Jeśli pies tylko ze schroniska, to dziecko tylko z domu dziecka.

Dziś, drogie dzieci, bierzemy się za temat kontrowersyjny. Wiem, że kochacie takie tematy. Lubicie ten wojenny dreszczyk emocji, gdy padają ostre porównania i niewybredne w słowach podsumowania. Eh… ta gula w gardle, wzbierające w przeponie oburzenie, czasem – w ekstremalnych przypadkach – kończące się bólem dupy i zapowietrzeniem. Aż chce się żyć! Rzadko tak piszę ostatnio, więc dziś, proszę, specjalnie dla Was, trochę ostrych słów. :>

Pfff.. to długi temat. Nie wiem, od czego zacząć…

Wiem. Zacznę od tego, co mnie sprowokowało do napisania tego tekstu. Czyli od statusu z fejsa mojego kumpla, Mariusza Głucha, za który autor dostał mnóstwo hejtu.  To stary wpis, temat leżakował u mnie w szkicach, ale teraz dojrzał i jest w sam raz do pożarcia. Zwłaszcza że lato się zbliża, za chwilę masa piesków skończy na krótkich smyczach w lesie, bo się nie mieszczą na tylnym siedzeniu w samochodzie mknącym do Chorwacji na cudowne, rodzinne wakacje.

No to cytuję:

Dzisiaj znajoma napisała, że chce kupić psa, ale wszyscy pisali jej, aby nie kupowała tylko wzięła ze schroniska. Idąc tym tokiem myślenia kobiety powinny przestać rodzić dzieci tylko brać je z domu dziecka.

Dobra, dajcie sobie chwilę do przetrawienia tej myśli, ustosunkujcie się jakoś do niej. Tłumacząc porównanie ze statusu, chodzi o to, że jeśli ktoś uważa, że nie powinno się brać celowo wyhodowanego psa, bo mnóstwo psów w schroniskach szuka domu – to powinien tak samo myśleć o dzieciach i być przeciwnym świadomym staraniom o dziecko, skoro tyle dzieci w domach dziecka czeka na adopcję.

Już? To zaczynamy. :)

Bo musicie wiedzieć, że ja kiedyś mocno siedziałam w psach… jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Siedziałam w psach po pachy, po uszy właściwie. Miłość do psów jest chyba najdłużej utrzymującą się pasją w moim zyciu, choć i tak nie jestem takim hardcorem jak np. moja przyjaciółka, która od lat każdy weekend spędza na zawodach i nawet rozstała się z chłopakiem, bo był uczulony na sierść. No trochę skróciłam historię, to było bardziej „complicated”, ale w takiej formie robi większe wrażenie i wcale nie jest dalekie od prawdy. ;) Ale wracając do mnie:

Hodowałam owczarki australijskie na przykład. Here był czwartym psem tej rasy w Polsce. Potem sprowadziłam mu żonę z Oregonu. Teraz jest zalew, bo Polacy pokochali ciapiaste psy z oczami w kolorach tęczy i umysłem ostrym jak brzytwa. W każdym razie poza czochraniem moich futrzaków, szkoliłam je też do agility, moderowałam najpopularniejsze psie fora na Gronie (he he, gimby nie znajo), dorabiałam jako “psi psycholog” – czyli przychodziłam do ludzi z psami i mówiłam im (ludziom), jak powinni z tymi psami postępować, że bić nie warto, że szarpać nie warto, że Teoria Dominacji to przeszłość i sam jej twórca się z tego wycofał. Trochę takie rodzicielstwo bliskości w wersji psiej praktykowałam, choć nie aż tak mocno, jak niektórzy rodzice ;) Byłam też oczywiście, jak każda psiara, bardzo zaangażowana w kampanię RASOWY = RODOWODOWY.

Pisałam o tej akcji przy okazji wpisu o Psich Spamerach i o Efektywnym Altruizmie.

Wytłumaczę Wam tak na szybko, o co chodzi, jeśli nie chce Wam się klikać w linki.

Chodzi o to, żeby psem rasowym nazywać tylko psa rodowodowego i żeby tylko takie psy rozmnażać.

Gdyby w schroniskach nie cierpiała masa bidnych, skatowanych, głodnych i spapranych psychicznie psów, gdyby problemu psiej bezdomności po prostu nie było – to nikt nie miałby nic przeciwko rozmnażaniu psów nierodowodowych. Ale jest inaczej.

Większość psów bezdomnych to bezmyślnie rozmnażane kundelki oraz psy “pseudrasowe”, czyli przypominające jakąś rasę, rozmnażane dla kasy (bo rasa modna) a potem kończące w schroniskach, w lasach, w rowach. Ten los kiedyś spotkał popularne Goldeny, potem Yorki, teraz Buldożki Francuskie. Generalnie każda rasa, która robi się modna, staje na celowniku pseudohodowców, którzy sobie myślą:

– Hej, Grażyna, a wiesz, że stara Romana sobie kupiła psa za dwa tysiące?!
– No co ty pierdolisz, Janusz. Kto by chciał za psa tyle zapłacić? Toż to nasza suka się szczeni co rok i nikt tego potem nie chce.
– No tak, ale to były inne psy. Takie teraz modne, brzydkie, takie ze spłaszczonym nosem. Wszyscy teraz takie chcą!
– To weź no takiego psa, niech naszą sukę pokryje, urodzą się takie brzydkie, ze spłaszczonym nosem, sprzedamy po kafla za sztukę i będzie na nowe auto!
– Ty to masz łeb, Grażyna!

Warunki, jakie mają psy w pseudohodowlach to jest skandal. Zabierają się za ten potworny biznes nie miłośnicy psów, ale miłośnicy szybkiego zysku.

Nie rejestrują psów, nie chodzą z nimi do lekarza na badania, nie karmią dobrze, nie socjalizują, no generalnie nic nie robią, wsypują do michy resztki ze stołu i potem na targach sprzedają szczeniaki jako psy rasowe. Rozmnażane są wszystkie psy „w typie” czyli przypominające rasę z wyglądu, ale niekoniecznie dość zdrowe lub odpowiadające wzorcowi pod względem psychiki. I potem się okazuje, że taki Golden to już niekoniecznie pies dobry do dzieci, bo narodziło się mnóstwo psów agresywnych.

Ten proceder jest oczywiście zabroniony, ale brak nam w Polsce skutecznej polityki walki z nim. Dlatego na różnych “targach”, na ulicach, “giełdach zwierząt” itp. sprzedawane są szczenięta bez papierów, rozmnażane masowo, dla kasy, od suk, które zachodzą w ciążę przy pierwszej cieczce i są potem wykorzystywane rozpłodowo przez wiele lat, żywione najgorszej jakości karmą, niezadbane, śpiące we własnych i szczenięcych odchodach.

Akcja rasowy = rodowodowy ma na celu uświadomienie ludzi, że rasa to dużo więcej niż wygląd.

To, że pies przypomina jakąś rasę z wyglądu, nie oznacza, że ma odpowiedni dla tej rasy charakter, że nie ma groźnych chorób, że nie jest spaczony psychicznie. Bo to zapewnia jedynie pies z metryką. No dobra, nie zapewnia, bo nawet w legalnych hodowlach są źli ludzie – i nawet w legalnych hodowlach prowadzonych przez dobrych ludzi trafią się psy z problemami – ale przeważnie jednak legalne hodowle dbają (bo muszą dbać!) o zdrowie psychiczne i fizyczne swoich psów oraz mogą rozmnażać tylko te psy, które pod każdym względem pasują do wzorca i przeszły szereg testów zdrowotnych i – czasem – psychicznych.

Bo jako członkowie Związku Kynologicznego są tacy hodowcy zobowiązani do szeregu testów i badań. Po prostu muszą sprawdzić psa pod kątem wielu cech, czy się nadaje na reproduktora lub sukę hodowlaną. Jak się nie nadaje, to pozostaje psem rodowodowym, ale NIEPRZEZNACZONYM do hodowli.

