Kim są złodziejki mężów?

Są piękne… a nawet jeśli nie są piękne, to emanują seksapilem, tym prawdziwym lub udawanym, włożonym między dwie rozbujane piersi lub w rowek zbyt małej pupy, tuż pod stringi, fu, kto dziś nosi stringi jeszcze. Są oczywiście zwodnicze i zdradzieckie, bo gdy spotykają żonę, którą zamierzają okraść z męża, to się do niej uśmiechają, udają miłe, są czasem wręcz przyjaciółkami, kuzynkami, siostrami. Ich jedynym celem jest omamić twojego męża, owinąć wokół palca i zabrać tobie. Posługują się wachlarzem perfidnych sztuczek. Są wyrachowane, zdeterminowane i …nie istnieją. Bo nie ma czegoś takiego jak „złodziejka mężów”.

To wymysł tych, którzy boją się o swoje nieszczęśliwe związki albo tych opuszczonych, którzy desperacko próbują zwalić winę za rozpad związku na czynniki zewnętrzne. I tych, którzy boją się spojrzeć prawdzie w oczy i zdać sobie sprawę, że NIE POSIADAMY naszego partnera (ani on nie posiada nas), że mężczyźni mają wolną wolę i mogą decydować nie tylko o tym, co mówią, ale też o tym, co robią. Że partner nie jest na zawsze – a przysięga małżeńska jest bzdurą, bo nie da się przysiąc, że się będzie kogoś zawsze kochać. 

Wbrew obiegowej opinii, mężczyźni też potrafią prowadzić karierę w biznesie, dokonywać odkryć naukowych i tworzyć sztukę.

A skoro potrafią, to dysponują samokontrolą. Samokontrola to taki maleńki (ale potężny) mechanizm, który pozwala oprzeć się instynktom i pokusom. To ona sprawia, że choć kocham grać w gry i jeść lody, nie spędzam na tym całych tygodni, tylko dzielę czas na przyjemności, pracę, obowiązki i opiekę nad dziećmi. Dzięki niej nie rzucamy się w sklepie na pączki, choć nie mamy na nie hajsu. Dzięki samokontroli nie bijemy szefa, który nas wkurzył. Dzięki samokontroli nie gwałcimy też człowieka, na którego mamy ochotę, a który nie ma ochoty na nas. 

Wiele zwierząt tej samokontroli nie ma, albo przynajmniej ma ją bardzo słabą. Można psa nauczyć, żeby wytrzymał kilka sekund w bezruchu z plastrem szynki nałożonym na kufę, ale bardzo trudno będzie go nauczyć, żeby nie próbował podrywać Lusi, jamniczki sąsiadów podczas cieczki. Na szczęście mężczyźni (samce homo sapiens) mają lepszą samokontrolę niż psy (samce canis familiaris) i dlatego nie musimy ich trzymać na smyczach ani w klatkach. Mogą chodzić do szkoły, do pracy, a nawet spożywać alkohol. Są wolnymi ludźmi. Zdolnymi do nie-bicia, nie-gwałcenia i nie-zdradzania. Każdy z tych czynów byłby bowiem decyzją. To nie jest tak, że można ich – wbrew ich woli – uwieść. 

Termin „złodziejka mężów” jest nie tylko kretyńskim terminem, ale przede wszystkim bardzo krzywdzącym dla mężczyzny, bo sugerującym, że on, ten mężczyzna, samiec bezwolny, nie tylko jest własnością swojej kobiety (więc można go „ukraść”), ale też nie ma nic do gadania w kwestii tego, kto jest jego właścicielką (to one się o niego biją i decydują, czyj będzie). 

