Dlaczego mężczyźni nie odchodzą od żony do kochanki?

Kochanki. Są wśród nich studentki, pracownice korporacji, wolne strzelczynie i bezrobotne. Są starsze i młodsze. Utalentowane i uchodzące za super pewne siebie laski skazane na sukces – oraz ciche szare myszki, których nie posądziłbyś o jakiekolwiek kontakty męsko-damskie. Są samotne, w związkach partnerskich albo z obrączką na palcu. I choć niewielka ich część faktycznie nie wiąże z romansem żadnych nadziei i zupełnie na sucho oddziela ten seks od jakichkolwiek uczuć – to większość cierpi. Bo już się zakochała. Bo już jest za późno na odwrót. Bo nie tylko otoczenie ją źle osądza, ale ona sama też się w myślach biczuje. I nic z tym nie może zrobić, bo miłość jest silniejsza od każdej moralności. W każde Boże Narodzenie, w każde walentynki, w każdy weekend, urodziny i urlop ona musi czekać na swoją kolej, bo pierwsza jest żona. To żona jada z nim kolacje na mieście wśród znajomych, to z żoną ma zdjęcia na Fejsbuku, to z żoną ma dzieci i to żona planuje z nim wakacje w Grecji. Ona, kochanka, tylko czeka. Ale jest cierpliwa, bo wie, że on w końcu od tej żony odejdzie. Wie to na pewno, bo on tak jej powiedział. Już tej żony przecież nie kocha. Od dawna ze sobą nie sypiają. Są praktycznie w separacji. Tak, rozwód to tylko formalność, ale jeszcze nie teraz, bo teraz to nie jest dobry moment. Za miesiąc. Za rok.

Droga kochanko, jeśli myślisz, że odejść od żony to taka prosta sprawa, to znaczy, że nigdy nie miałaś żony. :)

Zerwanie przysięgi

Nie bez kozery ludzkość wymyśliła instytucję małżeństwa. Ono jest właśnie po to, by cholernie utrudnić rozstanie. Społeczeństwo, kościół, rodzina – zewsząd płynie krytyka, gdy tylko człowiek postanowi zerwać śluby małżeńskie, a najsroższy sędzia jest w samym rozwodzącym się, bo przecież przysięgał – przed żoną, bogiem, rodziną i masą świadków – że nigdy tego nie zrobi. Zerwanie przysięgi nie jest wcale takie proste – i całe szczęście, że jeszcze w tym współczesnym człowieku trochę honoru zostało. Ale nie jest to główny powód, dla którego on nie odchodzi od żony. Gdyby tak bardzo przejmował się swoimi obietnicami, nie zdradziłby jej przecież. Obiecywał, że tego nie zrobi (ale po prostu na zdradzanie jest większe przyzwolenie społeczne niż na rozwód, w takim już społeczeństwie żyjemy).

Finanse

Jeśli nie dzielisz z kimś domu, kredytu, samochodu i konta w banku, to nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaki lęk człowieka dopada, gdy ma z tego zrezygnować. Bo to wcale nie jest tak, że po rozwodzie ludzie się dzielą pół na pół… W zależności od istnienia bądź nieistnienia intercyzy, rozdzielności majątkowej i tego, co kto miał przed małżeństwem i czego dorobił się później – podział finansowy przebiega różnie. Bywa, że jeśli rozwód będzie z winy faceta (bo wyjdzie na jaw, że zdradzał), będzie on potem musiał żonie alimenty co miesiąc płacić. Tak, moim zdaniem to trochę abstrakcyjne jest, ale takie jest prawo. Nic dziwnego, że facet boi się rozwodu. Może na tym stracić dom, który de facto sam kupił i zbudował (ale wg sądu jest wspólny), samochód (przecież nie zostawi żony z dziećmi bez auta), a kredyt sam będzie spłacał, bo to on chce odejść, on zdradził, on ma wyrzuty sumienia. Rozwód kosztuje.

Dzieci

Jeśli twój żonaty facet nie ma dzieci, to wygrałaś bilet na loterii. Jego potencjalne rozstanie z żoną będzie dużo łatwiejsze. Niestety z dwóch powyższych powodów (czyli z tego braku przyzwolenia społecznego na rozwody oraz z powodu konfliktów finansowych) rozwody są dla dzieci dość bolesnym przeżyciem. Dzieci czują, że rodzice robią „coś złego”, są świadkami ich kłótni, stresu, smutku i ogromnej presji całej rodziny i społeczności w której żyją. Do tego dochodzą tarcia finansowe, bitwy o dom, alimenty, samochód… To sprawia, że nawet średniej jakości ojciec nie będzie chętnie takiego stresu fundował własnym dzieciom.

Żona

Żona potrafi mocno utrudnić odejście facetowi. Używa różnych metod, od tych zdrowych (na przykład zdobycie go na nowo, praca nad związkiem, psychoterapia itp.) po niezdrowe (szantażowanie, że już nigdy nie zobaczy dzieci, próby samobójcze, dzwonienie do kochanki i uprzykrzanie jej życia). Tak czy inaczej, jest ona najczęściej stroną aktywną w waszym trójkącie i rzadko kiedy jest jakąś mdłą, nic-nie-wiedzącą, panią, z którą on już od dawna nie sypia, a w ogóle to mieszkają praktycznie osobno i ona jest pochłonięta pracą. Żona, nawet jeśli nic nie wie o romansie męża, wywiera na niego wpływ. Może być w trudnym momencie życia, może być chora, może być zmęczona, może się poświęciła dla dzieci i on teraz czuje, że jest jej coś winien.

Ale tak naprawdę… powodem jesteś ty.

I tu dochodzimy do naprawdę mocnego argumentu, bo głównymi powodami, dla których faceci nie odchodzą od swoich żon do kochanek, są właśnie te kochanki.

Oczywiście tym kochankom tłumaczy się, że powodem są finanse, dzieci albo nawet zwykłe „nie mogę jej teraz tego zrobić, ale obiecuję, że przyjdzie czas i się rozwiodę”, ale prawda jest brutalna: jeśli żonaty facet naprawdę zakochuje się w innej kobiecie, to oznacza, że

  1. Jego małżeństwo już poległo i było po prostu nieszczęśliwe. Nie zdradza się w szczęśliwych związkach. No po prostu to się nie zdarza (chyba, że mamy do czynienia z seksoholikiem, ale taki to tym bardziej nie zadurza się w innych kobietach, tylko po prostu musi uprawiać seks bez przerwy. Poza tym seksoholizm jest jednak jakimś wyjątkiem i wcale tak często się nie zdarza, w przeciwieństwie do tego, co próbują sobie wmówić zdradzający mężczyźni). Jeśli małżeństwo jest szczęśliwe i kochające, to żadna z jego stron nie ma ochoty na skok w bok. Kombajnem ich nie rozerwiesz. I proszę mi nie wciskać bajek o jakichś kobietach-modliszkach i innych femme fatale, bo winnym zdrady jest ZAWSZE zdradzający, a nigdy nie jakaś uwodzicielska kochanka.
  2. Nowa miłość błyskawicznie niszczy resztki przywiązania do starej miłości, rozsadza ją, miażdży, rozczłonkowuje i wywala na śmietnik, w efekcie czego mężczyzna równie błyskawicznie się rozwodzi, często nawet zbyt szybko, bo tracąc na tym sporo kasy (ale chce się jak najszybciej uwolnić i już mu wszystko jedno, byle by być z nową miłością). Zakochanemu mężczyźnie wystarcza miesiąc, by powiedzieć żonie „odchodzę”.

Tak się dzieje, jeśli żonaty facet zakochuje się w innej kobiecie.

Tak się nie dzieje, jeśli żonaty facet po prostu lubi uprawiać seks z inną kobietą.

Sęk w tym, że ta „inna kobieta” nie ma pojęcia, że to nie miłość, bo on ją absolutnie rozpieszcza, komplementuje, uwodzi i na rękach nosi, obiecując wspaniałą przyszłość. Ba, on sam nie wie, co czuje i może nawet myśli, że ją (tę kochankę) kocha. Ale ja tego nie kupuję. Jeśli więc jesteś kochanką i myślisz, że on cię kocha, zadaj sobie jedno proste pytanie:

jak długo już jesteście razem?

Jeśli jesteście razem już ponad pół roku (a tak naprawdę ponad 2 miesiące. To wystarczy. Serio), a on jeszcze nie złożył pozwu, to nigdy go nie złoży. Popełniłaś błąd, którego już nie da się naprawić. Nie wymagałaś. Albo on po prostu cię nie kocha tak, jakbyś chciała. Tak czy owak, masz teraz do wyboru: trwać w tej sytuacji i trwonić na nią czas (bo może po prostu ci ona nie przeszkadza albo ją wręcz lubisz) – albo uciąć to, pokazać mu mój rodowy gest i poukładać sobie życie z kimś innym. Już tłumaczę, dlaczego to są jedyne opcje.

Nowy związek, który niewątpliwie stworzyliście, podlega tym samym regułom, co wszystkie inne związki. Niezależnie od tego, czy jest oficjalny i „legalny” czy ukryty i zakazany, jest jakimś rodzajem związku i występują w nim wszystkie te fazy zażyłości, które występowały na przykład w jego związku z żoną. Czyli zaczęło się od zwykłej fascynacji, potem był etap odkrywania, potem takie trochę upajanie się sobą nawzajem (to się przeważnie nazywa fazą motylków w brzuchu), aż w końcu ustala się jakiś constans. Czyli nawzajem się do siebie przyzwyczajacie, poznajecie swoje granice, preferencje, siły i słabości.

