Każda grupa ma swojego organizatora. Tylko czemu to zawsze musisz być ty.

Gdybym musiała zatrudnić w mojej firmie kogoś do organizacji – z pewnością zatrudniłabym kobietę. I wcale nie dlatego, że uważam kobiety za biologicznie lepiej do tej organizacji wyekwipowane. Bo nie myślę tak. Moim zdaniem obie płci są pod tym względem równie utalentowane (lub, oceniając po większość – równie beznadziejne ;)) – ale to kobiety są przeważnie wtłaczane w role organizatorek, więc się tego siłą rzeczy uczą, trenują, organizują, i dlatego w dorosłym życiu stają się specjalistkami od logistyki.

Wszędzie, w każdej domenie życiowej, zawodowej lub hobbystycznej musi być jakiś organizator. Bez tego się nie da. Jeśli robisz coś samemu, to sam pełnisz tę rolę. Jeśli w przedsięwzięciu bierze udział więcej niż jedna osoba – przeważnie to na jednego człowieka spada ciężar organizacji. Weźcie na przykład takie wyjście do kina – ktoś musi wybrać seans (nawet jeśli wybór filmu zapada demokratycznie, to ktoś tę grupę musi doprowadzić do porozumienia, że na polskie komedie się nie chodzi), transport (nie, kochanie, nie będziemy jechać pięcioma tramwajami, bierzemy ubera), oraz poinformowanie o ustaleniach resztę grupy (widzimy się o ósmej przed kinem. Ja zgarnę Wieśka po drodze, ty nie zapomnij kupić normalnej koli w sklepie, żeby nie kupować jej potem za milion złotych w kinie). Codzienny obiad? Trzeba wybrać danie pasujące wszystkim domownikom, zrobić zakupy, znaleźć czas na gotowanie, zebrać wszystkich do kupy w odpowiednim czasie, gdy wszyscy są na miejscu i nie są zajęci (wcześniej trzeba ich poinformować o godzinie posiłku, bo przecież jak narzeczony będzie właśnie rozwalał orki, to nie może nagle tak sobie wstać i iść na rosołek). Wyjazd na wakacje? O, tu już można by zatrudnić pełnoetatowego logistyka…

WAKACJE z biurem podróży czy z ogarniętą koleżanką?

Jeśli masz w swoim otoczeniu taką grupę ludzi, która dość regularnie jeździ na wspólne wakacje (to może być rodzina, paczka przyjaciół albo jakaś drużyna pierścienia, w której niezależnie od losowego składu zawsze znajdzie się jakiś krasnolud i elf, które się będą żarły) to najprawdopodobniej kwestie organizacyjne spadają na jedną osobę. Zgadłam? To zgaduję dalej – to jest zawsze ta sama osoba oraz ta osoba ma parę cycków i jajniki. Ta osoba musi płacić za bilety, hotel i żarcie na równi ze wszystkimi, ale to ona zajmuje się:

  • Decyzją o wyjeździe (No, kochani, zbliżają się wakacje, choć to dopiero marzec, ale trzeba będzie wcześniej wszystko zaklepać, więc dawajcie mi tu paluszki pod budkę, kto jedzie)
  • Decyzją o miejscu wyjazdu (tak, nawet jeśli to grupa decyduje, to przeważnie jedna osoba wyciąga od wszystkich tę informację, pilnuje, żeby się wszystko nie rozlazło, mediuje, znajduje „za i przeciw” różnych propozycji i strzeże, żeby na pewno nie wylądować w Egipcie, „bo najtaniej”)
  • Kupieniem biletów (to ona szuka najtańszych połączeń, sprawdza, czy terminy i godziny wszystkim pasują, kupuje bilety, ewentualnie potem bierze udział w zmianach, często płaci ze swojej kasy i potem czeka na zwroty, które nie tak znowu często przychodzą o umówionym czasie, bo przecież teraz nie mam czasu przelać, poza tym myślałem, kochanie, że ty już przelałaś, a tak w ogóle to nic się nie stanie przecież, jak nasze pieniążki przyjdą trochę później…)
  • Załatwieniem hotelu (j.w.)
  • Załatwieniem samochodu (j.w.)
  • Szukaniem atrakcji, restauracji, plaż, punktów widokowych itp. na miejscu. Rezerwacjami, zbieraniem grupy („o szóstej na dole”. „Kasia, gdzie jesteś?”. „Mirek, potem pójdziesz na basen”. „Czy są już wszyscy?”), prowadzeniem po mieście.

…A ponieważ takie wyjazdy rzadko przebiegają bez fakapów, to jeśli coś się spieprzy z lotem, hotelem, samochodem, uczestnikami itp. to przeważnie właśnie organizator zajmuje się wszelkimi poprawkami, zmianami i ratowaniem dupy całej grupy.

Nie wiem, jak u Was, ale u mnie prawie zawsze organizatorem wyjazdów jest kobieta. Na szczęście nie zawsze ja. Ale często ja. I choć zawsze są ku temu jakieś powody (jedyna pełnoletnia, jedyna z prawem jazdy, jedyna będąca w stanie założyć kasę za wszystkich, jedyna której tak naprawdę zależy na tym wyjeździe, jedyna która o tym pomyślała wystarczająco wcześnie, by było sens organizować lub cokolwiek innego, równie sensownego…), to jest to funkcja męcząca. I za każdym razem sobie obiecuję, że to już ostatni raz. Że od kolejnego wyjazdu kto inny będzie organizował.

Bo organizator ma na sobie to okropne poczucie winy w zapasie. Hm… jakby to Wam wyjaśnić. Chodzi o to, że jeśli jesteście wszyscy na lotnisku z bagażami, to organizatorowi na pewno przez myśl przelatuje, że może pomylił dni wylotu, albo że zapomniał czegoś sprawdzić i się okaże przy checkowaniu bagażu, że nie mamy wliczonego bagażu do luku i trzeba za to strasznie zabulić dodatkowo. Organizator po prostu nie może się tak totalnie wyluzować, bo wie, że jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie JEGO wina.