A tymczasem za każdą zdradę (rozumianą jako nieakceptowany przez partnerkę seks poza związkiem) odpowiedzialny jest wyłącznie zdradzający. Bo tylko on zdradza. Nie jego kochanka, nie siła wyższa, nie magia, nie związek, nie żona. Tylko on, zdradzający. Oczywiście nie robi tego bez powodu – i już te powody są najczęściej zlokalizowane w związku – ale to on, mąż / partner / czyiś facet podjął decyzję, że będzie oszukiwał swoją drugą połówkę i potajemnie prześpi się (lub wręcz wda w dłuższy romans) z kimś innym. Bo uwierzcie mi, mógł tego nie robić. Nikt mu pistoletu przy skroni nie trzymał. Mógł się powstrzymać i np. pochodzić z partnerką na terapię, żeby powalczyć o związek albo po prostu ten związek zakończyć. 

No właśnie. Niestety żyjemy wciąż w kulturze, która uważa rozstania za porażkę, rozwody za zło ostateczne a „idealny związek” za taki, który trwa po grób. Ja mam inaczej. 

Idealny związek może trwać rok. Albo 5 lat. Albo nawet miesiąc. Po jednym idealnym związku można wejść w inny idealny. Generalnie związki mogą się kończyć, ludzkie drogi rozdzielać, to nie jest porażka – to życie. Tak być nie musi, ale czas, żebyśmy uświadomili sobie, że tak być MOŻE. I to nic złego. 

A jeśli twój związek jest nieszczęśliwy, to rozstanie będzie waszym sukcesem. Tak, waszym, zawsze. Bo nawet jeśli jedna strona kocha i desperacko chce zostać z drugą, to wystarczy że druga strona jest nieszczęśliwa w tym związku, żeby to nie miało sensu. I będzie najlepiej dla obu stron (a także dla dzieci, jeśli są), żeby to zakończyć i żeby każde szukało szczęścia z kimś odpowiednim albo nawet w samotności, bo choć wielu trudno w to uwierzyć, niektórzy naprawdę lubią być singlami. 

No, ale wracając do meritum: 

Złodziejki mężów nie istnieją, bo żadna kobieta nie będzie w stanie rozbić szczęśliwego, kochającego się związku.

Tam temu mężowi może się pokazać Klaudia Shiffer nago ze szklaneczką whisky, kontrolerem ps4 w ręku i pierścionkiem zaręczynowym w zębach, a on i tak najwyżej odpali z nią Red Dead Redemption 2, ale nie odejdzie do tej Klaudii Shiffer, jeśli kocha swoją żonę i jest z nią szczęśliwy. Czasem, w chwilowych związkowych kryzysach zdarzają się pojedyncze zdrady lub króciutkie romanse. Ale żeby doszło do „kradzieży” / „odbicia partnera”, to naprawdę związek musiał być już w stanie tak złym, że nie było co zbierać. I to partner sam z siebie postanowił odejść – a nie ktoś go „ukradł”. Ta trzecia była tylko wymówką. Czasem jest wręcz takim kołem ratunkowym tchórza, który bał się, że jeśli odejdzie wcześniej, to nikt go nie zechce, więc wolał poczekać na jakąś kolejną chętną. 

Mojego Sebastiana nie da się „mi odbić”. Mnie nie da się „odbić jemu”. Bo się kochamy i jesteśmy razem szczęśliwi. Nie wiem, czy tak będzie wiecznie – ale teraz mogą go stada „złodziejek” atakować, a ja tylko z popcornem i colą będę na to patrzeć. :)

Bo się kochamy i jesteśmy razem szczęśliwi. Nie wiem, czy tak będzie wiecznie – ale teraz mogą go stada „złodziejek” atakować, a ja tylko z popcornem i colą będę na to patrzeć. :)

Jeśli więc twój mąż odszedł do jakiejś innej kobiety, to nie łudź się, że nie była to jego świadoma decyzja. On nie został uwiedziony i zmanipulowany. Jemu było źle w waszym związku.

To wasz związek mocno kulał, przechodził poważny kryzys lub w ogóle już leżał martwy, a ty tego nie zauważyłaś – i to od dawna. To nie jego wina, że się zakochał w innej kobiecie. To też nie twoja wina. To się stało dlatego, że czegoś mu brakowało i ta druga kobieta mu to dała. Ale skoro ty mu tego nie dawałaś, to najwyraźniej też miałaś jakieś powody. I nie ma złych powodów, żeby się rozstać. Szkoda, że się nie rozstaliście ZANIM on się zakochał, ale cóż, tak bywa w życiu. 

