Męczenie kota.

Nie, to nie kolejny eufemizm na męską masturbację. To moje hobby, gdy wpadam z wizytą do znajomych kotów. Są różne techniki męczenia kota. Moimi ulubionymi są:

Froterowanie kotem podłogi. Rozkładasz kota leżącego bokiem na podłodze. Zahaczasz ręką o kota pod kocimi łokciami. Kręcisz leżącym kotem. Koty w końcu wstają, idą jak pijane, uciekają i po kilku sekundach wracają po jeszcze.

„Jesteś taki słodki malutki kicikici kotecek”. To bardzo wyrafinowana metoda męczenia kota. Wymaga kota, który ma Cię dość. Bierzesz kota na ręce, nosisz kota, przytulasz kota, całujesz kota, nie zwracając uwagi na kocie pragnienie ucieczki, aż kot będzie robił minę „zabijcie mnie”.

Ale dziś odkryłam nową metodę męczenia kota. Wpadłam do przyjaciółki, która z chwilowego braku męża dzieli mieszkanie jeno z kotem Stefanem.

Siedzimy na kanapie. Do pokoju wkracza kot Stefan. Utrzymując bezpieczny dystans od cioci Segritty, siada na półce z kocimi zabawkami i patrzy na mnie. Patrzy minutę, pięć minut, pół godziny. W końcu ja zaczynam patrzeć na kota. Dzieli nas ze 4 metry. Powoli schodzę z kanapy i na czworaka, bardzo powoli, patrząc kotu w oczy, skradam się do kota. Kot nie rusza się, zniża się tylko trochę i czeka. Skradam się dalej, baaardzo powoli. Gdy jestem metr od kota, wykonuję bardzo gwałtowny ruch w jego stronę. Całym ciałem. Nie zamierzając kota dotknąć oczywiście. Kot wystrzeliwuje w powietrze, zwala wszystkie swoje zabawki z szafki i obiera bezpieczną pozycję na parapecie z drugiej strony pokoju.

Seg chichra się przez 5 minut, zerkając na kota z poczuciem wyższości. :>