Dzień z życia kierownika produkcji

godz. 13 – POBUDKA

Włączam telefon. Dostaję jakieś kilkanaście esemesów i informacji o nieodebranych połączeniach. Nie, jeszcze nie oddzwaniam. Szybko segreguję w myślach, co jest pilne, a co może poczekać 10 minut. To będzie MOJE 10 minut. Rozkoszne 10 minut.

Wstaję, myję zęby i włączam wodę na herbatę. Siadam przy kompie. Skończyło sie moje 10 minut. Wodę odgrzeję jutro.

godz. 13.15 – TELEFONY

30 rozmów telefonicznych, z czego 20 prowadzi do kolejnych rozmów telefonicznych, z czego 10 prowadzi do kolejnych rozmów telefonicznych. Raz udało mi sie obdzwonić 14 osób, docierając w końcu do źródła, które, jak się okazało, w międzyczasie (pierwsze pięć minut z godziny dzwonienia) rozwiązało swój problem, tylko zapomniało mnie o tym poinformować.

Telefony są nieodłącznym atrybutem kierownika produkcji. Conajmniej dwa. To optymalna liczba, bo człowiek ma tylko dwie ręce, więc trzeci telefon wprowadza tylko niepotrzebny chaos. Dwa są w sam raz. Przez jeden rozmawiasz – na drugim piszesz esemesa. Gorzej, gdy dzwonia oba na raz. Trzeba spojrzeć na wyświetlacz i dokonac wyboru, nie zawsze łatwego. Reżyser – producent, operator – dźwiękowiec, pani z urzędu – policja.

Godz. 13.45 – POTWIERDZANIE

To bardzo przydatny nawyk. Nie wystarczy umówić się z całą ekipą filmową na jakieś miejsce i jakąś godzinę. Zawsze trzeba to potwierdzić. Wtedy okazuje się, że ktoś, kto za godzinę powinien być na planie – właśnie sie obudził. Albo nie wie, gdzie jechać. Albo jest juz na miejscu, ale złym, bo zapomniał, że zmieniła się lokazlizacja. W tej pracy co chwila się cos zmienia. I ludzie o tym zapominają. Ja też zapominam, choć mi nie wolno. Ot, taka rebelia mózgu.

Potwierdzanie trwa przez cały czas właściwie. Wszystko trzeba potwierdzić. Skonsultować z całą grupą osób. Weźmy na przykład takie niewinne zamienie dwóch lokalizacji filmowych. Nie wystarczy zmienić ich w planie. Trzeba przemówić aktorów, epizodystów, statystów, właścicieli lokazlizacji, scenografię, kamerę, dźwięk, pomoc techniczną i samochody, a także wziąć pod uwagę porę dnia w scenariuszu, pogodę, korki itp.

Godz. 14.30 – DOPINANIE PLANÓW

Jestem pierwsza na planie. Chyba że trzeba na ten plan przywieźć aktorów. Aktorzy nie moga przyjechać na plan za wcześnie, bo będą czekać. Aktorzy czekający niepotrzebnie biora udział w chaosie zdjęciowym, który źle wpływa na aktorskie morale. Poza tym, są zmęczeni, a nie mogą być zmęczeni, bo to będzie widać. Jeśli jednak nie wiozę aktorów, jestem pierwsza na planie i wtedy się okazuje, że:

Droga pożarowa, która miała byc otwarta, jest – surprise! – zamknięta. Pani z klatki obok nie wie, co się tu dzieje i nie zgadza się. Operator utknął w korku, a bez operatora trudno jest zacząć zdjęcia. Przyczepa jest zamknięta i nikt nie wie, gdzie jest klucz. Miejsce, które świetnie prezentowało się na dokumentacji teraz wygląda zupełnie inaczej, bo robia tu remont, którego na dokumentacji jeszcze nie robili. Zaczyna się załatwianie teoretycznie juz załatwionych lokalizacji, które trwa praktycznie do końca zdjęć, bo przeważnie na jeden dzień takich lokalizacji jest kilka.

godz. 16.00 – ZDJĘCIA

Zaczynają się zawsze, ale to kruwa ZAWSZE z opóźnieniem. Zawsze się ktoś spóźni. Zawsze coś wypadnie. Zawsze cos się zepsuje. Zawsze ujęcie nie wychodzi i trzeba robić mnóstwo dubli. Każdy dzień upływa pod znakiem nadrabiania opóźnienia z pierwszej lokalizacji. A świat – pamiętajmy o tym – nie idzie na rękę kierownikowi produkcji.

