Mój trzeci trymestr w ośmiu punktach

AKA „ja chcę już rodzić!!!”

1. Odpowiedziałam już jakieś 2363 razy na pytanie „kiedy rodzisz?”

…i do dziś nie jestem w stanie zrozumieć, jakie to ma znaczenie dla pytającego. Urodzę to urodzę, na chuj drążyć temat. OK, rozumiem, że mój tata może być ciekaw, bo to jego wnuk pierwszy i dotąd jedyny, ale też nie rozumiem, czemu pyta o to 15 raz. Na kolejną ciążę przygotuję sobie zawczasu koszulkę z wydrukowanym terminem, żeby języka nie strzępić.

2. Jeśli parę miesięcy temu napisałam, że jestem gruba, to nie wiedziałam, co piszę.

Teraz dopiero jestem gruba, spuchnięta, napakowana wodą i jak leżę na lewym boku, to lewy bok ledwo zipie. Jak na prawym, to prawy ledwo zipie. Wstawanie z łóżka odbywa się metodą rozkołysania lub użycia jednej z nóg jako wahadła rozpędowego. Jestem wielorybem i chodzę jak kaczka. Patrzenie w lustro boli. Stopy mam jak u hobbita, dobrze że przynajmniej nieowłosione. Pociesza mnie tylko myśl, że MR przytyła w ciąży 25 kg i bez najmniejszego wysiłku zrzuciła wszystko podczas karmienia. Liczę na konsekwencję genów.

3. Conan ciągle ćwiczy sztuki walki na moich organach wewnętrznych.

Naciska na pęcherz, na żołądek i na przeponę. Oddycham szybko i płytko, dostaję zadyszki po kilku stopniach schodów, kilka razy w nocy budzę się na sikanie, męczy mnie zgaga, której nigdy wcześniej w życiu nie miałam (dzięki, borze, za migdały!). I – tak, wciąż uważam, że posiadanie rosnącego człowieka w brzuchu, który się tam rusza, wcale nie jest „cudownym zjawiskiem i wspaniałym uczuciem wyciskającym z oczu matki łzy szczęścia za każdym kopnięciem tej małej fasolki!” tylko jest mega creepy. Człowiek. W brzuchu.

4. Wspomniałam już o chodzie kaczki, ale nie wynika on tylko z tego, że jestem wielka.

Całe ciało przystosowuje się powoli do porodu, a więc bolą kości miednicy, pachwiny, kręgosłup. Czuję, jakbym się cała przestawiała, jak kostka Rubika, przekręcała, trzeszczała i dopasowywała do dziecka.

5. Cudowna jest opieka, którą teraz wyjątkowo mocno roztacza nade mną Seba.

Zakłada skarpetki i buty (sama mam z tym problemy), podnosi z ziemi różne rzeczy, których ja podnieść nie mogę. Nosi za mnie torebkę, pomaga wychodzić z samochodu, przynosi śniadania do łóżka i już od miesiąca obiecuje, że posprząta podłogę w mieszkaniu. Kochany ;)

6. Na ciążę (wizyty u lekarza, leki, suplementy, USG, badania, dojazdy itp.) wydałam już około 4 i pół tysiąca złotych.

Nie jest tanio robić dzieci poza NFZ, ale też nie wyobrażam sobie czekania w tych kolejkach do wszystkiego i opryskliwości obsługi w państwowych placówkach. A miałam w życiu kilka okazji próbować takiej należącej mi się jak psu miska opieki medycznej, za którą przecież przymusowo płacę. I nie, dziękuję, nigdy więcej.

7. Pomimo różnych niedogodności trzeciego trymestru, i tak wolę go sto razy bardziej od pierwszego.

Pierwszy bowiem wpływał znacząco na moje samopoczucie psychiczne. Wszystko śmierdziało, ciągłe nudności, rozdrażnienie, senność – to sprawiało, że moja głowa nie funkcjonowała prawidłowo. Czułam się jak w permanentnej chorobie (ten, kto powiedział, że ciąża to nie choroba – mylił się!). Teraz po prostu fizycznie mi ciężko, ale psychicznie czuję się świetnie. Choć najlepszy był i tak drugi trymestr, w którym czułam się tak, jakbym w ogóle w ciąży nie była!

8. Cera gładka, włosy tak gęste i zdrowe, że nie muszę używać odżywki a i tak lśnią.

Paznokcie i przed ciążą miałam mocne, więc teraz nie czuję wielkiej różnicy, ale wiele kobiet mówi, że im się te pazury poprawiły bardzo podczas ciąży. Aaaa… jeszcze smaki. Nigdy nic mi tak świetnie nie smakowało, jak teraz. Każdy posiłek jest ucztą dla zmysłów, jakbym kilka dni nie jadła. Zachwycam się smakiem owoców, pieczywa, mięsa lub zwykłego dżemu. Omnomnomn. Wieczna gastrofaza :)

A Wy, jak wspominacie trzeci trymestr?

