Naćpana oksytocyną

Breaking news – urodził się pierwszy piękny noworodek na Świecie! Live-streamingu nie było, ale za to postanowiłam Wam opisać moje porodowe doświadczenia, bo czymś takim naprawdę trudno się nie podzielić.

Najpierw trochę takiego filozoficznego pierdololo, które możecie spokojnie ominąć, jeśli interesują Was tylko konkrety :)

Jesteśmy rozpieszczeni przez własną kulturę i postęp technologiczny. Gdy tylko złapiemy przeziębienie, idziemy po leki do apteki. Gdy jesteśmy głodni, zamawiamy pizzę lub idziemy do najbliższego sklepu po składniki na obiad. Nawet będąc fanami mięsnych potraw, nie musimy na nic polować ani niczego własnoręcznie zabijać. Nie musimy mierzyć się z brakiem wody, ciepła czy nawet z nieczystościami, bo każdy ma w domu kran z bieżącą wodą, kaloryfer, toaletę i pralkę. Nie musimy już łazić do lasu na dwójeczkę, prać ubrań w przeręblu i martwić się, czy nie umrzemy z zimna, gdy zgaśnie ogień. Mamy w związku z tym tak wiele wolnego czasu, że możemy poświęcić go np. sztuce, uprawianiu sportu dla przyjemności lub graniu w gry komputerowe, martwiąc się nie o przetrwanie, ale o to, czy stać nas będzie na wymarzone wakacje. Właściwie wszystkie nasze problemy są już tak abstrakcyjne dla człowieka pierwotnego, że nie trzeba sięgać po hasło „internet” lub „social media”, żeby takiego dzikiego, pierwotnego homo sapiens zadziwić. Wystarczy „bidet” lub „aspiryna”. Dziwa nad dziwy.

Jest jednak coś, co właściwie nie zmieniło się od dawna pomimo różnych udogodnień, które zaserwowała nam współczesna medycyna. Tym czymś jest ciąża, poród i połóg, czyli czas, kiedy kobieta, chcąc nie chcąc, cofa się do czasów pierwotnych ludzi i tak samo jak tamte kobiety przechodzi przez cały proces tworzenia człowieka. Panowie, uwierzcie mi, tego nie da się podrobić.

Oczywiście, mamy dużo łatwiej niż kiedyś. Przede wszystkim już tak często nie umieramy przy porodzie. Właściwie rzadko to się zdarza. Masa leków, kosmetyków i urządzeń przychodzi nam też z pomocą, gdy pojawiają się problemy. Ale mimo wszystko nie znaleziono jeszcze lepszego i zdrowszego porodu niż naturalny oraz lepszego i zdrowszego karmienia niż cyckiem. A podczas ciąży musimy zrezygnować z genialnego odkrycia Fleminga i na przeziębienie pijemy herbatkę z sokiem malinowym lub jemy kanapki z czosnkiem. Dla wielu kobiet to pierwszy moment w życiu, gdy nie biorą antybiotyku, który przecież lekarze tak lekką ręką wypisują jako panaceum na każdą chorobę.

Pamiętam, gdy pytałam mojej lekarz prowadzącej ciążę o sposób na mdłości w pierwszym trymestrze. Radziła częste, ale małe posiłki. Puchnące nogi? Trzymać w górze. Ból gardła? Pić mleko z miodem. Moja i tak obniżona odporność w trakcie ciąży nie została wsparta właściwie żadnym lekiem, nie licząc suplementów w postaci witamin i minerałów. Nie mogła być. To by zaszkodziło dziecku.

A jednak mój organizm dostawał i dostaje kosmiczne dawki różnych silnych substancji, które sam sobie serwuje. To one powodują wahania nastrojów w ciąży, różne zachcianki, obniżoną odporność organizmu i przygotowanie ciała do porodu. To one też są odpowiedzialne za to, że karmię małego za pomocą cycków, które wcześniej były tylko ozdobą. To one sprawiają, że potrafię się rozpłakać, bo… on jest taki zajebisty! Żadne narkotyki z czarnego rynku mi tego nie dadzą. Najsilniejsze dragi to te, które mam już w sobie jako matka. I choć to generalnie niefajne – być w ciąży, rodzić i znosić te wszystkie minusy związane z macierzyństwem – to jednak możecie nam, panowie, pozazdrościć tego prymitywnego, intensywnego doświadczenia, którego nigdy nie przeżyjecie, bo matka natura nie dała Wam macicy.