Do mieszkania, w którym mamy zdjęcia, puka pan z mieszkania niżej.

– Kurwa co to ma znaczyć ja śpię tu ludzie śpią kurwa o tej porze kurwa cisza ma być kurwa ale nie ma że ale już zaraz teraz natychmiast kurwa dzwonię po policję.

Potem przyjeżdża policja i stwierdza, że jest cicho i oni nie rozumieją, o co się pan z mieszkania niżej awanturuje, ale nie mogą tak tego zostawić, więc dają pół godziny na zakończenie zdjęć. Ponieważ już wcześniej próbowaliśmy pana poinformować, że właśnie za pół godziny skończymy i tylko tymi swoimi wywodami opóźnia całe zdjęcia, kończymy – za pół godziny właśnie. Pan wraca do łóżka, żona Mariola mówi mu, że jest dzielnym misiem, pan mówi „no” i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Zanim poznałam świat produkcji filmowej, nie miałam pojęcia, ile rzeczy może pójść nie tak. Jedno, 8-sekundowe ujęcie, można kręcić godzinami. Przejeżdżający samochód, odbicie kamery w szybie, wpadający w kadr mikrofon, źle postawiony wazonik z kwiatami, przypadkowi przechodnie wchodzący nagle na plan, padający agregat, odczepiony kabel od podglądu, rozładowana bateria, zaziębiony aktor, zbyt szybko wschodzące słońce, deszcz, zepsuty samochód, rozkapryszone dziecko i ten dźwięk – ten mityczny dźwięk, który słychać w odsłuchu, ale nikt nie ma pojęcia, skąd pochodzi.

Trzeba kogoś odwieźć, coś przemówić, cos ułozyć, coś kupić, komuś pomóc, kogoś zastąpić, kogos poinformować, komuś zlecić – i – najczęściej trzeba to zrobić w momencie, w którym NIE MOŻNA tego zrobić, więc odkładam to na poźniej, bez możliwości zapisania tego na liście „to do”, bo jestem właśnie w trakcie prowadzenia samochodu czy robienia klapsa. Ta praca poszerza pamięć. Sprawia, że człowiek buduje sobie w mózgu wirtualny notatnik i przestaje już potrzebować jego papierowej wersji.

Na planie właściwie nie ma przerw. Czasem, w trakcie ujęcia, można przegryźć kanapkę, jeśli nie jest ona zapakowania w nic szeleszczącego. Przerwa kateringowa oznacza zwoływanie ekipy na żarcie. Oddzielnie realizatorów, aktorów i statystów. Ludność filmowa dzieli się na kasty i każda z nich zna swoje miejsce w szeregu. Aktor nie może czekać. Reżyser i operator już mogą. Statyści muszą. A kierownik produkcji nie czeka i czekać nie może, bo ciągle ktoś czegoś od niego chce.

Wracając jednak do kast, wbrew pozorom najgorsza jest kasta statystów. Fakt – są traktowani jak mięso armatnie – ale każdemu się wydaje, że jest bardzo ważny. Jedni maja problem z podpisaniem standardowej umowy wizerunkowej, „bo tam jest napisane jak to na zawsze? Ja tego nie podpiszę!”, inni marzą, żeby reżyser odkrył w nich gwiazdy i zaprosił do zagrania głównej roli w kolejnej (albo i tej?) produkcji. W przeciętnym statyście więcej jest z „gwiazdy” niż w aktorze grającym główną rolę, który często pomaga ekipie, idzie im na rękę no i – co bardzo ważne – nie przeszkadza im w pracy.

