Matura czyli jak zniszczyć nastolatka.

Należę do pokolenia, które nie miało gimnazjum a liceum trwało 4 lata. I przygotowanie do matury zaczęło się już w pierwszej klasie. W dzień po rozpoczęciu roku szkolnego usiedliśmy w naszych nowych ławkach i czekaliśmy na przybycie naszej nowej wychowawczyni. Trzydzieści uśmiechniętych twarzy z podnieceniem wyczekiwało rozpoczęcia tego nowego etapu w naszym życiu. Dostaliśmy się w końcu do dobrego liceum, mamy wokół siebie mnóstwo nowych potencjalnych przyjaźni a do najbliższego egzaminu aż cztery lata. Każdy miał komplet podręczników, z namaszczeniem wybieranych zeszytów i nowe pióro wieczne. Trudno o większą motywację do nauki! I wtedy przyszła wychowawczyni. 

Żeby to było jasne: nie jesteście już w podstawówce. Tu naprawdę musicie się przyłożyć do przedmiotów. Koniec obijania się. Już za cztery lata zdajecie najważniejszy egzamin w waszym życiu. To bardzo mało czasu, więc dobrze wam radzę – zacznijcie się uczyć już teraz.

Motywacja wydała z siebie dziwny, gardłowy pomruk, zachwiała się i ze świstem zaczęła spadać w przepaść…

A.. i jeszcze jedno – kontynuowała wychowawczyni –  Tak jak mówiłam, to już nie podstawówka. Nie mówcie do mnie "proszę pani", tylko "pani profesor". Do innych nauczycieli też musicie tak mówić. Jasne?

Motywacja z hukiem gruchnęła o dno przepaści. Miała już nigdy się nie podnieść… 

Potem okazało się, że nauka w liceum niczym nie różni się od tej w podstawówce. Jedyną różnicę stanowią nauczyciele, którzy jakby wyżej noszą podbródki i co chwila przypominają nam o zbliżającej sie maturze. Aż dziw, że panie przedszkolanki nam o niej nie przypominały – przecież w przedszkolu matura też się zbliżała. I to tak samo jak w pierwszej klasie LO. 

Z roku na rok nasz lęk przed maturą stawał się silniejszy. Rosły mu rogi, ostrzyły się pazury a z kłów zaczęła ściekać ślina. Słabsze jednostki w naszej klasie zaczęły przechodzić załamania nerwowe. Nawet mnie dopadł stres – tyle że objawiał się nie wytężoną nauką – ale coraz to częstszym opuszczaniem lekcji. Na myśl, że miałam spędzić 45 minut w jednym pomieszczeniu z nauczycielem i trzydziestoma odrobionymi pracami domowymi, łapał mnie ból brzucha. Nawet przerwy straciły swój urok. Teoretycznie przerwa między lekcjami powinna być przerwą od nauki. Tymczasem wszyscy wykorzystywali ten czas na porównanie zadan domowych lub powtórzenie materiały do klasówki.

Wtedy też zaczęłam palić.  W sumie wybór był prosty – albo przeczekam przerwę, patrząc na bazgrających w zeszytach ćwiczeń kujonów – albo pójdę do kibelka, gdzie dziewczyny palą papierosy i gadają o swoim stresie przed lekcją. Tak czy owak musiałam myśleć o nauce – ale przynajmniej w tym drugim przypadku mogłam wejść w jakąś interakcję z drugim istnieniem ludzkim. 

W końcu nadeszła matura. Przed wejściem do sali egzaminacyjnej każdy oczywiście mówił, że nie zda. Zdali wszyscy. Na piątki, ewentualnie czwórki. Oceny jednak nie były w ogóle istotne, bo w moich czasach matura nie liczyła się przy przyjmowaniu na studia. Każda uczelnia miała swoje własne egzaminy i to do nich powinno się było naprawdę przygotować. Dlatego ja na naukę do matury przeznaczyłam dwa tygodnie, po dwie godziny dziennie. Przez dluższy czas i tak nie byłabym w stanie się skupić nad książką przy tak boleśnie pięknej wiośnie, jaką co roku serwuje nam maj. 

Teraz, z perspektywy czasu, mogę śmiało powiedzieć, że "matura" była dla nauczycieli tylko straszakiem, który miał nas zachęcić do nauki. Każdy dureń zdaje maturę. Co więcej – każdy późniejszy egzamin na studiach jest taką maturą. A tych egzaminów masz po kilka lub kilkanaście podczas każdej sesji. I uczysz się do nich wszystkich maksymalnie przez dwa tygodnie. 

Gdy dziś trafiam na tematy maturalne współczesnych licealistów, strasznie się cieszę, że urodziłam się te parę lat wcześniej. Moja matura miała przynajmniej  ten element wolnej amerykanki. Pisało się wypracowanie, odpowiadało na trzy pytania. Można było coś pokombinować, znalo się wymagania swoich nauczycieli a oni znali mnie.  Dziś ten cały proces jest strasznie sformalizowany. I to jeszcze nierzadko w sposób budzący mnóstwo wątpliwości. Np. na pisemnej maturze z polskiego jest taki wymóg:

 Napisz wypracowanie nie krótsze niż dwie strony (około 250 słów). 

Niedawno koleżanka, która właśnie przygotowuje się do matury, spytała się mnie, czy jeśli ona napisze wypracowanie na 250 słów, to zostanie jej to uznane. Bo ona pisze małymi literkami i 250 słów mieści jej się na jednej stronie. Odpowiedziałam, że nie wiem, ale z logicznego punktu widzenia wymóg jest prosty: conajmniej 2 strony. Informacja w nawiasie z definicji jest przecież tylko informacją pomocniczą. 