RODZINNA JAZDA SAMOCHODEM

Jesteście bezdzietną parą i to on zawsze prowadzi? A to jeszcze spoko. Wasze role są wyrównane. A nawet jego czasem gorsza. On musi siedzieć i być skupiony, nie może spać, po kilku godzinach bolą go kark i oczy. I przed prowadzeniem nie może pić alkoholu. Ty zaś musisz pilnować mapy, obsługiwać telefon, podawać picie lub jedzenie kierowcy i ewentualnie pilnować, żeby nie zasnął. Easy peasy. To się zmienia, gdy macie dzieci.

Byłam kiedyś na spotkaniu prasowym portalu znajomej. Wypowiadał się tam pan psycholog, który powiedział, że w samochodzie to jego żona zawsze jest pasażerem, bo po prostu lepiej sobie radzi z tą funkcją. Bo u nich w rodzinie to już nie jest tak jak u opisanej wyżej pary. I w istocie, tak jest, gdy się jeździ z dziećmi. Do opieki nad kierowcą (woda, kanapka, telefon, rozmowa, szukanie drobnych na autostradę) i opieki nad samą podróżą (mapa, pilnowanie czasu, planowanie postojów) dochodzi opieka nad dzieciakami z tyłu. A to oznacza gaszenie pożarów (Przestańcie się kłócić. Nie bij go. Ale to nie jego wina. Podziel się z nim. Jak będziesz grzeczny, to ci kupię batonika na stacji benzynowej. Jak go jeszcze raz uderzysz, to nie ma żadnego basenu dziś. Jak nie przestaniecie, to was oddam do adopcji), pilnowanie, czy maleństwo w foteliku jeszcze oddycha. Albo czy się nie zarzygało. Podawanie chusteczek. Podawanie picia. Jedzenia. Czasem ryzykowanie życiem, odpinanie pasa i przełażenie do tyłu. No skomplikowana logistyka podróżna, która sprawia, że to miejsce pasażera jest dużo gorsze od miejsca kierowcy. Dlatego gdy usłyszałam, że pan psycholog mówi, że „oni się tak podzielili, bo żona jest lepsza w byciu pasażerem”, zabrałam głos.

Ja się nie zgadzam, że kobieta jest w tym lepsza. Ona po prostu musi to robić. Bo nie wiadomo czemu utarło się, że „prowadzenie samochodu to zajęcie dla mężczyzny”, więc na kobietę spada to, co najgorsze. Ja jestem pewna, no dobra, co najwyżej przekonana, ale jednak… że większość kobiet by się chętnie przesiadło za kierownicę i przez całe kilka godzin podróży miało spokój od zajmowania się wszystkimi wokół…

Bo jak się prowadzi, to trzeba się skupić tylko na prowadzeniu. I nie ma sprawdzania dzieci z tyłu, nie ma pisania esemesów, nie ma podawania kanapek. To wszystko robi, a przynajmniej powinien robić ten, który siedzi po prawej. Kimkolwiek jest. I to, że on ma jądra zamiast jajników wcale nie ujmuje mu szarych komórek i nie sprawia, że nagle nie jest w stanie odkręcić wody pani za kierownicą, napisać esemesa i zatroszczyć się o potomstwo za plecami. On to wszystko umie. Tylko mu się nie chce. I dlatego „bierze na siebie odpowiedzialną funkcję prowadzenia auta”, co oczywiście straaaszliwie go męczy i upoważnia do potem narzekania pół dnia, że tak długo jechał, prowadził, a teraz to mu się masaż i święty spokój należą. Nie. Masaż i święty spokój należą się pasażerowi, który był na kilkugodzinnej warcie.

urodziny

W naszej singielskiej bandzie (która się dawno rozpadła, pośrednio i bezpośrednio przez fakt, że przestaliśmy być singlami), jakoś tak wyszło, że zawsze jedna osoba wymyślała wspólne, składkowe prezenty – potem zbierała grupę, która chce się na nie złożyć, następnie zbierała pieniądze, a na końcu kupowała prezent, ładnie go opakowywała i dołączała kartkę ze skrupulatnie zebranymi podpisami składkowiczów.

To nie byłam ja. To była na to, nazwijmy ją… Kasia.

Ta osoba „obsłużyła” w ten sposób pięcioro przyjaciół w bandzie, co kilka miesięcy rzucając temat w wiadomościach i organizując prezenty. Największym problemem było oczywiście zebranie kasy. Nie że posądzać można moich znajomych o jakąś złą wolę, o nie… Chodzi raczej o słabą pamięć, brak czasu i takie, wiecie, zbywanie wszystkiego na później. Maniana czyli.

Wyobraź sobie, że ośmioro przyjaciół zadeklarowało, że chętnie zrzuci się po 50 zł. na np. Instaxa dla wspólnego kumpla. Mają podany numer konta i właściwie tylko to muszą zrobić. Przelać 50zł. Całą resztę robi ta Kasia. Kasia zbiera kasę, zamawia aparat (względnie, jedzie do sklepu), pakuje, przygotowuje kartkę, zbiera podpisy już na urodzinach, ale przed wręczeniem prezentu, czeka na moment i daje hasło „już”, które oznacza dla Ciebie, że musisz pojawić się przy jubilacie i uśmiechnąć, gdy Ci będzie dziękował. Tyle. Koniec. Fajna robota, co?