Tylko proszę, pamiętaj, zwalanie winy za WASZE niepowodzenie WASZEGO związku na jakąś inną kobietę, która z tym związkiem nic wspólnego nie miała (bo to był wyłącznie twój i jego związek), to tak słaby ruch i żałosna próba odepchnięcia odpowiedzialności od siebie, że cycki opadają, jak się o tym czyta na forach internetowych lub w Twoich komentarzach pod czyimś zdjęciem. 

Zamiast to robić… spróbuj spojrzeć na to z innej strony: a może to dobrze, że facet, który cię nie kochał i nie był z tobą szczęśliwy odszedł od ciebie? I nie musiałaś sama organizować – jakby nie patrzeć – dość nieprzyjemnego kroku jakim jest rozstanie? Ja moją aktualną, szczęśliwą sytuację życiową zawdzięczam właśnie takiemu scenariuszowi, w którym pojawił się ktoś trzeci, a nieszczęśliwy związek wreszcie się zakończył. To nie jest zasługa tej trzeciej osoby, ale i tak czasem mam ochotę jej kupić wino. Bo dzięki niej było łatwiej szybko związek zakończyć i nie przechodzić tej kłopotliwej fazy wahania „a co jeśli to był zły krok… a może jednak spróbować jeszcze raz…”. 

Złodzieje żon? Złodziejki mężów? Tak, nie przeczę, są kobiety, które zakochują się wyłącznie w zajętych facetach, ale to jest ich problem, wyłącznie ich. Nie twój, nie twojego faceta – o ile wasz związek jest szczęśliwy. To one mają trudno, to im jest ciężko się realizować, to one płaczą po nocach, bo znowu zakochały się w kimś niedostępnym – albo znowu straciły zainteresowanie kimś, kto stał się dostępny. Nie jest łatwo być taką kobietą. Ona nie jest złodziejką mężów, ona po prostu się w nich zakochuj. Samo zakochiwanie się lub próby uwiedzenia mężczyzny to jeszcze nie złodziejstwo. Tak samo jak chłopiec wdzięczący się do jabłek na straganie nie zostanie posądzony o kradzież. :)

I jeszcze jedno: przestańmy już patrzeć na rozstania w kategoriach winy. Zacznijmy używać sformułowania odpowiedzialność. Bo winnym można być tylko czegoś złego – a odpowiedzialność może dotyczyć zarówno porażki jak i sukcesu. 

Za jakość związku zawsze odpowiadają obie jego składowe. Za rozpad tego związku – również. Jednoosobowo niczego nie dokonasz, ani nie poprowadzisz w pojedynkę szczęśliwego związku, ani go w pojedynkę nie rozpieprzysz. Zawsze to kwestia obojga ludzi, pary, ich temperamentów, schematów myślowych, bagażu, momentu w życiu. Jeśli oboje czujecie, że coś między wami przestaje grać i oboje chcecie nad tym pracować – super, pracujcie, może przejdziecie kryzys, naprawicie błędy i dalej będziecie szczęśliwi. Jeśli któreś z was pracować nie chce – też super, że się rozstaniecie. Bo po cholerę pracować nad związkiem, nad którym przynajmniej jedna ze stron pracować nie chce. Lepiej się rozstać i szukać szczęścia z kimś innym, komu będzie zależało na tobie (lub na nim). 

A… i jeszcze jedno. Z lenistwa językowego cały ten tekst opisuje sytuację, w której mąż zdradza żonę z kochanką. Ale dokładnie tak samo wygląda sytuacja, gdy żona zdradza męża z kochankiem. Albo partner zdradza partnera albo partnerkę z kochankiem lub kochanką albo partnerka zdradza partnera albo partnerkę z kochankiem lub kochanką. Widzicie?! Gdybym to tak w każdym zdaniu wyliczała, to by się tekstu czytać nie dało. ;) Ale generalnie cała sytuacja dotyczy dwuosobowych związków – oraz jakiejś osoby z zewnątrz, która jest posądzana o „kradzież” jednego z partnerów. No. 