Matka rodzicielka ma inne zdanie. Według niej informacja jest klarowna,  dobrze sformułowana i oznacza, że wypracowanie powinno być na 250 słów – co zwykle przekłada się na dwie strony, ale ważniejsza jest liczba słów.  No cóż. Ja myślę, że powinno się napisać "nie krótsze niż 250 słów", ewentualnie w nawiasie dodając "(około 2 strony)".  A tymczasem informacja na arkuszu egzaminacyjnym podaje dwa różne wymogi do jednej jakości. I jak tu się połapać, co jest nadrzędne?

W ogóle co to jest za wymóg "dwie strony"? Malujemy obrazek czy piszemy? Miałam w swojej karierze szkolnej kilku polonistów, którzy przy zadawaniu wypracowania do domu stawiali właśnie wymóg objętościowy, który mi wydawał się strasznie głupi. No, ale ja zawsze miałam problem z rozwlekaniem się. Moje wypracowania miały półtorej strony, pisałam syntetycznie i nie każdemu się to podobało. Potem w recenzjach miałam opinię polonisty "temat wyczerpany, dobry styl, dobra kompozycja, ciekawe wnioski (etc.), ale za krótkie". No nigdy nie mogłam tego pojąć. To zajęcia z języka polskiego czy z lania wody? 

Jak widzicie, samo wspomnienie nauki w liceum mnie irytuje. To był najbardziej stresujący czas w moim życiu. Czas, do którego nigdy nie chciałabym wrócić. A matura jest takim ostatnim kopniakiem, jaki dostaje się przy wyjściu z tego upupiającego piekiełka. I tego życzę maturzystom – żeby podeszli do zbliżającej się matury jak do zbliżającego się końca użerania się z głupim systemem. Studia będą fajniejsze. A praca jeszcze lepsza. Niedługo będzie z górki :)

Komentarze do wpisu: 53 Napisz komentarz

  1. Koncowka liceum byla bardziej stresujaca niz sama matura. Poprawialismy i wyciagalismy oceny na koniec, trzeba bylo przychodzic na zajecia i jednoczesnie uczyc sie do matury. Jak wreszcie zdałem co miałem zdać z przedmiotów szkolnych, to wreszcie odsapnąłem… i zabrałem się do nauki na maturę :P. Było to dla mnie o tyle mało stresujące, że zdawałem na Politechnikę, gdzie robią po 3 nabory, ponieważ jest tak mało chętnych… Ponadto przedmiot rozszerzony (fizyka) można było spokojnie uwalić, a o podstawową matmę naprawdę się nie bałem. A tyle miesięcy laby po maturze, to po prostu poezja :).

    W zdaniu: „Napisz wypracowanie nie krótsze niż dwie strony (około 250 słów).” wymogiem jest oczywiście to, żeby nie było krótsze niż dwie strony (więc trzeba pisać rozwlekle, jak ktoś ma z tym problem). Oczywiście sensowniej byłoby wymagać konkretnej ilości słów, niż stron…

    Podsumowując: ja akurat miło wspominam moją trzecią klasę LO i przez wszystkich wyolbrzymiany przedmaturalny stres.

  2. Tak, teraz juz jest jazda z górki, bez trzymanki i bez ząbków po pierwszych wywrotkach. Wiatr w uszach itp. Edukacja miała Cię do tego przygotować. Przygotowała?

  3. wszystko pięknie, ale co zrobić, jeśli nie wiesz dokąd iść po maturze? czeka mnie to dopiero za rok i ta niewiedza jest chyba bardziej stresująca niż sam egzamin. może dlatego, że nawet nie wiem, co konkretnie będę zdawać. hehe, palę z tego samego powodu :)

  4. Ja mam maturę za w przyszłym roku ale mam tego pecha, że chodzę do „najlepszego” liceum w moim miasteczku.

    Większość nauczycieli to stare grzyby które rzeczywiście straszą nas maturą i ciągle nam wmawiają, że na osadzą na ten rok.

    Moja matematyczka mówi czasem nawet wprost „nie lubię was”
    Nasze oceny często zależą od kaprysu i aktualnego humoru nauczyciela.

    Jak mam coś napisać na sprawdzianie jeżeli przychodząc na sprawdzian widzę nauczyciela z wrednym uśmieszkiem który mówi tylko, że ma dla nas niemiłą niespodziankę?

  5. czasami mam szczerą ochotę skrzydzić kogoś z moich znajomych, za nadgorliwość właśnie. i dramatyzowanie. i ciągłe pierdolenie na jeden temat, do znudzenia i znów od nowa. brr!

    a ustny polski to porażka – nie wiem jaki jest cel robienia prezentacji, skoro i tak nie można popisać się swoją wiedzą na dany temat, skoro jest ograniczenie czasowe. z 5 dobrych stylistycznie, spójnych i wyczerpujących temat stron gotowego tekstu do zaprezentowania zostało mi 3 z kawałkiem. a co do upupiania, to tematy o ferdydurke, weselu i tangu były chyba najciekawsze przez te całe 3 lata.

  6. Ja dla odmiany bardzo dobrze wspominam okres liceum. Trzecia i czwarta klasa, to była MOC. Przedmioty nieinteresujące skończyłam w drugiej klasie, więc już się nie męczyłam z nimi przed samą maturą. Matura nie była jakimś specjalnym straszakiem, nauczyciele zawsze o niej mówili, że to pierwszy ale nie jedyny egzamin. Na matematyce nawet robiliśmy zadania na egzaminy wstępne na studia :) Z wypracowaniami nigdy nie miałam większych problemów, chociaż pamiętam, że temat średnio mi spasował. Coś o historii w literaturze chyba pisałam. Czas studiów to zupełnie co innego ale taka jedna wielka zabawa jaka była w LO już sę nie powtórzyła :)

  7. Matura to najprzyjemniejszy okres w życiu! tyle imprez wcześniej nie miałem. Ostatnie pół roku to jedno wielkie obijanie. Do samej matury uczyłem się z 4 dni ale za to baaardzo intensywnie (no potem jeszcze do ustnych parę dni). Maturą straszył mnie tylko facet od polskiego ale go zmienili po 3 klasie:) (za moich czasów liceum trwało 4 lata) i pewnie dlatego wcale się nie bałem, choć jak większość uważałem że nie zdam :). Egzaminy na studia to już tylko pozorowanie nauki. Czego tu się bać ? Nigdy nie rozumiałem tego przerażenia i wkurzały tylko te wystraszone beczące jeszcze przed egzaminem panienki ( jakoś tak zawsze były to dziewczyny), zwłaszcza jak wiecznie się obijały.
    Seg, z czego zdawałaś maturę że 2h dziennie przez dwa tygodnie wystarczyło na dobre oceny?