Czyli chodzi o to, żeby kupować psy rodowodowe – lub brać za darmo bezdomne kundelki ze schronisk.

Żeby wreszcie nie było tej szarej strefy pomiędzy – tej ogromnej liczby “adopcji” / “sprzedaży” psów, które nie mają rodowodu, nie pochodzą z żadnej hodowli, ale są celowo rozmnażane i sprzedawane za kilkaset złotych. Pies rasowy kosztuje kilka tysięcy. Od półtora – do ośmiu nawet. I, choć może się to Wam nie mieścić w głowie, często taki zarobek hodowcy tylko pokrywa koszta hodowli. Serio. Najpierw koszt zakupu psa, potem koszt tych wszystkich wystaw i dojazdów, czasem koszt prób pracy i faktycznej pracy psów (niektóre rasy, np. myśliwskie, muszą być sprawdzane w polu, czy przejawiają właściwe instynkty).

No i teraz, jeszcze raz wróćmy do statusu Mariusza.

Dzisiaj znajoma napisała, że chce kupić psa, ale wszyscy pisali jej, aby nie kupowała tylko wzięła ze schroniska. Idąc tym tokiem myślenia kobiety powinny przestać rodzić dzieci tylko brać je z domu dziecka.

Bingo. Tak to właśnie wygląda.

Bo tu nie chodzi o to, żeby ludzie przestali kupować psy rasowe, żeby przestali kultywować tradycje kynologiczne, zapomnnieli o rasach i tylko brali biedne kundelki. Tu chodzi wyłącznie o to, żeby nie dokładać się w żaden sposób do pseudohodowli oraz do bezmyślnego rozmnażanie psów.

A wiecie, kto się dokłada? Nie ten, który kupuje psa rasowego. Tylko ten, który nie kastruje swojego psa i pozwala mu latać luzem po okolicy.
On się dokłada do cierpienia psów.

Albo ten, który nie sterylizuje swojej niehodowlanej suki i pozwala jej mieć szczenięta.
On się dokłada do cierpienia psów.

Albo ten, który kupuje słodkiego pieska z “giełdy zwierząt”.
On się dokłada do cierpienia psów.

Nie każdy powinien mieć psa.
Nie każdy, kto może mieć psa, powienien mieć psa ze schroniska. To są najczęściej psy trudne, po przejściach, niesocjalizowane albo z problemami psychicznymi, z którymi nie każdy sobie poradzi.

Niektórzy ludzie chcą mieć psa od szczenięcia, psa bezpiecznego dla dzieci, psa o konkretnych cechach. I wtedy biorą psa rodowodowego, który spełnia ich wymagania. Pies ze schroniska by tych wymogów nie spełnił – bo jeśli bierzesz szczeniaka o nieznanym pochodzeniu, to nie masz bladego pojęcia, na co wyrośnie.

Moja przyjaciółka (ta wspomniana wcześniej) jest maniaczką psich sportów. Ostatnio kupiła psa za 6 kafli, bo to jest pies po wielokrotnie nagradzanych, utalentowanych sportowo rodzicach. Żaden pies ze schroniska by nie dał rady tak działać w sporcie jak ten, którego kupiła. Tam się liczą ułamki sekund często. Ona (w parze z psem) jest sportowcem, któremu na tych wynikach zależy, więc (jak każdy sportowiec) inwestuje w te wyniki.

Młoda rodzina z dziećmi chciała mieć psa, który będzie spędzał czas z dzieciakami. Nie ważne, jakiego psa ze schroniska by wzięli – czy to byłby mały york, pitbull czy labrador – zawsze jest wtedy duże ryzyko, że pies będzie tak skopany psychicznie, że okaże się niebezpieczny dla dzieci. Nie ryzykowałabym na ich miejscu. Przy labku lub goldenie z dobrej hodowli to ryzyko jest dużo mniejsze.

Czas żebyście zrozumieli, drodzy “miłośnicy zwierząt”, że to nie właściciele psów rodowodowych są odpowiedzialni za bezdomność psów.

To pseudohodowcy. To ludzie, którzy kupują psy od pseudohodowców. To ludzie, którzy nie kastrują i nie sterylizują swoich psów. To kazdy, kto rozmnaża psy nierasowe. To każdy, kto wyrzuca psa, który mu się znudził. A jakoś łatwiej jest ludziom wyrzucić psa, którego wzięli za darmo albo kupili za 300 zł – niż takiego, na którego wydali 3 tysiące.

Namawiając ludzi do wzięcia psa ze schroniska i linczując tych, którzy chcą psa rasowego, robicie błąd. Namawiajcie ludzi, by brali psa odpowiedzialnie, z rozwagą, długo najpierw analizując różne czynniki ryzyka. I linczujcie pseudochodowców oraz ich klientów. Ale raczej tych pierwszych, bo ci drudzy często po prostu nie wiedzą, ile krzywdy robią takim zakupem. Czasem wystarczy ich uświadomić. Co też niniejszym czynię.

Amen.

(na zdjęciu suczeł, którego wzięli rodzice Zielaka. Razem po nią pojechałyśmy do Azylu. Pies ze schroniska to powinna być zawsze świadoma, rozważna decyzja. I oczywiście często jest to decyzja trafiona, jak w tym przypadku. :))

Komentarze do wpisu: 67 Napisz komentarz

  1. Prawda-li to. Kupilismy nowofunlanda, bo taka rasa sie nam zamarzyla w zwiazku z pojawieniem sie dwoch sztuk ludzkich szczeniakow w domu, chcielismy miec Nane jak z Piotrusia Pana. Jako zieloni w temacie nabywcy psa kupilismy od losowej ‚hodowczyni’ – dopiero po latach wyszlo, ze nasz Thorin byl karmiony od pierwszych dni ziemniakami i kocia karma, ‚bo tak’. Ciezko to sie odbilo na jego zdrowiu, tylne lapki 50% chudsze od przednich i w zyciu nie skoczyl po cokolwiek.

  2. Bartosz Pawłowski napisał(a):

    A co myślisz o powiedzeniu że Pitbull lub inna rasa z agresywnych jest tylko wtedy agresywna gdy jest mieszana z inną rasą a nigdy gdy jest czystej krwi?

    1. Nie znam się na tych rasach. Ale myślę, że agresja wynika bardzo często z wychowania. I jeśli agresywny dres pragnący mieć agresywnego psa, kupuje sobie pitbulla, to wychowa go na agresywnego psa. Niezależnie od tego, czy pies jest rasowy czy „w typie”.

    2. Marta napisał(a):

      Przede wszystkim nie ma w Polsce, tj. w Związku Kynologicznym w Polsce, ani ogólnie w Europie, tj. FCI takiej rasy jak „pitbull”. Rasa jest obecna w naszym kraju, ale nie w ZKwP, sprowadzana z Kennel Clubu amerykańskiego. FCI jej nie uznaje, bo nie ma „twardego” wzorca (to tak w dużym skrócie). Mamy terriery typu bull w FCI, czyli na przykład American Staffordshire Bull Terrier albo Staffordshire Bull Terrier albo Bull Terrier (to te z garbem na kufie).
      I każdego psa wychowasz na agresywnego, jak się postarasz, nawet psa bez takich predyspozycji, jak na przykład labrador.
      A to co ogólnie napisałeś to mit.
      W PL psy ras tzw. „agresywnych” muszą przechodzić dodatkowe testy przed uzyskaniem wpisu w rodowód suka hodowlana/pies reproduktor. Po to między innymi też jeździ się na wystawy. Bo jak pies próbuje ugryźć sędziego, to ma bezwzględny wylot z ringu.
      Nie znam się na tych rasach, ja jestem bardziej terrierowcem, musiałbyś pogadać w oddziale ZKwP na dyżurze w swoim mieście (lub okolicznym) z grupy, w której znajduje się rasa, która Cię interesuje.