Ale gdy Kasia czekała na przelewy od wszystkich zadeklarowanych osób, okazywało się, że kasę wpłaciła tylko połowa. Dwie osoby spytały tylko o numer konta (podany wyraźnie w pierwszej wiadomości), po czym nic nie przelały. Jedna osoba powiedziała, że da w gotówce na urodzinach (nie da). Jedna osoba zaś powiedziała, że teraz nie ma kasy, ale żeby jej przypomnieć za dwa tygodnie, bo wtedy będzie miała.

W rezultacie Kasia musiała zakładać ze swoich, a potem dopraszać się kasy od tych, którzy się „złożyli”. Za niektóre prezenty od niektórych osób do dziś się zwrotu nie doczekała.

No kurwicy można dostać, nieprawdaż? I taka jest właśnie rola organizatora. Dodajmy do tego inny fakt. Ta Kasia nie dostała nic specjalnego od wszystkich na swoje urodziny, bo… nie było komu tego zorganizować.

Siedzenie w domu

Przywykliśmy już wszyscy, że kobieta niepracująca, matka rodzinie, SIEDZI W DOMU. Ona nic nie robi całymi dniami, tylko siedzi. Oczywiście oprócz siedzenia robi też takie drobnostki jak sprzątanie, pranie, gotowanie, niańczenie dzieci, robienie zakupów i wożenie dzieci do szkoły, ale to są przecież drobnostki, ot, taka praca dla dwóch osób zatrudnionych na pełnym etacie za niemałe pieniądze. Wspominam o tym dlatego, że takie siedzenie w domu wymaga nie lada umiejętności logistycznych, z których „mężczyzna pracujący” kompletnie nie zdaje sobie sprawy.

On rano wstaje, je śniadanie (sukces, gdy sam sobie je zrobi, bo ze świecą szukać mężczyzn, którzy by robili rano to śniadanie dla całej rodziny), po czym wychodzi do pracy, gdzie spędza cały dzień. Tam ma swoją przerwę na lunch, przerwy na papieroska, podczas gdy jego żona w domu nie ma przerw wcale, bo nawet do łazienki idzie z niemowlakiem, który mógłby się zabić, spadając z fotela, pod jej nieobecność. Ale to nic, bo gdy mąż wraca z pracy, to jest bardzo zmęczony. Tą pracą, której ona nie wykonuje, bo siedzi w domu. I wtedy on wymaga od niej, żeby mu ugotowała obiad i dała święty spokój. Dzieci też mu mają dać święty spokój. Czy wy sobie zdajecie sprawę, jakim trzeba być suprebohaterem planowania, żeby to wszystko ogarnąć?

Dlatego właśnie ja bym zatrudniła kobietę. Nie faceta. Kobietę. Matkę. Taką już wypuszczoną z domu, bo może dzieci podrosły albo już w ogóle się wyprowadziły. Ona będzie umiała każdy chaos w każdej firmie ogarnąć.

Wzruszające są wysiłki kobiet, które próbują odwrócić trochę swój los i wprowadzić równy podział obowiązków domowych u mężów, którzy raz zakosztowali błogiego wracania do domu po pracy i świętego spokoju. Ale czasem trzeba. Bo na przykład koleżanka poszła do szpitala na operację i mąż został sam z dziećmi na kilka dni. Jeżu w chruście, ile tam było telefonów z domu, że gdzie śpiochy, gdzie chusteczki, jak to trzeba kupić, kiedy ja mam to zrobić, skąd bierzesz syropek, on nie chce spać, zadzwonię do mamy

To samo było zresztą sztandarowym popisem mojego własnego taty, który kiedyś postanowił pomóc mojej mamie i coś tam jej zreperować w kuchni. Zażądał kawy, potem usiadł.
– Kombinerki.
Mama biegnie po kombinerki, bo on przecież sam nie weźmie, on jest teraz wielkim mechanikiem od skomplikowanej operacji naprawczej.
– Daj no mi tutaj śrubokręt.
– Jaki?
– Płaski daj.
A po chwili.
– A nie, krzyżyk.
I pewnie umiecie sobie to wyobrazić, ale i tak Wam opowiem. Operacja trwała przeszło półtorej godziny. Po pracy został burdel na kółkach, cała zawalona kuchnia, mnóstwo brudu, narzędzi i dziwnych elementów, mama zdyszana od ganiania do garażu w tę i z powrotem, ale mężczyzna po operacji zadowolony.
– No, naprawiłem ci. To teraz weź no mi jeszcze kawkę zrób.

Mama postanowiła, że już nigdy nie poprosi go o naprawienie jej czegoś w domu, bo sama robi to trzy razy szybciej i mniej się przy tym męczy.

Wiecie, tu zawsze chodzi o te drobnostki. O takie małe rzeczy, które idą za innymi rzeczami. Że na przykład jak się idzie gotować, to się też mało naczyń używa, żeby nie musieć dużo zmywać. Że się od razu ściera, jak się coś rozleje, że się przy zmywaniu oczyszcza też sitko w zlewie. Że się sprząta to, co się rozsypało. Że się odkłada skarpetki na miejsce. Od razu, teraz, a nie jutro. Że się te narzędzia też odnosi po robocie. Że się zamiata, jak się nabrudziło. Tego wszystkiego są kobiety nauczone a faceci jakoś nie. A przecież to nie jest fizyka kwantowa.

OK, wiem, że powstał mi jakiś pean na cześć kobiet i jedno wielkie narzekajstwo na facetów. Wiem, że są wyjątki. Wiem, że te role są czasem odwrócone, albo że są po prostu normalni, fajni, partnerscy mężczyźni wychowani dobrze przez swoje matki i ojców. Ale i tak to głównie kobiety widuję w roli ogarniacza rzeczywistości. I to kobiety najczęściej organizują. To one najlepiej sobie radzą w funkcji kierownika produkcji filmowej. To one najlepiej ogarniają dom. To one najskrupulatniej, najbardziej solidnie załatwiają wakacje. I spoko, jeśli same taką rolę wybierają. Tylko aż szkoda patrzeć, gdy tego nie lubią – a są po prostu do tego zmuszone. Bo facetowi się nie chce.