  8. Ja mam maturę za rok. Jakoś się specjalnie nie przejmuję. Pamiętam, jak w podstawówce straszyli testem kompetencji, a w gimnazjum egzaminem. Buehuehue, zawsze się okazywało banalne.

    A wiecie co? Mnie jakoś nie straszą w liceum maturą. Odpuścili se chyba :)

  9. Maturę wspominam bardzo miło. Znani nauczyciele, dbający.. Kurczę.. człowiek wiedział, że jest traktowany osobowo. Jak się okazało, że angielski jest rozszerzony mimo, że przez rok szykowaliśmy się do podstawowego to nauczyciele nam podpowiadali i przyznali się potem, że dla nich test był trudny. Gdzie w dzisiejszych sformalizowanych czasach taka ludzkość?

    A trudność matury zdewaluowała się tak szybko jak tylko podeszłam do egzaminu na studia, gdzie było pięć przedmiotów. Dzisiaj matura wydaję się być jednym kolokwium.. Których w semestrze ma się przynajmniej 5.

    Też się cieszę, że maturę zdawałam w starym trybie. Podobnie jak z tego, że uczyłam się starym trybem bez gimnazjalnym.

  10. A ja maturę zdaję już za 12 dni. To znaczy zaczynam zdawać. I im bliżej do matury tym bardziej się boję i czuję, że nie zdam na tyle aby się dostać na takie studia jak chcę. Generalnie dopadł mnie przedmaturalny stres połączony z niemożnością nauczenia się czegokolwiek. Oj boję się, stasznie się boję. Przy życiu utrzymuje mnie jeszcze ta prespektywa czterech miesięcy imprezowania.

    Aaaale schiz.

    Ja już chcę mieć to za sobą.

  11. Ja miałam odwrotną sytuację – polonistę, który nie cierpiał „lania wody” i skutecznie mnie tego oduczył. Niestety na studiach trafiłam na kilku wykładowców o odmiennym podejściu do tematu i co jakiś czas trafia mnie szlag, gdy usiłuję spełnić wymóg „minimum 7 stron”, a temat spokojnie da się wyczerpać na 4. ;)

  12. Tu RUDA.

    Tak na przeszpiegi;-P wpadłam znowu. Paczę, a tu bach!-temat na czasie. Temat, co ja nie wiem, co mam z nim zrobić, bo zdrowy rozsądek mięsza mię się z atakami paniki i histerii.

    Otóż-moja córka ma zdawać maturę w tym roku i co ? I zero nauki, za to sezon kilkugodzinnych wypraw rowerowych i grillów oraz ognisk – w pełnej krasie.

    Kolega Młodej, który u nas mieszka – ryje po 2-3h dziennie, przychodzi tez do niego kolezanka i ryja wspólnie. A moja wdzieczna rusałka siedzi, kurna, biurko dalej przy kompie i uprawia zycie towarzyskie.

    Nie wtracam sie, nie mędzę, z raz na 2tyg. mi sie uleje i mowie o tym, co czuję w zwiazku z tym co widzę i czego nie widze.

    Usiłuje sobie tłumaczyć, ze to jej zycie i jej wybory ale…

    Do licha, ta matura jest zamiast egzaminow na studia i wkurza mnie to, że tyle od niej zalezy.

    Trochę mi ta notka przywróciłaś nadzieję, ze jakos to bedzie.

    Bo niiby zadna tragedia,jak nie zda- sama zdawałam mature eksternistycznie, 4 lata po skonczeniu LO, ale… Zawsze Młoda w miare się uczyła i szkoda by było to zmarnować.

    No tak się zwierzyłam i ponarzekałam.:-)

    A juz komentarze to całkiem mnie odstresowały.;-P

  13. Nieźle, ciekawe o jakim liceum mowa :-) Staszic? Czacki? Batory?
    Ja rewelacyjnie wspominam swoje liceum – najlepszy czas w moim życiu. Zaczęło się jak u Seg – od wielkich nadziei. A potem okazało się, że było jeszcze lepiej. Zero nauki tego co mnie nie obchodziło, świetni, inspirujący nauczyciele, godzinne lekcje (ale za to mniej!), brydż na przerwach i na fizyce. Ciągle lanie równoległej klasy w piłkę i co najmniej sześciu kumpli na całe życie (stały kontakt – dwa, trzy spotkania w miesiącu). Przed samą maturą był stres, ale motywujący, nauczyciele starali się go przekuć w chęć do pracy i… udawało im się.
    Niemal wszystko rozstrzyga się w głowach nauczycieli – ich nastawieniu. W moim liceum nauczyciele lubili uczniów. Mam jednak świadomość, że tylko to czyniło moje liceum zupełnie wyjątkowym.

    Pzdr dla maturzystów (m.in. mojego brata :-)

    G.

  14. Ja też chodziłam do 4-letniego LO i też nas straszyli maturą, ale różnica była taka, że nie uczyli nas „jak zdać maturę z historii” tylko uczyli nas historii. A teraz uczniowie są uczeni jak zdać maturę z języka angielskiego, a nie potrafią się w tym języku porozumiewać. Książka musi mieć w tytule, bądź na okładce napisane „matura” inaczej dyrektor będzie kręcił na nią nosem. Mogłabym tak do jutra.

    Matura to bzdura.

