Czym się kończy zawieranie nowych przyjaźni, gdy jest się w związku.

Zwolennikom równouprawnienia udało się już naprawdę wiele wywalczyć, ale mam wrażenie, że jeszcze długo będziemy się musieli mierzyć z pewnym potworem zamierzchłych czasów, który – choć już zupełnie nie pasuje do obecnego świata – wciąż straszy w naszych domach. Mowa tu o czym tak okropnym i przerażającym jak… uwaga… przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną.

Czasami zastanawiam się, jakim cudem nauczyliśmy się szanować drugiego człowieka oraz mieć go za coś więcej niż małego króliczka, któremu tylko ruchanie w głowie – i jednocześnie wciąż mu ograniczać kontakty z płcią przeciwną, gdy tylko się z nim zwiążemy. Jakby to ograniczenie, odcięcie w klatce, było jedyną drogą, by nie uprawiał z nimi seksu.

I dochodzi do naprawdę kuriozalnych sytuacji, w których facet nie może normalnie rozmawiać z kobietą, która nie jest jego żoną albo siostrą, bo zaraz szykuje mu się awantura, scena zazdrości i posądzanie o zdradę. To samo zresztą działa w drugą stronę. Mężczyznom też się dziwnie często wydaje, że ich partnerki – gdy tylko wejdą z nimi w związki – powinny natychmiast zaprzestać poznawania nowych mężczyzn. Tak, jakby jedynym powodem, dla którego kogoś poznajemy, z kimś rozmawiamy, było wskoczenie razem do łóżka i przedłużenie gatunku.

No nie.

Nie jest tak.

Zdaję sobie sprawę, że to co teraz powiem, zabrzmi jak teoria z kosmosu, ale musicie to wiedzieć:

Kobieta i mężczyzna mogą się kumplować.

Kobieta i mężczyzna mogą się przyjaźnić. Oboje są ludźmi. Ludzie ze sobą rozmawiają, czasem zależy im na sobie bardziej lub mniej, ale to wcale nie musi oznaczać, że zaczną romansować. No, chyba że w obecnych związkach im coś poważnie nie gra.

Tak, czasem też taka relacja może przerodzić się w relację seksualną. Podobnie jak relacja dwóch kobiet lub dwóch mężczyzn może się w taką przerodzić. Brat i siostra mogą tak skończyć nawet. Wasz związek może się też skończyć pomimo że nikt nie „skoczył w bok”. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że kobieta i mężczyzna przyjaźnić się mogą. I nie ma w tym absolutnie nic złego. Zło (choć to też pojęcie względne, bo zależy, na co się umówicie) pojawia się wtedy, gdy Twój partner zaczyna Cię oszukiwać i zdradzać. A nie wtedy, gdy się z kimś zaprzyjaźnia.

Generalnie mam takie zdanie, że człowiekowi, który jest w monogamicznym związku niedopuszczającym kontaktów seksualnych poza tym związkiem – wolno robić ze swoimi przyjaciółmi i znajomymi absolutnie wszystko, co nie przekracza właśnie normy zachowań przyjacielskich. Upraszczając: jeśli pozwalasz sobie na coś ze swoją przyjaciółką, to możesz sobie też na to pozwolić z przyjacielem. I analogicznie, mężczyzno, jeśli pozwalasz sobie na coś z przyjacielem, to możesz sobie na to pozwolić z przyjaciółką. I szczerze mówiąc, jeśli Twój partner nie jest w stanie tego zaakceptować, to ja bym się pożegnała. Nie namawiam Was do tego. Po prostu piszę szczerze, co sama bym zrobiła.

Są tacy ludzie, którzy co prawda akceptują przyjaźnie swoich partnerów – ale tylko te, które były zawarte przed ich związkiem. Rozumiem ten mechanizm. Poznawanie nowego człowieka zawsze ma w sobie coś z randkowania. Bo ten drugi człowiek jest zupełną niewiadomą i trudno określić, czy go polubimy, czy nie, a może się wręcz zakochamy…? Rozumiem, że właśnie dlatego pojawia się zazdrość, ale nawet ta zazdrość nie powinna przekroczyć granicy przyzwolenia. Jakbym się dowiedziała, że mój facet zabrania mi się z kimś zaprzyjaźnić, tylko dlatego, że to inny mężczyzna, to chyba by mnie – wybaczcie kolokwializm – chuj strzelił.

