Kodeks beja

Mam czternastoletnie doświadczenie barowe w Warszawie, Paryżu i Londynie. Robiłam też podyplomówkę w Montpellier, Poznaniu i Sopocie a teraz planuję doktorat w Grybowie, ale tam się trudno dostać, więc wciąż się uczę. Lata poświęcone profesjonalnemu piciu przy barze wiele mnie nauczyły i tak oto powstał kodeks beja z klasą, bo Bug mi świadkiem, nie każdy pić w barach umie, nie każdy może mianować się dobrym skrzydłowym i czasem niestety trafiam na takich „speców”, którzy wstyd przynoszą tej zacnej profesji. Zacznijmy więc.

1. BEJ WYCHODZI, KIEDY CHCE. Czyli nie wolno beja namawiać na imprezę. Wystarczy zadzwonić i powiedzieć „pijemy dziś?” i jeśli bej będzie chciał, to się zgodzi. Ale jeśli nie będzie chciał, to się mówi „ok” i tyle. Wyższy poziom bejostwa w ogóle zakłada, że na bejowanie się wychodzi spontanicznie, danego dnia i się nie umawia specjalnie 2 tygodnie wcześniej, bo to zalatuje amatorszczyzną.

2. BEJ PIJE DO CZASU. Prawdziwy bej zna swoje możliwości i wie, kiedy należy ze sceny zejść niepokonanym. Owszem, zdarzają się takie noce, kiedy traci się pamięć, rzyga za żywopłot i budzi w łóżku z Korwinem Mikke, ale jeśli zdarzają się częściej niż raz na 10 lat, to niestety – bejem się nie jest, tylko zwykłym amatorem. Prawdziwy bej pije wolno, daje czas procentom na uderzenie do głowy, wie, kiedy trzeba przejść na wodę i w odpowiednim momencie mówi a dios i idzie spać.

3. BEJ SIĘ KONTROLUJE. Nawet po pijaku. Są takie rzeczy, których bej nie zrobi, nawet jeśli wlał w siebie hektolitry wódki. Bycie pijanym nigdy nie jest usprawiedliwieniem dla agresji lub seksu bez zabezpieczenia. Jeśli bójki lub seks z przypadkowymi genitaliami się bejowi zdarza, to bej bejem nie jest i no sory, ale pić nie powinien. Nikt nie powiedział, że to profesja dla każdego.

4. BEJ BEJA NIE NAMAWIA. To znaczy, że jeśli beje wychodzą razem na miasto i jeden z bejów nie chce już pić, to jego kumpel nie stosuje żadnych wybiegów w stylu „ze mną się nie napijesz?!” czy „no weź no, jeszcze jeden”. Chodzi o to, że prawdziwy bej sam dobrze wie, czy i ile chce pić i nie potrzebuje zachęty. A jeśli potrzebuje, to bejem nie jest, więc pić w ogóle nie powinien, bo to się może źle skończyć. A, i bej beja nie namawia na zostanie dłużej. Bo bej wraca do domu, kiedy musi i wtedy się mu mówi „dobranoc” i się go puszcza.

5. BEJ BEJA NIE WYDA. Jeśli beje kończą razem w łóżku, któryś z bejów całuje się z paszczurem lub wychodzi źle na fotkach ze świtu na krawężniku, to te fotki potem nie wędrują na fejsa i żadne inne dowody nie wyciekają poza środowisko najbliższych bejów.

6. BEJ ZA WSZYSTKICH, WSZYSCY ZA BEJA. Jeśli raz na dziesięć lat się zdarzy tak, że bej ma jakiś trudny dzień (słuchał za dużo kombi, nic nie jadł, jest chory lub z jakiegoś innego powodu spije się bardziej niż zwykle) i trzeba beja ratować z opresji – ewentualnie odwieźć do łóżka, to choćby drugi bej miał właśnie na haczyku Clive’a Owena lub inną Jennę Jameson, rzuca wszystko i ratuje swojego co-beja.