    Ja sobie zrobiłam tydzień powtórek. Jeśli chodziło się do szkoło w miarę regularnie i słuchało nauczyciela to nie było problemu ze zdaniem matury. Egzaminy na studia – to dopiero był hardcore!

  15. Gość: USZATEK, 83.238.166.24* napisał(a):

    Nauka w szkole? Bzdury… Przecież nikt nie chodzi do szkoły, żeby się uczyć, bo ta wiedza i tak przeważnie nie przydaje się w życiu. Do szkoły się chodzi żeby się dobrze bawić młodzieży. Ja wspominam swoje liceum bardzo dobrze. Przychodziliśmy rano do szkoły z takim zaciekawieniem z jakiego powodu dzisiaj będzie niezły ubaw. Te powroty do domu z bólem brzucha (od śmiechu, nie ze stresu), rozpijanie flaszki na niemieckim i na dużej przerwie, wymyślanie, kto śmieszniej, zabawniej, ciekawiej… Trzecia i czwarta klasa to czas wspaniałych imprez weekendowych do białego rana… Matura??? Przereklamowana formalność, taka jak coroczne złożenie PIT-a w skarbówce albo profilaktyczna wizyta u dentysty…

  16. Ja jakoś w początkach liceum nie odczuwałam ani trochę tej maturalnej presji, dopiero w 4 klasie. Też pisałam starą maturę i cenię tamtą formę, za dowolność i kreatywność w podejściu do tematu, no i brak wymogów co do stron, czy słów. Z kolei ja zawsze pisałam wypracowania dość obszerne i w 2 stronach mogłabym po prostu nie wyczerpać tematu ;) Faktycznie, ten wymóg sprecyzowany jest niejasno. Zresztą, skąd niby mam wiedzieć, ile napisałam słów, każdy na stronie może zmieścić inną liczbę, zależnie od charakteru pisma. Liczyć mam, czy co? ;)

  17. Gość: , eei228.neoplus.adsl.tpnet.pl napisał(a):

    Ja jestem teraz w 2 klasie Liceum i powiem szczerze, że wolałbym ten stary system z czteroletnim Liceum. W gimnazjum nic się teraz nie robi, przychodzi się do ogólniaka a tu jakiś durny cham od fizyki rząda rozwiązywania zadań których nawet sam Bóg nie zna. W gimnazjum nikt z naszej klasy (humanistyczna) fizyki się nie uczył bo nie lubiał i nie musiał. Teraz wyskakuje nam nauczyciel i mówi ,że to i to powinniśmy umieć z gimnazjum i teraz On robi swoje. I nikt nic nie wie a On nas gnębi bo ma taki program i w dodatku wie, że nikt nie zdaje matury z fizyki…

    Kiedyś do liceum były testy i nie dostał się ten co ich nie zdał i dobrze. Człowiek szedł do szkoły, która faktycznie jest dostosowana do jego poziomu – bez stresu i napięcia i dodatkowych korepetycji.

    Co do „profesorów” – w mojej szkole nauczyciele nie każą tak na siebie mówić ani wychowawca – ja tak nie mówię i w życiu tak bym nie powiedział nawet pod przymusem. Przesadą jest już to, że mówimy do nauczycieli per „pani, pan” gdyż w innych krajach cywlizowanych mówi się nawet do prawdziwych profesorów na studiach na „ty” i nikt nie ma problemu z szacunkiem do siebie.

    U nas jest pani i zgraja dzieci – mimo to każe się dzieciom zachowywać jak dorosłym… Tyle, że nie można normalnie na papierosa wyjść mimo ,iż jest się dorosłym człowiekiem…

  18. Im więcej czytam komentarzy, że LO było fajne, brydż był, kumple, picie i fajni nauczyciele – tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to moja klasa była wyjątkowo nieudana. Nie dlatego, że z ludźmi było coś nie w porządku – ale dlatego, że składała się prawie wyłącznie z dziewczyn. Jak będę moje dziecko wysyłać do szkół, to zadbam o to, zeby w klasie była przynajmniej połowa chłopaków :)

    Gościu eei228.neoplus.adsl.tpnet.pl , aż dziw, że w humanistycznej klasie jesteś z taką polszczyzną, ale zostawmy na chwilę styl i skupmy się na treści.
    Mówienie do profesorów (czy też w ogóle do ludzi dorosłych) per pan/pani to część naszego języka. W „innych krajach cywilizowanych” tak się nie mówi, bo np. w angielskim nie ma takiej formy. To różnica językowa.
    I nie wiem, jak to teraz w szkołach wygląda, ale gdybyś chodził do liceum w moich czasach, to byś mówił do nauczycieli per „panie profesorze” i nawet by Ci przez myśl nie przeszlo, by się zbuntować, uwierz mi :)

    Zgadzam się tylko co do tego papierosa. W ostatnich klasach LO byliśmy już pełnoletni a i tak nie wolno nam było palić. Paranoja.

    RUDA,
    a gadałaś z córą? Mam na myśli rozmowę a nie rady, oskarżenia czy po prostu próby wpłynięcia na jej nastawienie. Ja bym na Twoim miejscu usiadła z nią i spytała, co ona o tej maturze myśli, jakie ma plany, czego się boi itp. Że cokolwiek będzie, to będzie. I to jej decyzja, ale Ty bys po prostu chciała wiedzieć. I tak jak Twoim obowiązkiem jako matki, jest kochac ją – tak jej obowiązkiem jako córki, jest apdejtować Cię.

  19. Lepiej, że nie ma?

    Nie zgadzam się. Przecież dzieciaki w wielu 16 lat około muszą zdecydować o tym do jakiej szkoły iśc i o jakim profilu, żeby ta szkoła ich przygotwała do matury która umozliwi im dostanie sie na właściwie studia. Nie daj boże komuś sie odmieni w trakcie i co? Guzik. Nie dostanie się na inną uczelnie bo nie ma matury w odpowiedniej konfiguracji do innej niż zakładanej z początku uczelni.