Komentarze do wpisu: 16 Napisz komentarz

  1. Agnieszka napisał(a):

    Co do przysięgi małżeńskiej – to chyba kwestia pojmowania miłości. Dla mnie „kochać” to nie znaczy tylko czuć motylki w brzuchu pod wpływem miłosnej chemii (bo to faktycznie ciężko byłoby obiecać). Wg mnie miłość to nie tyle niezależne od nas uczucie, co akt woli. Decyzja. Upór. Właśnie „chodzenie na terapię”, opieranie się pokusom, staranie o wspólne dobro itp. może to mniej romantyczne, za to do zrealizowania :) jeśli chodzi o „złodziejki” mężów to… Amen :) za zdradę odpowiada zdradzający, tu nie mam wątpliwości.

    1. Gosia napisał(a):

      Kiedyś też myślałam, że miłość to wybór. Ale dziś już wiem, że to bzdury, wciskane nam przez starsze pokolenia, które chcą sobie w ten sposób wmówić że kochają kogoś, z kim jest im bardzo źle.
      Dla mnie miłość jest wtedy, kiedy widzę czyjeś wady, ale jestem szczęśliwa, że jestem z tym człowiekiem. Kiedy jestem dumna, że to on jest moim mężem, rano cieszę się, że go widzę, wieczorem cieszę się, że koło niego zasypiam. Kiedy lubię spędzać z nim czas. Kiedy jest mi źle po naszych kłótniach i chcę pracować nad tym, żeby było między nami lepiej. To jest miłość. A nie „wybór” czy „decyzja”, która oznacza tyle, że już nic nie trzeba robić, bo się „wybrało” i tyle. Nie. Wybór i decyzja to wyznaczniki wytrwałości, pracowitości, konsekwencji, ale nie miłości. Te cechy mogą być jej częścią składową, ale nie są nią.

  2. Świetlik napisał(a):

    Chciałabym tylko powiedzieć, że to nie jest jednak tak, że zawsze winna jest zostawiana kobieta, bo nie zauważyła, że partner jej już nie kocha. Uważam, że winny jest przede wszystkim zostawiający dla kogoś innego. Bo skoro był nieszczęśliwy, to trzeba było się komunikować. Mężczyźni bardzo często nie chcą w ogóle pracować nad związkiem i kiedy trafia się inna opcja, gdzie już grają hormony, to chętnie wypisują się z zobowiązań i idą w siną dał.

    Zgadzam się w 100% z tym, że nie da się odbić kogoś, kto nie chce być odbity. Ale no właśnie. Jak czujesz, że to tylko kwestia czasu, zanim ktoś cię odbije, to powinieneś odejść zanim to się stanie, a nie utrzymywać partnerkę w nieświadomości aż trafi się chętna. Zwłaszcza że często są też w układzie dzieci, wspólny majątek. Ty masz już kogoś w pogotowiu, kto zajmie się tobą w trudnym czasie, a partnerka z dziećmi nagle zostaje całkiem sama, często walcząc o zabezpieczenie finansowe.