Komentarze do wpisu: 49 Napisz komentarz

  1. Asia Jaśka Jankowska napisał(a):

    Chciałam pozdrowić mojego tatę, rocznik ’61, który haruje od rana do nocy (powrót 21-22 to była norma) i zawsze znajdował siły, żeby pomóc czy to w kuchni czy przy dzieciach (szóstka nas była). I mamę, która w tym czasie czuła się samotna, ale te dzieci ogarniała.

    Chcę też pozdrowić harcerstwo, które nauczyło mnie takiego ogarniania, że głowa mała (ogarniania innych, moje życie to nadal chaos).

    A wszystkim ogarniającym życzę, żeby zawsze umieli tupnąć nogą, zdobyć te pieniądze z powrotem, umieć poprosić o pomoc, jak jest potrzebna, a czasem zwyczajnie powiedzieć, że jest się zmęczonym i ogarniajcie sobie sami. Bo najgorsze co można zrobić, to stać się niezastąpionym na tyle, że nawet kilku dni „urlopu” nie można wziąć.

  2. Dla mnie to jednak nie jest pean na cześć kobiet a wręcz przeciwnie – ponieważ zawodowo mam do czynienia właśnie z takimi kobietami, które wszystko i wszystkim organizują – to wiem, że jest to dół i mogiła kopana na własne życzenie.
    Początkowo jest fajnie, bo wszystko chodzi jak w zegarku i to naszym ulubionym zegarku, bo chodzi tak jak my chcemy i tak jak my o tym decydujemy.
    Ale później się orientujemy, że jakoś dziwnie nie mamy na nic czasu i za wszystko jesteśmy odpowiedzialne. I wtedy już bardzo ciężko się z tego wykaraskać, bo i my i całe otoczenie jest przyzwyczajone do tego, że to jednak jest na naszej głowie.
    A co do samochodu. Każdy kto ma dwójkę dzieci siedzących na tylnych siedzeniach, które weszły w okres kłótni ze sobą wie jak okropnie męczące są takie podróże.
    Nie wyobrażam sobie żeby tylko jedno z nas ciągle siedziało za kierownicą, a drugie miało non stop do czynienia z: „Mamo, a on na mnie patrzy”, „Mamo a on mnie dotyka”, „Mamo gorąco”, zimno, śmierdzi, głodny jestem, pić mi się chce, siku, a co to jest to kolorowe, a czemu ten samochód ma takie dziwne światła. I tak NON STOP.
    My zawsze na zmianę kierujemy, bo pozycja kierowcy jest czystym relaksem, właśnie dlatego, że trzeba mieć 100% skupienie na drodze i można mieć głęboko gdzieś to, co się dzieje na tylnych siedzeniach :)

        1. qulqa napisał(a):

          Bądź twarda i nie zmieniaj się. Z czasem uznają cię za głupka rodzinnego, co jest fantastycznym etatem. Ja takim jestem. Umiem, ale przez 35 lat się nie wychyliłam. Życie na luziku :)

  3. Jeżeli chodzi o wyjazdy, chociażby rowerowe, to ja mam dwie myśli:

    1) Jeżeli samemu się czegoś nie zorganizuje, to nikt za nas tego nie zrobi. Ktoś musi wyjść z inicjatywą, zachęcić innych i ich zebrać. A potem najlepiej aby zajął się organizacją noclegów, trasy, podpowiedział co zabrać. Dla mnie jest to hmmm… naturalne, że są osoby, które wolą organizować i takie, które z lubością się dołączą, aby potem skorzystać. Jest jeszcze trzecia grupa – tych, którzy się dołączą, ale będą ciągle narzekać, że coś im się nie podoba, mimo, że wcześniej znały warunki.

    2) Moim zdaniem najlepiej jeżeli organizacją zajmuje się jedna osoba. Tzn. oczywiście konsultuje swoje pomysły ze wszystkimi i szuka kompromisów. Ale ostatecznie to ona decyduje, a reszta albo się podporządkowuje, albo nie jedzie. Jeżeli miałaby się pojawić w 100% demokracja, to z większości moich wyjazdów nic by nie wyszło. Ludzie lubią mieć lidera, który twardo powie: robimy tak i tak, a jak komuś nie pasuje, to może zrobić to i to, a jeżeli i to mu nie pasuje, to żegnam, wracaj do domu, albo zostań tutaj i czekaj aż wrócimy.

    Gdyby wszyscy ludzie mieli dar organizowania i ogarniania takich tematów, to oferty biur podróży nie cieszyłyby się taką popularnością.

  4. Pionierka napisał(a):

    E tam, kobieta niczego nie musi robić, nie musi wcale zgadzać się na ogarnianie potomstwa a nie prowadzenie. Chyba, że tak jak ja nie zrobiła prawa jazdy ;) W naszej ekipie wyjazdy zawsze koordynuje dwóch facetów (jeden od pomysłow, zarysu itp., drugi na miejscu ogarnia noclegi i inne sprawy praktyczne). A jak się zdarzało, że byłam jedyna jajnikopozytywną osoba w grupie to już w ogóle luzik, moje obowiązki ograniczały się do wskazania piwa, jakie mają mi z baru przynieść. Faceci serio sobie z tym wszystkim radzą. Wystarczy się tylko nie wyrywać z „misiaczku, odpocznij, ja wszystko zrobię”.