    Poronionym pomysłem jest nakaz decydowania nastolatkowi, żeby wybierał studia idąc do liceum! Gro moich znajomych po skończeniu liceum poszła na diametralnie inne kierunki niż zakładali gdy przychodzili do liceum. I mieli tą mozliwość dzięki egzaminom.. A teraz?

  20. Gość: f-3, dmb146.neoplus.adsl.tpnet.pl napisał(a):

    Matura musi zostac zlikwidowana. Polski zestaw „chicken or pasta” tzn.

    matura czy praca fizyczna jest nie do

    zaakteptowania dla inteligencji narodu Polskiego. W USA jest okolu kilku
    tysiecy egzaminow i mozliwosci nauki lub studiow, uczelnie z akredytacja i

    bez akredytacji, mozliwosc zakupu dyplomu z doswiadczeniem etc.
    Amerykanskie egzaminy „panstwowe”: http://www.ets.org

  21. Gość: Ju, jva74.internetdsl.tpnet.pl napisał(a):

    Oj Seg, ciesz się, że Ciebie etap gimnazjum ominął… to był jeszcze większy koszmar niż liceum ;) A liceum też wspominam kiepsko… zwłaszcza pierwsze dwa lata. Za to trzecia klasa była ok, 51% obecności.. 49% wagarów i ciągłe tłumaczenie nauczycielom, że jesteśmy nieprzygotowani bo zbliża się matura i siedzimy tylko nad polskim i matematyką…

    Tak czy siak, studia są zdecydowanie lepsze (choć krew mnie zalewa, że ciągle traktuje się mnie z góry…)

    Gabelle,
    to nie do koca tak. Będąc w klasie humanistycznej możesz pisać maturę nawet i z fizyki, nie ma problemu. Możesz też maturę pisać nawet i co rok. Dawniej trzeba się było uczyć do egzaminów wstępnych, teraz jest matura. Jest za to gro osób zdecydowanych, które idąc do liceum wiedzą w jakim kierunku chcą zmierzać, i te osoby zamiast dwóch egzaminów mają tylko maturę.

  22. Ja też z pokolenia starej matury. Bez matematyki.
    Pamiętam inne tematy – w moim liceum, (jednym z czołówki polskich rankingów – żeby nie było) w 4 klasie skończył się terror, zaczęło się gorliwe nadrabianie materiału, traktowanie uczniów po ludzku. No i na maturze krytykowana dziś uznaniowość w ocenianiu – jakże fajnie było popisać na polskim, w temacie otwartym, co żywnie mi się podobało i dostać 5. Dziś patrzę na arkusze i oczom nie wierzę: w ocenie liczą się słowa-klucze, i nie wiem, czy te matury mają być oceniane czy pozycjonowane w sieci? :O

    Na ustnych nażarłam się bułek i czekoladek w pokoju z prowiantem i dzięki tym rozkoszom reszty zdarzeń nie pamiętam.

  23. Gość: , cvk26.internetdsl.tpnet.pl napisał(a):

    Studia będą fajniejsze pod warunkiem, że się na nie dostanę. W tym momencie „zimuję” – w zeszłym nie dostałam się tam gdzie chcialam, a innych opcji dla siebie nie widzę.
    Jak sobie pomyślę o tej maturze to chce mi się rzygać – nie jest sztuką ją zdać, bo jak sama mówisz – zdaje każdy debil. Sztuką jest napisać ją dobrze, na tyle dobrze by dostać się na studia, gdzie jest 20 osób na miejsce.
    Nie wiem, jak ludziom udaje się zdawać biologię np na 90% – ja ledwo wyciągam niecałe 70. Nie chodzi o to, że czegos nie umiem, przeciwnie – umiem wszystko doskonale i nigdy nie miałam z tym przedmiotem problemu. Chodzi o to, że jedno źle sformułowane zdanie, które nie brzmi prawie idealnie jak odpowiedź w kluczu na 99% będzie uznane za błędny tok rozumowania.

    jap

  24. Gość: fus, aaxj188.neoplus.adsl.tpnet.pl napisał(a):

    Jako (mam nadzieję) przyszła absolwentka programu IB mam nadzieję uniknąć zastraszania ze strony nauczycieli. Moi znajomi z programu polskiego którzy już za miesiąc będą po maturach na chwilę obecną prawie wszyscy zaszyli się w BUWie, innej bibliotece lub domu. Tymczasem ajbików spotykam na imprezach. Co wcale nie świadczy o ich lekceważącym podejściu do egzaminów. Po prostu ludzie w programie IB są bardziej świadomi, mniej zestresowanie, pomimo tego że mają bardzo, bardzo dużo pracy nieustannie przez dwa lata.

    Mam nadzieję, że moja młodsza siostra nie będzie musiała przeżywać matury w polskim systemie… Ja osobiście nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji i jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy zdali nową z dobrymi wynikami.

  25. Ju, ale powiedz mi ile statystycznie w przybliżeniu nastolatków wie w wieku 17 lat co chce robić z całym swoim życiem? I wie jaki kierunek studiów obrać?

    Jak zdałam do liceum to chciałam być artystką, w III klasie wierzyłam, że bedę tworzyć w szkle a pół roku po zdanej maturze wiedziałam, że artyzm pozostawiłam w murach liceum i że czuje sie na studiach humanistycznych bardziej.

    jakie jest prawdopodobieństwo, że mogłabym studiować to co studiuje gdybym była po nowej maturze? Którą zapewne zdałabym na jakieś 60% bo rzadko kiedy myślałam wedle kluczy i zawsze ujmowałam coś swoimi słowami. Pewnie nikłe.

    Nowa matura wyłącza myslenie moim zdaniem.

    A tak swoja drogą. Ostatnio prowadząca jechała z dziewczynami na okolo 17 roku życia w przedziale w pociagu. Dziewczyny grały w państwa i miasta.