    1. Eli napisał(a):

      Zapytałam mojego męża (dla nas obydwojga to drugie małżeństwa) czy w swoim pierwszym małżeństwie komunikował, że mu się nie podoba. Oto co mi odpowiedział: „jak mi wypier…ła ubrania przez okno średnio 2 razy w roku przez okno, to jak mogła nie wiedzieć, że jest źle?”. Dwa razy rozstawałam się z pierwszym mężem. Raz go spakowałam i pożegnałam, raz się wyprowadziłam. W trakcie 5-letniego małżeństwa 2 lata nie mieszkaliśmy razem. Nie dałam się przekonać, że jeszcze będzie dobrze, że się zmieni i że warto, dopiero, kiedy pojawił się ten trzeci. Kiedy się poznaliśmy żyłam sobie całkiem oddzielnie, w wynajmowanym mieszkaniu, utrzymując siebie i córkę tylko ze swoich pieniędzy. Dopiero z tym trzecim miałam siłę, żeby nie dać się przekonać pierwszemu mężowi do powrotu. Bo właściwie jaki jest powód? Przecież jest chu…wo, ale stabilnie”. A razem jednak jest łatwiej. Łatwiej opiekować się dzieckiem, nie trzeba tłumaczyć całej rodzinie, dlaczego w święta przyjeżdżasz sama. Nie wiem czy można to nazwać tchórzostwem. Wracałam 2 razy „bo właściwie dlaczego nie”. Nie wiem, kiedy inni ludzie odchodzą, ale uwierz, że taki stan, w jakim były nasze małżeństwa zauważy każdy głupi. A ta partnerka, która nagle zostaje sama? Prawdopodobnie uważała, że wszystko to jego wina i jak on się zmieni i naprawi, to wszystko będzie wspaniale. Nie da się nie zauważyć takiego stanu rozkładu związku

      1. Koczilla napisał(a):

        Znaczy, że nie komunikował. Po prostu miał w dupie i przez pozostałe 363 dni w roku czekał na lepszą okazję. Twoja historia zaś to najlepsze potwierdzenie, że zdradzający naprawdę potrafią być bezwolni, a w rozpadzie związku trzecia osoba ma kluczowe znaczenie. Sama stwierdziłaś, że dopóki się nie pojawiła, dwa razy „dałaś się przekonać” („bo dlaczego nie”).

      2. Koczilla napisał(a):

        Tyle że z historii ani twojej, ani twojego obecnego męża nie wynika, że w jakikolwiek sposób zawalczyliście o związek. Ty się wyprowadziłaś, on obserwował wylatujące przez okno ciuchy. Wasze relacje z byłymi opisałaś jako monologi byłego i histerię byłej. Zero interakcji z waszej strony. Przedstawiasz się jako osoba niekomunikatywna i nielojalna, płytko wchodząca w relacje z ludźmi na zasadzie „dlaczego nie” i gotowa z niej wyjść, gdy tylko poczuje się zaatakowana. Ale nie na tyle, żeby się rozwieść. No i zaprzeczasz samej sobie, bo z jednej strony prawisz, że nikt nie odchodzi przez pierdoły i „takiego rozkładu nie da się nie zauważyć”, a z drugiej przyznajesz, że wiązałaś się „żeby było łatwiej” i żeby nie musieć tłumaczyć się rodzinie na święta, choć przecież „taki stan, w jakim były nasze małżeństwa zauważy każdy głupi”. Gdzie tu logika?
        Twoje komentarze to za mało, żeby wyrabiać sobie ogólny pogląd, ale tylko na ich podstawie można by dojść do wniosku, że niewierność to nie jest absolutnie wina obu stron, ale psychicznych predyspozycji zdradzającego. Nie da się mieć chujowych dni i wspaniałego życia? Wygląda więc na to, że na tym świecie nie żyje ani jeden szczęśliwy człowiek.