Jeśli przetrwałaś etap motylków w brzuszku i nie wymagałaś bezwzględnie rozwodu, to dałaś mu prostą informację – umiesz sobie z tym poradzić. Umiesz być zakochana, oddana, chętna w łóżku i po prostu szczęśliwa, kiedy on jest żonaty. Nie potrzebujesz jego rozwodu do tego, żeby z nim być. Koniec. Kropka. Udowodniłaś mu to już, będąc z nim te parę miesięcy i wiedząc, że ma żonę. Teraz on już nie musi cię zdobywać, bo raz to zrobił, mając obrączkę na palcu. Teraz już nie możesz mu stawiać warunków. Zaakceptowałaś go takim, jaki jest. A jest żonaty.

On nie musi się rozwodzić. Jemu jest wygodnie w takiej sytuacji. Ma żonę w domu, która daje mu stabilizację, jest matką jego dzieci, kocha go, zna i akceptuje. I ma kochankę, gorącą i seksowną, która nie musi oglądać jego brudnych skarpet na podłodze i patrzeć na jego wyciąg z konta. Układ idealny. Żadnej tak naprawdę, z głębi serca nie kocha, ale umówmy się – nie każdy umie kochać, nie każdy miał dobre wzorce w dzieciństwie, nie każdy daje sobie szansę na miłość.

I dopóki będziesz przy nim trwać, mimo że on jest żonaty z inną, dopóty on się nie rozwiedzie. A im dłużej tak trwasz, tym szanse na rozwód maleją.

W ogóle mam dla Ciebie taki mały, skrócony poradnik dla kochanki. Gotowa? :)

  1. Jeśli jesteś wolna i romansujesz z facetem, który ma żonę, to tego nie rób. Skończ to. Nie dlatego, że robisz coś źle. Nie. Ty nikomu nic nie obiecywałaś, obrączki nie masz, przysięgi nie składałaś. Nie robisz absolutnie nic złego, w przeciwieństwie do tego, co ci się próbuje wmówić. Ale…. on jest chujem. Albo jest słaby psychicznie. Albo po prostu ma w dupie dane słowo. W dowolnym wypadku nie chcesz z takim facetem się wiązać, a uwierz mi, z niezobowiązującego romansu bardzo łatwo wpaść w miłość, a wtedy obiecuję ci, będziesz cierpieć. Przez brak rozwodu, przez rozwód, przez żonę, przez fakt, że mają dzieci. Po prostu zakończ to, póki czas.
  2. Jeśli jesteś mężatką i romansujesz z facetem wolnym, to nie bądź damskim chujem i szybko się z mężem rozwiedź. Potem możesz sobie romansować z kim chcesz.
  3. Jeśli jesteś mężatką i romansujesz z facetem żonatym, to najpierw się rozwiedź, a potem patrz punkt 1.
  4. Jeśli romansujesz z facetem żonatym i próbowałaś już punktu 1, ale niestety jesteś już zakochana i nie umiesz zerwać, to weź go na poważną rozmowę, usadź na czterech literach i poinformuj go, że przerywacie romans na czas jego rozwodu. W sensie, że dopóki się nie rozwiedzie, to mu nawet buziaka nie dasz. I teraz najtrudniejsze – nie dawaj mu nawet buziaka, póki się nie rozwiedzie. Jak Cię kocha, to się rozwiedzie. Niezależnie od wszystkiego. Tak szybko, że właściwie nie poczujesz rozłąki.
  5. Jeśli jesteś kochanką żonatego faceta i się zakochałaś, ale niestety to się nie wydarzyło wczoraj, tylko już dawno, a on od dawna planuje się rozwieść, ale tego nie robi, to masz tylko taki wybór: gnić w tym dalej, marnując swoje życie, butwiejąc z samotności i rozgoryczenia w toksycznym związku – albo jednak zebrać w sobie siły i to przerwać. Bo się, kobieto, nie szanujesz. A on od żony nie odejdzie. Bo jest uberchujem.

Komentarze do wpisu: 121 Napisz komentarz

      1. melba napisał(a):

        No bo skoro Twój partner ma synów to ma/miał też żonę. Nie wychodzę z założenia, że bezczelnie rozbiłaś rodzinę tylko po prostu pytam :)

        1. A sory, o tym akurat pisałam (albo w jakimś wywiadzie wspomniałam, nie pamiętam). Sebę poznałam kilka miesięcy po tym, jak rozstał się z żoną. Więc niestety nie ma tu żadnej pikantnej historyjki.

        2. Zastanawiam się po co ten zjadliwy komentarz na końcu: „niestety nie ma tu żadnej pikantnej historyjki.” Moją pierwszą refleksją po przeczytaniu tego tekstu również było pytanie, czy te wnioski są w jakiś sposób oparte na Twoich osobistych doświadczeniach. A melba nie był/była w żaden sposób niemiła.

        3. Pionierka napisał(a):

          Nie no, wcale nie jest niemiłe i nietaktowne zadawanie obcej osobie pytania o to, jak się zaczął jej związek i czy przypadkiem partner nie był wtedy żonaty. Jak uważasz inaczej to zadaj to pytanie komuś, z kim masz dość luźne relacje, np. koledze z pracy i zobacz, jaka będzie reakcja.

        4. Polecam Twój własny tekst o hejcie. Widzę, że obrażanie czytelnika idzie Ci nieźle. Zdaję sobie sprawę, że słowo „bitch” jest już używane bardzo powszechnie, ale to nie zmienia jego wulgarnego znaczenia.
          Swoją drogą, poziom napastliwości wywołany jednym niezręcznym pytaniem jest niesamowity. Wywoływanie sensacji również level master. Mogłaś zwyczajnie wcale nie odpowiedzieć na to pytanie jeżeli uważałaś je za niestosowne lub je po prostu usunąć.

        5. Adorosa, nie obrażam Cię. Posługuję się frazeologizmem dość powszechnie używanym w internecie. Wpisz sobie „bitches love…” w gugla, to będziesz wiedziała, o co chodzi. Jeśli jakimś cudem pomyślałaś, że to Ciebie nazywam „bitch”, to nie było to moim zamiarem.
          I – tak, mogłam olać albo usunąć, ale postanowiłam kiedyś, że z chamstwem będę walczyć. W miarę chęci i możliwości oczywiście. Jeśli piszę tekst o zdradzie i dostaję komentarz z pytaniem, „jak to było u mnie”, to jest to jednoznaczne założenie, że u mnie też do zdrady doszło. A to już jest niegrzeczne.

        6. aaaaanaaa napisał(a):

          Wydaję mi się, że to”a jak to było u Ciebie?” było po prostu niefortunnie zadanym pytaniem…:) a zrobiło się niemiło…

        7. Nie wydaje mi się, żeby użycie fixed phrase miało być mniej obraźliwe od użycia inwektywy wprost. Skoro użyłaś tych słów w komentarzu odpowiadającym na mój, to jak niby mam go nie odebrać personalnie?

          Skoro ktoś pyta „jak było u Ciebie?”, to chyba logiczne, że chce się dowiedzieć, więc nie zakłada jednoznacznie, że do danego zdarzenia doszło. Taka jest idea zadawania pytań – uzyskanie informacji. Gdyby pytający zakładał z góry jaka jest odpowiedź, nie byłoby sensu zadawania pytań. Przynajmniej tak mnie uczono na logice na studiach ;)

          Wydaje mi się, że czytelnik nie ma obowiązku czytania absolutnie wszystkich doniesień prasowych związanych z autorem bloga. Stąd mnie czy melbę mogły ominąć udzielane przez Ciebie wywiady. Nie zmienia to jednak faktu, że Twoja sytuacja jakąś wielką tajemnicą nie była.

          Kolejną kwestią jest sens pisania bloga. Zawsze mi się wydawało, że ma on przedstawiać punkt widzenia autora, jego osobiste refleksje i przemyślenia. Konstruowanie takiego stanowiska odbywa się przede wszystkim w oparciu o doświadczenia autora.

          Podsumowując: upubliczniasz szczegóły swojego życia, kreujesz bardzo konkretny światopogląd, formułujesz go na blogu. A potem pytanie które jest logiczne i nasuwa się samo nazywasz chamstwem. I naskakujesz na osobę, która je zadała, a potem obrażasz osobę, która się Twoim działaniom sprzeciwia. Czyli walczysz z rzekomym chamstwem u innych i uważasz, że masz prawo wychowywać innych, ale jesteś ponad prawem i sama chamstwo możesz stosować?

          Z tego wszystkiego wniosek dla mnie jest taki, że jest to blog do głoszenia kazań – piszesz tekst i ma on być bezsprzecznie przyjęty przez czytelników-wyznawców. Z instytucji oferujący podobny model działania zrezygnowałam już dawno temu.