No, a teraz obiecane konkrety, czyli historia mojego porodu, którą możesz spokojnie ominąć, jeśli nie chcesz czytać o szczegółach takich okropności jak poród… Fuj przecież.

Przez całą ciążę nastawiona byłam na poród naturalny, i to taki bez znieczulenia, bo często przedłuża ono akcję porodową i niepotrzebnie komplikuje poród. Z wielu względów jest to najzdrowsze – zarówno dla matki jak i dla dziecka – rozwiązanie, choć oczywiście nie mam żadnych uwag do kobiet, które decydują się na cesarskie cięcie z lęku przed bólem. Samopoczucie matki jest moim zdaniem najważniejsze, więc jeśli ma umierać ze strachu i się stresować coraz bardziej w ciąży, to już niech lepiej sobie zrobi płatną cesarkę. Albo niech się zgłosi do specjalistów, którzy jej wytłumaczą, że nie taki diabeł straszny w przypadku porodu siłami natury, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, z położną lub doulą, odpowiednim przygotowaniem i zastępem lekarzy, którzy w razie czego użyją tego skalpela – a cesarka wcale taka najprzyjemniejsza nie jest, no i dochodzenie do siebie po niej trwa duuuużo dłużej niż po naturalnym porodzie.

Moje nastawienie na poród naturalny jednak nic nie dało, bo się Conan w brzuchu nie obrócił i do ostatniego momentu uparcie siedział głową w górze. To niestety oznaczało obowiązkowe cesarskie cięcie, które mi wyznaczono na 20 kwietnia.

Czas mijał a moje ciało w żaden sposób nie dawało znać, że szykuje się na poród. Mama tłumaczyła, że jej na jakiś czas przed porodem „brzuch opadł”, obniżając się i trochę zmniejszając dolegliwości związane ze zgagą, za to powodując mocniejsze parcie na pęcherz. Są jeszcze skurcze przepowiadające nawet na kilka tygodni przed porodem i masa małych sygnałów, że zaraz czas na dziecko. A u mnie nic. Brzuch w górze, szyjka macicy twarda i nie skracająca się, żadnych skurczy, a zaraz termin cesarki…

Pewnie myślicie, że to przecież nieistotne, czy mi się naturalny poród zbliżał, skoro i tak mieli mnie ciąć, ale mój instynkt był tu nieugięty. Coś mi mówiło, że pomimo że dziecko wyjmą mi z brzucha lekarze, to moje ciało (no i samo dziecko) powinno być gotowe do porodu, w jakiś sposób „dojrzałe do tego”, gotowe. Dlatego tak bardzo mi zależało, żeby to jednak natura zdecydowała o terminie przyjścia na świat Conana a nie wolny termin na sali operacyjnej. Żałowałam, że wcześniej nie ustaliłam tego z moją lekarką. Jeszcze w sobotę wieczorem, w przeddzień jechania do szpitala, dzwoniłam do Moniki z Fundacji Rodzić Po Ludzku, żeby się jej poradzić, co robić w takiej sytuacji. Kazała zaufać instynktowi i spróbować przełożyć z lekarzem termin operacji. Z takim nastawieniem położyłam się spać: „jutro zadzwonię do mojej lekarki i spróbuję wszystko przełożyć”.