Weźcie sobie wyobraźcie, co powinny robić w takiej sytuacji osoby biseksualne. Związują się z kimś na stałe i co? Przestają rozmawiać z ludźmi? Nie mają kolegów i koleżanek z pracy? Nie wychodzą się czasem odstresować sami na miasto? Wszędzie tylko z partnerem, bez prawa patrzenia na innych, a jak bez partnera, to w domu, oglądając filmy przyrodnicze? Bo przecież dla nich każdy inny człowiek mógłby być potencjalnym kochankiem lub kochanką.

Ten temat tak zupełnie znikąd się nie pojawił. Po prostu przeczytałam ten artykuł wczoraj. I choć bardzo lubię Ohme.pl, to nie zgadzam się z żadną z tez w tym konkretnym tekście. Nul. Zero. To po prostu dla mnie przykład myślenia, którego nigdy nie zaakceptowałabym u swojego partnera.

W ramach szybkiego antidotum na to, co tam przeczytałam, wyjaśniam:

  1.  Nikt nie ma obowiązku zwracać się do drugiego człowieka per „Wy” tylko dlatego, że ten drugi człowiek ma żonę. Nie musimy nagle się umawiać z nimi obojgiem. Mamy prawo chcieć się spotkać tylko z nim. I tylko z nim pogadać. Możemy też tylko jemu składać życzenia urodzinowe, życzyć fajnego weekendu lub tylko jego zaprosić na piwo. To nie jest flirt. To się nazywa lubienie kogoś i bycie miłym.
  2. Wysyłanie smsów w sobotni dzień to nie zbrodnia. Nawet jeśli to – o zgrozo – sms do płci przeciwnej. I tak, nawet jeśli ta płeć przeciwna jest w związku. Wysyłanie prywatnych wiadomości w ogóle to nic złego. Bo w przeciwieństwie do telefonów i niezapowiedzianych wizyt, wiadomości można olać i przeczytać je hurtem, gdy się będzie miało na to czas. A jeśli ktoś się za bardzo naprasza i robi się dziwnie, to odbiorca wiadomości może sobie ich odbieranie od tej osoby zablokować. Odbiorca. Nie żona odbiorcy. To dość istotna różnica.
  3. Do tanga trzeba dwojga. Nawet jeśli jakaś inna kobieta pragnie Twojego męża, to do niczego nie dojdzie, jeśli on nie będzie chciał Cię zdradzić. A na to już wpływ macie tylko Wy dwoje. Nie ona. Ona, ta koleżanka, kumpela, laska z imprezy, potencjalna kochanka, nie ma żadnego wpływu na Waszą miłość i wolę bycia ze sobą. Serio. ŻADNEGO. Nie da się rozpieprzyć zdrowego, kochającego się związku przez same próby przespania się z jego częścią. To on musiałby podjąć tę decyzję.
  4. Poprawiania krawata, strzepywanie okruszków z ramienia. A Wy ile razy zdejmowałyście przyjaciółce włosy z marynarki lub rzęsę z policzka? Hm? To też było erotyczne z Waszej strony? Nie? To pozwólcie przyjaciołom męża na tę samą troskę. Niezależnie od ich płci. Zwłaszcza, jeśli w pobliżu nie ma Ciebie lub mamy, które przecież zrobiłybyście to odruchowo.

W tekście pada też znamienne zdanie:

Gdzie jest granica flirtu? Dla mnie tam, gdzie druga strona po prostu jest „zajęta”.

Pytanie o granicę flirtu. Czyli o to, co odróżnia zwykłe, przyjacielskie bądź po prostu uprzejme zachowanie od próby uwiedzenia drugiego człowieka. I nie możemy jej określać tylko za pomocą „zajętości” drugiej strony, bo to by oznaczało, że do osób w związkach nie można w ogóle gęby otworzyć.

A potem:

Nie, to nie prawda, że kobieta, która jest szczęśliwa i świadoma swojej wartości nie odczuje niepokoju, a może nawet lęku, jeśli w towarzystwie jej męża pojawi się „flirciara”.