        8. Marta napisał(a):

          Pytanie „a jak było u Ciebie” w moich kategoriach było chamstwem do kwadratu, bo w oparciu o ten tekst to EWIDENTNE sugerowanie, że Seg była kochanką. Co człowiek to inne zdanie, więc nie ma co przekonywać, że to przecież żaden atak nie był i ojej, źle reagujecie na pytanie, jesteście tacy przewrażliwieni. Ja uważam, że nie jestem, Ty uważasz, że jestem. Masz do tego prawo. Ale ja też. Nietakt, niedelikatność, etc. Nie wciskaj mi, że mam złe przekonania :) Ja nie próbuję Cię przekonać, że źle mówisz, bo, jak podkreślałam wcześniej, patrzysz na nas w swoich własnych kategoriach i wypadamy na przewrażliwionych. Myślę, że gros ludzi myśli tak, jak Ty, gros tak, jak ja, gros nie stwierdzi, że nie ma co w ogóle tego czytać ;)
          Sens pisania bloga jest taki, że ludzie lubią pisać. niektórzy piszą lepiej od innych, niektórzy mają umiejętność poruszania innych, niektórzy do tego gromadzą stałych czytelników. I nie, nie musi nic pisać w oparciu o własne doświadczenia. Wystarczy zwrócić uwagę, że w zeszłorocznych laureatach konkursu Bloga Roku był facet, który pisał bloga jako kobieta i był to eksperyment. Czytelnikom się wydawało, że to kobieta, pisząca o swoich doświadczeniach, przeżyciach. Nie, nie miał doświadczeń jako kobieta, tak sobie po prostu pisał. Blog to może być 100% fikcji, więc założenie, że ktoś coś pisze, to odbywa się przede wszystkim o doświadczenia autora jest błędne. To, że napiszę o tragediach wojny i pokuszę się o zakładanie kto, jak i co wtedy czuje, nie znaczy, że byłam na wojnie. Może się naczytałam, a może ktoś mi opowiadał. Mam swoje zdanie, więc je wyrażam. Dla mnie więc zakładanie, że „konstruowanie takiego stanowiska odbywa się przede wszystkim w oparciu o doświadczenia autora” jest po prostu błędne.
          Pytanie nie było logiczne, nasunęło się zadającemu bo chciał być chamski. Naskoczono na tę osobę słusznie, w moim mniemaniu. Ale tak, zgodzę się, że „bitches love…” było wyrażeniem skierowanym do Ciebie, bo zaczęłaś dyskutować i Tobie podobnym, jeśliby się zgodzili z Twoim zdaniem. Bardzo mnie Segritta rozczarowała takim podejściem. Bo to, że się „stawiasz”, nie znaczy a) że jesteś hejterem b) że KTOKOLWIEK zasługuje na takie określenie. Nie na blogu Segritty, nie od niej. Wydawało mi się, że inny poziom prezentuje. Boli mnie to bardzo. Bo to analogiczna sytuacja – odbierasz pewne rzeczy, jak odbierasz i nikt nie ma prawa twierdzić, że nie powinnaś tego w taki sposób odbierać. Segritta wytłumaczyła, że nie to miała na celu, ale dla mnie niesmak pozostał. Nie padło „przepraszam, źle mnie odebrałaś”, a co więcej autorka bloga pokazała swoją wyższość, bo „jakimś cudem” źle zrozumiałaś Jej intencje, i w ogóle to jesteś głupia w związku i weź sobie przegugluj, bo żal. Okropne. I niegrzeczne.

        9. Zamierzam dorzucić tylko kilka słów w kwestii pisania. Odnosząc się do podanych przykładów – w każdym z nich potrzebne były własne doświadczenia i odniesienia żeby móc dany tekst napisać. Jeżeli facet pisze z perspektywy kobiety, to dlatego że miał szanse je obserwować i znał przynajmniej kilka, sama dorzuciłaś argument o pisaniu w oparciu o już poznane teksty kultury, itp. Nie da się napisać tekstu kompletnie w oderwaniu od siebie samego, będąc „wolnym elektronem”, w oderwaniu od wszystkiego. To jest po prostu niemożliwe.
          A pytanie „jak było u Ciebie?” zwyczajnie ma na celu dowiedzenie się czy w tym wypadku były to osobiste doświadczenia czy obserwacje. Gdyby było to stwierdzenie – owszem, można by je uznać za obraźliwe. Ale było to pytanie.

        10. Marta napisał(a):

          Masz rację z doświadczeniem, ale to nie oznacza z automatu, że Segg była kochanką, a takie jest DLA MNIE założenie osoby, która spytała Jej o przeżycia.
          I powtarzam – ale mniej przyjemnie, skoro nie zrozumiałaś wyżej – nie będziesz mi mówiła, jak mam postrzegać, czy coś jest obraźliwe :) I nikt nie będzie. Nieważne, czy stwierdzenie, czy pytanie. Tak, to było obraźliwe. DLA MNIE. I nie tylko, ale przede wszystkim dla mnie i to się dla mnie liczy. Jak do jednej kobiety powiesz, że jest dziwką, to się obrazi, druga może ucieszy, bo przynajmniej nie powiedziałaś, że „k**wą”. Także to indywidualna kwestia każdej osoby, jak zareaguje na takie epitety. Czy pytania. Czy stwierdzenia.
          DLA MNIE pytanie jest obraźliwe, DLA CIEBIE nie. Koniec dyskusji w tym temacie, bo nie ma o czym dyskutować.

        11. Rzucanie inwektywami jest jednoznaczne – bo słowa mają swoje własne znaczenie. I jak już pisałam wyżej, zadawanie pytań ma na celu pozyskiwanie informacji a nie ich podawanie i jest to fakt, a z takowym nie da się dyskutować. Więc to chyba nie ja mam problemy ze zrozumieniem tekstu pisanego ;)
          Ale oczywiście masz prawo do swoich nadinterpretacji w tej kwestii i absolutnie Ci go nie zabraniam. Mam wrażenie, że sporo ludzi już jest tak zrażonych „hejtem” w internecie, że doszukuje się go nawet tam, gdzie go nie ma. Stąd pewnie wszechobecne przewrażliwienie.
          I owszem, jeżeli masz ochotę, możesz opuścić dyskusję. Natomiast bardzo proszę nie wydawać mi poleceń. To jest dopiero niegrzeczne…

        12. Marta napisał(a):

          W którym miejscu wydawałam Ci jakieś polecenie? Bo nie widzę. Czyżby nadinterpretacja? ;) Pisząc „koniec dyskusji”, nie wydawałam absolutnie żadnego polecenia sobie. Raczej podkreślałam, że nie ma co więcej dodawać. I raczej dyscyplinowałam siebie, bo to ja mam trudności, nie umiem przeskoczyć nawet nie tego, że nie mam racji (zdarza się oczywiście, jak każdemu), ale że osoba, z którą rozmawiam nawet nie spróbuje zrozumieć mojego stanowiska. Bo ja zawsze próbuję.
          Nie, rzucanie inwektywami nie jest jednoznaczne, bo wszystko zależy od okoliczności, w których zostały użyte, do czego zostały użyte, w jaki sposób wypowiedziane, przy kim użyte i tak mogłabym wymieniać. Więc absolutnie rzucanie inwektywami nie jest jednoznaczne. Bo jak znieważysz siostrę za to, że zapomniała wstawić ziemniaki, a znieważysz osobę, której nie znasz, tym samym tekstem, bo zawiązała sznurówki w sposób, jakiego nie akceptujesz, to zupełnie coś innego. Jak powiesz kobiecie, która nie ma nic wspólnego z jednym z najstarszych zawodów świata, że jest dziwką, to się obrazi, a rzeczona pani lekkich obyczajów potraktowana takim słowem, uniesie brew i machnie ręką, bo klientów ma różnych i pewnie słyszy takie teksty częściej, niż inne panie, a naszą opinię ma w poważaniu. Jakby bliski kolega Seg zapytał „a jak to u Ciebie było”, pijąc z nią wódkę, to nie byłoby w tym nic złego. Ale obca osoba, zadająca takie pytanie jest niedelikatnym gburem i tak, uważam, że to hejt. I nie, nie uważam się za przewrażliwioną, bo w 99% to będzie hejt. Taki jest świat. Ale okej, jeśli uważasz, że jestem, to niech Ci będzie :P
          Zadawanie pytań nie jest tylko narzędziem do pozyskiwania informacji (niestety). Cieszę się, że nie miałaś styczności z innym ich użyciem, albo miałaś niewielkie. Ale w niektórych przypadkach zadawanie pytań służy do skrzywdzenia drugiej osoby, do zadania jej bólu.
          Także ja nie mam problemu ze zrozumieniem tekstu pisanego, co sugerujesz. Swoją drogą ja Ci tego nie sugerowałam również, a tak to odebrałaś widzę. Ja tylko opisałam moje wrażenie, że nie umiesz się „włożyć” w nasze buty. Jesteś niewinna i nieskażona, nie wiem, kontaktem ze złymi ludźmi, którzy lubią robić krzywdę dla własnej uciechy. Bronisz osoby, która mogła chcieć źle, ale uważasz, że to niemożliwe. Bo tak, ja przyjmuję do wiadomości, że może było to nietaktowne pytanie i autor nie miał nic więcej na myśli i tak, ot, palnął, chcąc zaspokoić ciekawość i nie mam racji. Ale Ty nie przyjmujesz nawet opcji, że może jednak było w tym coś więcej, że może jednak to był atak i hejt. Mnie tylko o to chodzi.
          W każdym razie pozdrawiam i wracam do pracy. I zastosuję się do swojego „koniec dyskusji”.

        13. W trzech punktach będzie, tak podsumowując moje zdanie, bo nic tu się nie zmieniło i widzę, że dyskusja się wciąż toczy wokół tej samej kwestii:
          1- Tak, pytanie z początku wątku było niegrzeczne. Nie mam żadnych wątpliwości.
          2- Nie, określenie „bitches love..” nie jest obraźliwe, a już na pewno nie dla Adorosy. Wystarczy je sprawdzić, żeby się przekonać, że określenie „bitch” odnosi się tu do adresata, czyli w tym przypadki do mnie. Samą kwestię „włożyłam w usta” osoby, która używa presupozycji, czyli w tym przypadku Melbie. Sam mem odnosi się do facetów, którzy w celu uwiedzenia jak największej liczby kobiet, formułują takie złote myśli, bazując na stereotypach. Na przykład „I told that bitch she’s beautiful. Bitches love being called beautiful”. Generalnie w tym memie chodzi o jakieś banalne, prostackie lub po prostu głupie zagrywki, które tak naprawdę nie działają lub nie są jakoś specjalnie finezyjne, ale podrywacze lubią je stosować.
          Tak więc czuję się trochę tak, jakbym powiedziała w rozmowie „Miłość jest ślepa”, a rozmówca by się na mnie obraził, że nazywam go ślepcem.
          3 – Ze swojej strony (żeby nikt tu się nie obraził) dyskusję uznaję za zakończoną.