Nie minęły dwie godziny od rozmowy z Moniką, gdy zaczęły się skurcze. Może to dlatego, że posłuchałam innej jej rady i trochę potańczyłam, poruszałam biodrami tego wieczora, próbując przyspieszyć akcję. A może tak po prostu miało być, niezależnie od wszystkiego. Tak więc zaczęły się skurcze i o 3 rano byliśmy już w szpitalu, a położne mówiły, że gdyby nie to położenie pośladkowe dziecka, to mogłabym już spokojnie zacząć rodzić. Miałam, jak to określały „piękne skurcze”, które z pięknem miały jednak niewiele wspólnego. Bolało strasznie, i to tak co chwila, co minutę, trzymając mocno… a ja musiałam swoje odczekać, bo tuż po mnie do szpitala przyjechała dziewczyna z zagrożonym porodem i ją pierwszą wzięli na salę operacyjną. Na szczęście wszystko poszło sprawnie i dość szybko. Conan urodził się niedługo później.

Najbardziej bałam się dwóch rzeczy: że mnie będą cewnikować na żywca, przed znieczuleniem, oraz że po cesarskim cięciu nie dostanę dziecka do kontaktu Skóra do Skóry. Niesłusznie. Tu nie było żadnego problemu. Najbardziej nieprzyjemne było ukłucie przy znieczuleniu podpajeczynówkowym (w kręgosłup. okropne, choć chyba bardziej psychicznie niż fizycznie, na szczęście ból trwa tylko ułamek sekundy), po którym zdrętwiałam od pasa w dół. Położono mnie na stole operacyjnym, podłączono pod tę całą aparaturę, włącznie z maszyną, która robi „piiip”, ocewnikowano, założono parawan nad brzuchem, żebym nie widziała, co mi tam robią. Jedna ręka na ciśnieniomierzu. Druga ręka wyciągnięta z wenflonem, na paszczy maska z czymś uspokajającym, bo trzęsłam się ze strachu jak osika.

Pamiętam, że spytano mnie, jak się będzie syn nazywał, i zanim powiedziałam wszystkim jego prawdziwe imię, wypaliłam: „Conan”. Cisza, która zapadła po tym i te znaczące spojrzenia na siebie znad masek chirurgicznych – bezcenne :) Potem rozmawiałam z chirurgami, dla relaksu. Opowiedziałam im między innymi dowcip o śmierci papieża*, bo jakoś tak zeszło na tematy religijne. Nie czułam bólu, ale cały czas czułam dotyk, szarpanie, przecinanie. Wiem, że to brzmi strasznie i tak, to prawda, było bardzo nieprzyjemne, ale dziewczyny, które to czeka, zapewniam, że nie ma nawet śladu bólu.

A potem, nagle, usłyszałam płacz dziecka.

– To on? – spytałam
– No chyba nie ma tu żadnego innego dziecka – odparł jeden z lekarzy.

I nagle zaczęłam płakać. Szlochać wręcz. Z oczu poleciały wodospady łez, bo to był ten moment, gdy jakiś dziwny „obcy” w moim brzuchu (który się rozpychał, kopał w nerki i był generalnie kripi) stał się nagle najcudowniejszą istotą na świecie, którą czułam potrzebę chronić za wszelką ceną, przed wszystkim, zawsze. Zakochałam się od tego pierwszego dźwięku.

Ponieważ ręce miałam unieruchomione, przyłożono mi syna do policzka, a ja zaczęłam całować jego zapłakaną twarz własną zapłakaną twarzą.

Potem była jakaś dziwna czarna dziura w pamięci. Wiem, że się trzęsłam strasznie, że było mi zimno, że zawieziono mnie do sali pooperacyjnej a Conana dano na chwilę Sebastianowi do potrzymania. Dowiedziałam się od niego potem, że gdy mnie wieziono na łóżku, machał mi, a ja mu odmachałam, ale kompletnie tego nie pamiętam. Był zły, że nie pozwolono mu być przy nas podczas operacji. Przy planowanych cesarkach można, przy takich nagłych, ponoć, nie. A przynajmniej nie zawsze. Szkoda, bo wiele bym dała, żeby go mieć w tamtym momencie, potrzymać za rękę, popatrzeć na niego podczas zabiegu.