2015-03-12 14.18.33

Komentarze do wpisu: 63 Napisz komentarz

  1. Ania napisał(a):

    Hej, kiedy rodzisz? OMG mam tak samo jak Ty! Wlasnie odkrylam, ze aktimel pity malymi lyczkami pomaga na zgage lepiej niz migdaly. Nie wiem czy u Ciebie sie sprawdzi, ale moze warto sprobowac. Dla mnie zgaga to najwieksza zmora aktualnie. Buty i reszte jeszcze ubieram sama. Trzymam kciuki!

  2. Trzeci trymestr to była męka pańska – przede wszystkim przez brak snu (jak mi ktoś mówił w trzecim trymestrze, żebym się wyspała na zapas to miałam lasery w oczach). 4-6 razy wstawanie w nocy siku i każdorazowo szukanie pozycji, żeby zasnąć z powrotem. Najpiękniejszą rzeczą było to, że miałam co wieczór masowane stopy przez Marcina. Tak, to było piękne. Było… ;)

    1. O, to to :) A ja pozdrawiam z trzeciego trymestru! Jest cudownie! Pierwsze dziecko już mnie ćwiczy w niespaniu przez nocne lęki, także z ufnością patrzę w przyszłość i wyczekuję trzech dni spokoju na porodówce <3

  3. Izi napisał(a):

    III trymestr to porażka. Wszystko mnie bolało. Nawet leżenie nie sprawiało przyjemności.
    Najgorzej było przenosić ciążę- 10 dni w szpitalu, jak udało mi się w końcu zasnąć to cudowny personel akurat w tym właśnie momencie przyszedł robić ktg/zmierzyć ciśnienie/zawrócić d**. Normalnie czad.
    Pytania: kiedy rodzisz? jak się czujesz?- moje ulubione. W pierwszej ciąży miałam ochotę za nie pogryźć, w drugiej ciąży pod koniec przestałam odbierać telefony :)
    Tęsknię za pięknymi włosami :( 7 miesięcy po porodzie a one wciąż są matowe i wypadają garściami.
    Zgaga ciągnęła się przez całą ciążę- ma sa kra.
    Szkoda tylko, że karmienie piersią nie pomogło mi zrzucić zbędnych kg- dalej brakuje 3 kg do wagi sprzed ciąży. Nic to.

  4. Dominika Marzec-Wilczyńska napisał(a):

    Przede wszystkim wicie gniazda, przy czym zapędy miałam wielkie za to efektywnej energii bardzo mało. Od 37 tygodnia modlitwy i gusła żeby się wreszcie zaczęło. Chłopaki w obydwu przypadkach mający to w nosie, bo termin rzecz święta i co się mają pchać ku mojej uldze. Ale fajnie było ;-)

  5. Karolina napisał(a):

    Z błogością i rozrzewnieniem wspominam te wszystkie opisane przez Ciebie drobne niedogodności trzeciego trymestru pierwszej ciąży. Było to niczym łagodna bryza w słoneczny dzień w porównaniu z trzecim trymestrem ciąży obecnej. Bliźniaczej. Taaaak, wszystko co złe razy 2. Możesz się moim położeniem pocieszać, pozwalam ;-)

  6. borze drogi… najgorszy czas życia (więc chyba mam coś z psychiką bo przechodziłam to już trzy razy). czułam się jak słonica, pomimo tego że mało tyłam i jako tako „się prezentowałam”… nigdy więcej (wyrobiłam normę za dwie kobiety!)

  7. Marta Czopik napisał(a):

    Dodałabym punkt dziewiąty: CO URODZISZ?? to pytanie na które z upodobaniem 7684562mln razy odpowiadałam: wiewiórkę! za pierwszym razem dopowiadałam uprzejmie że chłopczyk ma być, za drugim razem wysłuchiwałam dodatkowego komentarza: oj to szkoda że nie parka… Za pierwszym razem trzeciego trymestru nie pamiętam (może poza głodem – raz w nocy miałam szczerą chęć spożycia małżonka.. wówczas postawiłam przy łóżku słoik miodu by szybkim liźnięciem ocalić życie ukochanego) za to w drugiej ciąży miałam uczucie że jestem krokodylem i nie mieszczę się w jednym ciele z obywatelem, który finalnie okazał się dość spory. To co szczególnie mnie zdziwiło, to fakt, że rurzowo-niebieskie gazety dla mam uprzejmie pomijają niewygodne fakty typu hemoroidy oraz to że to maleńkie dzieciąteczko po desancie nie jest od razu wielką miłością, falą radości ani szczytem piękna… Jest obcym dzieckiem, którego trzeba się nauczyć – a potem jest tylko fajniej i ogólnie dumamy nad trzecim bo tamte to już stare konie :D