        14. seba napisał(a):

          Droga Adoroso.
          To było pytanie z presupozycją. Celem takiego pytania nie jest uzyskanie odpowiedzi, tylko zasugerowanie jakiegoś stanu rzeczy. Autor sklecił to tak zręcznie żeby móc zawsze powiedzieć że tylko pyta. Intencja jest jednak wyczuwalna. Segritta poczuła się urażona ibmiała prawo. Nie można nazwać hejtem tego, że ktoś poczuł się urażony i skomentował niemiły dla siebie komentarz. Peace.

        15. Pytanie nasuwało się samo po przeczytaniu tekstu.
          Tak się składa, że pracuję w nowym miejscu i zarówno ja kilka razy zadałam pytania natury osobistej jak i mi je zadawano. I nie czułam się obrażona wcale, a już na pewno nie tak, żeby rzucać kąśliwymi uwagami na prawo i lewo.

        16. Pionierka napisał(a):

          No cóż, dobrze że w tym miejscu pracy zebrały się osoby mające podobne podejście do prywatności. Gdyby mi ktoś w pracy wyjechał z pytaniem w rodzaju: „A czy Twój partner się dla ciebie rozwiódł z żoną”, „A czy twój partner miał kiedyś żonę”, „a kiedy chcesz mieć dzieci”, „a jak często się bzykacie” to usłyszałby ode mnie bardzo dobitną odpowiedź. I uprzejma na pewno bym nie była, bo włażenie komuś z buciorami w życie jest nieakceptowalne.

        17. Zobacz, jak zostało zadane pytanie. To nie było żadne z tych, jakie Ty zadałaś. Brzmiało „Seg, a jak to było u Ciebie?”. Gdyby w rozmowie z inną osobą np. na temat związków, ktoś zapytał „a jak było u Ciebie?” to też rzucałabyś niewybrednymi komentarzami? Wątpię. Chyba że jesteś typem człowieka, który po prostu się tak zachowuje.

        18. Pionierka napisał(a):

          Gdyby to było pytanie: a jak poznałaś swoje partnera to ok, choć niekoniecznie lubię w takie sprawy wtajemniczać obcych ludzi, ale zbyłabym to kulturalnie, gdybym nie chciała o tym rozmawiać.
          Tutaj jest sytuacja w rodzaju:
          Ja: – Czytałaś? Ten facet zabił swoją żonę i związał się z młodszą kobietą. Koszmar.
          Ktoś niekulturalny: Pionierko, a jak to było u ciebie?
          Czujesz różnicę?

        19. Pionierka napisał(a):

          Rozumiem, że każdy kto ma inne postrzeganie prywatności niż Ty jest przewrażliwiony? Są ludzie, którzy na pierwszym spotkaniu poinformują towarzystwo o całym swoim życiu intymnym, relacjach z partnerem i problemach gastrycznych oraz trudach porodu. A inni nie. I wypadałoby to uszanować.

          A jak się nie wie, jakie ktoś ma granice to lepiej się ugryźć w język niż wyjść na osobę wścibską i nietaktowną.

        20. Tyle, że dyskutowanie tego typu tematu w kontekście tego, że wszyscy znają chociażby szczątkowo sytuację jest wręcz zaproszeniem do takich pytań, jeżeli nie prowokacją :)

        21. Pionierka napisał(a):

          Oczywiście, prowokuje jak krótka spódniczka do gwałtu.
          Jak ludzie usłyszą, że jestem macochą to przecież normalne, że mogą czuć się upoważnieni do zadania mi pytań:
          – A czy dzieci cię nienawidzą?
          – A czy on zostawił dla ciebie żonę?
          – A nie boisz się, że ciebie też zdradzi?
          – A będziecie mieć swoje dziecko?
          – A weźmiecie ślub? A kiedy?
          To tylko taki small talk, a kto nie chce o tym rozmawiać ten jest przewrażliwiony.

        22. Znasz może różnicę między pytaniami otwartymi a zamkniętymi? Bo wszystkie Twoje są zamknięte, narzucają autorowi albo odpowiedź tak/nie albo wymagają precyzyjnej odpowiedzi. Widać też nich dokładnie, jakie jest stanowisko autora. Pytanie „a jak było u Ciebie?” jest otwarte, pozbawione ładunku intencjonalnego/emocjonalnego. I to jest zasadnicza różnica.

        23. Pionierka napisał(a):

          Jakby Ci to powiedzieć… To, że człowiek ma dzieci, nie oznacza, że był w związku małżeńskim. Choć akurat Seg o byłej żonie Seby pisała.

  1. Marta Grzechuwarta napisał(a):

    „Mój rodowy gest” – <3 :)

    Chociaż totalnie i absolutnie nie dotyczy mnie ten temat (acz zdanie mam wypisz – wymaluj, takie samo), to przeczytałam z frajdą :) Szkoda, że jest mnóstwo kobiet, które tego nie wiedzą, a nawet jeśli, to są za bardzo nielubiące siebie, żeby móc z wyprostowanymi plecami, szyją i myślą, z gracją wyprostować środkowy palec.

    Mnie aktualnie bardziej te pieluchowo – rodzicielsko – oczekujące dotyczą, ale wszak wiemy wszyscy, że lepszy niedosyt od przesytu.

    Uśmiecham się, eM.

  2. Magdalena Czech napisał(a):

    Kiedyś usłyszałam do mojego znajomego, że większość kobiet myśli że miłość się „przytrafia”. Idzie sobie bidulka ulica, widzi jegomoscia i boom jest zakochana na zabój. Miłość to jest wybór. I jeżeli jakaś kobieta wybiera związek z żonatym mężczyznom to chyba ma świadomość konsekwencji.

  3. Świetlik napisał(a):

    „Bywa, że jeśli rozwód będzie z winy faceta (bo wyjdzie na jaw, że zdradzał), będzie on potem musiał żonie alimenty co miesiąc płacić. Tak, moim zdaniem to trochę abstrakcyjne jest, ale takie jest prawo. Nic dziwnego, że facet boi się rozwodu. Może na tym stracić dom, który de facto sam kupił i zbudował (ale wg sądu jest wspólny), samochód (przecież nie zostawi żony z dziećmi bez auta), a kredyt sam będzie spłacał, bo to on chce odejść, on zdradził, on ma wyrzuty sumienia.” Takie myślenie jest dość toksyczne, tzn. jeśli żona faktycznie jest pasożytem w rodzinie i w żaden sposób nie pomaga, to on powinien się rozwieść natychmiast, albo wymusić na niej zmianę podejścia (pytanie, czy nie mógł się tego spodziewać po niej już wcześniej, biorąc sobie za żonę księżniczkę, która chce być utrzymanką), natomiast w innym wypadku, kiedy facet latami się na to godzi, nie można mówić, że „to on kupił dom i zbudował”, bo zwykle w tym czasie żona robi dla niego coś innego, np. dba, żeby nie umarł z głodu, pierze jego brudne gacie, siedzi po nocach z dzieckiem, które miało koszmar i nie może zasnąć – nawet, jeśli zarabia dużo mniej i krócej siedzi w pracy. Alimenty są po to, żeby ludzie się zastanowili dwa razy, czy chcą w związek wchodzić i mieli świadomość, że uzależniają swoje życie od drugiej osoby, biorą odpowiedzialność za jej byt. Facet po czterdziestce, z pracą i nawet mimo dzieci, łatwiej znajdzie sobie nową, często sporo młodszą od siebie partnerkę, natomiast żyjemy w takim społeczeństwie, że kobieta „z drugiej ręki” może mieć naprawdę ciężki start w samotne życie, zwłaszcza, jeśli poświęcała się latami rodzinie kosztem kariery zawodowej (i nie mówię tu nawet o ekstremalnej sytuacji, kiedy kobieta zajmuje się tylko domem, wtedy już w ogóle ma przerąbane przy rozwodzie) – nagle ten, który miał być pomocą, odchodzi do innej, a ona czasu już nie cofnie, na koncie emerytalnym ma tyle, ile przez lata odłożyła, szef nie da awansu z dnia na dzień, dlatego nie widzę nic złego w tym, że zdradzający mąż musi płacić żonie część swoich dochodów, bo często jego kariera i zarobki to efekt również jej pracy i wyrzeczeń.

    1. Pionierka napisał(a):

      Jest tylko jedna sprawa – alimenty płaci się byłemu partnerowi tylko w sytuacji, gdy rozwód jest z jego wyłącznej winy. Zdrada nie oznacza, że sąd uzna to za winę wyłączną. Jeśli okaże się, że np. żona wprawdzie kochanka nie miała, ale robiła regularne awantury o wszystko to może być orzeczenie o rozwodzie z winy obu stron. A wtedy alimentów nie ma.

      1. Michał napisał(a):

        No tak tylko jak bierzesz kobietę za żonę to ta kobieta, powiem nieładnie – w papierach zostaje żoną do końca życia. Nawet jak weźmiesz rozwód nie z Twojej winy to miej świadomość, że jak będzie Ci się wiodło bo jesteś super, masz nowy, lepszy, ładniejszy model kobiety, więcej zarabiasz i w ogóle jesteś super – to żona ma prawo do pójścia do sądu i powiedzenia „helloo ja tu z głodu umieram bo mnie ten dupek zostawił a sam buja się po Seszelach kilka razy do roku z młodą kozą i sra pieniędzmi na lewo i prawo” A Ty będziesz musiał byłej żonie wyrównać tą dysproporcję bo „w papierach zostaje Twoją żoną do końca życia”. Tak już jest i bardzo dobrze, że tak jest, bo zawarcie małżeństwa to nie wycieczka do supermarketu po mięso…

        1. Pionierka napisał(a):

          Nie w polskim prawie. W przypadku rozwodu bez orzekania o winie tylko przez pięć lat obie strony mają prawo do alimentów – mężczyzna również, nie tylko kobieta. A po pięciu latach żona już nie jest żoną, a mąż nie jest mężem. Są dla siebie obcymi ludźmi i jedna strona może umierać z głodu, a druga srać pieniędzmi i sąd się tym zajmować nie będzie.