  3. Ola Grynczewska napisał(a):

    „Nie każdy, kto może mieć psa, powienien mieć psa ze schroniska. To są najczęściej psy trudne, po przejściach, niesocjalizowane albo z problemami psychicznymi, z którymi nie każdy sobie poradzi.

    Niektórzy ludzie chcą mieć psa od szczenięcia, psa bezpiecznego dla dzieci, psa o konkretnych cechach. I wtedy biorą psa rodowodowego, który spełnia ich wymagania. Pies ze schroniska by tych wymogów nie spełnił.” Serio? po pierwsze kocham tanie pseudointeligenckie banialuki. Psy w schroniskach są trudne i po przejściach bo tak je wychowują ludzie, są tam rownież psy rasowe z metrykami ZKwP. Po kolejne jest mnóstwo psów „normalnych” , są psy wyjątkowe brane do sportów i wygrywające je tak samo jak wśród psów rasowych. Są psy kochające ludzi i dzieci, Przecietny człowiek chce miec normalnego psa, labradory, yorki nie są psami rodzinnymi do spędzania czasu z dziećmi. Z takich bredni i pseudoedukacji wynika krzywda psów. Doskonała pomoc. Brawo

  4. Ola Grynczewska napisał(a):

    Pseudointelektualne banialuki. Yorki i labrador to nie są psy do spędzania czasu z dziećmi. Autorka postu niestety nie była przed napisaniem tego w schronisku, hodowli ZKwP też mało poznała :-/

  5. Mag Bur napisał(a):

    Psy są bardzo bliskie również mojemu sercu, sama długi czas trenowałam agility, ba! Moje życie toczyło się wokół kynologicznych tematów. Świetny tekst, szczególnie w czasie gdy „modne” staje się branie psów ze schroniska… Może to MODNE dość okropnie zabrzmiało, bo to wspaniała moda, ratunek dla psów, których życie było i wciąż jest ciężkie. Podziwiam ludzi, którzy adoptują te biedne psie dusze, dając im miłość i masę uwagi, której takie pieski zwykle wymagają. Niestety jest też druga strona medalu – psy wracające z takich adopcji… bo okazały się za trudne, nie spełniały oczekiwań, bo nie taka miała być biała puchata kuleczka ze smutnymi oczami. A że za darmo, to przygarnę, pomogę – nieważne, że się nie znam.
    Mam już trochę dość krytycznych czy też pełnych litości spojrzeń gdy ktoś dowiaduje się, że kupiliśmy psa rasowego, rodowodowego. BO PRZECIEŻ MOGLIŚCIE WZIĄĆ ZE SCHRONISKA. Ano mogliśmy, ale nie wzięliśmy. I to nasza sprawa, dlaczego tak się stało – jestem człowiekiem świadomym, o psach wiem być może trochę więcej niż 90% społeczeństwa, pewnie poradziłabym sobie z przygarniętym kundelkiem. Za to wybraliśmy dobrą hodowlę, gdzie psy otoczone były opieką i miłością od pierwszych minut życia, i teraz kontynuujemy to, co hodowca rozpoczął. Rośnie nam zrównoważony i zdrowy pies, o cechach, na których nam zależało. Wiedzieliśmy, czego się po tej rasie spodziewać, i wiemy, że nie powinno być problemów, gdy na świecie pojawią się dzieci. To na tej przewidywalności w naszym pełnym nieprzewidywalnym życiu nam zależało. I nie tłumaczę tego każdemu, kto patrzy na nas dziwnie, BO ONA JEST RASOWA – po prostu nie obchodzi mnie, co myślą inni. Mogę być dla nich snobem z chudym jak ja sama psem u boku – grunt, że nam z tym dobrze. A schroniskowym bidom mogę (i pomagam) na wiele innych sposobów.

    1. Joanna Piotrowska napisał(a):

      Będę bidkom pomagać – znajcie me dobre serce , ale niechaj siedzą tam gdzie siedzą :D To takie urocze i taka hipokryzja ;)

      1. Mag Bur napisał(a):

        I właśnie o takie osoby jak Ty mi chodzi – które są oceniające, wiedzą lepiej i uważają, że każdy kto kupi psa rasowego jest zły, bez serca, bez emocji, czy cokolwiek innego. Napisałam, że pomagam – skąd wiesz, w jaki sposób? Dlaczego drwisz i uważasz, że to hipokryzja? Bo REALNIE pomagam psom bezdomnym? Wg Ciebie jedyną dopuszczalną formą pomocy jest adopcja psa ze schroniska? Żeby każdy żył świadomie i pomagał, realnie pomagał a nie tylko gadał, byłoby na tym świecie naprawdę lepiej. I jakby nie pojawiały się takie hejty jak ten :))))

  6. Rozszerzając tę metaforę: jak dziecko, to tylko z domu dziecka, albo takie z doskonale zdrowych, zrównoważonych, odpowiedzialnych, dojrzałych do rodzicielstwa partnerów, którzy stworzą mu warunki na niezakłócony wzrost fizyczny i psychiczny. Najlepiej przedtem jakiś test, czy would be rodzic spełnia normy. A jak nie, to, tego. Sterylizacja. ;)

    1. Ula Mitka napisał(a):

      No coz, niektore kundelki mozna porownac do dzieci kobiet, ktore w ciazy cpaly lub pily, na oba przypadki (zwichrowane kundelki, chore dzieci) powinny decydować sie osoby, ktore poradza sobie z odpowiedzialnością.

      1. To prawda. :)
        Generalnie to ludzie często będą się rozmnażać wkładając w to mniej pracy intelektualnej niż tu jest postulowane w przypadku nabywania psa.

        1. Joanna Piotrowska napisał(a):

          Niektóre psy rasowe również można porównać do psycholi po porąbanych rodzicach bo jak ktoś wrzuci kupę kasy w hodowlankę , plus wystawy plus zakup rasowego psa to choćby ten pies był ekstremalnie agresywny to będzie go rozmnażał bo KASA . I nie ma co tu bajek pisać . Znam takie psy które są jak najbardziej hodowlane , dają mioty a co potem ? A potem jest jazda po właścicielu takiego szczeniaka , że źle wychował że kretyn ;) A hodowca za Chiny ludowe się nie przyzna że jego psy nie nadają się do funkcjonowania w społeczeństwie .Warto posiedzieć w tym światku żeby zobaczyć jak plują po sobie hodowcy , co mnożą i jakie świnie sobie wzajemnie podkładają – wtedy otwierają się oczy na wybitność hodowanych osobników i ich socjalizację . Są i tacy hodowcy którzy dbają o to co hodują ale takich jest zdecydowana mniejszość .

  7. Figa napisał(a):

    A co jeśli się okazuje, ze ktoś kupił psa z zarejestrowanej hodowli, pod okiem związku kynologicznego i się okazuje, ze to jednak pseudohodowla? Tak. takie przypadki również sie zdarzają. Dużą krecią robotę mogą robić Państwo, którzy się na tym znają, zetknęli sie z tym i możecie nagłaśniać adresy takich pseudohodowli. Nieświadomość ludzi, że to nie jest pies rasowy tylko „w typie” często nic nie mówi takim ludziom. Najlepiej nazywać prosto z mostu: KUPILIŚCIE KUNDELKA.. Ja mam suczkę ze schroniska. Moim celem była chęć pokochania czworonoga skrzywdzonego przez los. Sunia była kłębkiem strachu, przerażenia i paniki w oczach. Wiedziałam, że chcę jej poświęcić czas na otworzenie się i chyba mi się udało :-). Ale to był mój cel. Chciałam mieć towarzyszkę, którą będę kochać i równocześnie pieska, który jako mieszaniec nie będzie miał predyspozycji do ułomności wynikających często z danej rasy (dysplazja stawów w przypadku owczarków niemieckich, choroby oddechowe w przypadku pekińczyków itd…).