    Wedle nich; miastem jest Zara… oraz państwo na P to Portugalia.. acz i tu pojawiły się pewne wątpliwości bo pojawiły się głosy, że to miasto. I to była jedna odpowiedź na państwo na P..

    Witamy w Polskim systemie edukacyjnym…

  26. Gość: Cockney7, 78.146.20.20* napisał(a):

    gabelle, ja mógłbym sypnąć jeszcze paroma anegdotami o studentach ale takie rzeczy zdarzają się wszędzie. Parę miesięcy temu pewna dorosła Kanadyjka (co najmniej po maturze) zapytała mnie czy w Polsce obchodzi się Święta Bożego Narodzenia. Potem spytało mnie o to samo jeszcze angielskie dziecko chodzące do całkiem niezłej szkoły jeśli dobrze pamiętam. W tej samej szkole pewna 12-latka nie umiała wyliczyć 1/4 z 20 i postanowiła znaleźć odpowiedź na google.com

  27. prawda jest taka, że w kluczu odpowiedzi, który dla egzaminatorów jest bezwzględną świętością jeśli chodzi o wymogi, jest tyle drobnych informacji, które są punktowane, że bezpieczniej jest schować do kieszeni swoje nawyki literackie i pisać pisać pisać nieważne co, byle pisać, a może się trafi w klucz. tak, pisemna matura z polskiego jest egzaminem z lania wody.

    polecam najpierw na 1,5 str streścić tekst który jest zamieszczony w arkuszu + kawałek całego utworu, a potem krótko go zanalizować ;] metoda skuteczna na prawie 100 procent :P

  28. Gość: ala, 83.230.33.22* napisał(a):

    „Studia będą fajniejsze. A praca jeszcze lepsza. Niedługo będzie z górki :) ” obyś miała rację… :)

    ale i tak najpierw trzeba przebrnąć przez maturę, którą straszyli nas od 1klasy liceum.

    i fakt, nie problem ją zdać, ale zdać dobrze już gorzej.

    mimo dobrego poziomu liceum, większość z nas chodzi na dodatkowe lekcje, kursy, korki itd, bo nie czuje się przygotowana przez szkołę… szkoda.

    a ja, będąc dwa tygodnie przed egzaminem dojrzałości, nie jestem pewna co będę robić dalej. wiem czego nie chcę i, mniej więcej, w jakim kierunku chciałabym iść. ale przychodząc do liceum nie miałam jakiejkolwiek wizji na przyszłość. a matura w obecnej formie każe mi się zdeklarować na początku szkoły średniej. wybierając profil humanistyczny i zdając takie przedmioty na maturze, nie mam szans na dostanie się na politechnikę, w razie gdybym zachciała..

  29. Ja tam też się cieszę, że zaliczyłam te wszystkie szkoły w „starym systemie”. Teraz nie dość, że straszą cię maturą, to jeszcze jakimś egzaminem na koniec gimnazjum (gdzieś w gazecie czytałam, że to „mała matura”) i więcej człowiek ma stresów w tym młodym, które powinno być choć trochę beztroskie, życiu przechodzi. Na co to komu? Dodatkowo Gość: ala, 83.230.33.226 ma rację – na początku liceum byłam zagorzałą niby humanistką i widziałam swoją przyszłość na jakiejś lingwistyce. Akurat się tak zdarzyło, że fantastyczna babka w liceum obudziła we mnie nieznany wcześniej pociąg do matematyki i przedmiotów ścisłych. Tym sposobem zrewidowałam całkowicie swoje poglądy…i na studia poszłam (i ukończyłam) na ekonomię i bynajmniej nie jej „humanistyczną gałąź”;) W dzisiejszych czasach nie miałabym już takiej możliwości…

  30. No, ale ja zawsze miałam problem z rozwlekaniem się. Moje wypracowania miały półtorej strony, pisałam syntetycznie i nie każdemu się to podobało.

    Mnie tam się podoba. :-)

    Jeśli zaś chodzi o to określanie długości wypracowania (nie mniej, przynajmniej itd.), to dla mnie to jest brak zaufania do ucznia i zawczasu węszenie jakiejś kombinacji. Przecież to jasne, że jeśli ktoś tematu nie wyczerpał, to choćby i napisał pięćdziesiąt stron, to i tak będzie za krótko, bo niepełnie i za TĘ niepełność powinien dostać punkty karne, a nie za puste strony, które rzekomo powinny być zapełnione odpowiednia liczbą słów. Wierszówkę uczeń dostaje, czy ocenę? Na teście szóstoklasisty i egzaminie gimnazjalisty też są takie minima zastosowane. Najczęściej chodzi o połowę wyznaczonego miejsca, czyli dalej nic nie wiadomo, bo różne osoby różne litery stawiają.
    Ja maturę bardzo miło wspominam. Z polskiego miałam temat przekrojowy. Praktycznie musiałam przelecieć przez wszystkie epoki i wcale się nie rozpisując zapełniłam pięć arkuszy papieru kancelaryjnego w linię. Takich A3. Ponoć dużo, ale dla mnie, akurat przy tym temacie, optymalnie, bo napisałam to, co uważałam, że w pracy znaleźć się powinno i tyle, ile w ciągu pięciu godzin zdołałam przelać na papier.