Nie, to nieprawda, że to nieprawda ;) Jestem szczęśliwa w moim związku. Jestem świadoma mojej wartości. Jestem też pewna uczuć mojego partnera wobec mnie. Nie odczuwam niepokoju ani lęku, jeśli w towarzystwie mojego narzeczonego pojawi się flirciara. Nic a nic. Lubię to, że inne kobiety uśmiechają się do niego. Lubię to, że im się podoba. To dla mnie miłe. Zaczęłabym się bać, gdyby on zaczął na ten flirt odpowiadać i tworzyć jakąś intymną więź z inną kobietą. Gdyby zaczął dzielić się z nią rzeczami, którymi nie chce dzielić się ze mną. Gdyby zaczął się z tą znajomością ukrywać. To byłby dla mnie sygnał, że czas się bać o utratę miłości. Ale mogłaby z nim zacząć flirtować Claudia Schiffer, a ja tylko z rozbawieniem bym to obserwowała, wiedząc, że to mnie kocha i ze mną chce być.

PS. Wiem, że na nasze poczucie własnej wartości ma wpływ szereg różnych cech i doświadczeń. Jeśli zostałaś już kiedyś zdradzona, jeśli w związku Twoich rodziców pojawiały się zdrady, jeśli to Twoja matka lub ojciec bali się „flirciar” i „flirciarzy”, możliwe, że i Ty będziesz miała w sobie to uprzedzenie. Ale zależy mi bardzo, żebyś wiedziała, droga czytelniczko, że to wcale nie jest jedyna droga. Że można się tego nie bać. I że spektrum relacji międzyludzkich to naprawdę nie tylko przyjaźnie w obrębie tej samej płci i nieuchronne romanse między płciami przeciwnymi. Oraz że jeśli Twój partner jest Ci wierny tylko dlatego, że izolujesz go od kontaktów z płcią przeciwną, to warto się zastanowić, czy o takim związku marzysz.

PS2 I jeszcze gorzka uwaga na koniec. Jeśli Twój partner Cię faktycznie zdradza, to raczej nie z tą „flirciarą z pracy”, tylko z kobietą, która unika jego wzroku na imprezach. Z tą, z którą nigdy publicznie nie tańczy, a ona nie pisze do niego w sobotę radosnego „co słychać? :)”. Jeśli zdradza, to z taką, która po nocach do niego tęskni, bo nie może go mieć. I zdziwiłabyś się, jak wiele flirciar w ogóle nie pakuje się w romanse z żonatymi facetami. One najczęściej zadowalają się uśmiechem i sympatią mężczyzn. Lubią adorować i lubią, gdy nic z tego nie wynika.

Komentarze do wpisu: 19 Napisz komentarz

  1. Och, temat rzeka. Mnie bardzo irytuje fakt, że ludzie po zawarciu związków partnerskich/małżeńskich uznają, że mogą się spotykać z innymi ludźmi tylko we dwoje. Oraz że jak tylko partner/ka wyrwie się ze smyczy to poleci do łóżka z kim innym. Ba, może i poleci jak na takiej smyczy będzie siedzieć. Wychodzę z założenia, że jak ktoś chce, okazję znajdzie.

  2. Całkiem lubię słyszeć „he he, ona próbowała mnie wyrwać, myślała, że dam się, po co bym miał się dawać jak mam taką żonę” ;)
    Nie rozumiem bycia w związku, która nagle staje się jedynym sensem życia. Chcę związku z ciekawym człowiekiem, który ma ciekawe życie i się uzupełniamy, nie stapiamy w jedno. Kogoś, kto ma coś poza mną. Ale to ja.

    1. Konrad Norowski napisał(a):

      Bo cóż jest warta wierność gdy innych perspektyw brak? To zresztą całkiem przyjemne jak ktoś poza nami uznaje atrakcyjność naszej połówki.
      Niektórzy czują przemożną potrzebę bycia uratowanymi i uważają że tylko związek nadaje im wartość, to się tego związku kurczowo trzymają. Takie osoby raczej nadają się do pracy nad sobą niż do dojrzałej relacji.