  8. Matylda napisał(a):

    Pozdrawiam z 3 trymestru:) Najbardziej przeszkadzają mi opuchnięte łydy, nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy i nie wiedziałam jak to jest, jak szew spodni wrzyna się w łydę. W poprzedniej ciąży miałam opuchnięte stopy na dwa tyg przed porodem, teraz od ponad 1,5 m puchną mi łydy, być może dla odmiany. Druga broda już wyszła, spodziewam się też trzeciej. Dziedziczka się rusza, czasem boleśnie, ale to akurat mi nie przeszkadza, późno czułam ruchy, po sto razy słyszałam, że pewnie coś nie tak, więc nie narzekam na stopę wciśniętą w pęcherz. Wstawanie z kanapy czy łóżka – to jest survival, żałuję, że w okolicach kanapy i łóżka nie mam podpiętych lin do podciągania oraz kamer, żeby się kiedyś z tego pośmiać. I wszystko powyższe zniosę bez marudzenia, wiele z typowych dolegliwości mnie omija, wiem też, że mam farta, że tylko słoniowe nogi mam. A czytając akapit dotyczący kosztów to od razu włosy mi stają dęba, serce przyspiesza i ręce się rwą do pisemnego bluzgania na brak możliwości otrzymania tego za co płacę na poziomie choćby zadowalającym. Nie znam żadnej matki lub ciężarnej korzystającej z usług NFZ oprócz porodu w szpitalu na zwykłym oddziale pod czujnym okiem lekarza z gabinetu prywatnego. Za te 4 tysiące naprawdę można kupić wiele fajnych rzeczy, a gdzie jeszcze do końca. Pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego:)

  9. Przeszłam to dwa razy i myślę sobie – never again :P Okres w ciąży wspominam okropnie, czułam się brzydka, gruba, wszystko mi śmierdziało a na zgagę ani migdały ani mleko, ani siemię lniane ani zaparzony kminek (bleah!) Ale na szczęście byłam samowystarczalna, depilacja czy nakładanie skarpetek to był pikuś, opracowałam swoje metody i dało się ;) Dzisiaj właśnie moje starsze dziecię kończy cztery lata i dalej nie zapomniałam czasu z porodówki ;) A wszyscy obiecywali – dziecko zobaczysz o porodzie zapomnisz! Yhyym.. na pewno ;) Seg trzymaj się w tym dwupaku ile się da a później byle szybko i bez problemów.

    P.S. mnie jednak w ciąży najbardziej wku*wiało obmacywanie mojego brzucha często przez ludzi, których ledwo znałam – to jakiś odruch taki, widzisz ciężarówkę i musisz ją pomacać? No i te wszystkie złote rady, nawet od położnych w szpitalu. Przychodzi jedna „ojej ona tak ciągle płacze? da jej pani smoka to się uspokoi”. Przychodzi druga „Co za wyrodna matka! lateksem od urodzenia dziecko raczyć! Do cycka przystawić to się uspokoi!” szlag by ich wszystkich :D

  10. Paulina Opiela napisał(a):

    Ooooo miałam podobnie. Jakbym o sobie czytała:) Dodatkowo u mnie był wstręt do słodyczy. Przez całą ciąże nie tknęłam NIC SŁODKIEGO – fuj! ble! Szkoda, ze mi to nie zostało:-)
    Poza tym, 9 miesiąc to wulkan w przełyku – ZAGA – gasiłam ją wodą , pomagało;-)

    1. TEKSTacja napisał(a):

      :-) Wpis kończy się pytaniem „A Wy, jak wspominacie trzeci trymestr?”. Właśnie się zastanawiałam, czy będzie tu w dyskusji jakikolwiek głos męski. Tadam! Jest! :-))) …i – jak widać – podoba się nie tylko mnie.

