Jak będziesz niegrzeczny, wyślę cię na wycieczkę.

Dziś będzie wpis hejterski, bo dobry hejt nie jest zły. Zainspirował mnie do niego przedostatni odcinek South Parku, (SPOILER ALERT!) w którym chłopcy jadą na wycieczkę z atrakcjami w postaci zjazdów na linie. Z czym Wam się kojarzy zjazd na linie? Bo mi z Indianą Jonesem, dreszczykiem emocji, zmęczeniem, wspinaniem się i całym dniem na świeżym powietrzu. Niestety dla Stana, Kyle’a, Cartmana i Kenny’ego przygoda okazuje się horrorem, bo najpierw muszą obejrzeć film instruktażowy a potem jechać godzinę z bandą głupich turystów na jakąś górkę, gdzie znów mają szkolenie BHP, jeden krótki zjazd na przygotowanej wcześniej linie i czekanie aż zjedzie każdy pozostały uczestnik. (KONIEC SPOILERA)

Kto w ogóle wymyślił zorganizowane wycieczki? Przecież tego człowieka powinno się za karę wysłać z grupą niemieckich turystów autokarem z Warszawy do Madrytu na zwiedzanie kościołów.

Wycieczka może być fajna tylko w dwóch przypadkach: gdy jest to wycieczka szkolna zamiast tygodnia w gimnazjum, klasa jest zintegrowana a upragnionym szaleństwem jest zapalenie papierosa w toalecie, żeby pani nie widziała i wlanie piwa do butelki po soczku – oraz gdy jest to wycieczka ze swoimi znajomymi, których się lubi i którzy wspólnie wymyślają, co będą robić na miejscu. A i w tym przypadku jest ryzyko, że ktoś będzie chciał zrobić „plan” i pilnować później, czy jest on respektowany. „Nie, nie zatrzymamy się przy malowniczym zamku, bo przecież o trzeciej musimy być w muzeum szydełkowania” itp.

Karty, quady, skutery, konie a nawet narty w wycieczce zorganizowanej są koszmarem. Halo wycieczka! O 9 przy autokarze. Nie ma, że zapiłeś, chcesz spać do 12 i wyjechać kiedy chcesz. Nie ma też, że wyjedziecie o czasie, bo zawsze i tak ktoś się spóźni i cały autokar na niego czeka. Nie ma, że jedziemy bez przystanków, bo i tak późno – przecież pięć pań Halinek musi się wysikać podczas podróży, bo wzięły ze sobą hektolitry herbatek i nie potrafią sikać wspólnie, tylko każda w swoim czasie. Nie ma, że pojedziesz sobie szybciej kartem, bo przecież dokręcony jest „ze względów bezpieczeństwa”. Nie ma, że sobie weźmiesz konia z kumplem do lasu. Musi być przecież przewodnik, z którym będziesz cały czas stępo-kłusował. Nie ma, że sobie sam zjedziesz z górki na nartach i po obiciu dupy i kolan wreszcie się nauczysz. Nie nie. Najpierw zjedziesz trzy zakręty a potem czekasz, aż zjedzie pozostała dziesiątka. Toczki, kaski, kapoki na kajakach (na Brdzie, nie na Dunajcu!), szkolenia, czekanie, ciekawostka o jakimś starym kruwa drzewie które rośnie obok, czekanie, ktoś siusiu, przerwa na kanapki, czekanie, autokar, tani hotel i ta upierdliwa parka, która non stop się uśmiecha, obmacuje i wygląda, jakby się świetnie bawiła. Morderca się włącza no.

Wiem, że przepisów bezpieczeństwa się nie obejdzie. Wiem też, że firmom się opłaca zbierać wielkie grupy, bo taniej. Ale ni cholery nie rozumiem, kto na te wycieczki jeździ i jaki masochistyczny impuls ludzi do tego pcha. Dobrze, że już wyrosłam z wieku wycieczek autokarowych i sama własne dziecko na taką wycieczkę wyślę tylko raz, żeby nauczyło się spać na siedząco. Bo ja tej umiejętności nigdy nie posiadłam a czasem się jednak przydaje.

Komentarze do wpisu: 8 Napisz komentarz

      1. Anna, nie kosztują dużo, popatrz sobie po ofertach biur podróży, to najtańsze z dostępnych wycieczek. Jeżeli pani Halinka ma lat 50+, nie ma samochodu i nie zna ani słowa w obcym języku, to jest to dla niej jedyna możliwość wyjazdu gdziekolwiek dalej niż Ciechocinek, a jak jeszcze namówi na wyjazd sąsiadkę, to będzie się czuła jak w domu

  1. Po słabym poprzednim sezonie, South Park wraca do formy :)
    A jeśli chodzi o mnie, to – long story short – sama przez większość podstawówkowo – gimnazjalnego życia jeździłam na wycieczki organizowane (przewodnikami byli albo nauczyciele, albo piloci, albo rodzice) i rzadko kiedy je naprawdę lubiłam. W liceum jeszcze – long story short – czułam, że jeśli nie odwiedzę wszystkich okolicznych muzeów = nie zwiedzę miasta. Teraz za to nie wyobrażam sobie piękniejszego wypadu, niż ten ze „z grubsza” mapą i „z grubsza” wstępną obczajką terenu, a potem tułać się i spać gdzie popadnie, najlepiej z miejscowymi ludźmi.
    I tak – long story short – zostało mi zboczenie do skansenów i muzeów, i przeważnie znajduję na nie czas, ale nie ciągam za sobą tam nikogo i cenię sobie ludzi, którzy nad chęć obowiązkowego zaliczenia punktów planu przedkładają dobrą zabawę.

    1. Ci „miejscowi ludzie” mieli być umieszczeni tylko obok „tułaczki”, a nie „spania”. Tak przynajmniej z całych sił chciałam napisać.
      No, ale wyszło jak zwykle :P

Dodaj komentarz