  5. Mi się wydaje, że te kobiety, te demony organizacji, próbują być lepsze niż są naprawdę, a później wielkie rozczarowanie, że nikt im nie daje medalu. Po co? Po co aż tyle organizować, chociaż nikomu za bardzo nie zależy? To są te kobiety, które stają na rzęsach, a później same już nie wiedzą, kim są. Wkładają wszystkie ciasteczka do cudzych koszyków, aż te koszyki pękają w szwach, a później wielki płacz, że im ktoś mówi „Wiesz co, spadaj”, jak tej Kasi od prezentów. Czy byłoby mniej fajnie, gdyby na urodzinach nie było wypasionych prezentów? Byłoby tak samo, a nawet lepiej, bo nie byłoby nieszczęśliwej Kasi, która nudzi innym (słusznie!) o kasę. Nie znoszę tego wymęczenia. Nie wiem, czy chciałabyś takiej kobiecie płacić pensję w postaci neurotycznych peanów na jej część lub wysłuchiwania narzekań? Albo poganiania, żebyś pasowała do jej wypucowanego obrazu świata. ;) Sorry za rozpisanie się, ale temat dla mnie ważny ;)

    1. Jakich neurotycznych peanów? Kasia chciała być miła, Kasia miała inicjatywę zrobić coś fajnego dla przyjaciół, Kasia chciała zwrotu pieniędzy od osób, które się zadeklarowały. No naprawdę nie widzę w tekście żadnej podstawy, żeby móc się nawet na siłę przywalić do Kasi. Chyba, że Segritta pominęła część, w której Kasia leje kijem każdego, kto usiłuje jej uprzejmie powiedzieć ‚Wiesz, stara, może jednak darujmy sobie ten prezent…’ albo po prostu nie wziąć udziału, ale moje doświadczenie (jak coś – nie, nie jestem organizatorką) wskazuje, że 99% ludzi w takich sytuacjach jest na ‚Tak, tak, znakomity pomysł, chętnie się dorzucę!’.

  6. Jak się kobieta zgodziła i godzi nadal być z facetem, któremu robi za służącą, mamusię, nianię i opiekunkę do wspólnych dzieci to nie wiem czy to wina faceta gamonia czy naiwnej kobiety, która się godzi trwać w takim związku a być może sama go do tego przyzwyczaiła czy też nie zwracała uwagi na wcześniejsze sygnały ostrzegawcze, że ten facet to duże dziecko.

    Co do organizacji to nie wiem kogo bym zatrudnił ale to już widać przy pierwszej rozmowie czy ktoś jest się do tego nadaje czy nie. Sam kiedyś byłem takim organizatorem i się za to nie zabieram. Na co mi znajomi, wokół których trzeba skakać i im wszystko pod nos podsuwać ?

    Prezenty. Nie kumam prezentów dla osoby dorosłej. Dla dzieci to jeszcze ale dla dorosłego? Może ja jestem dziwny ale od bliskich mi osób najbardziej bym oczekiwał, że mile razem spędzimy czas. Na miejscu Kasi nie odezwałbym się już nigdy do tych osób, które się nie zrzuciły. Jak się nie chciało zrzucać to trzeba było powiedzieć „NIE” a nie ściemniać. Co to za przyjaciel co robi Cię w konia ? No i to jeszcze na zawrotną kwotę 50zł.

    1. Pionierka napisał(a):

      A co jest dziwnego prezentach dla osób dorosłych? W sumie można powiedzieć, że z dzieckiem też można mile spędzić czas, więc po co prezent.

      1. No bo co kupisz dorosłemu, żeby to nie było bublem ? Generalnie dorosły ma własne pieniądze i jak coś potrzebuje to sobie kupi sam więc najlepsze co można mu oferować to swój własny czas.

        1. Pionierka napisał(a):

          Uwielbiam prezenty i dostaję masę rzeczy, które bynajmniej bublami nie są. Jak się kogoś zna to wiadomo, co mu kupić, żeby był zadowolony.

        2. No i to jest klucz do kupienia dobrego prezentu. Znać kogoś dobrze. Aczkolwiek nadal uważam, że swój własny czas jaki możemy komuś ofiarować to najbardziej wartościowy prezent.

        3. E tam, a np. album ze wspólnymi zdjęciami? No i czas. Drobna rzecz, a mnie by cholernie ucieszyła, bo fajnie, że mamy fotki na fejsie, ale album to jednak jest co innego. Albo fotoksiążka. Zależy od osoby, niektórych cieszą małe rzeczy. Mój tata ma ponad 50 lat a nadal kupuję mu prezenty. Lubi książki i filmy, ale nie nadąża z nowościami, więc po prostu często kupujemy mu książki w jego guście, które o dziwo czyta i chce je przeczytac, a o których nie miał pojęcia, że zostały już wydane :)

        4. No widzisz. Zależy kto co lubi. Album ze zdjęciami jest dobry dla starych ludzi :)
          Ja nie żyje przeszłością a to co zobaczyłem zapisuję w pamięci trwałej w mojej głowie. Jak tata lubi książki to spoko. Ja bym nadal wolał spędzić z kimś czas.

          Np. Urodziny mojego brata. Przyjechałem dzień wcześniej, zostałem na noc. Na drugi dzień pomogłem mu w pracy, obejrzałem z nim wyścigi motocyklowe bo wiem, że je uwielbia, spędziłem z nim cały dzień rozmawiając, żartując i na wieczór obejrzałem z bratem galę bokserską. Bo wiem, że jemu to sprawiło frajdę. Mimo, że ja nie cierpię oglądać sportu w telewizji. No i jakbym mu nawet kupił bilety na wyścig w Hiszpanii to czy byłby bardziej zadowolony? Wątpię.

        5. Wiadomo, że spędzenie czasu jest równie ważne, jeśli nie ważniejsze. Ale pokazuję, że prezenty też są fajnym dodatkiem do tego czasu. Ja mam 23 lata i nie uważam się za starego człowieka, a album czy fotoksiążka bardzo by mnie ucieszyły. Może mentalnie jestem stara ;)

          Nie wiem, zależy od człowieka, jak już napisałam. Może by był, może nie. A może by chciał pojechać tam z tobą. Nie znam człowieka, więc nie odpowiem na to pytanie :) Pisałam – zależy od ludzi. Ale starzy też lubią dostawać prezenty :P Aczkolwiek wspólnie spędzony czas jest bardzo ważny.