  11. Edyta Ppp napisał(a):

    Od kiedy się robi tak ciężko i „napuchnięto”? Ja ok. 2,5 miesiąca do porodu i póki co ludzie myślą, że przytyłam, też niefajnie… Dopiero od kilku dni zaczynam mieć mały problem ze wstawaniem z łóżka czy kanapy. Ale nie ma tak dobrze- niestety nie stać mnie na prywatną opiekę, a właśnie się dowiedziałam, że mój lekarz prowadzący najbliższy wolny termin na kolejną wizytę jaki może mi zaproponować, ma za ponad półtora miesiąca. To nic, że od 30 tygodnia powinno się co 2 tygodnie chodzić na kontrole, kogo to obchodzi. No i oczywiście ciągle pracuję, dojeżdżam, komunikacją miejską, godzinę w jedną stronę, dobrze jak są wolne miejsca, wtedy jest fajnie ;)

    1. Mi został miesiąc do porodu. Wszystkie objawy powoli, stopniowo narastają od początku trzeciego trymestru. Może zaraz Ci się zaczną – a może w ogóle ich nie doświadczysz, bo będziesz jedną z tych szczęściar, dla których ciąża jest bardzo fajnym czasem (lub przynajmniej czasem zupełnie niedokuczliwym).

  12. Monika napisał(a):

    Jeśli czytam o macierzyństwie i w pierwszym akapicie znajduję ‚po chuj drążyć temat’, to coś jest nie tak. Niby jesteś kobietą inteligentną, ale sposób w jaki ubierasz swoje myśli kompletnie o tym nie świadczy. Nie spodziewam się, że trzeci trymestr to perfumy i kwiatki, ale są blogerki, które umieją opisać to z klasą i prześmiewczo. Tobie tego brak.
    Tak, wiem – mogę tego nie czytać, a Ty możesz ten komentarz skasować. Ale wyrażam jedynie mój zawód, kiedy czytam kogoś, kto ma coś wspólnego z językiem polskim, a używa takich zwrotów – rodem ze wsi spod monopolowego. Wiem, że słowo chuj wchodzi do użytku codziennego, ale jeśli jesteś mądrzejsza od innych, mogłabyś nie szerzyć tej tendencji.
    Poza tym, na miejscu osób Ci bliskich, byłabym zażenowana, czytając takie wstawki w tekście. Czy naprawdę nie masz nic więcej do powiedzenia? Mam nadzieję, że nie brak Ci konsekwencji na co dzień i swojemu ojcu odpowiadasz za piętnastym pytaniem właśnie ‚na chuj drążyć temat’.
    Jak już napisałam, niby mądra z Ciebie kobieta, ale elokwencji Ci brakuje, przynajmniej w tym wydaniu. Wyrażam cichą nadzieję, że chociaż nad tym pomyślisz. :)

    1. „Jeśli czytam o macierzyństwie i w pierwszym akapicie znajduję ‚po chuj drążyć temat’, to coś jest nie tak. Niby jesteś kobietą inteligentną, ale sposób w jaki ubierasz swoje myśli kompletnie o tym nie świadczy”.

      Co ma wspólnego używanie wulgaryzmów z inteligencją lub jej brakiem?

      „Nie spodziewam się, że trzeci trymestr to perfumy i kwiatki, ale są blogerki, które umieją opisać to z klasą i prześmiewczo. Tobie tego brak”.

      Ojej. No trudno.

      „Tak, wiem – mogę tego nie czytać, a Ty możesz ten komentarz skasować. Ale wyrażam jedynie mój zawód, kiedy czytam kogoś, kto ma coś wspólnego z językiem polskim, a używa takich zwrotów – rodem ze wsi spod monopolowego”.

      To nie jest zwrot pochodzenia wiejskiego. Oraz jaki jest związek pomiędzy używaniem wulgaryzmów a świadomością językową?

      „Wiem, że słowo chuj wchodzi do użytku codziennego, ale jeśli jesteś mądrzejsza od innych, mogłabyś nie szerzyć tej tendencji”.

      Nie wiem, czy jestem mądrzejsza od innych, ale tak, wiem, mogłabym nie używać pewnych słów. Np. zamiast „ziemniak” mówić zawsze „kartofel”. Tylko po co? Skoro używam jakichś słów, to znaczy, że znajduję je… użytecznymi. Czyli nie jestem im przeciwna.

      „Poza tym, na miejscu osób Ci bliskich, byłabym zażenowana, czytając takie wstawki w tekście”.

      Pozostaje mi cieszyć się w Twoim imieniu, że nie jesteś bliską mi osobą.

      „Czy naprawdę nie masz nic więcej do powiedzenia?”

      Ja wiem, że jak się przestaje czytać tekst po pierwszym akapicie, to można mieć wrażenie, że autor nie ma nic do powiedzenia poza tym pierwszym akapitem, ale polecam jednak zapoznać się z pozostałymi.

      „Mam nadzieję, że nie brak Ci konsekwencji na co dzień i swojemu ojcu odpowiadasz za piętnastym pytaniem właśnie ‚na chuj drążyć temat’”.

