w małżeństwie źle się działo, seksu brakło a partner spędzał całe dnie na piciu piwa przed telewizorem – sam fakt, że nie bierzemy pod uwagę rozwodu i poznania kogoś lepszego sprawia, że nie cierpimy z powodu nieudanego małżeństwa. To wybór, alternatywa, widok na inne możliwości wpędza w udrękę. Dziś rodzina mieszkająca bez prądu i kanalizacji cierpi – ale kiedyś, gdy tych opcji po prostu nie było – ich brak nie był powodem do zmartwień. Gdybym urodziła się ślepa i nie wiedziała, czym są kolory, nie martwiłabym się tym tak jak teraz, gdybym właśnie straciła wzrok.

Tak myślę.

A jednak wolę wiedzieć, poznawać i odkrywać – nowe miejsca, ludzi i zajęcia. Bo (choć to może brzmieć dziwnie), nie szczęście mnie uszczęśliwia, ale właśnie to pragnienie, to „chcę więcej” i to dreptanie pod górkę, by zobaczyć, jaki jest widok po drugiej stronie.

Komentarze do wpisu: 34 Napisz komentarz

  1. Chcę zawsze czuć niedosyt. Pragnąć więcej, więcej móc i dalej sięgać. Nie chcę nikomu nic udowadniać, tylko iść wciąż dalej i wyżej. Przyjęcie jednego światopoglądu, jednej religii, nie poddawanie wszystkiego w wątpliwość i nie podważanie prawd bardzo by mi to utrudniło. Wyznaję filozofię wiecznego kontestowania.

  2. Intrygujący wpis. Tylko się zastanawiam, czy w małych miejscowościach naprawdę ludzie nie cierpią? Chyba cierpią i to bardziej niż w miastach, tylko wybierają „mniejsze” cierpienie: stary po gorzale mnie napieprza, ale nie mogę odejść bo… co sąsiedzi powiedzą.

    Lepiej chodzić kobiecie ze „śliwą” pod okiem niż się rozwieść. Temat rzeka i pewnie ile osób, tyle będzie zdań. Mam to szczęście (?), że klimaty wiejskie są mi dobrze znane, i to z bardzo bliska.

  3. Peter napisał(a):

    Lubię Cię Segritta, ale takich bzdur dawno nie czytałem. Dlaczego? Odpowiem Ci na moim własnym przykładzie. Całkiem niedawno byłem zakochany bez wzajemności. Ciągnęło się to latami. Nie widziałem innej drogi wyjścia, bo wciąż ją kochałem. Uważałem, że po prostu inaczej się nie da. Idąc twoim tokiem rozumowania, powinienem być…szczęsliwy! A jaki byłem? Kilka lat miałem depresję, myśli samobójcze itd. Dopiero jak pojawiła się możliwość wyjścia z tego stanu, to odżyłem, pozbyłem się depresji. To, że kobiety na zapadłych wsiach nie wyobrażają sobie brać rozwodu, nie znaczy, że są szczęśliwsze, niż te, które mogą go wziąć. Jeśli mąż je leje codziennie, to wydaje mi się, że jednak wolałyby mieć jakiś wybór… Natomiast obrazek u góry notki kompletnie nie pasuje. Nie można porównywać poważnych problemów z zakupami…. Pozdrawiam.

  4. Kasia Baszak napisał(a):

    Chłopaki, to nie chodzi o to, że oni nie cierpią, to chodzi o to, że lepsze jest znane piekło niż nieznane niebo.

  5. Pan Andrzej Szef Mafii napisał(a):

    „W księżycowych promieniach biała leży droga.

    I księżyc czysty nad głową”.

    Lubię pamiętać o tych słowach, kiedy czuję podobnie.

  6. Weronika napisał(a):

    Bez urazy, ale to Ty jesteś w tym wpisie jak taka żaba. Czy wiara powoduje, że nie dostrzega się innych możliwości w życiu, niż te, które akurat mamy pod ręką? Zawęża ilość opcji, ale nie znosi potrzeb.