        2. Przynaje ze nie jestem prawnikiem ale zaskoczylas mnie bo pamietam ze studiow z prawa majatkowego iz mowiono mi ze zona po rozwodzie jezeli ma ”gorsze warunki zycia” i nie zwiaze sie z nikim nowym ma prawo do alimentow od bylego meza do konca zycia. To mnie zaskoczylas z tym 5 lat, Ciekawa jestem czy wiesz cos o tym? pozdrawiam :)

        3. Pionierka napisał(a):

          Ja też nie jestem prawniczką, ale akurat z tymi kwestiami mam styczność osobiście :) Istotnie, osoba (osoba! nie tylko żona do jasnej anielki!) znajdująca się w niedostatku (nie: mająca gorsze warunki, musi być niedostatek) ma prawo do alimentów, ale jeżeli alimentujący nie został uznany za winnego rozwodu to obowiązek trwa przez 5 lat. Gdyby było inaczej to mój partner mógłby teraz zażądać alimentów od swojej ex;) Ale już po terminie… Jest zapis, że sąd może to przedłużyć „w wyjątkowych okolicznościach”, ale to na tyle niejasny zapis, że praktycznie się takie orzeczenia nie zdarzają.

  4. Normalnie teraz zastanawiam się czy nie puścić tego tekstu u siebie, żeby może jakaś była, obecna czy przyszła kochanka mojego – bo cholera wie, jest super, ale trzeba zapobiegać, wiedziała, że nie opłaca się zawód kochanki :P.

  5. magda napisał(a):

    Ja mogę opowiedzieć historię swojego życia. Przez ponad 4 lata byłam z jednym facetem. Wspólne mieszkanie, finanse, kot. Ustabilizowana sytuacja. No i nagle poznałam TEGO DRUGIEGO. Długie rozmowy, wspólne tematy, taka chemia której się nie da oszukać. Problem był taki, że nie chciał romansować z zajętą kobietą. Umawialiśmy się na spotkania, jeździliśmy na wycieczki za miasto, ale nigdy do niczego nie doszło. Było mi ciężko jak cholera. Nie wiedziałam jak sobie poradzić z zakończeniem poprzedniego związku. Ale zrobiłam to, bo kochałam tego drugiego jak żadnego innego wcześniej. To że trzymał mnie na dystans do czasu wyjaśnienia spraw z poprzednim facetem bardzo pomogło mi w decyzji. Gdybyśmy pozwolili sobie na klasyczny romans to nie wiem ile to by się jeszcze ciągnęło, bo tak było mi wygodnie. Trudno nagle porzucić swoje dotychczasowe życie dla kogoś, kogo się praktycznie nie zna. Wiadomo, że tak jest uczciwiej, ale ja nie czuję się do końca w porządku, bo swoje zachowanie i tak traktuję jak zdradę, ale to takie moje własne kategorie ;) Chciałam wam to opowiedzieć z dwóch powodów: 1) Segritta ma rację w tym co napisała powyżej, 2) Nie oceniajcie tak łatwo ludzi za zdradę. Może z tą drugą osobą są teraz dużo szczęśliwsi. Ja jestem:)

  6. Morrrigan napisał(a):

    W zasadzie trudno się z Tobą nie zgodzić. Mam tylko wątpliwości czy zdradza się tylko w nieszczęśliwych związkach. Myślę, że są osoby, które po prostu nie są stworzone do życia w związkach monogamicznych. i gdy mijają rzeczone motyle w brzuchu szukają nowych wrażeń

    1. To takie osoby nie powinny żyć w związkach z założenia monogamicznych. Nikt im nie każe się żenić, zakładać rodziny, nie ma przymusu. Można żyć sobie wolnym i bzykać wszystko na prawo i lewo nie raniąc przy tym nikogo.

  7. Karolaf napisał(a):

    Uwielbiam Twoje teksty parentingowe, ale brakowało mi wpisu takiego, jak ten :)
    Jednak nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że kochanka pozostaje bez winy. Jeżeli w chwili rozpoczęcia romansu, wiedziała o tym, że facet jest żonaty i zgodziła się na to, zgodziła się też ranić jego żonę i dzieci. Jasne, być może, gdyby z tego względu nie zgodziła się na romans, on znalazłby inną, ale jednak, moim zdaniem kobieta nie powinno robić czegoś takiego innej kobiecie.

    1. To nie ona „robi to innej kobiecie”, tylko on. Żony nie obchodzi życie innej kobiety. Żony obchodzi życie jej męża. To on zdradza, to on łamie słowo, to on oszukuje, odchodzi (lub nie).

      1. Lidia nas napisał(a):

        To, że kochanka nie przysięgała innej kobiecie wierności, nie znaczy, że może ją krzywdzić a robiac coś co może doprowadzić do rozbicia jej rodziny robi jej i jej dzieciom potwórną krzywdę. Nie przysięgamy też np. że nie będziemy napotkanych na ulicy kobiet nawalać młotkiem po łbie a jednak tego nie robimy, bo nie chcemy zrobić im krzywdy.

        1. Ola Jachym napisał(a):

          Tyle, że kochanka nie krzywdzi kogoś, kogo nawet nie zna. To on swoim wyborem krzywdzi swoich bliskich.

        2. Lidia nas napisał(a):

          Jego wina nie pozostawia wątpliwości. Natomiast argument, że nie mogę skrzywdzić osoby której nie znam rozłożył mnie na łopatki. Różne słyszałam sposoby na rozgrzeszenie swoich czynów, ale ten króluje. Mogę więc np. okraść kogoś pod warunkiem, że go nie znam? Albo rzucić doniczką z okna, bo przecież nieznajomego nie skrzywdzę? Ech….

    2. Ja bym się z tym zgodziła w pewnym stopniu. Tak jak biorąc czekoladkę od kogoś, kto mnie częstuje, nie mam obowiązku przeprowadzać śledztwa, czy przypadkiem jej nie ukradł z paczki charytatywnej, tak kiedy już się tego dowiem, to nie powinnam wziąć. Nie dlatego, że ‚nie powinnam tego robić biednym ludziom’ (w końcu to nie ja), ale wspieranie tego i współdzielenie profitów z tego jest jakoś poniżające.

  8. Harrold napisał(a):

    Ależ kupa nienawiści zieje z tego tekstu wobec mężczyzn. Ktoś Segrittę musiał nieźle wkurzyć. Aż ciekawość w człowieku rośnie, czy to z pobudek osobistych czy też obserwacji towarzyskich. Tak czy inaczej protestuję przeciwko pozycjonowaniu wyłącznie mężczyzn jako jedynych, jak to nazwałaś „uberch…..”. To się wpisuje w niestety coraz częściej występującą, również w mediach, modę na gnojenie mężczyzn, określanie ich mianem sprawców przemocy domowej i innej. Dziwi mnie, że jest na to społeczne przyzwolenie i nie jest ścigane z urzędu. Tym bardziej jest mi przykro że autorka tego bloga wpisuje się w ten nurt.
    Uważam tez, że związki to bardzo krucha materia, o której wiele osób nie ma bladego pojęcia. I proponowałbym zostawić im decyzję w każdym z przypadków.

      1. Harrold napisał(a):

        nazwałbym im „męzczyznami kórzy nie odchodzą od żon do kochanek” :) Dokładnie tak jak ty nazwałaś. Zwróć uwagę, że każdy z nich ma swoje powody i nazywanie ich uberchujami ani nie przynosi chwały Tobie (o której mam zbyt wysokie mniemanie by przejść obojętnie) ani tym bardziej nie wpływa dobrze na coś co można nazwać dobrym obyczajem czy kulturą.
        Zawsze ceniłem to miejsce ze wyższy niż na wielu innych blogach poziom i mimo tego (jak chcę wierzyć) wypadku nadal będę próbował je cenić mimo że ostatnio jestem tu wystawiany na próby :)

        1. No widzisz. A dla mnie człowiek, który trzyma sobie kochankę, której mówi, że się rozwiedzie, ale się nie rozwodzi, jest chujem. I chujem (damskim) jest też kobieta w analogicznej sytuacji. Opisałam to. Ale tekst akurat traktuje o facetach.

        2. Michał napisał(a):

          No widzicie a dla mnie każdy facet, który ma kochankę jest chujem, bez względu co tej kochance mówi i vice versa :) Jak kobieta wie że facet ma żonę i świadomie idzie z nim do łóżka, to pomimo tego że jest ślepo zakochana – jest chujem :) Analogicznie w drugą stronę.

        3. aaaaanaaa napisał(a):

          Nie chodzi o bycie sumieniem faceta, ale swoim własnym właśnie…wg mnie jeśli kobieta wiedząc, że facet ma żonę, idzie z nim do łóżka, bierze coś cudzego…przy czym podkreślam, że nie popieram robienia z kochanki najgorszej suki, bo to rzeczywiście facet w tej sytuacji rozbija małżeństwo na własne życzenie…Nie wierzę też w to, że nie mógł się oprzeć uwodzicielce…ale nadal uważam, że taka osoba nie jest niewinna – to podobnie jak z kupowaniem kradzionego towaru, jeśli wiem, że to coś jest kradzione, to mimo, że sama nie jestem złodziejem przyczyniam się do tego procederu…

        4. Dokładnie tak. Do zdrady trzeba dwojga. Owszem, facet, który zdradza żonę/narzeczoną/dziewczynę jest chujem, ale wolna kobieta, która idzie do łóżka z facetem choć wie, że ten jest żonaty wcale nie jest lepsza od niego. Choć nikomu nic nie przysięgała.