Na sali pooperacyjnej miałam przedziwne, nieprzyjemne uczucie unieruchomienia związane z ciągłym brakiem czucia w dolnej części ciała. Nie mogłam ruszać nogami, byłam zmarznięta, obolała i jeszcze otumaniona po operacji. Ale dano mi już Conana, którego mogłam niezdarnie przytrzymywać rękami przy piersiach do karmienia. Mieliśmy wiele szczęścia, bo zarówno ja nie miałam żadnego problemu z mlekiem – jak i on z odruchem ssania. Bez problemu się najadł, potem spał mi przy piersi, spokojnie, przez ponad 2 godziny. Położna, która się nami w tym czasie opiekowała, była też doradcą laktacyjnym, więc bardzo pomagała nam prawidłowo przystawiać niemowlaka do ssania. Późniejsze doświadczenia w tej kwestii niestety nie były tak dobre jak podczas tych pierwszych kilkunastu godzin na sali pooperacyjnej (przetrzymano nas tam trochę dłużej ze względu na brak miejsc na położniczym).

No właśnie. Potem to już było głównie dochodzenie do siebie, łykanie środków przeciwbólowych, próby wstawania, umycia się, pierwsze spacery. A dziecko uczyło się nowego rytmu dobowego, który polega głównie na spaniu i jedzeniu naprzemiennie.

Pomimo że Żelazna uchodzi na najlepszy szpital położniczy i generalnie pracują tam fantastyczni lekarze i położne, zdarzały się też małe wpadki, a raczej zwykłe problemy, które dla świeżo upieczonych mam mogą stanowić poważne przeszkody w uczeniu się nowej roli w życiu. Bo to jest taki moment, gdy kobieta pamięta wszystko i wszystko bierze do siebie. Jest wrażliwa, roztrzęsiona, pod wpływem leków, lęku, hormonów i szoku wynikającego z nowej roli. Uwierzcie mi, drogie panie położne i lekarze – wszystko się wtedy bierze do siebie, wszystko może zranić, przestraszyć i wprowadzić w błąd.

Przede wszystkim – co położna to inna szkoła. Na temat właściwie wszystkiego. Moja pierwsza położna kazała mi nie głaskać dziecka po głowie podczas przystawiania do piersi, żeby jedynym dotykiem na głowie był ten u ust dziecka – to stymuluje odruch ssania i nie rozprasza. Następnego dnia inna położna (też doradca laktacyjny!) tłumaczyła dziewczynie w mojej sali, żeby swoją córeczkę głaskała po głowie i ciągle stymulowała podczas przystawiania, bo tylko dzięki temu dziecko będzie miało odruch ssania. To nie wszystko. Na badaniach słuchu położna, żeby uspokoić Conana, podała mu do ust odrobinę glukozy i wsadziła mu tam paluszek u rączki, żeby go ssał i „dał mamie trochę spokoju”. Druga położna, która poprowadziła mnie z małym z powrotem na oddział, na widok małego ssącego palec, wyjęła mu go szybko z ust ze słowami „oj! Nie nabieraj złych nawyków!”. Innym razem położna kazała ubrać Conana w dwie warstwy ubranek, w dość ciepłym pokoju. Spytałam, czy nie będzie mu za gorąco. „Ależ skąd!” obruszyła się. Dwa dni później inna położna weszła do nas i zobaczyła Conana w jego ubrankach. „Matko, co on taki opatulony! Przecież tu jest gorąco!”.

Wszystkie położne natomiast były zgodne co to tego, że Conan dobrze ssie i dobrze jest przystawiany do piersi – co obala teorię, że prawidłowo ssące dzieci nie ranią brodawek sutkowych. Ranią. A raczej mogą ranić i niestety ja mam tego pecha, że karmienie mnie boli, zwłaszcza na początku ssania. Potem ponoć robi się łatwiej, więc poczekam cierpliwie kilka dni, może przejdzie.