  7. Harrold napisał(a):

    Dziś filozoficznie i edukacyjnie. Lubię także takie wpisy. Już sam fakt, że autorka ma takie przemyślenia napawa wiarą, że jednak nie same pustaki pozostały na tym łez padole (że tak się wyrażę).
    Odnosząc się jednakże do samej treści wpisu, sądzę, że właśnie jest tak, że sama ciekawość świata, gonienie przysłowiowego królika (czymkolwiek on w danym momencie będzie), daje największą przyjemność i satysfakcję. Podsumowując – stawianie sobie kolejnych celów i mierzenie wyżej – oto jedna z wielu recept na radość z istnienia.
    Kurde, wyszło mentorsko :) Sorki :)

  8. gola_pionierka napisał(a):

    Mnie widok innych możliwości nie wpędza w żadną udręke. Po prostu po raz kolejny nabieram wtedy pewności, że mój wybór jest najlepszy z możliwych.

    A takie życie bez wyboru to nie tylko w małych miejscowościach. Wiesz ile jest wielkomiejskich dramatów na świecie? Ile łez wylanych w poduszkę Zara Home, bo seksu nie ma, partner największe ekstazy przeżywa z penisem w jednej dłoni, a iPhonem w drugiej, ale jakoś ten apartament w Wilanowie trzeba spłacić, jak już się ten kredyt we frankach wzieło. Ile to sytuacji, gdy buzia jeszcze trochę boli po ostatnim obiciu, ale przecież odejść nie można, bo partner zna Wszystkich, bywa Wszędzie i gdyby tak od niego odejść, to trzeba by nagle na siebie zacząć liczyć, a w głowie pustki.

      1. Arczi napisał(a):

        tak sobie możesz „racjonalizować” ;)

        Kiedyś ludzie cenili zasadę „miłość aż do śmierci”. Teraz większość ludzi wyznaje zasadę „aż mi się odechcę”. Nikomu się nie chce pracować nad związkiem, lepiej skakać z kwiatka na kwiatek jak Maja. Ja osobiście chciałbym spotkać kobietę, która wyznaję zasadę „miłość aż do śmierci”, ale wiem, że to będzie trudne. Jestem osobą niewierzacą i nie kierują mną żadne religijne hasełka. Po prostu brzydzę się zepsuciem, cenię sobie konserwatywne zasady.

        1. Arczi napisał(a):

          a te zdjęcie rękawiczek mnie zasmuca. Żeby znaleźć tę jedyną trzeba niestety uprawiać monogamię seryjną, tak jak Ted z „Jak poznałem…”.

        2. gola_pionierka napisał(a):

          Żyjesz mitami romantycznymi:) Zresztą nawet romantycy wyznawali zasadę „,miłość aż do śmierci,co nie przeszkadza w ślubie z inną”. To, że istniały nierozerwalne małżeństwa, bo nie było wyboru, nie oznacza, że miłość do końca życia była wtedy zjawiskiem częściej spotykanym. Poza tym miłość to uczucie – można komuś obiecać związek do końca życia, ale nie można obiecać miłości. Zresztą to dośc naturalne, że czasem trzeba poznać kilka osób, zanim trafi się na właściwą.

        3. Arczi napisał(a):

          Akurat w mojej rodzinie mam parę przykładów urzeczywistnienia tych „mitów”, więc może ja mam po prostu wzorce, a Ty ich nigdy nie miałaś.

          ” To, że istniały nierozerwalne małżeństwa, bo nie było wyboru, nie
          oznacza, że miłość do końca życia była wtedy zjawiskiem częściej
          spotykanym.”
          Nie chodzi mi o brak wyboru, lecz raczej o trendy w myśleniu. Teraz popularne jest skakanie z kwiatka na kwiatek, kiedyś nie było.