  8. Małgorzata Sikora napisał(a):

    Bardzo ciekawy tekst ale spędzajac większość sobót na spacerach z Celestyniakami (Schronisko w Celestynowie zaprasza!) mogę zapewnić, że większość tych psionów nadaje się do życia w rodzinie i ma w sobie wielkie pokłady miłości! :) Pozdrawiam!

  9. A ja się zgadzam z dużą częścią, ale część uważam, że jest krzywdząca. Ja akurat jestem w kotach.
    Zgadzam się z tą myślą, że pseudohodowcy szkodzą.
    Kiedyś nie do końca to rozumiałam. Czemu. Czemu w ogóle istnieje gałąź KUPOWANIA zwierząt (przy tej ilości bezdomniaków?!). Czemu złe są pseudo, w których zwierze jest wychowywane w dobrych warunkach, jest socjalizowane, odpowiednio karmione (btw uważam, że bardzo często hodowcy mają praktycznie zerową wiedzę nt. żywienia zwierząt, nagminne jest karmienie kotów karmami suchymi ze znikomą zawartością mięsa, za to wypchanymi zbożami, ale to zupełnie na marginesie), odrobaczane i szczepione zgodnie z zaleceniami.
    Ale już wiem, że czystość rasy jest istotna z genetycznego punktu widzenia. Że kochanie zwierzątek to nie wszystko, co trzeba spełnić, aby mieć hodowlę.
    Z tym się zgodzę, pseudo to zło, ale adopcja psa nie musi wiązać się z dużym ryzykiem, że pies będzie „spaczony”, bo pomiędzy hodowlą, a schroniskiem są jeszcze domy tymczasowe i w nich zwierzęta są już często odpowiednio socjalizowane, odpowiednio poznane, wiadomo, jaki ten pies jest, jakie ma cechy, czy lubi dzieci, inne zwierzęta, czy nie.

    W moim świecie zwierzę nie służyło do wystawiania go w zawodach, a do bycia członkiem rodziny, którym się człowiek zobowiązał opiekować.

  10. Pionierka napisał(a):

    W sumei co szkodzi takie namawianie? Mnie nikt nie namówi na psa z hodowloi, bo chcę psa ze schroniska. Jak ktoś chce psa z hodowli to też nikt go na schronisko nie namowi. Problem nie w kwestii psów, tylko w takim doborze znajomych, żeby nam się nie wpieprzali w życiowe decyzje.
    Aha, my chcieliśmy mieć psa od szczenięcia, bezpiecznego dla dzieci. I takiego wzięliśmy ze schroniska. No dobra, miał być średni a jest duży, ale to akurat nie problem :)

  11. Anka Czajkowska napisał(a):

    Hodowcy są „zobowiązani do szeregu testów i badań”…? O kurczę, to w ciągu ostatnich kilku lat musiało się dużo zmienić! Chętnie się więcej dowiem na ten temat. Do jakich testów i badań *zobowiązani* są w Polsce na przykład hodowcy owczarków australijskich…? Hmmm? Ciiiiiiiiisza…. :D

    1. Nie wiem, jak to teraz działa dokładnie. Ja moje psy badałam na dysplazję i choroby oczu, ale to było 10 lat temu. Szczenięta też były badane pod kątem chorób genetycznych oczu typowych dla rasy.
      Każde pies i suka są też zawsze sprawdzane na wystawach przed dopuszczeniem do rozrodu. Kilka wystaw, w tym przynajmniej jedna międzynarodowa. Na każdej z nich pies musi dostać jakąś ocenę minimalną (dobra). Sędziowie sprawdzają wygląd, ruch, po części też psychikę, bo dwie dyskwalifikacje za agresję są równoznaczne z wykreśleniem psa z hodowli.
      Rozmnażać można tylko psy, które osiągnęły jakiś wiek i tylko do jakiegoś wieku. Z tego, co pamiętam, ten przedział to 15 miesięcy – 8 lat.
      Miot musi być zbadany przez weterynarza.

      Jest też masa szczegółowych testów i obostrzeń dotyczących niektórych ras psów – gdzieś na stronach Związku powinna być ich lista.

      Ale nawet bez nich tych reguł jest trochę.
      W pseudohodowlach nie ma żadnych.

  12. Ula Mitka napisał(a):

    Zgadzam się calym sercem. Sama stalam sie „ofiara” takiego myślenia. 8 lat temu mialam upatrzony miot w hodowli mopsow (hodowli, nie pseudo) chodzilo mi aby pies posiadal konkretne cechy (m.in. lenistwo), odkladalam kase na konto oszczednosciowe i gdy wlasciwie mialam cala sume moja mama, jakims magicznym sposobem namowila mnie do rezygnacji z mopsa i wziecia psa ze schroniska. To byl blad, błąd ktory ciagnie sie juz 8 lat… pies wziety w wieku ok 3 mcy z psychika zwichrowana jak lody wloskie, agresywny do obcych ludzi i obcych zwierzat, lek separacyjny powodujący ze siedzi ta laciata pupa pod oknem i wyje, wyje tyle ile nas nie ma w domu, wyje od 8 lat (w maju mija dokladnie). Przerobilismy juz chyba z 6, 7 behawiorystow, obroze z feromonami, obroze kopiace pradem, przebadalismy psa cal po calu, wyprobowalismy z pol apteki specyfikow, dolozylismy za namowa drugiego pieska ( kolejny blad, bo pierwsza sie nie uspokoila, a druga nauczyla od pierwszej wyc) NIC! JAK KREW W PIACH! jedyne co wyszlo na plus, to to, ze moj niezrownowazony psychicznie pies ( uzyla bym dosadniejszego okreslenia) nie wykazuje agresji do mojej 8 mcznej corki, chociaz poczatki byly trudne. Czy mops bylby mniej problematyczny? Istnieje wieksze prawdopodobienstwo trafienia w cechy pożądane u psa rodowodowego niz u mixa wszystkiego co latalo po wsi…

  13. Magdalena Be napisał(a):

    Zapomniała Pani dopisać że 99,9% ludzi bierze psa do towarzystwa a nie do
    pracy czy do sportu zawodowo, wiec podkreślanie tego w artykule skierowanym do
    zwykłych kowalskich jest trochę wprowadzaniem tych ludzi w błąd- że
    niby tylko rasowy może spełnić oczekiwania.

  14. Dominika Milewska napisał(a):

    A ja to jeszcze powiem, że teraz i w pseudo kupi się psa za 3 tysiące. Ba angole czy francuzy z pseudo chodzą po 5-10-15-20 tysięcy. Ostatnio widziałam dorosłą sukę angolkę za 50 tysięcy złotych – bo, uwaga, CZEKOLADOWA…

        1. Dominika Milewska napisał(a):

          Drogą dedukcji. Nie wiem czym się można kierować jak nie chęcią szpanu przy zakupie drogiego kundelka.

        2. Kocz1lla napisał(a):

          To może warto zapytać samych zainteresowanych? Przy zakupie kundelka z pseudohodowli mści się nieznajomość realiów (-> naiwność) i skłonność do kombinowania. W związku z tym, że zrzeszeni hodowcy cieszą się złą sławą, ich wymagania, m.in. finansowe, łatwo przedstawić jako wydumane. Osobie, która się nie zna, łatwo jest w związku z tym wcisnąć, że pies tańszy tylko dlatego, że „bez rodowodu”, a jest bez rodowodu, bo „nie będzie wystawiany”. Przeciętny Janusz kupuje więc „rasowego” pieska i jeszcze się cieszy, że zaoszczędził parę stów i oszukał „system” z jego „snobistycznymi” zasadami.
          No i nie wrzucałabym do jednego wora wszystkich właścicieli psów rasowych (tych ze sprawdzonych hodowli) i szpanerów.