        6. No to chyba dochodzimy do porozumienia :)
          Swój własny czas to najlepszy prezent jaki możemy zaoferować. Upominek może być miłym dodatkiem ale sam w sobie zawsze będzie kiepskim podarunkiem.

          PS. Co do wyścigów to by mu się nie spodobało na żywo. Wiem bo pytałem. W telewizji masz podgląd na zawodników cały czas. Na stadionie będziesz widzieć ich tylko przez ułamek sekundy jak pędzą z prędkością 300 km/h obok miejsca w którym akurat stoisz :)

        7. O to mi od początku chodziło – wiadomo, że np. mój tata woli, gdy na jego imieniny przyjeżdżam z Poznania (mieszkają w Szczecinie), niż gdy składam się na prezent z bratem i on mu daje książkę, a ja w tym czasie siedzę 200 km od niego. Ale poza tym czasem danym bliskiej osobie miło jest dać coś więcej. Chociaż to też zależy od osoby ;)

        8. Serio uważasz, że dla dorosłych nie da się kupować prezentów innych niż buble? I nie wiesz, że najlepszym prezentem wcale nie jest to, czego się potrzebuje? To ja Cię zapraszam na mojego bloga – tam jest dużo naprawdę świetnych pomysłów na prezenty, głównie dla dorosłych.

          A z tekstem zgadzam się w 100% bo to na ogół ja jestem organizatorką wszystkiego!

        9. Jeśli nie to czego się potrzebuje to co ? Coś czego się nie potrzebuje ? Jaki jest cel kupowania czegoś czego się nie potrzebuje ? Tylko mi nie mów, że jakieś figurki i inne łapacze kurzu.

        10. Żadne łapacze kurzu! Najlepszym prezentem jest to o czymś ktoś marzy a nie to czego potrzebuje. Bo kobieta potrzebuje garnków czy odkurzacza ale raczej nie ucieszą jej jako prezenty. A marzy o czymś zupełnie innym – o torebce, o odrobinie luksusu w postaci lepszego kosmetyku czy wizyty spa, albo o chwili dla siebie z dobrą książką czy filmem.

        11. No jak ktoś o czymś marzy to powinien to samemu realizować no bo od tego chyba jest życie, nie? Ale jak ktoś woli pozostawać w sferze marzeń to może faktycznie niech lepiej czeka na prezenty :)

        12. Pionierka napisał(a):

          Kwiaty też mogę sobie sama kupić, znam drogę do kwiarciarni, PINu do karty też nie zapomniałam. A jednak lubię je dostać.

        13. No może tu się różnimy jeżeli chodzi o interpretację pojęć. Kwiaty (dla kobiety) z jakiejś okazji (choć ja uważam, że powinno się je dawać bez okazji) do mnie nie kwalifikują się do kategorii prezent. Prędzej bym to nazwał jakimś upominkiem, podarunkiem.

          Może odrazu po wytłumaczę jak ja to rozumiem:
          Prezent – coś większego, bardziej wartościowego wręczanego z jakiejś okazji.

          Podarunek, upominek – drobiazg, małowartościowy wyrażający raczej pamięć o kimś niż samą chęć obdarowania.

          Ale to tylko moja interpretacja.

        14. Małgorzata napisał(a):

          Niekoniecznie. Nawet dorośli, pracujący ludzie mają ograniczenia finansowe (kredyt + bieżące rachunki czasem zżerają znaczną część pensji). Albo mu/jej szkoda na własne przyjemności, które do marzeń się nie kwalifikują (wg mnie, oczywiście), ale do kosztownych przyjemności już tak (np. weekend w SPA). Poza tym co innego, jak 8 osób zrzuci się po 50 zł, a co innego jak 1 osoba wyda 400…

        15. „Nawet dorośli, pracujący ludzie mają ograniczenia finansowe (kredyt + bieżące rachunki czasem zżerają znaczną część pensji).”
          To trzeba zwiększyć dochody.

          ” Albo mu/jej szkoda na własne przyjemności, które do marzeń się nie kwalifikują ”
          No to jego/jej problem. Poza tym patrz punkt wyżej. Poza tym jak nie stać kogoś na weekend w SPA to raczej powinien wziąć się do roboty a nie narzekać.

          „Poza tym co innego, jak 8 osób zrzuci się po 50 zł, a co innego jak 1 osoba wyda 400…”
          O dziwo, tu akurat się zgodzę.

        16. Małgorzata napisał(a):

          „To trzeba zwiększyć dochody (…) ” – nie zawsze można/nie zawsze się chce. Są ludzie, którzy lubią swoją pracę, spełniają się w niej, nawet jeżeli nie zarabiają grubego hajsu. Ale to nie znaczy, że nie można im sprawić przyjemności.
          Serio, są dorośli, którzy CIESZĄ SIĘ z prezentów. Przy czym prezent nie musi być ani drogi ani nawet materialny (zgadzam się, poświęcony czas też może być świetnym prezentem), tylko trafiony, dobrany do tej osoby. Bo faktycznie, kolejna durnostojka kupiona „bo coś trzeba/bo wypada” jest bez sensu (no, chyba, że ktoś lubi takie rzeczy…). Uważam, że w dawaniu prezentów nie jest najważniejsze samo dawanie, tylko sprawienie tym prezentem przyjemności obdarowanemu.

        17. „To trzeba zwiększyć dochody (…) ” – nie zawsze można/nie zawsze się chce.
          Zawsze można. Z reguły się nie chce.