      A skąd u Ciebie takie nadzieje, skoro nie podobają ci się kolokwializmy i wulgaryzmy? Ironia? Złośliwość? :)

      „Jak już napisałam, niby mądra z Ciebie kobieta, ale elokwencji Ci brakuje, przynajmniej w tym wydaniu. Wyrażam cichą nadzieję, że chociaż nad tym pomyślisz. :)”

      To może dla wygody ustalmy, że faktycznie moja mądrość, inteligencja i elokwencja to jakieś straszne mity, nie istnieją, nie ma co na mnie tracić czasu. Pozdrawiam :)

  13. Trzeci trymestr przeleżałam z zagrożoną ciążą, na szczęście w domu. Zgagę też odczuwałam pierwszy raz w życiu. Jak otrzymałam od ginki zielone światło na wstawanie i bezpieczny termin to mi ze szczęścia odbiło, tak się cieszyłam, że mogę chodzić, że poszłam na spacer, brakło mi pomysłów co dalej i … wróciłam do łóżka. A no i 25kg in plus również, karmiłam młodą 2 lata, a 10kg zapasu zostało, choć dieta mniej żreć stosowana długo. Więc to nir zawsze z tym kp tak jest, że się fit super szybko wygląda :P

  14. Lucrecja napisał(a):

    Wahałam się między: „Dżizas, dziecko, wychodź już, bo nie mam siły Cię nosić więcej” a „niech jeszcze posiedzi, to ja pośpię jeszcze choć troszkę” :)

  15. Milena Nejman napisał(a):

    1. Zgaga, zgaga i jeszcze raz zgaga. Dzięki Ci Panie Borze, że ktoś wpadł na pomysł z Rennie (mleko i migdały już coraz rzadziej pomagają).
    2. Ból w miednicy. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się jakby ktoś non stop kopał mnie w TO miejsce.
    3. Chód kaczki. Kiwam się z jednego boku na drugi przez co wyglądam tak karykaturalnie, że sama z siebie się śmieję.
    4. Omdlenia. Niestety 2 razy się zdarzyło, za gorąco w autobusie.
    5. Nie dopinam się w moim ulubionym płaszczu. No ale po co kupować teraz następny, skoro za 2 tygodnie rozwiązanie?
    6. Gdybym miała porównywać moją wagę przed ciążą i teraz – przytyłam 3 kg :D Przed: 66 kg, w 4 miesiącu 58 kg, teraz: 69 kg. Myślę, że na 70 kg skończę, a po porodzie będzie mnie mniej niż przed. Dieta cud? :D
    7. Założenie butów czy skarpetek? Potrzeba matką wynalazków. Mam swój sposób.
    8. Jestem wdzięczna losowi, że nie muszę śmigać latem w 9 miesiącu – za każdym razem padałabym jak mucha.
    9. Oprócz opuchniętych nóg i hemoroidów przeszłam chyba przez wszystkie dolegliwości ciążowe.
    10. Tęsknię już za moimi ciuchami. I odbiciem w lustrze bez wystającego brzucha.
    11. Głaskanie mojego brzucha doprowadza mnie do szału. To samo jest z pytaniem o termin i płeć.

  16. Pierwsza ciąża była super, do końca czułam się świetnie. Za to w drugiej, to własnie 3 trymestr był najgorszy. Nie mogłam się doczekać aż urodzę i z radością przyjęłam informację, że urodzę 2 tygodnie przed terminem.

  17. Fajnie się czyta Twoje spostrzeżenia, bo nie są zbędnie przesłodzone. Mam wrażenie, że wiele kobiet boi się wypowiać negatywnie o ciąży i macierzyństwie, żeby nie wyjść na wyrodną matkę. Bo dalej jeszcze panuje takie przeświadczenie, że dla kobiety „ciąża to najpiękniejszy okres”, a przecież nie jest tak kolorowo :)

  18. Dobre! Uśmiałam się z Ciebie, ale ja dokładnie to samo mówiłam wiele razy, wszystkie my baby, czyli te rozrodcze takie cuś przechodzimy i mamy podobne myśli, więc teraz pomyśl… ja przechodziłam to 3 razy, kiedyś opisałam znajomemu, jak wyglądał poród ale tak aby on go poczuł, bo wkurzył mnie swoim ględzeniem jaki to on jest biedny jak go coś boli. Segritta Ty pamiętaj wszystkie odczucia ze szczegółami opisz zaraz po porodzie, bo pózniej już czasu na to nie będziesz miała, a jak będziesz miała to w tym czasie będziesz spać, ze śliną na ustach i zaciśniętymi zębami z piersiami w dłoniach, będziesz lecieć pierwszy raz po urodzeniu dziecka na moment do sklepu, każda sekunda bez Ciebie Twojego dziecka będzie wydawać się dla Ciebie jego i Twoim koszmarem, dopiero wtedy będziesz miała co opisywać, teraz to pikuś…. ;-) pozdrawiam