  3. Marta napisał(a):

    To ja z innej strony nieco pozwolę sobie ugryźć temat. Jako żona, do tego właśnie „rycząca trzydziestka”, jak ma oh!me w opisie.
    Coś co dla jednej osoby jest flirtem, dla drugiej już nie będzie. Dziwne w sumie, ale okazuje się, że może się zdarzyć ;) Miałam w zeszły piątek rozmowę z współpracownikiem na imprezie firmowej, jak dla mnie kompletnie niewinną. Rozmawialiśmy o odległości między poszczególnymi punktami miasta, czym zajmują się nasze działy oraz jak trafił do firmy. Koniec (!). Potem się okazało, że on myślał, że ja go podrywam. Okazało się, jak położył mi rękę na tyłku chwilę później. Mnie do głowy by to nie przyszło. Nie dość, że ubrana byłam w gruby polar (nie ma dekoltów), bo impreza grillowa na dworze, to jeszcze w rozmowie padło „a Iksińskiego poznałam przez przyjaciół MOJEGO MĘŻA”, to jeszcze trzymałam na widoku, w ręku kubek z colą. W ręku, gdzie widnieje obrączka. Moja wina, że gość sobie coś pomyślał? Nie. Nie dałam ani pół znaku. Ale skąd mam wiedzieć, jak on przedstawi tę sytuację swojej dziewczynie (ta, wyszło, że ma)/kolegom. Nad tym się ktoś kiedyś zastanowił? Rzekoma flirciara wcale nie musi być flirciarą. Niektórym kobietom i niektórym mężczyznom wydaje się, że jak ktoś zagada, albo się uśmiechnie, to już flirtuje. I tu leży problem dla mnie. (Współpracownika za takie zachowanie zje#ałam – innego słowa nie da się użyć, bo naprawdę wściekłam się solidnie i nie, nie tłumaczy go, że był wstawiony).
    Z drugiej strony jestem naprawdę BARDZO pewna, że jakaś kobieta podbijająca do mojego męża spotkałaby ścianę obojętności nie tylko dlatego, że mnie kocha i jest mu ze mną dobrze (ponoć ;]). ale dlatego, że nie pojąłby, że ktoś z nim flirtuje. Jest inteligentnym (również emocjonalnie) facetem, ale po prostu nigdy nie był dobry w „te klocki”. Flirtowanie? Nope. Mów od razu co chcesz, otwarte karty i te sprawy.

    I tak, jak piszesz – jestem szczęśliwą, świadomą siebie kobietą i żoną. Flirciara mi nie zaszkodzi. Ale z drugiej strony rozumiem, że są kobiety, które tak bardzo tego nie mają, że będą się przejmowały KAŻDĄ koleżanką, która tylko jest w otoczeniu męża. I nie potrzeba tu dekoltów, pewnie wystarczyłoby zdjęcie z biura, nawet na osobnych krańcach sali. Taka zakompleksiona dziewczyna/kobieta sama sobie takie historie dopisze, że lepiej się chować. Obawiam się, że większości z nich przydałaby się jakaś pomoc we wzmocnieniu wiary w siebie. I nie chcę wyjść na złośliwą prukwę, która od razu z heheszkami wysyła inną kobietę do psychologa. Bo to naprawdę jest problem dla obu stron i niewyobrażalne dla mnie, dodatkowe cierpienie dla tej właśnie kobiety. Która wkręca sobie nieprawdę.
    Temat – rzeka, a anegdoty mi się sypią z rękawa, ale nie będę już przedłużać. Ja po prostu nie ogarniam tych lasek, które mają takie problemy. Pomijając właśnie to, że świat jest tak nieoczywistym miejscem, że różne rzeczy potrafią w nim „wyjść”, a i jeszcze do tego każdy ma swój rozum/przekonania/doświadczenia, które kształtują jego postrzeganie danej sprawy.

  4. Pionierka napisał(a):

    Z mną to jest w ogóle luzik. Nie tylko nie zauważę, że ktoś ze mną flirtuje, ale też nie zauważę, że ktoś flirtuje z moim partnerem. Inteligencję emocjonalną mam na poziomie pantofelka.

  5. ‚Gdzie jest granica flirtu?’ < …Tam, gdzie jest intencja?

    W sumie to ja mgliście kojarzę nazwisko autorki z jakimś czymś dziwnym, chyba jakąś listą, jak nauczyć córkę malować się przy prowadzeniu samochodu, a potem flirtowania (!) z policjantem.