  9. Pionierka napisał(a):

    I jeszcze rada dla ojców. Pokaż co to znaczy być honorowym i uczciwym mężczyzną. Wtedy twój syn nie będzie zdradzającym chujem, a córka nie będzie się takimi interesować. Pamiętam taką rozmowę z moim ojcem, miałam jakieś 16 lat. Powiedział wtedy: jak ktoś zdradzi żonę, to nie będzie miał oporów żeby zdradzić kraj, bo to człowiek, który nie ma honoru. Patetyczne, ale dla mnie celne.

  10. Ja poznałam chyba najgorszy istniejący typ faceta. Romans na odległość. Siedem tysięcy kilometrów. Widywaliśmy się co jakieś trzy miesiące. Tylko, że on już na początku przyznał, że nie kocha. Ani mnie, ani jego oficjalnej partnerki, ale ona miała coś, czego on chciał. Japoński paszport. Panicznie się bał, że coś wyjedzie na jaw i go zostawi, ale niemal przez cały ich związek miał kogoś innego na boku i zdrada nie robiła na nim żadnego wrażenia, chociaż sam przyznał, że ona na pewno coś podejrzewa. Najciekawsze jest to, że niedługi czas po tym jak przestaliśmy się spotykać, dowiedziała się o tych wyskokach. Z tego co słyszałam to mu wybaczyła, a on po ucichnięciu sprawy znalazł kolejną. Strasznie toksyczne.

  11. Myślę, że zdrada rzadko jest taka prosta, że jest problem, niespełnienie, to jest zdrada…Przyczyn jest wiele, na przykład tak zwany syndrom wieku sredniego u męzczyzny…Wtedy jeden czy drugi „musi” sie wyszalec, mija i jest ok. Strasznie to w pewnym sensie prymitywne, ale niestety powtarza sie jak kalka w wielu zwiazkach. Kochanka jest tylko „przedmiotem” pewnego mechanizmu

    1. Ja nie wierzę w ten „kryzys wieku średniego”. Te zachowania, o których się w jego kontekście mówi, czyli nowe auto, przypomniane stare marzenia, nowa kobieta… to moim zdaniem efekt niezadowolenia ze swojego życia albo po prostu duża potrzeba zmiany (tak jak czasem mamy ochotę przestawić łóżko w sypialni lub przemalować salon, żeby coś było inaczej). Można taką chęć zmiany w pełni zaspokoić, nie biorąc sobie kochanki, przeprowadzając wszystko ze stałą partnerką lub przynajmniej „obok niej”. Ale już niezadowolenie ze swojego życia, zwłaszcza tego małżeńskiego, najłatwiej załatwić zmianą partnerki. Tylko, na litośc Buzka, NAJPIERW się rozstajemy z jednym partnerem, POTEM bierzemy kolejnego.

      1. Eulalia Pstryk napisał(a):

        Gdzieś przeczytałam fajne zdanie, że w takich właśnie sytuacjach wyłazi z ludzi małpi przodek – nie puszczamy jednej gałęzi, dopóki nie trzymamy już mocno kolejnej.

  12. Nie do końca zgodzę się z tym, że kochanka jest bez winy. Nigdy nie jest. Owszem, jeśli jest osobą wolną, to nie ma sobie wiele do zarzucenia, ale jeśli wiedziała, że facet ma żonę, a mimo to dała się uwieść lub sama go uwiodła, to jednak trochę w tym jej winy jest. Faceci są prości, często najpierw robią cos, a potem dopiero myślą. Oczywiście, jeśli facet na prawdę kocha, związek jest udany i szczęśliwy, to nie spojrzy nawet w kierunku innej kobiety. Ale w każdym związku, z różnych względów, bywa różnie. Raz lepiej, raz gorzej. W chwili słabości może stracić głowę dla innej i zdradzić, ale wina nigdy nie jest jednostronna. Nawet jeśli facet jest chujem to jednak kochanka również ponosi jakąś tam winę za zaistniałą sytuację.

    1. Nemesis Nave napisał(a):

      Kurczę, zresztą prosta zasada – „Nie być chujem dla innych”.
      To, że się komuś nie przysięgało nie znaczy, że można tę osobę krzywdzić. Takie już totalnie uproszczone porównanie – jak facet nie obiecywał, że nie uderzy kobiety, a to zrobił jakoś umniejsza temu złemu uczynkowi?

    2. Moim zdaniem nie masz racji. Właśnie w ten sposób ludzie umniejszają swoją winę, a prawda jest prosta. Jeśli masz zasady, to się ich trzymasz niezależnie od okoliczności. Jeśli ktoś problemy w związku traktuje jako wymówkę do nawiązania romansu, to jest gnojem. Jeśli ktoś dodatkowo próbuje zrzucić winę na bliską mu osobę, to jest ultragnojem. Facet wolał budować relację z kimś nowym, zamiast naprawić stare, ale nie miał jaj, żeby zrezygnować z poprzedniego związku całkowicie. Na koniec robi z siebie ofiarę intrygi. Nie dajcie sobie wciskać takiego kitu.
      Będąc w takiej sytuacji do kochanki czułabym jedynie wdzięczność i współczucie, że przeżywa podobne tortury, a dodatkowo jest osądzana przez całe społeczeństwo.

      1. Jeśli nie byłaś w takiej sytuacji, to nie wiesz jakbyś się zachowała. Dopóki jest to tylko gdybanie, nigdy nie masz pewności jak faktycznie byś zareagowała. Taka prawda.
        Ja nie umniejszam winy faceta, jeśli zdradza jest gnojkiem i już. Niemniej nie uważam, aby kochanka, która jest świadoma, że plącze się w romans z żonatym facetem była kompletnie bez winy. Nie mam na myśli tego, że facet jest ofiarą, a ona go uwiodła i to z niej jest sucz, a on po prostu biednym, bezmyślnym barankiem. Nie, też jest winny, bo ma obowiązek być wierny, tego absolutnie nie neguję. Jednak, jak wspomniałam, do zdrady trzeba dwojga i wina nigdy, absolutnie nigdy nie leży po jednej tylko stronie. Chyba, że w grę wchodzi jej nieświadomośc, bo nie wie, że facet jest w związku lub gwałt, ale to już zupełnie inny temat.

        1. Nawet jeśli rozpada się rodzina, zdrada nie jest winą kochanki/kochanka. Bo to nie ona zdradza swojego partnera, tylko ten partner zdradza swoją kobietę. Nie można tego tłumaczyć w ten sposób: ,,Gdyby go nie kokietowała, nie doszłoby do rozpadu rodziny bla bla”, owszem, doszłoby. Jak nie z tą, to z inną. Jedynym winnym jest tu pan, który nie umiał utrzymać fiuta w spodniach. Bądź pani, która lubi rozkładać nogi- niekoniecznie przed swoim mężem.

        1. To nie takie proste. Dalej uważam, iż to osoby zdradzającej w związku wina całkowicie. To ona zna obie strony, ona może rozsądnie wybrać. To ona przedstawia obraz żony/męża oraz ich związku tej drugiej osobie. To ona przekonuje kogoś, że to nic złego. Nawet jeśli tylko przystaje na zaloty drugiej strony.

          Nie mówimy tutaj o sytuacji, kiedy on/ona zmusza kogoś w związku do odejścia, ale kiedy to osoba w związku obiecuje kochance/kochankowi wspólną przyszłość na wyłączność. Znałam kochanki i to nie są wyrafinowane mendy, które świadomie niszczą rodzinę. Jeśli mówimy o winie, to mówimy też o zamiarze krzywdy, a one najczęściej wierzą, że tej rodziny już nie ma. Wbrew logice i przekazom osób postronnych nie wiedzą, że kogoś krzywdzą. Wierzą, że ta rodzina i tak by się rozpadła. Moim zdaniem łatwowierność i naiwność nie są powodem do tego, aby kogoś obciążyć winą. Oczywiście, że ich działania wywołują szkody, ale nie robią tego umyślnie, a z powodu błędnej oceny sytuacji.

        2. Świetlik napisał(a):

          Nie rozumiem kobiet, które chcą się wiązać z zajętymi facetami – mimo to nigdy nie przyszłoby mi do głowy mieć pretensje do kochanki, gdyby mój facet takową miał. To on zdradza, nie ona (w każdym razie nie mnie), a jej mogę co najwyżej współczuć, bo wydaje mi się, że jeśli dla niego raz taka sytuacja (dwa związki na raz, kłamstwa i wykręty) była okej, to nigdy nie uwierzyłabym, że mi takiego numeru też nie wywinie – a to już na starcie skreśla związek jako szczęśliwy i przyszłościowy. Dziewczyny, mamy wystarczająco ciężko, nie pozwólmy się szczuć na siebie i zwalać winę za cudze grzechy. To chyba tak działa, że łatwiej sobie wmówić „ta zołza rozbiła moją rodzinę! Byliśmy z X tacy szczęśliwi!”, niż przyznać samej przed sobą, że problemem jest nie ta trzecia (której się nie zna i na którą łatwiej przelać nienawiść i gorycz niż na kogoś, kogo się kochało), tylko sam fakt, że on zdradził (albo, jak lepiej brzmi, „dał się uwieść tej suce”) – kobiet jest jakieś 50% społeczeństwa, przy czym zawsze znajdzie się jakaś młodsza/ładniejsza/bardziej cośtam, a jak komuś nie wystarcza to, co ma, to prędzej czy później jakaś chętna się pewnie znajdzie i jedynym wyjściem byłoby trzymać takiego faceta pod kluczem. Widzę to trochę tak, jak zapobieganie gwałtom poprzez wmawianie kobietom, że nie wolno im wychodzić z domu po zmroku, muszą chodzić po mieście tylko ze swoim samcem, ewentualnie tresowanym pitbullem-zabójcą, i najlepiej ubrane w strój maskujący, żeby w ogóle ich nie było widać, bo każdy ubiór przez kogoś może zostać uznany za wyzywający – zamiast polować na gwałcicieli.