          „Serio, są dorośli, którzy CIESZĄ SIĘ z prezentów.”
          No dobra już dobra przyjąłem do wiadomości :-P z babą nie wygrasz :D

          Z resztą się zgadzam. Wygrałaś :)

        18. Pionierka napisał(a):

          A skąd pomysł, że ktoś kogo nie stań na SPA narzeka? Może nie narzekać, tylko po prostu nie jedzie. A prezent może mu sprawić ogromną radość.

        19. S. napisał(a):

          Chodziło mi o to, że chciałby/chciałaby pojechać ale uważa, że to za drogo. W tym wypadku trzeba sobie dorobić na to SPA a nie czekać na prezent.

        20. Pionierka napisał(a):

          Nic nie trzeba. Można też uznać, że SPA jest luksusem a nie sprawą pierwszej potrzeby i tyle. Wiele rzeczy bym chciała, ale nie aż tak bardzo, żeby się dla nich zaharowywać.

        21. Pionierka napisał(a):

          Dla mnie luksus nie jest priorytetem, choć jest przyjemny. Dostanę coś luksusowego w prezencie? Super, bedę szczęśliwa jak pies tarzający się w zgniłej rybie. Ale nie znaczy to, że muszę mieć tę zachciankę spełnioną. Ot, miły dodatek.

  7. Ja tam lubię być organizatorem rodzinnych wycieczek. Tak samo jak wolę być pasażerem w samochodzie i ogarniać dzieci, niż kierować. Kierowanie na dłuższych trasach mnie stresuje. Wolę to niż organizowanie budowy domu – a to właśnie robi teraz mój mąż. Mamy dosyć „tradycyjny” podział ról, ale tak nam wygodnie. Często wyjeżdżam z domu na weekendy bądź dłużej z powodów zawodowych i mój mąż świetnie sobie wtedy radzi. I choć wracam do czystego domu i bardzo szczęśliwych dzieci (bo najedzonych pizzą i po wycieczce w kinie, albo w ZOO, albo w innym fajnym miejscu :)) to jednak z ulgą wita mój powrót.

  8. Zdecydowanie ja też zatrudniłabym kobietę. Po tym jak kolejnych dwóch panów od finansów, czyli księgowych, doprowadzili mnie prawie do całkowitego zsiwienia resztek owłosienia z powodu braku kompetencji i chęci (czyli zwykłego lenistwa), teraz wreszcie wróciłam do mojej księgowej i jestem szczęśliwa!
    I tak ze wszystkim. Opisane przez Ciebie przykłady znam z życia własnego i otoczenia. Zawsze mnie trafiało to nieoddawanie założonych pieniędzy o czasie, albo konieczność dopominania się o nie.
    Obrzydliwość!
    I to latanie z narzędziami za facetem.
    W kuchni – po ugotowaniu obiadu przeze mnie – czysto. Tylko naczynia trzeba zgarnąć po wszystkim do zmywarki.
    Mężczyźni gotują, ale po nich całą kuchnię trzeba potem pozmywać od sufitu do podłogi.
    Mój na szczęście chętnie sprząta – pucuje łazienkę, odkurza i myje podłogi, bo jest w tym lepszy. Ale jako kobieta też nie ma co stawać na głowie i robić to lepiej. Ja wolę te męczące zajęcia zostawić jemu, i to gotowanie co jakiś czas też – żeby się nie odzwyczaił.
    Pozdrowienia :)

  9. Gustavo Woltmann napisał(a):

    Ja też zawsze jestem organizatorem WSZELKICH wyjazdów itp., ale zupełnie mi to nie przeszkadza, wręcza sama przejmuję inicjatywę :-) Zabrzmi to może pretensjonalnie, ale po prostu mam wrażenie, że zrobię to najlepiej

  10. U mnie jest tak, że to ja planuję posiłki, ja robię listę zakupów, ja rozdzielam obowiązki i ja mówię, kiedy trzeba sprzątnąć, bo już się lepimy do podłogi. Nie powiem, czasem to wkurza, ale z drugiej strony gdybym zostawiła mojemu M wolną rękę, to co drugi dzień jedlibyśmy pizzę zapijaną colą. Z dwojga złego wolę, żeby to on nosił koszyk i zakupy, a także ogarniał techniczne rzeczy, jak coś się zepsuje w domu, a ja mogę planować. Chociaż wczoraj, gdy wróciłam z uczelni o 16, przywitało mnie pytanie „a co na obiad?” – nie zdążyłam nawet płaszcza zdjąć. No myślałam, że go torebką zdzielę :D Na szczęście mój narzeczony jest bardzo mądrym facetem i od razu zobaczył, że przegiął i wycofał się na bezpieczną odległość, żeby uchronić się przed moim gniewem : DD

    Za to do organizacji wyjazdów się nie nadaję. U mnie w domu robi to tata. Zawsze robił. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Mama nigdy nie pomagała z mapą, bo zawsze kierowała w inną stronę, niż mieliśmy jechać. Tata to mistrz organizacji dla mnie, więc tu nie ma reguły. Ja organizacji wyjazdu bym się nie podjęła, bo bym spieprzyła pewnie po całości :D