  15. Katarzyna Błaszczyk napisał(a):

    to nie wiem jakich behawiorystów przerobiłaś, skoro używałaś obroży kopiącej prądem, która jest absolutnie zakazana. widocznie nie poznałaś żadnego z papierami, z wiedzą i porządnym doświadczeniem. po opisie widać, że psu wcale nie jest z wami dobrze. współczuję. żeby posiadać psa, trzeba mieć jakąkolwiek wiedzę, Twoja wypowiedź nie wpisuje się w żadne minimum. a pierwsze pytanie, pies jest wykastrowany?

    1. Gdyby obroże elektryczne były zakazane, nie dałoby się ich legalnie kupić, z zarejestrowanej firmy. Są legalne i są narzędziem szkoleniowym, awersyjnym, ale narzędziem. Piszę z doświadczenia, bo mój pies też OE dostał, jedną z najlepszych na rynku, o bardzo dobrym mechanizmie reakcji na hałas (nie na dźwięk, na wibrację krtani przy długotrwałym dźwięku), zresztą z tego samego powodu, wycia i szczekania za nami. Pomogła na to, na co mogła pomóc, czyli wyciszyła wokalizację. Cudów od niej nie oczekiwałam i od początku wiedziałam, że nie nauczy to psa zostawać. I też mamy drugiego psa, bo liczyliśmy, że może jakimś cudem będzie lepiej, nie jest, ale psychika drugiego psa, jego „łatwość” w porównaniu z psem pierwszym wszystko wynagradza. Wisienką na torcie jest fakt, że pies pierwszy to pies rodowodowy, rasy, która ZWYKLE ma problemy z zostawaniem, więc się spodziewaliśmy i po podjęciu wielu prób łagodnych, i mniej łagodnych, wypracowaliśmy tyle, ile się dało. A aktualnie pies, jeśli zostaje (nie sam, bo z drugim psem, ale bez człowieka), to na chwilę, a jeśli na dłużej, to z człowiekiem. Trudne, proste. Niestety, większość ludzi, która takiego psa nie miała, nigdy nie zrozumie, na czym polega problem. Nie zrozumieją też ci, którym się z problemu wyjść udało. A dodać należy, że są psy z lękiem i te, które zwyczajnie zostać same nie chcą. Na te drugie zwykle metody na psy lekowe nie działają. Behawioryści mają tendencje do schematycznego analizowania przypadku, nie dociera, jak właściciel mówi, że pies „wypada” z widełek schematu. Bo jak wytłumaczyć to, że pies, który potrafił zrobić apokaliptyczne demolki i wyć do wymiotów, nie wyje, jeśli zostaje na krótko, za to w sytuacjach mega ekstremalnych, kiedy po prostu innego wyboru nie ma i mówi mu się: „zostań, moment” i on zdaje się mieć swoje pojęcie momentu, bo podpowiem, że nigdy, absolutnie nigdy nie dał się oszukać i mniej więcej po kwadransie „pęka” mu granica.

      Z czym w tym wątku się zgadzam, to z tym, że nie każdy mieć psa musi, a jak ma, to czasem będzie musiał za to dostosować się do tego, co da się z psem uzyskać, a czego się nie da.

      1. Morrrigan napisał(a):

        Hmm jakby to powiedzieć… to że coś jest legalne i powszechnie stosowane nie znaczy, że jest dobre. Metody awersyjne są niezalecane wobec wszelkich stworzeń, tak zwierząt jak i ludzi (a pomyślcie że kary cielesne WOBEC DZIECI, małych ludzi, zostały zakazane prawnie dopiero parę lat temu a i tak większość ludzi nadal je stosuje). Obroża elektryczna i inne metody wychowywania zwierząt przez strach/ból są niezalecane i odchodzi się od nich. W każdym sklepie zoologicznym jest masa artykułów dla zwierząt szkodliwych, począwszy od zatrważająco niskiej jakości karm aż do rozmaitych „gadżetów” dyscyplinujących czy zabawek typu obroże kolczatki, kule dla chomików itp. Zwierzęta to są stwory drugiej kategorii, prawo nie zakaże wszystkich szkodliwych praktyk wobec nich, więc ich dobrostan zależy głównie od inteligencji i wiedzy opiekuna.

        1. qulqa napisał(a):

          Pojechaliście po dziewczynie jak po burej suce. Nieładnie. Ciocie Dobra Rada wiedzą wszystko najlepiej, bo nie były w takiej sytuacji.
          A ja rozumiem, bo jakbym czytała o moich byłych sąsiadach z dawnych czasów. Rodzina z psimi tradycjami, kochająca je, poprzednie psy dobrze ułożone i rozumne, po śmierci ostatniego świadome wzięcie bidy szczeniaka ze schroniska w czasach, kiedy to jeszcze nie było modne. Ogrom miłości, którą go obdarzano, ogrom pieniędzy, wsadzonych w próby opanowania problemu, szukanie pomocy po całym świecie (internety wtedy raczkowały). Czasem pomagałam tłumaczyć papierowe listy, więc znam sprawę dobrze. Tak, elektryczne obroże też polecali wybitni specjaliści i też była ściągana za spore pieniądze, użyta parę razy bo właściciele nie mieli serca tak męczyć psa. A potem mieli wyrzuty, że może jakby się przemogli to pies zmieniłby postępowanie. Skończyło się zmianą zawodu przez pana domu i jego pracą w nocy, żeby cały czas ktoś był z psem i zwierzak czuł się bezpiecznie. Co dalej – nie wiem, bo wyprowadziłam się z tego miasta.
          Tak, Ciocię Dobra Rada, co jeszcze byście zaproponowały? Mało miłości i poświęceń było?

  16. dmnc napisał(a):

    Nam pomógł anxiety wrap i treningi, czyli wychodzenie z domu najpierw na chwilę tuż za drzwi i wydłużanie tego czasu, a do kompletu udawanie, że się szykuje do wyjścia pozostając w domu. Do tego jeszcze zostawianie psu jedzenia tylko podczas naszej nieobecności i to w kuli smakuli (sam musi wykulac sobie jedzenie), u innych kongi się sprawdzają (mój tego nie chce gryźć) oraz rozstawienie po domu kubeczkow po jogurtach/serkach z odrobiną jogurtu, a także ukrywanie jedzenia (np. Zawijanie w gazety). Pies zajmuje się instynktem więc się relaksuje co dobrze na psychikę wpływa a co za tym idzie na zniwelowanie lęku.

  17. Małgorzata Mila napisał(a):

    A nie zastanowiłaś się, że może nie powinniście mieć psa ? Bo każdy pies powinien mieć dom ale nie każdy dom powinien mieć psa . Trzy miesięcznego szczeniaka można ułożyć przy odrobinie chęci i empatii.
    Jeśli traktowałaś psa obrożą z prądem to wszystko mówi o Tobie i pseudo-behawioryście, który zaproponował Tobie tę metodę.
    Jak Twoje psy odejdą z tego świata nie kupujcie sobie rasowego psa. Z tym psem też trzeba wychodzić na spacery ( nawet z leniwym mopsem), rasowego psa też trzeba wychować, najbardziej rasowy pies , może różnić się od wzorca rasy.
    Pieniądze, odłożone na koncie oszczędnościowym, przeznacz na wycieczkę albo na ekstra ciuch. A z tego co zostanie, to kup sobie pluszaka.Nie będzie ,, agresywny do obcych ludzi i obcych zwierzat, lek separacyjny powodujący
    ze siedzi ta laciata pupa pod oknem i wyje, wyje tyle ile nas nie ma w
    domu,” Możesz nawet dobrać kolorystycznie do obicia wypoczynku.