    3. Alkaa napisał(a):

      Mysle, ze trafilas w sedno tym, ze wina nigdy nie lezy po jednej stronie, ale dodalabym tutaj wine zony. Mysle, ze mniej jest takich sytuacji, kiedy faktycznie jest w zwiazku super, a facet to babiarz i notorycznie cudowna zone zdradza, niz takich kiedy w zwiazku cos jest nie tak, czegos brakuje (nie tylko „biednemu” facetowi, ale obu stronom i nie potrafia o tym rozmawiac, tylko poglebiaja kryzys).

  13. Sylwia | taomama.pl napisał(a):

    Wszyscy wiemy, że sytuacja, w której mąż ma miesiącami/latami i żonę, i kochankę, jest dosyć częsta. O wiele rzadziej zdarza się, że to kobieta ma męża i kochanka (szczególnie takiego, który sam nie ma żony). Ponoć dzieje się tak dlatego, że faceci nie są w stanie znieść sytuacji, w której ich ukochana uprawia seks z jeszcze jednym mężczyzną. Dlatego szybko stawiają ultimatum – ja albo mąż. Zatem, kochanko, bądź jak facet! ;)

  14. Zgadzam sie ze stwiedzeniem ze gdy maz i zona sa w sobie zakochani i czuja milosc to nie ma opcji na skok w bok. Mam meza nie pierwszy dzien i wiem co mowie, Maz mnei kocha i nie widzi innych kobiet. Po co ma sie nimi interesowac skoro ma mnie i wice wersa i nikt mi nie wmowi ze moj maz jest niewierny.. Zgadzam sie tez z 2 teza ze gdy 1 strona malzenstwa zakocha sie w kims innym wystarczy 2 miesiace na powiedzenie ”bye”. Zona mojego brata poznala kolege w pracy..po 3 miesiacach juz sie rozstali a ona zamieszkala z kochankiem. Poszlo szybko i tylko pozostal niesmak. Jezeli czytaja to kochanki zonatych mezow ktorzy przy kazdym spotkaniu obiecuja ze tak porozmawia z zona o rozwodzie to znaczy ze nie rozwiedze sie nigdy.

  15. Natalia napisał(a):

    A dla mnie to bełkot. Wydźwięk ogólny wypowiedzi jest taki, że romansowanie i zdradzanie jest ok i w porządku tylko trzeba się rozwieść szybko sprawnie i bezboleśnie… no tak. Masakra jakaś.
    A jak kobieta sypia z żonatym mężczyzną to TYLKO jego wina. Bo? Bo każdemu można z każdym jak on sam jest singlem? Proszę…

    Przed napisaniem tak celnego poradnika morlanego proponuję napierw porozmawiać z chociaż jedną: kochanką, zdradzającym, zdradzanym (a raczej np matką która została sama z 3 dzieci bo mąż ma prawo do szczęścia przecież), dziećmi z rozbitego związku (którzy potem często lata siedzą na kozetce żeby samemu umieć zbudować zdrowy związek) i najlepiej dobrym psychologiem rodzinnym. Potem się wymądrzać.

  16. Kinga napisał(a):

    Jak dla mnie nie ma usprawiedliwienia dla kochanek bo co kobieta ma prawo się brać za zonatego mężczyznę z dziecmi chyba sobie żartujęcie kobiety do was mówię do kochanek ogarnijcie się jest mnóstwo wolnych facetów po co niszczycie rujnujcie życie innym a już nie mówię o dzieciach jaka im krzywde sprawiavie rozwalajac rodzine..wolne kobiety bierzcie się za wolnych facetów co z wami chore jesteście umysłowo co już może na całym świecie nie ma wolnego ani jednego faceta macie popaprane mózgi i ani trochę kobiecej godności.. gdy spotkacie lub poznajcie faceta a podoba się on wam jest zonaty ma dzieci to nie wskakiwac mu do łóżka bo pozalil sie że mu się w małżeństwie nie układa i wam wcisnąl jakie jesteście cudowne tylko twardo powiedzieć NAPRAWIAJ SWOJE MAŁŻEŃSTWO ZRÓB WSZYSTKO BYLE JE URATOWAĆ PRZYPOMNIJ SOBIE Z ŻONĄ DLACZEGO SIĘ POBRALISCIE a nie bzyk..się z nim miejcie trochę serca i sumienia a jak nie zgadzaćie się że mną to idźcie kochaneczki do psychiatry bo to nie jest normalne i nie gadać mi tu głupot o miłości bo to zwykle kur…co robicie.

  17. A ja uważam że.. Przepraszam za wyrażenie, ale jak suka nie da, to pies nie weźmie :D Aczkolwiek pies nigdy nie powinien chcieć brać, jeśli jest naprawdę psem rasowym ;) ale jeśli jest zwykłym kundlem.. to weźmie co dają.

    1. Alka napisał(a):

      Dla mnie to jeden z glupszych tekstow- prymitywnych, pokazujacych, ze zona widzi romans tylko przez pryzmat seksu, a co gorsza widzi sam seks „jako dawanie przez kobiete i branie przez faceta”- oblesne. Moze dlatego jest/byla zdradzana- bo w seksie nie ma dla niej nic innego. A moze poza nim nie potrafi byc kochajaca, czula. Mysli, ze jest, ze wziela slub i to wystarczy.

      A w odpowiedzi na Twoj cytacik: „jak sie ma w domu dobry obiad to nie jada się na mieście” ;)

      1. Łoo jo joj jaki bulwers :D Użyłam tu tego raczej dla zobrazowania sytuacji w konkretnym temacie, nie zaś do analizy zdrad ogólnie. Tu jest temat dlaczego NIE ODCHODZĄ do kochanek, i skąd się te kochanki biorą.. Nie biorę pod dyskusje nieszczęśliwych skisłych małżeństw, bo z takiego po prostu by owy odszedł do tej kochanki i tyle.. Biorę te, kiedy jednak nie odchodzi, bo jednak i w domu pewnie ma i obiady i więcej, więc, summa summarum, gdyby mu się chętna nie nawinęła, albo by jej nie znalazł, to pewnie dalej jadał by tylko w domu. I nie była to też z mojej strony ocena tylko jej czy jego, bo jak najbardziej to on będzie głównym winnym, gdyż jego obowiązuje przysięga. Przyznaje, moje skróty myślowe mogą być trudne do zrozumienia, ale można też trochę pomyśleć. Każdy zna i to powiedzonko, i jego znaczenie, tekst czytałaś, więc powinnaś wiedzieć o czym gadka, a Ty zamiast porozkminiać, atakujesz. Czyżbyś była kochanką? :P Nie no, to tylko taki żarcik na koniec ;)

        1. To jest przenośnia jak każda inna. Pies to pies, nic obraźliwego, suka to psia kobieta, funkcjonujący w języku polskim wyraz, nie widzę tu wulgaryzmu. Nikt się nie oburza, kiedy ktoś powie „Mądry jak sowa”, „Zwinny jak małpa”, czy wiele innych, czyli generalnie nie oburzamy się, kiedy opisując jakieś ludzkie zachowanie porównujemy do zwierząt. Czemu więc to ma być takie okropne? To taka niekonsekwencja. Tu nie ma ani seksizmu, ani wulgaryzmu. To poniekąd jednozdaniowy opis praw zwierzęcej natury, który akurat świetnie pasuje i do naszej. Chyba, że mamy na to jakieś powiedzonko „ludzkie” a ja nie wiem.. ?

        2. Alkaa napisał(a):

          Tak jak napisala Matylda- ten tekst jest dla mnie po prostu wulgarny. Uogolnianie romansu jak i samego seksu do brania i dawania. Ciezko porownac to „powiedzonko”do „madry jak sowa”;)
          Tekst jest o tym, dlaczego mezczyzni nieod odchodza od zon do kochanek, ale nie o tym dlaczego w ogole maja kochanki- z Twojej wypowiedzi wyszlo uogolnienie, ze powodem jest „dawanie” przez kochanki i to wlasnie skomentowalam- powodem moga byc ciagotki faceta do romansu, tak samo jak i nieudany zwiazek.
          „Czyzbys byla kochanka?”- bylam, juz nie jestem, jestem partnerką i wiem, że kwestia seksu jest jedną z wielu, a nie jedyną, dlaczego ja, a nie była zona.

    2. EM napisał(a):

      Można rzec też jak pies nie da – suka nie weźmie.
      Uderzanie tym hasłem tylko w jedną stronę – jest tylko wypromowanym schematem myślowym.

  18. Alka napisał(a):

    Z żoną rozwiedzie się ostatecznie już niedługo- to ze mną ma zdjęcia, planuje wakacje, ze mną spędza święta, weekendy. Nie obiecywał cudownej przyszłości, równocześnie mieszkając z żoną. Zamieszkaliśmy razem półtorej miesiąca po tym, kiedy stwierdziliśmy, że to między nami to właśnie to i chcemy być ze sobą. U mnie rozwód zdecydowanie szybszy, bo nie mamy dzieci. U niego trochę trudniej.
    To dowód na to, że nie tylko kobiety się zakochują. Mężczyźni również. Czasem są w związkach z kobietami przez pomyłkę, czasem są zbyt młodzi, żeby wiedzieć, czego szukają. I czasem przewrót jest konieczny.