  11. Zawsze lubiłam ogarniać i dalej lubię to robić. Do tego stopnia, że mi za to teraz płacą ;)

    Ale przez lata ogarniania wyjazdów ze znajomymi, wyjazdów z mężem, zakupów etc. nauczyłam się kilku rzeczy:
    – żeby narobić się jak najmniej to z ludźmi trzeba konkretnie, bez pytania, którą z 20 opcji by woleli, bez proszenia się – proste komunikaty, proste opcje do wyboru.
    – nic tak nie działa na ludzi jak dedlajn ;) – lecieliśmy do znajomych do UK na jesień paczką i dałam tydzień czasu do namysłu, a kiedy chciałam kupować bilety, połowa dalej nie była przekonana – hasło: „Kupuję za pół godziny, albo lecisz z nami albo ogarniasz sam” magicznie rozwiązało wszelkie wątpliwości.
    – znajomych, od których ciężko się ściąga pieniądze nie uwzględniam w kolejnych planach, ewentualnie zaczynam organizację wcześniej i proszę o płatność z góry (choć przyznam, że po skończeniu liceum takowych prawie nie mam).
    – jeśli nie chcę brać całej odpowiedzialności na siebie to zwyczajnie informuję wcześniej, że danego tematu nie ogarniam – mogę podrzucić przewodnik, informacje itd. ale z góry mówię, że nie mogą z tym na mnie liczyć – ostatecznie zawsze znajdzie się ktoś inny, kto czując na karku zagrożenie brakiem wiedzy na jakiś temat w końcu się tym zajmie. Bo niestety, najczęściej najlepiej zorganizowane są te osoby, które nie lubią prowizorki, improwizacji i fak upów, więc odpowiednio wcześnie chcą mieć wszystko dograne. Jeśli się przezwycięży swoje obawy i wrzuci na luz pt. „nie wiem jak stamtąd wyjedziemy, ale jakoś damy radę” to nagle się okazuje, że pewne kwestie może załatwić ktoś inny znacznie później. I dodatkowo, jeśli ktoś decyduje się czymś zająć (celowo nie piszę, że decyduje się mi pomóc ;)) to nie wchodzę mu do tego tematu z moimi złotymi radami – nawet jeśli stracimy na tym czas albo będzie inaczej niż chcę to gryzę się w język i staram się cieszyć, że ten raz to nie moja odpowiedzialność.

    Z moim mężem mamy taki system, że każde ma swoją działkę i jedna osoba drugiej się w nią nie miesza. Jeśli on nie wyniesie śmieci to zbieram nowe do nowego worka obok śmietnika – w końcu to zobaczy i się zreflektuje. Jeśli się nie zgadzamy w jakiejś kwestii organizacyjnej np. spakować się do dwóch małych toreb czy do dużej walizki, to ostatecznie decyduje ta osoba, której „działki” ta decyzja dotyczy bardziej i bierze za to odpowiedzialność (w przypadku pakowania walizki to on ostatecznie będzie musiał wszystko upchnąć w bagażniku, więc jak chce to niech upycha ;)).

    A ze śmiesznych historii to na ogół mój mąż prowadzi, ja go zmieniam. I wiadomo, robię kanapki, herbatki, pakuję wodę, batoniki, ustawiam nawigację, żeby nie robił tego prowadząc albo sama go nawiguję. Raz się zamieniliśmy rolami z jakiejś przyczyny i to ja miałam jechać z domu do punktu docelowego. Pojechaliśmy trasą, której nie znałam – na początku nie było problemu, bo mąż patrząc w telefon wyprowadził mnie przez pierwsze dwa ronda, ale potem przejechaliśmy nasz zjazd. Się zorientował w momencie przejeżdżania i od razu: „Czemu nie patrzysz na znaki?!” i cała litania dalej. Musiałam mu odpowiedzieć, że skoro nie ustawił mi nawigacji w widocznym punkcie, tylko sam postanowił mnie kierować to ja tu czekam na jego instrukcje, więc albo daje telefon albo mnie kieruje.
    A jak poprosiłam o wodę to okazało się, że jest w bagażniku :F

    PS Ale u nas to akurat on robi śniadania, ja co najwyżej parzę kawę ;)

  12. Mira napisał(a):

    Jeżeli chodzi o męża, to chyba trafiłam na niesamowity egzemplarz. Rano: on ogarnia śniadania do pracy, ja ogarniam syna i siebie, więc mam czas nawet oko zrobić, potem zawożę ich odpowiednio do pracy i żłobka. W drodze powrotnej zbieram tylko brzdąca, mąż wraca piechotą, robi zakupy, więc jak docieramy do domu to zwykle obiad już się robi.
    Do sprzątania każdy ma swoją działkę, poza praniem i prasowaniem, które robimy naprzemiennie.
    Ale organizacją wakacji i wyjazdów zwykle zajmuję się ja. On musi tylko spakować swoje rzeczy. Nie przeszkadza mi to, chyba że jedziemy gdzieś ze znajomymi, wtedy to dla mnie za duża presja i za bardzo się stresuję, żeby podpasować wszystkim z atrakcjami. Wtedy wolę, żeby ktoś inny się tym zajmował.

  13. A ja się mogę pochwalić chłopem, który ogarnie i obiad i pranie i sprzątanie (chociaż wszystkie kosmetyki odkłada nie tam gdzie trzeba ;p ) no ale jeśli chodzi o ogólne planowanie np. wakacji to kierowniczką jestem ja ;)

  14. Ciupelek napisał(a):

    TO O MNIE. I najlepsze jest to, że mam tak od urodzenia… Zawsze ta w klasie co ogarnia, zawsze zna daty sprawdzianów, wie na kiedy trzeba przynieść blok rysunkowy brr….
    Ale dopisałabym do listy, że rola organizatora jest rolą winowajcy, nie tylko w oczach samego organizatora, ale oczywiście grupy. „Ale można tam palić czy nie można? No przecież TY sprawdzałaś, to TY powinnaś wiedzieć”; „Jak to nie wykupiłaś biletu dla psa? PRZECIEŻ WIESZ, ŻE BIERZEMY PSA”.
    Mężczyzn w roli doskonałych organizatorów znam z pracy. W pracy ogarną wszystko, wiedzą gdzie co leży, kto z kim po imieniu oraz dlaczego. W momencie powrotu do domu- daj mi spokój kobieto, mózg mój wyprany przez to ogarnianie…
    OH GOD WHY

Dodaj komentarz