Nie podobało mi się podejście kilku położnych do pacjentek, które miały z czymś problem. Każda uznawała swoją teorię za jedyną właściwą, nie dopuszczały do głosu matek, negowały ich wrażenia, zbywały wątpliwości. Pojawiały się teksty, takie jak poniższa rozmowa:

– jak mam małą przystawiać?
– No tak, jak pokazuję. Ale musi się pani sama nauczyć. Przecież nie zabierze mnie pani do domu. – powiedziane dość suchym tonem.

No nie zabierze. Dlatego pyta. Albo:

– Niech go pani przystawi do piersi, jest głodny!
– Ale jadł 15 minut temu, dość długo, a teraz płacze, wydaje mi się, z innego powodu… Nie wiem, z jakiego…
– No jak może pani tak mu dawać płakać! Nie żal pani dziecka? Przecież głodny!

Tak, na pewno ona celowo odmawia własnemu dziecku pokarmu. Mhm. Żeby męczyć noworodka, na którego płacz jest zupełnie nieczuła.

Nie podobało mi się też budzenie nas co 3 godziny, bo co tyle dzieci muszą jeść, co by się nie działo.. I kończyło się to tym, że noworodek, który właśnie zasnął po kilku godzinach płakania i jedzenia, znowu był budzony, bo „już trzecia w nocy” i trzeba wejść, zrobić raban i zmusić nas do karmienia.

Generalnie jednak szpital jest bardzo pozytywnie, fajnie nastawiony do rodzących i naprawdę polecam Wam Żelazną.

A teraz krótka refleksja o Złej Matce, która gdzieś popełniła błąd.

Miało być tak cudownie. Miałam być Złą Matką, nieczułą jędzą, która żartuje z oddania dziecka do Okna Życia, gdy ono nabroi, prowadzi małego na szczepienia, daje mu obowiązki domowe, mówi „nie” i lajkuje fanpage „rodzicielstwo dalekości”. I w sumie będę Złą Matką (zapraszam wszystkie złe matki na fanpage :>).

Ale co do jednego się pomyliłam. Nie sądziłam, że tak cholernie, wściekle, od razu, beznadziejnie, doszczętnie i dziko się zakocham w moim dziecku. Myślałam, że to przyjdzie z czasem. A przyszło w momencie, gdy go po raz pierwszy usłyszałam. Myślałam, że nie da się kochać mocniej niż kochałam do tej pory. A można kochać mocniej. I siedzę tu z nim w domu jak wariatka, wybierając patrzenie się na niego ponad każdą inną rozrywkę. Płaczę, „bo jest taki piękny” i „bo świat jest taki zły” i „bo co to będzie, jak zachoruje albo coś mu się stanie”.  No trzepnęło mnie. Jestem naćpana oksytocyną i przeraźliwie kocham moje dziecko. Muszę mieć ich więcej, może wtedy nie będę się tak o niego bała… ;)

* Dowcip z sali porodowej brzmiał tak:
Umiera papież i idzie do nieba. Otwiera mu święty Piotr.
– Kim jesteś?
– To ja, papież.
– Kto?
– Papież. Głowa kościoła katolickiego!
– Przykro mi, nie znam takiej funkcji… Ale poczekaj, dobry człowieku, spytam szefa.
Idzie święty Piotr do Boga i pyta:
– Panie, jest tu mężczyzna, który mówi, że jest papieżem, głową kościoła katolickiego. Wiesz coś o tym?
– Nie… – Bóg się zamyślił – ale wyślij tam Jezusa, on się zna na takich typach.
Jezus poszedł pod bramę, pogadał z papieżem kilka minut i w końcu rozbawiony wrócił do ojca.
– Ojcze, pamiętasz to kółko rybackie, które założyłem 2000 lat temu? Oni wciąż działają!