  18. Małgorzata Mila napisał(a):

    Czytam felieton i …..
    I czego można się domagać od osoby, która ,, robiła w owczarkach australijskich” i,,dorabiała jako psi psycholog „

  19. Lyubov napisał(a):

    Wiesz te Twoje metody „układania” psa przerażają np. obroża z prądem. No i ten reżim – behawioryści, feromony, prąd (sic!), drugi pies. Brak mi w tym wszystkim czasu dla psa i…..miłości. To jakaś fabryka?

    1. Magdalena Jawor napisał(a):

      może mam zbyt realistyczne podejście do życia, ale „miłość” nie jest żadną metodą wychowawczą. powiedziałabym nawet, że jest dość mało konkretnym sloganem, który każdy może rozumieć na swój sposób – jeden powie, że z miłości bije, drugi, że z miłości tuczy psa jak prosiaka, no bo jak można tej smutnej mordce odmówić kiełbaski, trzeci – że z miłości śpi z psem w łóżku i niczego mu nie zabrania.

      dość nieładna próba zagrania na cudzych emocjach.

      1. Lyubov napisał(a):

        To o czym piszesz („bicie z miłości”, „tuczenie z miłości”) to nie miłość tylko jej wypaczona wersja. Miłość to podniesienie jakości życia istoty, nad którą się skupiasz przy jednoczesnym jak najkorzystniejszym dla niej sposobie dojścia do tego celu. W tym co piszesz w odpowiedzi do mnie jak i poście nie ma ani korzystnej drogi ani ostatecznie osiągniętego celu. To się nazywa porażka.

        1. Magdalena Jawor napisał(a):

          Ale co podnosi jakość życia psa? Kiełbaska, drapanie za uchem, czy może dyscyplina? Co jest dla niego najkorzystniejsze – „dziubdzianie” do niego w Sylwestra, gdy strzelają petardy, chcąc utulić go jak zapłakane dziecko, czy może ignorowanie jego skamlenia? Jak zareagować, gdy warczy – rugać, tak jak rugamy dziecko, które niegrzecznie się do nas odnosi, czy pójść na ustępstwo i się wycofać? Jak w ogóle karać, przecież pies nie zrozumie, gdy będziemy mu tłumaczyć, dlaczego czegoś nie wolno?

          Wierzę, że istnieją zwierzęcy psycholodzy czy też behawioryści, którzy znają odpowiedzi na te pytania, ale cała masa ludzi tego nie wie. Miłość nie zmienia tutaj absolutnie nic – można zrypać totalnie wychowanie psa chcąc dla niego jak najlepiej, albo nie żywić do psa uczuć zupełnie żadnych, a wychować go dobrze (np. za pieniądze dla właściciela, jak niektórzy psi trenerzy).

          Znam dwójkę ludzi, którzy swoją „miłością” (bo chcieli dla zwierzaka jak najlepiej i byłam temu świadkiem) prowadzili do sytuacji, gdzie pies stawał się totalnie aspołeczny – głównie poprzez „dziubdzianie” do niego, gdy był agresywny lub wystraszony. Oni postępowali zgodnie z ludzkim instynktem rodzicielskim – bo to, co dla dziecka byłoby tylko łagodnym sygnałem, że nie musi się bać, bo rodzice są blisko, dla psa było pochwałą za niepożądane zachowania. Efekt? Jeden z piesków to mały kundelek, więc na szczęście kończy się na proszeniu gości, by psa nie głaskali i nie zbliżali się do misek, bo może wtedy ugryźć. Drugi to owczarek niemiecki, którego niestety rodzice koleżanki zdecydowali się uśpić po tym, jak pogryzł wspólną znajomą.

  20. syliQ napisał(a):

    Wszystko prawda, ale nie demonizowałabym zwierząt ze schroniska na zasadzie, że ich adopcja to gra w rosyjską ruletkę. Ja mam kotkę ze schroniska, która jest oazą spokoju – nie ucieka, nie niszczy mebli, najchętniej cały czas siedziałaby na kolanach. Spokojna w kontaktach z dzieckiem, kiedy moja paromiesięczna córka jej dokuczała, to kot co najwyżej miauknął i przeniósł się w inne miejsce, zero agresji. No kot idealny, ale trzeba wprost powiedzieć, że wybraliśmy takiego dzięki kumatej pracownicy schroniska.
    Kobieta wytłumaczyła nam istotę adopcji zwierzęcia ze schroniska. Przyznała, że większość kotów nie nadaje się do trzymania w bloku – będą się tam męczyć i nigdy się nie oswoją. Opowiedziała, jak dużo zależy od genów zwierzęcia i wskazała koty, które dobrze będą czuć się na kanapie i na kolanach.
    Wybraliśmy kotkę, która siedziała tam chyba ze dwa lata, ponieważ… była brzydka i nikt jej nie chciał. Oczywiście wystarczyło trochę o nią zadbać i dać jej dobrą karmę teraz jest przepiękną szylkretką.
    Jeśli więc chcemy zwierzę ze schroniska, ale naszym celem nie jest zbawianie świata, a przygarnięcie zwierzęcia z określonymi cechami, warto poszukać kumatego pracownika schroniska. Niestety nie jest to takie proste. Sami obeszliśmy kilka placówek i w większości z nich panował dość dziwny klimat. W jednym miałam wręcz wrażenie, że pracownicy nie chcą nam dać kota – widocznie źle nam z oczu patrzyło.

  21. Wg mnie, jak ktoś kupuje rasowego, to po prostu chce mieć zabawkę, a nie żywe stworzenie. Gdyby chciał żywe stworzenie, a nie zabawkę, to zaakceptowałby „nieidealność” i „zwyczajność” psa. Ludzie też są zwykli, a nie hodowani na idealnokrwistych.

    1. Morrrigan napisał(a):

      No nie masz racji. Jak się poznajesz z człowiekiem i on okaże się mieć nieznośny charakter (wszystko jedno, czy od urodzenia czy przez jakąś traumę), to po prostu nie kolegujesz się z nim i o nim zapominasz. Jak przygarniesz psa ze schroniska i on okaże się „nieidealny” (często to jest wyjątkowo łagodne określenie) to co masz zrobić? Oddać z powrotem? No, wtedy to masz przejebane – od razu Cię zlinczują. Więc musisz się męczyć ewentualnie oddać komuś a kto będzie chciał wziąć trudnego psa? Może jedna na milion taka święta matka Teresa się trafi, a nie wszyscy mają tyle szmalu żeby płacić za behawiorystów trenerów i nie wiadomo co jeszcze. Ludzie często chcą mieć przewidywalnego psa szczególnie, jeśli chcą go szkolić albo mają małe dzieci I CO W TYM ZŁEGO? Dlaczego wymaga się od wszystkich aby zbawiali świat? Ci ludzie, którzy kupują zwierzęta nie są winni przepełnieniu schronisk. Przepełnieniu schronisk winni są głupi ludzie, którzy mnożą swoje kundelki bez opamiętania albo puszczają niewysterylizowane samopas.

      1. Skoro już zahaczymy o analogię ze znajomościami w świecie ludzi, to odrzucenie psa tylko ze względu na to, że jest ze schroniska lub ogólnie nie jest rasowy, to jest dokładnie tak, jakbyś odrzucał człowieka tylko dlatego, że ma np. pochodzenie robotnicze albo że pochodzi ze wsi. Czy ludzie ze wsi są w czymś gorsi od tych z wielkich miast? Nie sądzę. Nie wiem, co to znaczy „nieznośny charakter”. Dla mnie nieznośny charakter mają ci, co oddają psa z powrotem, bo jednak im nie odpowiada. Tak jak sweter czy wiertarka ci nie odpowiada i sobie wymieniasz w sklepie. Zgłaszasz reklamację i mają ci wymienić na lepszy model. Czy tak ma to wyglądać?