  3. Ewa napisał(a):

    Masz rację że odpowiedzialność za zdradę ponosi zdradzający a nie kochanek/kochanka. Ale tekst wydaje mi się bardzo bezemocjonalny, pomija ten aspekt. Będąc w związku jesteś odpowiedzialna za związek, za szczęście swoje ale też i tej drugiej strony! algorytm pt. jesteś nieszczęśliwy => rozstań się to dalekie uproszczenie, bo przecież druga strona może być nieświadoma stanu rzeczy i zostawiając ją powodujesz wielkie jej cierpienie i odbierasz prawo do współdecydowania, ewentualnego poprawienia sytuacji. trochę trywialne podsumowanie „takie jest życie”. trzeba być ze sobą szczerymi i się komunikować na tyle dobrze by być w stanie dojść do konsensusu, uświadamiać drugą osobę „co u nas” – to jest wyznacznik szacunku i miłości (która ani się nie pojawia, ani nie mija jak za dotknięciem różdżki tylko jest to zawsze proces). a rozstanie traktować jako ostateczność nie dlatego, że to „porażka” (nie należy związków traktować jako osiągnięć i zadań), ale dlatego że powoduje cierpienie przynajmniej jednej strony, a cierpienia swojego i innych chcemy unikać, jeśli jesteśmy dobrymi ludźmi. zgadzam się że nie należy tkwić w toksycznych relacjach i czasem niestety zdarza się, że partner/partnerka nie współpracuje, bądź jest przemocowa i nieszczęście tylko się nakręca. takie związki należy kończyć. gdybym wierzyła w taką rzeczywistość jaką ty tu opisałaś nigdy nie weszłabym w związek bo wg tego co tu jest napisane na wiele rzeczy nie mamy wpływu (niestety fakt bo nigdy nie wiesz do końca co inny człowiek ma w głowie) i co więcej nie ma w tym nic dziwnego (takie życie – czyżby?). A co do przysięgi: niektórzy są w stanie obiecać miłość do końca życia ;) oczywiście zawsze pod pewnymi warunkami! ale to się bezpośrednio wiąże z tym co już pisałam: miłość to proces którym można kierować. nigdy nie ma tak, że ktoś „przestaje kochać” tak po prostu.

    1. Eli napisał(a):

      Jestem w czteroletnim związku, w trzyletnim drugim szczęśliwym małżeństwie. Nikt nie odchodzi przez pierdoły, których nie da się nie zauważyć. To permanentny stan irytacji, braku szacunku, braku pożądania, braku chęci wracania do domu. Rozstawałam się z pierwszym mężem 2 razy. Owszem, zauważył, że jest źle. Pewnego razu przygotował przemowę, w której informował mnie, że jest źle, ale to moja wina i oczekuje, że się zmienię. W szczęśliwym związku najpierw są partnerzy a później reszta świata. Jeżeli przestajesz się czuć najważniejsza, to właśnie jest ten moment, kiedy trzeba działać. Ale „związków się nie naprawia. Związków się nie psuje”. Związek, życie są sumą chwil, przeżytych dni. Nie da się mieć chu…wych dni i wspaniałego życia

      1. Agnieszka napisał(a):

        Przyszła mi do głowy jeszcze taka myśl, że mimo, że zdradzający ponosi odpowiedzialność za zdradę, to jednak świństwem jest uwodzić kogoś, o kim wiemy, że jest w związku. Btw, jestem w stanie zrozumieć, że mój partner może zakochać się w innej i odejść. Zlamie mi serce, ale to się zdarza. Nie jestem natomiast w stanie pojąć jednorazowej zdrady pt. „Akurat się nakręciłem na koleżankę na wyjeździe służbowym, więc odłożyłem na bok nasza miłość, szczerość i wzajemny szacunek, budowane przez lata, ale tak ogólnie to nic nie znaczyło i dalej chce być z tobą”

        1. Eli napisał(a):

          Myślę, że tutaj powinno się poznać prawdziwe motywy zdradzającego, bo to, co napisałaś, to tłumaczenie dla zdradzonej partnerki. Jeśli jest zdrowy psychicznie i szczęśliwy w związku, to nie powinno mu się to zdarzać. Natomiast nie tylko erotomani zdradzają, bo muszą. Jest sporo zaburzeń na poziomie podświadomym, wynikających często z dzieciństwa, gdzie dla zdradzającego jest to jakaś forma odreagowania. Jestem przekonana co do jednego: „jak masz w domu wymarzone Ferrari, na które ciężko zapracowałeś, to nie kręci Cię jazda Fiatem”.