        4. gola_pionierka napisał(a):

          A wzorce czytania ze zrozumieniem w rodzinie występowały?:) Napisałam: miłość do końca życia była wtedy zjawiskiem częściej spotykanym. Oczywiście, ze takie zjawisko jest, są ludzie, którzy kochają się przez całe życie i zawsze byli. Ale nigdy nie było to masowe. A jeśli chodzi o skakanie z kwiatka na kwiatek to np. przyzwolenie na zdradę i „męskie rozrywki” było akurat całkiem spore.

        5. Arczi napisał(a):

          Myślę, że w dobie środków masowego przekazu przyzwolenie na bzykanie się z kim popadnie zdecydowanie wzrosło. Ale to tylko taka hipoteza nie poparta badaniami ;)

        6. To nie jest racjonalizacja. Ja nigdy nie szukałam i nie szukam „tego jedynego”, bo dla mnie każdy jest wyjątkowy i nie chciałabym go wbijać w jakąś szufladkę / funkcję w moim życiu. „Pracować nad związkiem” to dla mnie synonim „zmieniania partnera” a nigdy nie czułam potrzeby zmieniania kogokolwiek i nie dałabym nikomu zmienić siebie.

        7. Arczi napisał(a):

          Jeżeli każdy jest wyjątkowy, to żaden nie jest. Dochodzimy wtedy do sytuacji jak w filmie „Kłopotliwy człowiek”.

          „pracowanie nad związkiem” to niekoniecznie zmienianie czegokolwiek. Często w związkach dochodzi do kryzysów, które mają różne powody(np. biologiczny) i przezwyciężenie tego kryzysu, to dla mnie pracowanie nad związkiem.

        8. „Jeżeli każdy jest wyjątkowy, to żaden nie jest.” Absolutnie się z tym nie zgadzam. To tak, jakby powiedzieć, że moja mama jest dla mnie osobą wyjątkową, więc już tata nie może być wyjątkowy.

        9. Arczi napisał(a):

          chyba Ty nie ten teges z rodzicami? ;) Przecież miałem na myśli partnerów…

          W sumie możesz powiedzieć, to ciągnąć i napisać „każdy miał coś wyjątkowego w sobie”, ale nie oto chodzi..

        10. Ja rozumiem, co masz na myśli. Po prostu nie wyznaję Twojej filozofii.
          Przykład z rodzicami był po prostu obaleniem Twojej teorii o wyjątkowości. U mnie w życiu nie ma funkcji „ten jedyny”, „partner”, „chłopak” itp. U mnie w życiu jest Kuba, Michał i Maciek (imiona przypadkowe). Każdy z nich pełni swoją niepowtarzalną funkcję, jest dla mnie absolutnie wyjątkowym człowiekiem i to nie jest tak, że mam jakiś wakat na stanowisku „chłopak” i tylko pracownicy się zmieniają.

        11. Arczi napisał(a):

          Jak nazwiesz coś obaleniem, to nie staje się to automatycznie obaleniem. Chyba nie chcesz powiedzieć, że możesz być z Kubą, Michałem i Maćkiem jednocześnie, bo każdy jest wyjątkowy? Dobrze, że myślisz o swoich byłych pozytywnie, jest to rzadkie, ja też podzielam Twoje pozytywne myślenie o byłych. Ale jeżeli nie jesteś już z żadnym z nich, to albo z nimi coś było nie w porządku albo z Tobą albo z tobą i z nimi na raz :)