    1. Sherlock Sherlockista napisał(a):

      Powiem szczerze, że dla mnie w ciąży absolutnie najprzykrzejsze było to gadanie wszystkich wokół, jak to muszę się nacieszyć teraz snem, życiem, czymkolwiek, bo potem to zobaczę, jak jest strasznie; i „pożyczę ci ksiązkę teraz, bo potem to już sobie nie poczytasz” i „spotkajmy się jeszcze przed, bo potem to już nie będziesz nikogo widywać” i „wyśpij się teraz, bo potem to już nigdy”. Ja naprawdę rozumiem tę misję, żeby się podzielić doświadczeniem, żeby uświadomić, że nie należy 0nastawiać się, że będzie łatwo bo potem się bardzo ciężko znosi rozczarowanie etc., tylko myślę, że może niepotrzebnie psuje się i zatruwa całą radość ciąży wizją, że to ostatnie chwile twojego życia a potem pożałujesz. A robią to dokładnie wszyscy, bezdzietni również lubują się w tego typu uwagach.

      1. Jowita napisał(a):

        Zgadzam się. Ja odkąd zaszłam w ciążę i na pytanie „jak się czujesz” odpowiadałam „dobrze” zaczynałam słuchać, że jeszcze nie wiem co mnie czeka, że zaraz to się dopiero zacznie itp itd. To samo jak córka się już urodziła. Do tej pory się [to coś strasznego] nie zaczęło a córka ma już prawie rok.
        Bardzo bardzo mocno mnie to wkurzało i wkurza nadal.

        1. Justyna napisał(a):

          Moje też mają skończony rok i nie powiem, że było łatwo, bo nie było. Nieprzespane noce, dnie, a to jedna na ręce, a to druga, a tu wypadałoby coś jeszcze czasem zjeść, żeby się nie złamać w pół. ALE na to wszystko jest metoda! :) W końcu jest tatuś, który przecież może równie dobrze zająć się dzieckiem, są babcie, są ciocie. Oczywiście nie non stop, ale czaaasem why not? To wszystko zależy od tego jak bardzo zrobimy z siebie niewolnicę domu. Zresztą, im dziecko starsze tym jest fajniej. Przynajmniej dla mnie. Wszystko mija , nawet te ‚straszne nieprzespane noce’ :)

        2. Sherlock Sherlockista napisał(a):

          Z moich obserwacji wynika, że są oczywiście obiektywnie trudniejsze przypadki – poważne choroby czy trudności rozwojowe, bliźniaki (zdaje się, że to Twój :)), samotne lub realnie patrząc samotne macierzyństwo (mąż pracuje 14h/dobę) etc. – ale najczęściej naprawdę wiele zależy od nastawienia i to jednak nie musi być jedna wielka walka, męczeństwo i uwięzienie…

    1. noida napisał(a):

      O, tak. Mnie mówili „jeszcze nie urodziłaś?”. A byłam dopiero dwa dni po terminie. Kurna, jakbym mogła to bym przecież urodziła wcześniej, chocby po to, żeby przestali pytać ;)

      1. oj dziewczyny a od czego chlopów macie… zaczeli robote to i skonczyc powinni.. my z moim ustalilismy sobie kiedy nam najwygodniej urodzic.. termin mi wypadal na srodek tygodnia( no nie pasowalo nam to logistycznie).. w czwartek bylam na wizycie u gina, i stwierdzil ze nic sie nie dzieje, wiec pewnie po terminie urodze.. no to sie moj facet w piatek wieczorem do roboty wzial.. o 11:15 w sobote urodziłam trzecią córke:) w poniedzialek( 2 dni przed wyznaczonym terminem) byłysmy juz w domku:) nikt wam nie mówił, jak najlepiej wywołąc poród? pierwszy skurcz dostałam 3 h , po upojnym wieczorze:)

  19. Cerę miałam tak piękną i tak lśniącą, że w moim blasku można było przeglądać się w ciemnej uliczce…Było i przeminęło z wiatrem jak gazy, które mnie wtedy prześladowały.