    1. Dessy Lyn napisał(a):

      Na Twoim miejscu zastanowiłabym się, czy jest sens się wiązać z człowiekiem, który nie potrafi dotrzymać danego słowa. Skoro Ty go odciągnęłaś od żony, skąd pewność, że po jakimś czasie inna kobieta nie odciągnie go od Ciebie?

      1. Alkaa napisał(a):

        Zastanowiłam się na tym dobrze, to wszytsko nie było bezmyslne. Związki są różne i dzielenie wszystkiego na czarne albo białe jest moim zdaniem brakiem wyobraźni. Nie odciągnęłam go od żony. Od dawna byli małżeństwem, które żyło obok siebie i nawet nie chciało leczyc kryzysu. Tak, wiem to niby tylko od niego. Ale niektóre jej zachowania/wypowiedzi w trakcie i po rozwodzie sugerują jednak, że nie kłamał. Wiem, że mnie bardzo kocha, wiem, co we mnie ceni, co mu się podoba, a czego mu brakowało w małżeństwie. I sam powtarza, że w szcześliwych związkach nie ma miejsca na zdrady.

  19. dandys_baroque napisał(a):

    Ciekawy artykul, nie da sie ukryc. Moim zdaniem nie wyczerpuje zupelnie problematyki.
    Ale dodam od siebie, ze chyba podpadam pod kategorie „ober…”,bo od 4 lat regularnie zdradzam moja zone. Wprawdzie to nie jest tak, ze co miesiac inna, ale bylo ich troche – singielki, rozwodki, mezatki, 20 letnie i 40 letnie, studentki i Pani Prezes sie trafila, trwalo czasem noc, czasem kilka miesiecy.Ale co chce powiedziec. NIGDY nie mowilem, ze jestem wolny, zawsze mialem obroczke na palcu i zawsze potwierdzalem – tak, jestem zonaty od 10 lat, a swoja kobiete znam od 15 lat, mam dwojke dzieci..i co? I nic? Statystycznie dla ponad 90% kobiet (nieraz to byl flirt i tylko badalem czy panna bedzie chetna, ale odpuszczalem, bo co duzo ukrywac, czas wolny, regeneracja, trzeba popracowac wiec czasu by mi nie starczylo) NIE MIALO to zadnego znaczenia. Po prostu wydalem im sie na tyle interesujacy, ze je to nie obchodzilo i chcialy sie spotkac, a potem nadal spotykac. Tak wiec nie ma co generalizowac – czy kobieta czy mezczyzna – nie ma znaczenia. Jak jest klucz, to statystycznie te ponad 90% pojdzie w tango i tyle.

    1. Viscanori napisał(a):

      Mam wrażenie, że się trochę chwalisz, a trochę usprawiedliwiasz. No to te 90% pójdzie z Tobą do łóżka – dla osobowości albo dla seksu – i co? Wcale mnie to nie dziwi. To chyba Ty masz obowiązek się pilnować, a nie obce kobiety, które niczego Twojej żonie nie obiecywały.

  20. agnieszkayeyo napisał(a):

    Poczytajcie Evolution of desire Davida Bussa. Chociaz on wiele rzeczy upraszcza to zaznacza jedno. W przypadku mężczyzn monogamicznych do zdrad dochodzi gdy coś się nie realizuje. Są jednak panowie – ok 50% z nich, którzy są szczęśliwymi mężami i ojcami a seksu z inną potrzebują dla spełnienia potrzeby zaznaczenia terytorium, potwierdzenia siebie i innych przyczyn z poczuciem nieszczęścia nie mających nic wspólnego. Decydując się na romans trzeba o tym wiedzieć.

  21. Wioletta Anita Kaczmarek napisał(a):

    Mały skrócony poradnik kochanki ?? …. normalnie porażka , nie rozbija się rodzin !!!, niech każdy się zastanowi czy takie rzeczy robi się drugiemu człowiekowi ? , a czy taki związek ma szanse na przetrwanie .. (?) ..skoro zaczął się od nieuczciwości i kłamstwa . NIE SĄDZĘ !

    1. Klaudia Szankin napisał(a):

      Owszem, „nie rozbija sie rodzin”, bo rodzina – rozumiana jako zwiazek dwojga kochajacych sie ludzi (plus ewentualnie dzieci) jest nie do rozbicia przez kogos z zewnatrz. To bardzo proste do zrozumienia, jesli sie czlowiek zastanowi… ;-))

    2. Magdalena Czech napisał(a):

      Życie nie jest czarno białe. Ja mam kolegę, który jest w związku małżeńskim. Jego żona po urodzeniu syna (5 lat temu) powiedziała mu, że nie chce mieć więcej dzieci i wprowadziła się z sypialni. On 30 lat miał wtedy. I co taki mężczyzna ma zrobić? Nie chce z nią brać rozwodu bo jest matką jego syna. Ale też ma potrzeby. Więc ma kochankę. Czy postępuje źle? Niemoralne? Jakie jest dobre wyjście z takiej sytuacji?

    1. A czy to ważne?
      Istotne moim zdaniem jest tylko to, że nie kocha Ciebie.
      I to nie jest żadne ‚to skomplikowane, bo kocha tylko coś tam…” to jest bzdura i smutne mydlenie oczu. Jeżeli zdradza (zwłaszcza regularnie, o zgrozo!) to znaczy, że Cię nie kocha tylko jest ak orangutan i boi się puścić bezpiecznej gałęzi, bo mu dobrze i wygodnie.
      Ty pewnie tez się boisz, ale życie po prostu takie jest, że to, co nam się wydaje najgorszą tragedią jest zawsze najlepszym, co może się przydarzyć – ale to dopiero okazuje się w momencie, w którym to zaakceptujemy i się na to zgodzimy!
      Znajdź w sobie siłę i szacunek do siebie kochana!

  22. EM napisał(a):

    Nie jest tak, że Kochanka/Kochanek NIC ZŁEGO NIE ROBI.
    Robi.
    Nie wchodzi się tam, gdzie jest Rodzina jak się jest ogarniętym, uporządkowanym i ma jasno postawione granice tam gdzie stać powinny…
    Oczywiście winny zdrady jest Zdradzający/a, ale Osoba z którą Zdradzający/a zdradza też postępuje SŁABO.

    1. Viscanori napisał(a):

      Będąc kochankiem wyrządza się wiele złego, ale bycie ogarniętym, uporządkowanym, itd. nie ma nic do rzeczy – nikomu nie życzę zakochania się w żonatym facecie, ponieważ wobec siły miłości wszystkie zasady się dezawuują. „Przecież nie możesz się zakochać, bo to słabe!” – brawo!, to mistrzowska rada, jak człowiek coś takiego usłyszy odkocha się momentalnie.

  23. Bezściemy napisał(a):

    Ja nie uważam, żeby dzieci cierpialy z tych powodów, o których wspominasz. Oczywiście dziecko nie chce, aby rodzice się kłócili. A oni się kłócą, bo nie czarujmy się, że niewiele rozwodów przechodzi pokojowo. Bez płaczącej mamy, albo płaczącego taty, bez kłótni… Dziecko potrzebuje obojga rodziców. Chce, aby oni byli oboje częścią każdego dnia, a to nie działa po rozwodzie. Choćby się człowiek nagimnastykował, to przecież nie będzie już spędzał z dzieckiem tyle czasu, ile mieszkając z nim. A mieszkanie z byłym współmałżonkiem ma mało zwolenników.

  24. Dawid Hornik napisał(a):

    Wybaczcie że zaraz użyję wulgaryzmów ale taka jest prawda…..kochanki to
    zwykłe KURWY a faceci którzy zdradzają żony to zwykłe moralne zera nic nie warci egoiści i chuje…i tak mam prawo coś takiego pisać.
    Podpisane-dziecko zdradzonej żony

  25. Joanna napisał(a):

    Czy istnieje choć jeden przypadek, kiedy jesteś w pkt 4 Skróconego…, przerywasz relację, czekasz…i się doczekasz? Bo nie wierzę w szczęśliwy finał. Bardzo bym chciała ale nie wierzę. Zaczniemy się od siebie oddalać, a czas załatwi resztę.

  26. Edyta Janaszkiewicz napisał(a):

    Tyle lat kochalamMarka dowiedziala sie iz moge byc jego kochanka. Prosil abym byla hego zobacw,2012 roku. W 2017 powiedzial, iz czy chce byc o chanka i jemu lizac przy wszystkich. Jestem upokorzona.

  27. Tomasz napisał(a):

    Super artykuł.
    Brakuje mojego scenariusza.
    1. Ona mężatka, ja żonaty – oboje zakochani.
    2. 2 lata romansu – po 2 latach ona się rozwodzi.
    3. Nadchodzi 4 rok romansu – ona się rozwiodła i czeka na mnie a ja ciągle obiecuje że tylko poukładam sobie sprawy majątkowe.
    4. Zawalam spotkania, siedzę do nocy w pracy (ona przestaje wierzyć).
    5. Ona w 5 dni poznaje nowego faceta – kończy ze mną.
    6. Mi się oczy otwierają – wpadam w depresje.
    7. Trwa walka o nią, ona płacze ale mówi nie, ma nowego faceta.
    8. Kończy kontakt ze mną bo każda rozmowa powoduje płacz.
    9. Od rozstania z kochanką mijają 2 miesiące, nie radzę sobie z tym co straciłem.
    10. 3 miesiąc po rozstaniu – rozpoczynam rozmowy z żoną o rozwodzie.
    11. Składamy pozew – żona grozi mi że wyrwie alimenty na dzieci i siebie.
    12. Już mi wszystko jedno i le za to zapłacę, nic nie będzie mnie bolało jak utracona miłość z kochanką. Wiem że nie kochałem żony i wiem że nie che znowu się zakochać będąc w związku.

Dodaj komentarz