7. BEJ NIE OGRANICZA WOLNOŚCI INNEGO BEJA. Nieważne, czy wychodzą razem we dwójkę czy w 10 osób. Nieważne, czy ktoś się bawi dobrze czy nie. Jeśli jakiś bej lub grupka bejów chce iść gdzie indziej albo pół nocy całować się z jakimś ślicznym francuzem przy barze – reszta bejów mu nie przeszkadza. Jeśli ktoś chce jechać do domu, mówi „dobranoc” i jedzie. Jeśli ktoś chce zmienić klub, mówi „pa” i idzie. Bej narzucający innym bejom swój zły humor lub znudzenie bejem nie jest tylko zwykłym frędzlem i niech sobie frędzluje gdzie indziej. (Wyjątkiem jest sytuacja z punktu nr 6)

8. BEJ SIĘ KOMUNIKUJE. To proste: jeśli bej wychodzi i zostawia towarzystwo, to o tym mówi. Jeśli bej jedzie do domu, to się żegna. Jeśli bej czuje, że coś mu grozi, to też mówi o tym innym bejom. Jeśli bej dzwoni do co-beja w środku nocy i mówi, że jest ranny, to mówi też od razu, gdzie jest, bo punkt 6.

9. BEJ SIĘ NIE ROZLICZA Z MONET. Jeśli bej mówi „czego się napijesz?” i idzie do baru, to drugi bej wie, że za drinka nie płaci. Dobry obyczaj nakazuje wtedy drugiemu bejowi postawić kolejne drinki. Rozliczanie się z każdego drinka, dzielenie rachunków lub co gorsza – mówienie następnego dnia, że ktoś coś komuś wisi – jest słabe. Jak bej nie ma pieniędzy, to nie bejuje. Robi sobie przerwę. Albo pożycza. A jak się kasa skończy, to jedzie do domu.

10. BEJ SZANUJE BARMANA. Prawdziwy bej darzy barmanów miłością, bo to oni mu umożliwiają bycie bejem. Barmanów się poznaje, usmiecha się do nich, nie wymaga od nich przerwania tego co robią, tylko dlatego, że bej chce się teraz koniecznie właśnie w tym momencie napić. No i barmanom zostawia się napiwki. Jak się nie ma na napiwki, to znaczy, że się nie ma na drinki robi się przerwę w bejowaniu.

To tyle. Wystarczy pilnować tych dziesięciu świętych zasad i można bejować w zgodzie i radości. :)

 

Komentarze do wpisu: 22 Napisz komentarz

  1. Dla mnie zawsze słowo ”bej” miało dokładnie to samo znaczenie co ”menel” i kojarzy się ze śmierdzącymi, ubabranymi w różnych cieczach pijakami w autobusach, przed którymi się zwiewa na drugi koniec pojazdu. Bejowanie, jak uważam, ma wydźwięk negatywny w przeciwieństwie do melanżu.

      1. Myślę, że to zależy od kręgu znajomych- w moich kręgach raczej się tego używa jako odpowiednik menela, a jeżeli już miano bej miałoby powędrować do eleganta to tylko wtedy, gdy jest on w stanie totalnego upodlenia… Tak jak już powiedziałam zapewne różnice w interpretacji polegają na różnych kręgach znajomych. :)

    1. A co jeśli… wiem, że to zabrzmi jak totalne szaleństwo… ale tak czysto hipotetycznie – co jeśli autorka celowo użyła tego a nie innego słowa, w pełni zdając sobie sprawę z jego konotacji?… Just saying.

  2. O żesz… pieluchy serio rzucają się babom na mózg, dopiero z tego wpisu dowiedziałam się co znaczy „bej”…. ale dekalog całkiem, całkiem ;-)

  3. Frędzel napisał(a):

    W miejsce „Beja” można podstawić wiele rzeczy: Normalny Człowiek, szewc, strażak, sprzedawca z warzywniaka, dozorca, whatever. I też będzie logicznie pasować i będzie słuszne. Więc skoro tak, to tekst wieje oczywistością: białe jest białe, a kółko jest okrągłe. Wow, naprawdę?

    No ale generalnie to się ze wszystkim zgadzam poza ostatnim: w barze jestem klientem i jako klient mam zostać dobrze obsłużony. Właściciel knajpy płaci za to barmanowi, bo właściciel knajpy chce moje pieniążki – po to knajpę założył. Więc jak barman zamiast mnie obsługiwać siedzi sobie na fejsie np. albo cokolwiek, to wtedy dobrze mnie nie obsługuje i nie pracuje na to, żeby moje pieniążki trafiły do jego pracodawcy. A ja wtedy idę wydać swoje pieniążki do innego baru – na szczęście jest konkurencja i wolny rynek i nie muszę się przyjaźnić ani z barmanem ani ze sprzedawcą, ani z panią z obsługi gdziekolwiek, żeby dostać to, co chcę.

    Taki przedpołudniowy hejt, bo tak mi się chciało. Dzień dobry.

Dodaj komentarz