  20. Guest napisał(a):

    Nie narzekaj…jest tabun kobiet, ktore chcialyby poczuc uciazliwosci I, II i III trymestru. A 4,5 tys? Co to jest przy komercyjnym in vitro za 14 tysi w dodatku nieudanym…pozdr. P. S. To tak ku lepszemu nastrojowi ;)

  21. Agata Sojka napisał(a):

    Chciałoby się z czymś nie zgodzić ale cholera nie mam z czym. U mnie rozpoczął się 3 trymestr i jak ktoś mi mówi że ciąża to taki super czas i rozpływa się w tych wszystkich ochach i achach to mam ochotę go uderzyć w twarz. Serio. Mimo że mogę powiedzieć że generalnie moją ciąże przechodzę wzorcowo i oprócz typowo ciążowych dolegliwości nic mi nie jest to, tak jak pragnę tej Małej Istostki tak nie cierpię być w ciąży. #złamatka

    1. noida napisał(a):

      Och, ja też z całego serca nie cierpiałam być w ciąży. Na szczęście już dwa potwory urodziłan i więcej nie muszę ;)

  22. Kinga napisał(a):

    Zgadzam się z Tobą we wszystkich punktach :) Tzn. musiałam sama sobie radzić z butami, ale jakoś ogarnęłam :)
    I zdecydowanie bardziej wolę Młodego po drugiej stronie brzucha :D Tym bardziej, że od samego początku był cudownym dzieckiem i budził się co 3 godz na karmienie :D Więc wysypiam się lepiej niż w ciąży :D

  23. wcale nie taki duży ten twój brzuszek, pracuje z koleżanką która jest w II trymestrze i mam ubaw, bo prawie codziennie pyta się czy już widać, sprawdza w necie jak wygląda jej fasolka :) a tak naprawdę to zazdroszczę, ale i na mnie przyjdzie czas :)

  24. Dokładnie tak samo go wspominam. Koszmarnie znaczy. Tak samo jak i pierwszy. I drugi. Ciąża cała jest przewalona. I nie jest to stan błogosławiony. Jest to natomiast choroba ;) Powodzenia z rodzeniem i takimi tam.

  25. Trzeciego trymestru nie mam jeszcze. Drugi był całkiem spoko, póki nie pojawiła się ona…rwa udowa. I albo mam pecha na głupich rehabilitantów, albo rzeczywiście nie da się nic z tym zrobić. Ale coś wymyślę, bo słońce i z domu warto byłoby wychodzić i pozbyć się tego cuda przed tym jak brzuch się zrobi większy. Także ból kręgosłupa jest i bardzo dobrze znany, niestety.

    1. Jowita napisał(a):

      Raczej się nie da nic z tym zrobić. Podczas ciąży ginekolog uprzedzała mnie, że coś takiego może się pojawić.

      1. Da się. Mój neurolog stwierdził, że po tygodniu właściwych ćwiczeń ból przejdzie. To mi daje siłę do szukania rozwiązań na własną rękę – nie chcę stresować maluszka tym, że cały czas coś mnie boli, zresztą na spacery jednak przydałoby się chodzi. Na razie robię research, ale na pewno nie rozłożę bezradnie rąk i nie skasuję swojej zapłaty jak panie rehabilitantki z nfz.

        1. Może Cię pocieszę – ja męczyłam się z cholerstwem pierwszy i pół drugiego trymestru, po czym przeszło samo :D A co do sposobów to znajoma rehabilitantka polecała jakieś magiczne plasterki z których nawet nie zdążyłam skorzystać :)

  26. Jowita napisał(a):

    Prawdopodobnie mnie znienawidzisz (i reszta matek też) ale ja całą ciążę czułam się cudownie:D. Psychicznie i fizycznie. Urodziłam dwa tygodnie po terminie a nie byłam ani spuchnięta, ani obolała. Ciążę wspominam jak długie wakacje:).

    Dziecko „robiłam” na NFZ a nigdy w żadnej kolejce nie stałam (no…raz, jak zaczęłam rodzić to na wolne łóżko w szpitalu czekałam 6 godzin, ale wiadomo- Szpital na Żelaznej), obsługa miła, szybka i kompetentna w każdej przychodni którą odwiedziłam (możliwe, że miałam wyjątkowe szczęście, bo nasłuchałam się od koleżanek o ich problemach z NFZ).

    Jedyny problem jaki miałam (ale to już po ciąży) to wypadające włosy (mieszkanie odkurzałam dwa razy dziennie). Wystarczyło, że ktoś na mnie dmuchnął i połowa lądowała na podłodze. Teraz (11 miesięcy po porodzie) jest jeszcze gorzej. Mam na całej głowie mnóstwo pięciocentymetrowych włosów, których się NIE DA w żaden sposób uklepać. Nawet mi grzywka wyrosła:)

    1. Chyba rzeczywiście miałaś szczęście z tą Żelazną. Przyszłam kiedyś na izbę przyjęć z „nieciążową sprawą” ale jednak wymagającą ostrego dyżuru ginekologicznego. Kiedy przyszłam była na izbie przyjęć kobieta, której już odeszły wody wobec czego chodziła z mokrymi spodniami po korytarzu, kiedy wychodziłam ona nadal była na izbie. Ja spędziłam tam ponad 6 godzin, chyba nie chcę wiedzieć ile ona tam tkwiła. To był ten moment kiedy ostatecznie podjęłam decyzję, że nigdy nie będę mieć dzieci.