        12. „Chyba nie chcesz powiedzieć, że możesz być z Kubą, Michałem i Maćkiem jednocześnie” – nie chce.
          „Ale jeżeli nie jesteś już z żadnym z nich, to albo z nimi coś było nie w porządku albo z Tobą albo z tobą i z nimi na raz” – Alez ja juz dawno zrozumialam, co masz na mysli. Twoim zdaniem czyjas „wada” jest jedynym powodem rozstania. Dla mnie male wady nigdy nie byly powodem rozstania – a duze wady nigdy nie pozwolilyby mi na zwiazanie sie z kims. Po prostu nie akceptuje tego, co wiekszosc ludzi (w tym rowniez Ty) uznaja za normalne i czym placi sie cene dlugotrwalego zwiazku, racjonalizujac go sobie „wielka miloscia” lub „tym/ta jedyna” – lub po prostu zmieniajac sobie zyciowe priorytety z „byc” na „byc spokojnym” lub „tworzyc byt rodzinie”. Jedni zostaja w takich wypalonych zwiazkach dluzej, buduja w nich sobie jakies inne emocje, ktore zastepuja im brak chemii – inni sie na to nie zgadzaja i zyja dalej, doswiadczajac nowych emocji i poznajac nowych ludzi. Nie ma nic zlego w zadnym z tych podejsc. Symptomatyczne jest tylko to, ze ludzie tacy jak ja nie maja wielkiego problemu z zaakceptowaniem tych drugich. A Ci drudzy probuja na sile nas wtloczyc do swojego worka.

        13. Weronika napisał(a):

          Zrobiło się interesująco.

          Budujesz Segritto, obraz tych zainteresowanych dużą ilością doznań jako tych lepszych, rozsądniejszych, bo otwartych na świat, nowe emocje. I z jednej strony piszesz, że tacy ludzie „nie mają wielkiego problemu z zaakceptowaniem tych drugich”, że „nie ma nic złego w żadnym z podejść, z drugiej popełniasz notkę, gdzie ludzie, którzy nie podzielają Twojego zainteresowania wielością związków są przyrównani do ograniczonych żab, co to nie widzą innych możliwości na swoje życie, dlatego brną w to co znane. I do tego dodajesz, że to zapewnia im (paradoksalnie) szczęście. Więc kto tu jest tą żabą? Być może nie próbujesz nikogo zmieniać, ale wtłaczanie ludzi do worka „nie dostrzegających innych możliwości” dlatego, że nie myślą jak Ty, jest chyba gorszą formą ograniczenia niż tkwienie w nieudanym małżeństwie z przyczyn religijnych.

        14. Arczi napisał(a):

          „Dla mnie male wady nigdy nie byly powodem rozstania – a duze wady nigdy nie pozwolilyby mi na zwiazanie sie z kims” No i pod tym się podpisuję.

          „. Po prostu nie akceptuje tego, co wiekszosc ludzi (w tym rowniez Ty)
          uznaja za normalne i czym placi sie cene dlugotrwalego zwiazku,
          racjonalizujac go sobie „wielka miloscia” lub „tym/ta jedyna” – lub po
          prostu zmieniajac sobie zyciowe priorytety z „byc” na „byc spokojnym”
          lub „tworzyc byt rodzinie”.” Nie wmawiaj mi czegoś, czego nie akceptuję. Nie popieram sztucznego utrzymywania związku z osobą z „dużymi wadami”.

          ” Jedni zostaja w takich wypalonych zwiazkach dluzej, buduja w nich sobie
          jakies inne emocje, ktore zastepuja im brak chemii – inni sie na to nie
          zgadzaja i zyja dalej, doswiadczajac nowych emocji i poznajac nowych
          ludzi.”

          Czy ty właśnie napisałaś, że lubisz ćpać fenyle, a jak się skończą, to szukasz nowej działki ?

          „Symptomatyczne jest tylko to, ze ludzie tacy jak ja nie maja wielkiego
          problemu z zaakceptowaniem tych drugich. A Ci drudzy probuja na sile nas
          wtloczyc do swojego worka.” A ja Cię nigdzie nie zamierzam wtłaczać. Albo rzeczywiście jesteś fenylową narkomanką, albo trafiałaś na facetów z „dużymi wadami”.

Dodaj komentarz