  4. Nie bierzesz pod uwagę: błędnych decyzji, głupoty, chwil słabości, gorszych okresów w relacji, mylenia pożądania z ‚O JEZU TO CHYBA MIŁOŚĆ MOJEGO ŻYCIA’, etc. Ludzie są ułomni. To nie powód, żeby ich ubezwłasnowolnić, oczywiście. Ale z drugiej strony te ‚złodziejki mężów’ (i złodzieje żon) też są obdarzeni wolą, też podejmują decyzje i też można ich podciągać do odpowiedzialności za nie (choć mniejszej niż zdradzającego). Spójrz na to z drugiej strony: podbijając do żonatego mężczyzny też nie szanujesz cudzej decyzji (rozwiedli się? nie rozwiedli, czyli decydują się być małżeństwem) i dążysz do rozbicia związku, którego sami uprawnieni, we własnym zakresie, nie rozwiązują.

  5. To znaczy rozdzielmy 2 rzeczy: „złodziejka mężów” to obrzydliwe przerzucanie odpowiedzialności na osobę trzecią i jest to równie chujowe, jak ten najgorszy na świecie tekst „jak suka nie da, to pies nie weźmie”. Za zdradę odpowiedzialność ponosi zdradzający, i kropka.
    Natomiast teksty typu „w szczęśliwych związkach się nie zdradza” są po prostu nieprawdziwe i bardzo szkodliwe społecznie. Bo ludzie nie zdradzają tylko w patologicznie złych związkach. Bo są kobiety równie zadowolone z siebie jak Ty teraz, które po latach dowiadują się, ze były przez cały czas oszukiwane. Że koleś zachowywał się jakby był szczęśliwy i zakochany, a mimo to miał na boku inne partnerki. I oczywiście, być może Ty jesteś tak wyczilowana i cool, że byś w takiej sytuacji wzruszyła ramionami i uznała, ze it wasn’t meant to be, niemniej jednak większość ludzi jednak ma lekki problem z tym, ze ktoś wyrzucił na śmietnik ich miłość i przede wszystkim zaufanie.
    Bo w zdradzie chodzi przede wszystkim o to, ze wbijasz nóż w plecy najbliższej osobie. Komuś kto uważa cię za najlepszego przyjaciela.
    I nie, nikt nie ma obowiązku być detektywem w swojej relacji i zastanawiać się, czy jego partner, który zapewnia ze kocha i jest szczęśliwy, tak naprawdę w głębi duszy nie uważa ze ten związek jest chory i toksyczny. Ludzie nie zawsze zdradzają z głębokich i romantycznych powodów, ani dlatego ze takie jest życie. Ludzie czasem zdradzają bo tak. Bo są głupi, bezmyślni, leniwi, cyniczni. Bo mogą.
    I dorabianie do tego ideologii, tak jak Ty to robisz, jest naprawdę, po pierwsze, błędne, a po drugie równie słabe, jak kocopoły o złodziejkach mężów.

  6. 增大网:

    增大壮阳,丰乳缩阴,泡妞把妹,房中秘术!

    够硬,男人的把柄才能堵住女人的漏洞!

    什么不用干,不用拉下线,坐收二百万!

    网址: daxie.521982.CoM

    吊炸天!

  7. Koczilla napisał(a):

    Myślę też, że bardzo spłycasz problem. W dzisiejszych czasach naprawdę mało kto uważa, że zdradzający partner jest ubezwłasnowolniony. Po prostu kochankę łatwiej nienawidzić, bo to nie z nią zbudowało się dom, zadzierzgnęło pozytywne uczucia i stworzyło historię.

    Masz w komentarzach co najmniej jeden przykład, że co prawda partnera/partnerki nie da się „ukraść”, ale romans może stać się impulsem do zerwania związku. Czy to jest problem kochanki/kochanka? Nie, ale też ciężko ją za to lubić. A że ostatecznie byli partnerzy mogą dobrze na tym wyjść? Oby! Tylko że kochanka/kochanek nigdy nie miał/a na względzie dobra zdradzanej osoby, po co więc pędzić do niej z dziękczynną flaszką?

  8. Kalina napisał(a):

    Zostałam nazwana tak właśnie przez byłą żonę mojego męża, która uważała, że go ma na własność na zawsze. Do naprawy związku trzeba jednak dwojga. Ona nie sądziła, że ona też coś ma do naprawienia, bo przecież to on nie spełniał jej oczekiwań.

Dodaj komentarz