PS. Wciąż uważam, że praca kierownika produkcji jest dużo bardziej męcząca niż bycie matką i opieka nad noworodkiem. Tu się bardziej wysypiam, mam dużo więcej czasu dla siebie, w ogóle „mam czas”. Tam się nie ma czasu na nic. Tak że ten…

Komentarze do wpisu: 96 Napisz komentarz

  1. Sylwia Jeżewicz napisał(a):

    Wiedziałam, że z Twojej strony będę mogła liczyć na proste i wyczerpujące opisanie jak wygląda poród „od kuchni”. Czytałam zaciekawiona, aż w pewnym momencie sama się rozpłakałam ;) Serdecznie Wam gratuluję :)

  2. Joanna Beska napisał(a):

    Seg, wybacz, że komentarz trochę nie na temat, ale jeśli można coś zasugerować to proponuję poprawić odległość spacji w tekście. Obecnie jest trochę za mała przez to przy długich notkach tekst się zlewa :(

    A w temacie to oczywiście GRATULUJĘ! Nareszcie urodziło się royal baby polskiej blogsfery! :D Conan na prezydenta!

  3. Leeni napisał(a):

    OMG absolutnie się wzruszyłam i teraz już nie zasnę, a rano wstać trzeba.
    Ślicznie to wszystko opisałaś, internety krzyczą z zachwytu i gratuluję bardzo mocno.
    Patrz na Conana ile wlezie, dzieci szybko rosną.
    I diabelnie mi się podoba to PS. Zawsze sądziłam, że to musi tak być. Nikt nie mówi, że macierzyństwo to łatwizna, ale nie popadajmy w przesadę.
    Ucałuj Conana od wszystkich cioć i wujków (w połowie chyba się zmęczysz xD)

  4. Bardzo przyjemny tekst! Nie mam dzieci i w ogóle strasznie się ich boję. Sama myśl o ciąży, zostaniu matką i wychowywaniu takiego brzdąca mnie przeraża. Ale miło się to czytało. Strach chyba jest naturalnym odruchem, ale da się go przeżyć. Gratulacje!

  5. No trzepnęło Cię jak każdą matkę. Właśnie na tym polega ten urok. Ale z wyrokami na temat tego która praca jest cięższa poczekaj jeszcze trochę. Noworodek w domu to czas największego wypoczynku dla mamy – nawet te, które według słów Mam „nigdy nie śpią” – śpią i to dużo. A to się zmieni gdy będą przedszkolakami, będzie ich dwóch lub trzech i naprawdę bardzo ciężko będzie ich zagonic do spania :)

  6. Gabriela Gabi napisał(a):

    Gratulacje po całej szerokości! Ja zostałam mamą 5 ego w niedziele świąteczną. Tez przez cięcie. Jest wszystko taj jak napisałaś. Różnice widzę jednak w metodach stosowanych w szpitalach. Mnie nie budziło co chwile. Jestem matką i wystarczyło tylko, że powiedziano mi co i jak. Do szału doprowadziły mnie salowe bez wyobraźni. Żarcie było niezgodne z dietą matki karmiącej. No i ja miałam problem z laktacja ale się udało po czasie. Zatem bomba ze zaskoczyliscie w kwestii karmienia.
    Cycki potem przestają boleć jak by co są kapturki i mój przez nie właśnie zajada…
    Teraz jest wszystko inaczej…

  7. Magdalena Pniewska napisał(a):

    Najszczersze gratulacje! Czytam Cię od czasów „Seg w Paryrzu”, czyli w sumie na Tobie się wychowałam, cholernie cieszę się Waszym Szczęściem! Najlepszego! :)

  8. Gratuluję. Ja też w mojej córeczce zakochałam się do szaleństwa ale żarty o oknie życia były.
    Fajnie, że masz dobre wspomnienia ze szpitala (jak na warunki). Wracaj do sił!
    A na pękające brodawki maść z lanoliny najlepsza.

  9. Ja przy pierwszym tez się poryczalem. I to na trzeźwo, bez dopalaczy. Myślałem, że przy drugim będę twardy jak Tomilidżons, ale znowu wyłem. Aż położna się wzruszyła, że „pan taki wrażliwy”. Wszystkiego best i dużo snu Wam życzę.