  31. Gość: lunami, host-89-228-46-240.elk.mm.pl napisał(a):

    Ja zdaje za dwa tygodnie. Im blizej matury tym bardziej mi sie nie chce czegokolwiek robic. A pracy w trzeciej klasie mialam duzo, bo bedac na profilu z rozszerzona iloscia godzin historii, zdaje matematyke…(Po pierwszym roku okazalo sie, ze jestem umyslem scislym) Nie czuje sie takze zbyt komfortowo przed egzaminem z polskiego, bo nie jest to przedmiot, z ktorego jestem mocna. Wolalabym zdawac jakikowiek inny jezyk, o!:) Mimo ze moje liceum stoi najwyzej w rankingach wojewodzkich, to nie czuje aby mnie jakos swietnie przygotowali do matury. Przez trzy lata ladowali nam material i nie robili nic poza stawianiem wymagan i stresowaniem nas. Wszystkiego czego sie nauczylam zawdzieczam wylacznie sobie he he. Jutro cale szczescie zakonczenie roku, potem oby jak najszybciej miec matury z glowy. Mam nadzieje, ze na polskim trafie na temat, ktory mi podpasuje i ze podchodzac do sprawy calkiem matematycznie uda mi sie trafic w klucz;)

  32. Gość: jw23, 40-dzi-16.acn.waw.pl napisał(a):

    A pamiętacie taką anegdotę…?

    Sprawdzian z polskiego, temat pracy: „Wyjaśnij, co to jest odwaga.”

    Wszyscy w wielkim stresie piszą, a jeden koleś siedzi i nic, tylko się gapi w okno. Na koniec oddaje pustą kartkę z jednym zdaniem: TO WŁAŚNIE JEST ODWAGA.

    Tak mi się przypomniało a propos limitów objętości pracy.

    A moja umiejętność lania wody na studiach zupełnie zanikła. To przerażające, bo magisterka leży odłogiem. A za oknem pięknie. Co za pomysł, żeby kazać ludziom zdawać jakieś egzaminy o tej porze roku:(

  33. Zdawałam maturę 7 lat temu, więc były to czasy, kiedy liceum było czteroletnie. A wspominam je bardzo, ale to bardzo miło. Najlepsze było ostatnie półtora roku, z tymi osiemnastkowymi imprezami i torcikami w szkole. I też nauczyłam się palić w szkole średniej, na przerwie.

    Nie zgadzam się z niektórymi komentarzami co do jednego: mnie się w ogóle nie podoba pomysł matury, która załatwia od razu temat egzaminów na studia. No niby wygodnie, ale właśnie to w starej maturze było dla mnie najlepsze: wielki stres, choć wiadomo było, że każdy ją zda. Niezwykły miała dzięki temu urok, ten majowy spęd, potem ustne, radość, że nie trzeba zdawać ustnego, no i do tego poczucie bezpieczeństwa, bo odpowiadało się przed nauczycielami, którzy uczyli cię przez 4 lata i doskonale znają Twoje możliwości.

    U mnie w szkole też oczywiście do wszystkich trzeba było mówić per „panie profesorze”, ale ja nigdy tak nie mówiłam, bo okropnie mnie to irytowało i nikt nigdy nie zwrócił mi z tego powodu uwagi, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to jakiś idiotyczny zwyczaj, do którego w dodatku nikt nie przywiązuje już uwagi.

  34. Seg, nas w klasie (mat-fiz-inf) jest tylko 7, a chłopaków 25 – najlepszy układ jaki można sobie wyobrazić!

    Jestem teraz w drugiej kl., ledwo co się LO zaczeło, a już zaraz matura, wolałabym żeby było 4-letnie, 3 to zdecydowanie za krótko…

    Pozdrawiam!

  35. Gość: ka.li.na, apn-77-112-231-110.gprs.plus.pl napisał(a):

    ja z pokolenia gimnazjalistów i w podstawówce straszyli nas gimnazjum, w gimnazjum straszyli nas liceum, a w liceum – studiami. Jestem na studiach, przetrwałam wszystkie poprzednie szkoły, nie załamałam się i jeszcze żyję:)

    a na maturze teraz najważniejszy jest KLUCZ, który jest naszym bogiem, wypracowanie może być na temat, może być bezbłędne, ale jeśli w kluczu jest inaczej – to jest źle.

    Miałam taki plan nawet, że jeśli nie zdam polskiego, to na poprawce napiszę: „nie wiem, od czego zacząć moje wypracowanie, bo nie wiem niestety co jest w kluczu…”

  36. Seg

    Oczywiście, że rozmawiałam i rozmawiam, i rozumiem, i mordę w kuble trzymam od początku roku szkolnego.
    Ma doła jak stodoła i wiem dlaczego, nie wie czego chce i najchetniej zrobiłaby sobie roczna przerwę od jakiejkolwiek nauki. I jesli o mnie chodzi, to prosze bardzo, ale Ex i jego rodzice(doktory i profesory) mędzą jej strasznie i naciskają oraz w histerie wpadaja na wieść o tym, ze nie chce studiować.

    No szkoda mi jej i tyle.

    A moje ataki paniki i niezadowolenia są moje i tylko se tak ulewam gdzieniegdzie po drodze.;-P

  37. oj liceum, piękna czterolatka. Tak nie wybawiłem się na studiach. Nalewkę cytrynową za 5.60 (tylko w jednym sklepie sprzedali nieletnim), wypitą na kuligu wszyscy wspominają do dzisiaj. Fakt, było więcej chłopa, ale dziewuchy sobie dobieraliśmy i też było zajebiście. A matura…chyba niespecjalnie sobie nią ktokolwiek głowę zawracał

  38. szymon_ef, oczywiscie że tak. jak seg napisała, zakuwanie to się na studiach zaczyna. i to też w jakieś równowadze z przyrodą. w liceum ludzie dzielili się na 3 grupy:

    1. kujonów (oni każdą wolną chwilę przeznaczają na wbijanie do głowy),
    2. leszczy (oni nie kuli, bo im i tak nie wchodziło i modlili się, żeby mieć to już za sobą). ci to chociaż sympatyczni byli.
    3. ludzi, którzy byli w czołówce, a wcale nie kuli, bo im samo do głowy wchodziło po jednorazowym przeczytaniu, rozwiązaniu łotewer i mieli czas na wszystko inne.
    niestety z grupy 3 się często wyrasta, bo mózg próchnieje, ale poza tym, niewątpliwie bycie kujonem świadczy tylko i wyłącznie o trudności przyswajania wiedzy, bo można kochać matematykę, albo języki, albo chemię i nie być kujonem, a WIEDZIEĆ wiele :)

  39. Gość: szymon_ef, chello089079092004.chello.pl napisał(a):

    ml76,

    Nie miałem na myśli wcale ostrego zakuwania, tylko normalne przygotowywanie się klasówek, kartkówek, odpowiedzi, itp. Po prostu solidne odrabianie pańszczyzny, bez zarzynania się po nocach. Pisząc komentarz chciałem zwrócić jednak uwagę na to, że niektórzy często nie przyznawali się do nauki. Zupełnie jakby to było coś wstydliwego.
    – Umiesz coś?