        Mój pies na początku też nie wydawał mi się idealny – lękliwa, bojaźliwa, wiecznie chowająca się, unikająca wszystkiego i zestresowana. Ale czy można się psu dziwić, że po niemiłych (delikatnie mówiąc) przejściach z ludźmi nie jest zbyt wylewny i po prostu się boi? Dziwne by było, gdyby się nie bała. Psy same sobie tego nie zrobiły – to ludzie się nad nimi znęcali. To nie kto inny, tylko ludzie porzucają zwierzęta, głodzą je, dręczą. A z drugiej strony: czy ja jestem idealna i bez wad, żeby się psa czepiać? Człowiek ma humory i wady, i pies też ma swoje przeżycia na życiowym koncie. To nie jest żadne zbawianie świata, to samo życie.

        I bardzo dobrze, że osoby oddające psy są „linczowane” – bo trzeba być psychopatą i nie mieć żadnych uczuć wyższych, żeby wziąć odpowiedzialność za psa, przywiązać go do siebie, dać mu prawdziwy dom, a później wyrzucić jak zabawkę albo jak śmieć. A jeżeli dziecko będzie mieć problemy, np. zaburzenia nerwicowe czy jakieś ADHD, to też najlepiej oddać? Bo problemów niepotrzebnie przysparza? Wiem, że pies to nie dziecko, ale w omawianym poście jest analogia do dzieci, więc kontynuuję tenże wątek.

        Mało tego: pies rasowy również może się okazać psem z problemami – bo w końcu też jest żywym stworzeniem, a nie maskotką. I co wtedy? Oddajemy, żeby się nie „męczyć”?

        1. Kocz1lla napisał(a):

          Nie chodzi o odrzucanie psa „tylko dlatego, że jest ze schroniska”, ale dlatego, że mieszaniec jest totalnie nieprzewidywalny. Nawet wzrost w przypadku skundlonego szczeniaka jest niewiadomą.
          Jeśli odmawiać komuś prawa przyjmowania do rodziny tylko dobrze rokujących członków, to równie dobrze można stwierdzić: ktoś, kto nie chce żyć z osobą niezrównoważoną i z problemami – nie zasługuje na związek. Może i nie, tylko komu o tym decydować? Osobie stojącej z boku? Mędrkowi z Internetu?
          Wiążąc się z dorosłą osobą, mamy społeczne przyzwolenie na zakończenie niesatysfakcjonującej relacji. Przy adopcji dziecka lub zwierzęcia nie możemy się tak po prostu wycofać, musimy przyjąć całą odpowiedzialność za nieuniknioną traumę. W tej sytuacji chyba tym bardziej nie należy kogoś cisnąć, by szarpnął się na opiekę nad „trudnym” zwierzęciem? Szczególnie, jeśli to jego pierwsze?
          Oczywiście można założyć: „nie chcesz ze schroniska i bez łapki? To nie miej wcale!” Tylko komu to pomoże?

    2. Kocz1lla napisał(a):

      A wg mnie o tym, czy dla kogoś zwierzę jest zabawką, decyduje, jak o nie dba, a nie to, czy chciał mieć rasowe, czy nierasowe. Nie znam ani jednej osoby, która ma rasowca, bo znajdami się brzydzi, znam natomiast sporo osób, które przygarniętego zwierzaka karmią po taniości i nie leczą, bo przecież już samą adopcją wyświadczyły łaskę.

  22. Sam mam dwa psy z hodowli, więc na pewno nie mogę powiedzieć, że jest to coś złego. Osobiście uważam, że każdy ma prawo do swojej decyzji i takie zmuszanie kogoś na siłę ”weź ze schroniska bo tam czekają wspaniałe psiaki” nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem.

    Jeśli ktoś chce pupila ze schroniska to nie ma problemu. Jednak psy rasowe też są ok. Co do problemu bezdomności to generalnie tak jak autorka napisała – bezmyślne rozmnażanie oraz brak kastracji/sterylizacji.

    Ja na pseudohodowle bym nie zwalał, bo one jednak liczą na zysk, więc nie hodują ponad miarę. Największy problem tworzą osoby, które co rok wypuszczają w świat kilkanaście kundli, bo ich pies całymi dniami lata po osiedlu.

  23. Kocz1lla napisał(a):

    Generalnie zgadzam się, że nie ma niczego złego w kupowaniu hodowlanych zwierząt, ale co do samych hodowli mam dwa zastrzeżenia:
    1. Nawet te zarejestrowane parają się nieetycznymi – w moim odczuciu – praktykami. Na paru wystawach byłam świadkiem sprzedawania kociąt. (O ile mi wiadomo, to nielegalne, ale i tak ma miejsce.) Odrzuciło mnie, że hodowca, który rzekomo tak dba o swoje mioty, decyduje się sprzedawać je „na pniu”, komuś, kogo „zna” od 5 minut, w okolicznościach, w których ciężko o przemyślaną decyzję.
    2. Dążenie do sylwetki idealnie „w typie” faworyzuje rozmaite anatomiczne aberracje, które na dłuższą metę szkodzą zwierzęciu. Jeśli dobrze pamiętam, pisałaś o „opadającym zadzie” u owczarków niemieckich.

    Jeśli zaś chodzi o zatwardziałych zwolenników adopcji, to uważam, że Wasze nastawienie też jest – w gruncie rzeczy – uprzedmiotawiające. Wskazuje na to sam fakt, że uważacie zwierzę z określonego źródła za lepsze lub gorsze, mniej lub bardziej kochane. (Tak samo żałosne i szkodliwe są mity, że „zwierzak ze schroniska kocha bardziej”.) Trochę w tych swoich dywagacjach przypominacie pewnego mądrego pana, który stwierdził, że dzieci z in vitro są jak sztuczne truskawki. Jak coś jest zamówione, zaprojektowane, kupione (o zgrozo!) i ma spełniać o cz e k i w a n i a, to na 100% sztuczne, zabawkowe i nie ma mowy o szczerej, uczuciowej więzi.
    Czy właściciele rasowych zwierząt komentują, że one są lepsze? Nie, po prostu chcą mieć zwierzę w określonym typie. Równie dobrze moglibyście mieć pretensję do osoby, która ma bzika na punkcie rudych kobiet i tylko z takimi chce się umawiać na seks. Ma fetysz? Jest niesprawiedliwy wobec brunetek i blondynek? Być może. Ale wiecie co? Dopóki nie zdobywa tych rudych na targu niewolnic, dobrze je traktuje, a tych blond nie wyzywa od pokrak, to chyba świat się nie wali i nikomu nic do tego.

  24. Maria Borkowska napisał(a):

    Mam adoptowanego psa, kundelka po przejściach. I mówię z całą odpowiedzialnością: na początku były z nim takie problemy, że ktoś mniej doświadczony po prostu nie dałby sobie z nim rady. Dlatego pies ze schroniska jest zdecydowanie dla psiarzy, którzy posiadają już pewną wiedzę.
    Zachęca się ludzi do adoptowania zwierząt, a mało mówi się o tym, jakie potrafią sprawiać problemy i że wiele z nich wraca do schronisk, bo opiekunowie po prostu nie dają sobie z nimi rady.

    1. Kocz1lla napisał(a):

      Do tego mało schronisk ma behawiorystów, którzy potrafią określić charakter/potrzeby zwierzęcia i dobrać je do temperamentu potencjalnych właścicieli.
      Mój kolega przygarnął kotkę, która miała być „malutka i spokojna”. Wyrosło z niej kocisko niemieszczące się na kolanach ( i do niedawna wcale niechcące na te kolana siadać) które chodziło po ścianach (miękki tynk) i drapało rzeczy w przedpokoju.
      Na szczęście kolega się nie zraził, dba o nią czule, a i kicia z czasem „znormalniała” (głównie po sterylizacji). Początki jednak odbiegały od wyobrażeń jak tylko mogły.
      Oczywiście rasa nie gwarantuje określanego charakteru, ale w przyzwoitych hodowlach „twórcy” przynajmniej wiedzą, co mają. Kociak/szczeniak jest wydawany już po wstępnej socjalizacji i kiedy trochę podrośnie.