    2. TEKSTacja napisał(a):

      Może tych nieopuchniętych ludziów w ciąży specjalnie traktują inaczej, no bo jest ich mniej? Na tyle wystarcza im cierpliwości ;-)

  27. Dominika Skorupa napisał(a):

    jak ja powtarzam co mnie do szału doprowadza już teraz (2gi trymestr) to Ślubny chodzi i nabija się, że jak tak mnie słucha, to nie wie już zupełnie czym te baby się tak w tej ciąży zachwycają. A ogólnie nie jest ze mną źle, tylko kręgosłup… ale z nim miałam problemy już przed ciążą.

  28. Aleksandra Gajdzicka napisał(a):

    Jejuś, jak to się szybko zapomina :) Ale chyba najgorsze były spuchnięte stopy, szczególnie, że był to środek lata i upał.

  29. bastalena napisał(a):

    Służba zdrowia to jedno. A wszystkie inne kreatury to drugie. Pamiętam jak mi kiedyś pewien kierowca MPK zamknął drzwi przed nosem, upał jak sto pięćdziesiąt, ja ulana po pachy [ach życzyłam mu wtedy sraczki na krańcówce!!!]. W środkach komunikacji miejskiej (ciągnąc wątek) wcale nie lepiej, bo ludzie albo głupia kleją, że brzucha nie widzą, albo odwracają głowę i lampią się przez okno, bo wtedy ulice nabierają innego uroku. Dżizas!

  30. Pamiętam, że najgorsze było czekanie. Końcówka mega mi się dłużyła. Wkurzało mnie nawet to, że w telefonowej appce nie było już żadnych ciekawych informacji, bo na końcu bobas tylko przybiera na wadze i rośnie :P No i dużą część 3 trymestru musiałam leżeć, co też fajne nie było. Na szczęście udało mi się uniknąć tych horrendalnych wydatków, ale to już uroki pracy w korpo.

  31. U mnie właśnie zaczął się drugi trymestr, podobno ten najlepszy. Po przeczytaniu tego posta postanawiam przy drugim zostać i nie wkraczać w trzeci tylko od razu na porodówkę, gdzie urodzi za mnie mój facet, a Ja będę stała z boku i wspierała trzymając za rękę;-);-);-) (w końcu miał w tym swój udział)…

  32. a ja w grudniu urodzilam, trzecia ciąża w sumie mało przyjemna.. zgagi najgorsze poniewaz miałam maly brzuszek to w srodku wszystko ścisniete na maksa… ale na szczescie sie skonczylo, mam super dziewuszkę. rodzilam ekspresowo w cudownym szpitalu w międzylesiu( 2 porody na dobe mają, wiec obsluga jak w prywatnym ..cudowne polozne i lekarze) a teraz włos sie sypie garściami … klasyka…
    a w ciazy denerwowalo mnie wlasnie to ,ze mialam maly brzuch i musialam sie wypinac,zeby ktos laskawie zauwazyl i mi np miejsce zwolnil w autobusie hehe..

  33. Grymken napisał(a):

    Dokładnie tak jak Ty Mati :-) Chyba wszystkie się tak czujemy pod koniec. Ja to przerabiałam 2 razy – na szczęscie druga była dziewczyna więc chociaż to mi dodawało sił :D – i mimo zupełnie różnych poczatków koniec był jednakowy. Kończyłam jako wielorybiasta-nidołężna-kula-uzależniona od innch :P Taki stan ozancza, że koniec jest już na prawdę blisko. U mnie objawiało się tym, że traciłam apetyt – normalnie cały dzień mogłam nie jeść. Wcześniej wydawało mi się, że umrę bez cogodzinnych przekąsek. Zatem po utracie apetytu i upływie jednego tygodnia młody człowiek pojawiał się na świecie :D Trzymam kciuki i tocz się bezpiecznie ! Już niedługo wszystko się „rozwiąże” XD Powodzenia !!!

  34. Magdalena napisał(a):

    jej… a ja bym chciala cale zycie byc w ciazy… mam dwie za soba i zawsze mi smutno ilekroc sobie pomysle, ze moze juz nigdy do grona ciezarnych nie dolacze, btw rekordzistka miala 69 dzieci (kilka ciaz mnogich)

Dodaj komentarz