  6. Roman Łazarski napisał(a):

    Przede wszystkim – dorosły człowiek podejmuje decyzje i ponosi ich konsekwencje – i nie ma znaczenia czy proponują mu motor w przecenie, powiększenie zestawu o frytki za złotówkę czy romans. Mózg się od flirtu nie wyłącza. Tylko ludzie strasznie „magicznie” myślą o seksie i związkach, więc zakładają że jeśli podejdzie do mnie „flirciara” (albo „flirciarz” do mojej żony) to zaraz zacznie się romans „w poszukiwaniu adrenaliny/egzotyki”. Nie wiem jaki jest sens związku z kimś kogo traktujemy jak bezrozumne zwierzę.

    Kolejnym przykładem takiego podejścia jest popularne: „Przyjaźń damsko-męska nie istnieje, bo kiedyś któraś ze stron zechce czegoś więcej”. Słyszałem to setki razy. W praktyce raz „dostałem kosza” (ach, stare dobre czasy „chodzenia ze sobą” itp…), raz dziewczyna ode mnie… Może bolało, ale z obiema się przyjaźnie. Jeżeli ludzie maja inne potrzeby, poglądy czy zasady, po prostu siadają i rozwiązują problem. I znów nie ma znaczenia czy chodzi o kolor sypialni, cenę za jaką ktoś mi sprzeda używany samochód czy wejście w poważny związek.

  7. Zazwyczaj nie komentuję, ale już od jakiegoś czasu myślę o tym, żeby Ci to wyznać. Powinnaś wiedzieć. No więc… jestem totalnie zakochana w Twojej osobowości.
    Naprawdę chciałabym podziękować Ci za takie teksty jak ten. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jako piętnastolatka wpadłam na Twojego bloga i całkowicie przepadłam. Twoja dojrzałość, inteligencja, poczucie humoru, błyskotliwość, dystans sprawiają, że chce się tu wracać. Jestem przekonana, że w znacznym stopniu ukształtowałaś moje podejście do życia, nie ukrywam, że najbardziej w kwestii damsko-męskiej. Byłaś dla mnie starszą, mądrzejszą siostrą. Towarzyszyłaś mi w różnych momentach życia, zawsze wśród Twoich tekstów odnalazłam coś idealnego na dany moment. Czytałam je wielokrotnie, nadal do nich wracam, niektóre fragmenty pewnie potrafiłabym zacytować. Wydaje mi się, że obecnie, jako 20-letnia kobieta znam swoją wartość i traktuję życie z podobnym luzem do Ciebie, chociaż do Ciebie jeszcze sporo mi brakuje. ;) Nieświadomie, w niewymuszony sposób wprowadziłam w życie większość kwestii, które poruszyłaś. I tak żyje się zdecydowanie łatwiej. Zarówno w związku jak i z samą sobą. Zżyłam się z Tobą w jakiś sposób, przeczytałam bloga z Paryża i Londynu, obserwuję Twojego prywatnego fejsa, gdy zaszłaś w ciążę ucieszyłam się jakbyś była kimś z rodziny albo przyjaciółką. :D Kupiłam Twoją książkę i wiem, że w przyszłości również będę „złą matką”. Mam nadzieję, że kiedyś spotkam Cię na żywo. :) Pisz jak najdłużej i wszystkiego dobrego!

    1. O nie! Przeczytałam, zachęcona Twoim komentarzem. Żenujący tekst, do tego ja, jako czytelniczka czuję się po prostu obrażana: „Jeżeli ufasz swojemu partnerowi bezgranicznie, winszuję głupoty.” !!! Co to ma być?
      Pewnie, każdy niech żyje po swojemu, ale to co pisze autorka zakrawa na paranoję. I widzę to po małżeństwie Rodziców moich również. Poza tym, jak ktoś będzie chciał zdradzić, to zdradzi i nic nie wyjdzie z tego „kontrolowania”.

  8. Świetny, konkretny art. Nie tylko do czytania, ale do posłużenia się nim jak konstytucją :P. Też mam problem, żeby mojemu księciu wyjaśnić pewne rzeczy. Tekst „jakbym chciała Cię zdradzić to i tak byś się nie dowiedział” nie polepszył sprawy, no cóż nie przemyślałam tego. Ten wpis powinien pomóc dzięki! :)

Dodaj komentarz