  25. Dorastałam z psem, z psem z rodowodem co 30 lat temu nie koniecznie było normą. Kolejne psy w rodzinie były psami ze schronisk i fundacji. Ale gdy dorosłam już do własnego psa cała rodzina była zgodna co do jednego: ma to być pies rasowy z rodowodem. Nie powiem, żebym poradziła sobie z tym nowym zadaniem i tą ogromną odpowiedzialnością jakoś wspaniale ale jestem pewna, że gdybym trafiła na psa ze schroniska po przejściach ucierpiałaby nie tylko moje nastoletnie ego ale przede wszystkim pies.

    Na co dzień często słyszę o tym jakim to jestem złym człowiekiem właśnie przez fakt kupienia psa z hodowli. Jednak osoby wypowiadające się zazwyczaj nie rozumieją różnicy między pseudo a FCI. Dlatego wydaje mi się, że takie wpisy jak ten są ważne. Jeżeli trafią chociaż do kilku osób mogą zmienić ich podejście do pseudo, modnych piesków i prawdziwych hodowli.

    A tak na zakończenie to nie, nie czuje się odpowiedzialna za bezdomność zwierząt. Za to uważam, że moi sąsiedzi szczycący się „mini-maltańczykiem” jak najbardziej do takowej się dokładają.

  26. Natalia napisał(a):

    Jako właścicielka 2 pięknych rottweilerów (oraz opiekunka tej rasy od 10 lat) dodam mój ulubiony tekst, który dostaję co najmniej raz na pół roku, gdzieś w internetach/innych realnych głębiach.
    „Wzięłabyś kundelka ze schroniska,a nie TYCH MORDERCÓW/ZABÓJCÓW/wstaw cokolwiek pokrewnego pod własny dach.”
    Ja patrzę jak na idiotę, mój rottie patrzy znudzony również jak na idiotę i tak sobie po cichu żałuję, że to na prawdę nie jest morderca, spuściłabym smycz. No, ale muszę rozczarować. Spałam z tym ‚potworem’ mając 6 lat i żyję i mam się dobrze.

    Pozdrawiam Segritta i dziękuję za świetny tekst! W końcu ktoś to powiedział. Rozsyłam w dalszą przestrzeń.
    https://uploads.disquscdn.com/images/5886f835bef37bd232e837dd03105c69f366e98d0b19768201c912b51e2eff96.png

  27. Trochę generalizujesz.
    Jeśli chcesz mieć psa, który kocha dzieci, to nie oznacza, że tylko rodowodowy, bo one mają taki sam charakter, a ze schroniska to nie. Pójdź do schroniska z dzieckiem i zobacz, jak pies reaguje – i masz odpowiedź. A słodki szczeniaczek każdej rasy może pokazać swój charakter – pies to nie maszyna, każdy jest inny.
    I generalnie trzeba powiedzieć, że psy rasowe żyją krócej, są obarczone chorobami wedle swojej rasy, których kundlom mniej.
    A zrownanie pragnienia posiadania własnego dziecka, marzenia o ciąży i instynktu macierzyńskiego do decyzji o posiadaniu psa ze schroniska czy nie, to moim zdaniem kompletnie co innego.
    I nie da się tego porównać do wielu osób, które kupują psa za full pieniedzy, bo rasa jest modna i chcą się pokazać…

    1. Kocz1lla napisał(a):

      Co do długości życia, to nie wiem skąd wynika ta generalizacja. Nie polemizuję, ale chciałabym poznać źródło badań. Ja mam z dachowcami rozmaite doświadczenia. Jedne zdrowe jak rydze, inne – obarczone nieuleczalnymi chorobami niemalże od urodzenia.
      Wydaje mi się też, że porównanie do dzieci ze schroniska to właśnie próba pokazania absurdu takiego myślenia: „Jak nie chcesz ze schroniska, to nie masz serca i w ogóle nie zasługujesz na jakiekolwiek zwierzę”. Tak samo można by powiedzieć, że jak ktoś nie chce dziecka z przytułku, to jest generalnie nieodpowiedzialny, nie ma instynktu, nie widzi człowieka tylko swe marzenia i na pewno byłby złym rodzicem, niech więc lepiej pozostanie bezdzietny”.

  28. Zgadzam się z Tekściara. Często psy ze schroniska są bardziej stabilne psychicznie i bezpieczne dla dziecka niż hodowlane rasowce. Porównywanie tego do adopcji dziecka to też duża przesada. Decydując się na dziecko nie stoisz przed wyborem: kupię rasowe, albo wezmę z domu dziecka. O ile jestem wielkim fanem tego bloga, o tyle ten artykuł burzy mi krew w żyłach;)

  29. Kamina napisał(a):

    To zależy. To prawda, że psy ze schroniska często są nieprzyjazne, ale czasem trafiają się perełki ;) tylko nie każdemu chce się czekać na takiego.

  30. bloodorange napisał(a):

    Chciałam Ci podziękować za ten tekst – rzadko mi się zdarza, że czytając tekst „lajfstajlowy” mam wrażenie, że czegoś mnie nauczył, a tu naprawdę łyknęłam kawałek nowej rzeczywistości.

    Trochę przypomina mi to akcje antypodróbkowe prowadzone przez środowiska zegarkowe – kupujemy (zegarek, psa) tanio; efekt wizualny mamy ogólnie zadowalający (bo i kolekcjoner zegarków, i kynolog szybko wyłapie różnice); a w środku jest zupełnie nie to, co powinno być (tu jednak pewnie psy od pseudohodowców są górą – zakładam, że ich „wyposażenie emocjonalne” częściej bywa zbliżone do „oryginału” niż mechanizm we wnętrzu podróbki).

  31. Ola Matysiak napisał(a):

    Nie ma reguły co do tego, że psy ze schroniska są zawsze niestabilne emocjonalnie i że biorąc takiego psa bierzemy „kota w worku”. Znam kilka osób, które wzięły psy z certyfikowanych hodowli za grube pieniądze – a później okazywało się, że bez pomocy behawiorystów ani rusz. Z kolei kundelki schorniskowe okazywały się najgrzeczniejszymi i najukochańszymi psiakami na świecie. Nie czaję porównania brania psów ze schroniska do brania dzieci z domu dziecka – nie widzę tutaj związku kompletnie, więc dla mnie to bullshit. A największą krzywdę wyrządzają psom ludzie, którzy kupują je od pseudo hodowców działających legalnie w stowarzyszeniach pod śmiesznymi nazwami typu „Gromadka Wujcia Sławcia”. Ale to już temat na inną i dłuższą dyskusję.

  32. Marcin Marcinkowski napisał(a):

    Mam psa ze schroniska, Jest wesoły, wszędzie go pełno i nie wykazuje żadnej agresji Nie wyglądał najlepiej, jego sierść była w opłakanym stanie, ale dostawał vetoskin z vetexpert i po dwóch miesiącach jego sierść zmieniła się nie do poznania. Jest już z nami 3 lata i zdaje się że całkowicie zapomniał o przebytej traumie.

  33. midia napisał(a):

    Hej, zgadzam się z tekstem w 100%, mam tylko jedno ALE: zapomniałaś o domach tymczasowych. Sama tymczasowałam kilkadziesiąt psów. Sprawdzałam ich charakter, uczyłam podstaw życia w domu, chodzenia na smyczy, relacji z ludźmi i psami. Psiak był leczony, sterylizowany, odrobaczany i szczepiony. Potem mu szukałam nowego domu, a jeśli były jakieś problemy u nowych właścicieli – pomagałam je rozwiązać. To idealna opcja dla osób, które chcą mieć sprawdzonego psa, ale nie chcą kupować zwierzaka.

Dodaj komentarz