    – No coś Ty. Nic się nie uczyłem.

    To była dość częsta śpiewka wielu osób i mam wrażenie, że po latach te osoby dalej śpiewają w podobnym tonie.

  40. Gość: szymon_ef, chello089079092004.chello.pl napisał(a):

    Nie wykluczam takiej ewentualności, aczkolwiek będę uparty jak tępy uczeń (czyt. osioł).

  41. Gość: szymon_ef, chello089079092004.chello.pl napisał(a):

    Tymczasem wrócę do męskich zajęć, tj. wieszania zasłon. Szlag by je trafił. Najlepiej to je chyba gwoździami do ściany przybić. ml76, pozdro.

  42. Gość: the_doctor, acmo57.neoplus.adsl.tpnet.pl napisał(a):

    Jeszcze mi tylko kilka dni zostało do maturki, więc stresiak jest. Zgadzam się z Tobą pod względem „nagonki” na uczniów, żeby zdali maturę(moja matematyczka doprowadziła to do takiego stanu, że ze strachu polowa klasy nawet jeśli była chora to i tak na matmę przychodziła). Ale z drugiej strony nie da się zmusić ucznia do nauki, nawet jeśli jest się najlepszym nauczycielem na świecie. Przypominanie o ważności matury jest potrzebne niektórym(np. mnie) żeby nie zaspali odpowiedniego momentu, kiedy trzeba wziąć się do roboty.

  43. Dla mnie matura porównywalna była do obrony pracy magisterskiej. Niby 99% zdaje, ale egzamin jest na tyle decydujący, że stresujący.

    U mnie w podstawówce baba bodajże w 7 klasie palcem bożym spośród 30 uczniów wskazała dwie osoby, które mają szansę na dostanie się do liceum, reszta zawodówka. Nawet nie dodała, że to jej subiektywna ocena, wszyscy wzięli to za pewnik. Na szczęście 90% otrzeźwiało juz w 8 klasie i wszyscy, którzy chcieli do liceum – dostali sie. Do „Młodych gniewnych” by jej nie zaangażowali na bank.

  44. Gość: rolnik, bid181.neoplus.adsl.tpnet.pl napisał(a):

    a ja tez olewam mature mam w poniedziałek i brzydko mowiac s*** na to:) jak nie zdam to bede miał sajgon w domu ale cczy pierwszy raz? nie wiec leci mi to;) pojde na jakis kurs i bede rolnikiem i o

  45. Bardzo fajny tekst, mnie tam szkoła męczy, chodzę do niej zestresowana, nigdy mi się nie chce, zawsze chce jak najszybciej z niej wyjść, ludzie w klasie są mi obojętni, nie przepadam za nimi, nie to, że ich nie lubię, ale mam ciekawszych, fajniejszych znajomych w innych środowiskach. Ja się matury boję, boję się angielskiego, nie wyobrażam sobie jak to będzie za te 2 lata. Jeszcze ta cholerna matematyka.. Matko i córko. Jestem przerażona, ja mam jeszcze do tego egzamin zawodowy, którego też się boję, bo tu to trzeba mieć aż(!) 75%, a mnie to tak średnio bawią te wszystkie obliczenia, jestem beznadziejna. Jak za pierwszym podejściem obleje wszystko, to mnie chyba wydziedziczą! Jak ja bym już chwiała mieć to wszystko za sobą, ukończone pozytywnie, w terminie. echhhsss, chyba mam doła. Ale chociaż jedna mi nie pisze, że za tym jeszcze zatęsknię. ufff:*

    ml76

    Ja to prawie leszczem jestem, nic mi nie wchodzi, w niczym nie jestem dobra, jak kuje też nie wchodzi, więc po jakimś czasie się załamuje i przestaję się starać, ale sympatyczna też nie jestem. :?)

  46. Historia z życia wzięta.
    W liceum polonistka zadała nam wypracowanie do domu. Nie pamiętam jaki temat, w każdym razie wymóg był ten sam – minimum 250 słów (czyli około 2 strony A4). Idiotyzm. Dlaczego tak uważam?
    Ano dlatego, że mój charakter pisma jest masakrycznie trudny do rozczytania, postanowiłem wypracowanie napisać na komputerze. Czysto, ładnie, schludnie, napisałem na około 350 słów (czcionka Times, 12 – zapomniałem zastosować interlinię 1,5 żeby zwiększyć objętość). W rezultacie wyszło niecałe 1,5 strony. Moja Pani popatrzyła na to i z żałością w oczach zapytała: „co to jest? Dlaczego takie krótkie i dlaczego tak mało?”. Nawet nie sprawdziła merytorycznej zawartości pracy.
    Poprosiłem, żeby policzyła słowa. Nawet tego nie zrobiła. Nie uznała mi tej pracy, kazała przepisać ręcznie. Przyniosłem zatem przepisaną ręcznie, pewnie nie mogła się miejscami doczytać i pewnie ją szlag trafił, że musiała czytać 5 stron genialnej rozprawki pisanej jak kura pazurem – specjalnie rozciągnąłem pismo, żeby wyszło jak najwięcej objętościowo :)
    Nie rozumiem niektórych nauczycieli. Mimo to, sam chciałbym pracować w szkole.

Dodaj komentarz