Dzień zdjęciowy trwa różnie. Może trwać dwie godziny – może trwać 12. Czasem na przerzuty traci się więcej czasu niż na nagrywanie scen. A każda scena, to kilka, kilkanaście ujęć, każde powtarzane wielokrotnie, aż do uzyskania tego wymarzonego. A potem jeszcze dubelek, dla bezpieczeństwa. Będzie ujęcie – cisza na planie – światła – kamera – poszła – scena 123, ujęcie 4, dubel 8, ton 482 – akcja!

Godz. 5.30 – ZAMKNIĘCIE PLANU

Padają wreszcie upragnione słowa: KONIEC ZDJĘĆ. Po nieprzespanej nocy i 12 – 16 godzinach pracy udzie są tak zmęczeni, że nie mają nawet ochoty się żegnać. Nara. Do jutra. Pamiętaj o tamtym. Zadzwonię o owamtej.

Teraz trzeba przypilnować, kto co zabiera, kto sprząta, jak się umawiamy na jutro i czy wszystko jest jasne. No i trzeba odwieźć jakiś samochód, pracownika lub aktora. Czasem daleko.

W domu trzeba wysłać kilka maili, spisać parę wydatków, podsumować dzień, zrobic zamówienia na następny, skorygować plany dnia.

09.25 – WYŁĄCZENIE TELEFONU

Bez tego się nie da. Ludzie dzwonią od rana, bo przecież jest dzień i można dzwonić. Ale kierownik produkcji musi iść spać. Bo inaczej mózg się mu zlasuje i zepsuje wirtualny notatnik w głowie. A bez notatnika nie da rady, moi kochani, nie da rady. Dobrej nocy.

Seg, Warszawa, 9:25

*Opisany dzień kierownika produkcji utkałam z doświadczeń własnych i zasłyszanych od dobrych znajomych. Wszystko na faktach. Film to nie je bajka. :)

 

 

Komentarze do wpisu: 8 Napisz komentarz

  1. nie, ale moge sie wkurzyc, jesli zadzwonisz w trakcie ujecia. Choc mam wibracje. Ale to zawsze slychac mimo wszystko. Plus taki, ze jak jest ujecie, to cala ekipa tez jest na ujeciu i raczej nikt do mnie nie dzwoni. ;)

  2. ja cię nie chcę martwić, pocieszać, rozbawiać, rozczulać, ale masz zaawansowaną chorobę zawodową zwaną „kocham, to co robię i czas nie gra roli”, wiem, bo sama to mam i mam podobne objawy, jak już jestem w cugu ;)
    i tak czytając to, zdałam sobie sprawę, dlaczego ludzie realizujący np. filmy, często nie chcą ich potem oglądać. widzę np. seg, która siedzi w kinie i mruczy do siebie w myślach „a przed tym ujęciem prawie nie zamordowałam sąsiada z piątego piętra, bo nam akurat wtedy musiał zakomunikować, że sobie nas tu nie życzy”.

    ale jednak trzymam kciuki, żeby całość wyszła tak, żebyś jednak o tym potem zapomniała w trakcie oglądania. da się, nie?
    ps. ty chyba naprawdę bardzo to kochasz i to widać po notce. takiej namiętności już dawno nie czytałam
    :)

  3. Chciałam zauważyć że i postprodukacja nie lepiej wygląda gdy chodzi o czas, spóźnienia, organizacje i to ile to ktoś chce na już teraz w godzinach gdy On pracuje mimo, że ktoś o 7 rano skończył robić wszystko to co przez opieszałość (bez persolanych ataków) biura produkcji winno być na przedwczoraj a sie okazuje, że odcinek do wysłania dzisiaj miał ostatnie sceny kręcone dzień wcześniej.. a tu zgranie.. udzwiękowienie.. zgaranie na taśmę, opisanie i wysyłka.. tez o konkretnej godzinie bo potem to już się nie da ;)

    jakkolwiek musze przyznać egoistycznie, że czasem pomaga swiadomośc, że nie tylko twoje życie jest tak pop*** ;)

Dodaj komentarz