  10. Żaneta Kruk napisał(a):

    Zawsze się wzruszam czytając wspomnienia porodowe, to chyba jakiś moj defekt. Albo hormony wciąż szaleją ;) W każdym bądź razie co ja to chciałam? Oczywiście pogratulować i przywitać Conana na świecie :)) a już to chyba kiedyś pisałam, ale co tam powtórzę się.. Ile matek tyle opinii, a Twój instynkt macierzyński jest najważniejszy i to właśnie jego się słuchaj. Zwłaszcza, kiedy uderzył z taką siłą, bo to jest właśnie niesamowite (ja po porodzie nie spałam całą noc, tylko gapiłam się na Młodego z radością i uwielbieniem jakbym greckiego Boga na świat wydała, a teściowej mało wzrokiem nie zabiłam jak dzien po porodzie mi go na przejażdżkę po korytarzu tym plastikowym korytkiem zabrała- myślałam, że mi serce pęknie).

  11. Zbysia88 napisał(a):

    Ja marzylam wlasnie o SN na Zelaznej, a skonczylo sie na CC w Brodnowskim. Ale widze ze nie mam czego zalowac bo to czego mi najbardziej brakowalo to wlasnie obecnosc meza w trakcie CC…
    Co do karmienia to mialam podobnie, jak jeszcze dzialaly przeciwbole to pieknie szlo, a jak tylko zeszly to niestety przyszedl bol przy kazdym zassaniu przez Mala. Mimo moich checi, wizyty u doradcy i porad poloznych nie udalo sie, tzn skonczylo sie na sciaganiu pokarmu i podawania butelka. Ale powodzenia! Oby sie udalo bo odciaganie jest wykanczajace.

  12. Miałam podobne doświadczenia porodowe oraz z karmieniem. Tylko tego czasu miałam mało bo mi córa w dzień nie spała. Pewnie juz przeczytałaś pól Internetu i kilka książek o karmieniu, ale tak na wszelki podpowiem, że im więcej brodawki włożysz Conanowi do buzi podczas karmienia tym mniej będzie bolało. Smarowanie sutków swoim mlekiem tez troche pomaga na ból. Pozdrawiam Was cieplutko, ze łzą w oku wspominając ten piękny, szalony czas :)

  13. Nie byłam w stanie przebrnąć przez całość – chyba zbyt wrażliwa jestem na takie opisy, a może wyobraźnia działa mi nad zwyczaj płynnie ;]
    Tak czy siak, dobrze, że już jesteś PO!

  14. Marlena Wróblewska napisał(a):

    Czytałam opis do ostatniego akapitu z tryumfalnym bananem na twarzy.. Tyle w temacie „patologicznej matki” (jaką deklarowałaś się być na BFG)… No ale sama to zauważyłaś.
    Tyle, że my, matki… wiedziałyśmy to wcześniej ;). Na instynkty nie ma mocnych.

  15. Jego rączki i paznokietki są wręcz wzruszające. Cieszę się Waszym szczęściem i dziękuję za dobry dzień. Tak miło jest wiedzieć, że gdzieś daleko ode mnie jest osoba najszczęśliwsza na ziemi.. mama Conana ;)

  16. Asia napisał(a):

    Nie wzruszam się na filmach, nie działają na mnie żadne książki.
    Poryczałam się podczas czytania tego tekstu.
    <3

  17. Jak dalej będzie krew (dalej czyli po kilku tygodniach) to polecam mimo wszystko nakładki na sutki. Dzięki nim pół roku syn mógł pić moje mleko bez konieczności mieszanki czy odciągania. O dziwo córki nie robiły takiego problemu. A z maści bephanten, maltan lub purelan. Powodzenia

    i śpijcie do bólu!
    Btw. pierwszy raz słyszę, że co 3h budzą w szpitalu by karmić. U mnie tylko tym matkom, których noworodki spadały mocno z masą, przypominały o karmieniu.

  18. asieklack napisał(a):

    Gratuluję :)
    ja rodziłam 9 kwietnia. i muszę się. niestety zgodzić z tym, że co położna to inna opinia… przykładowo- w nocy nie miałam jeszcze tak kalorycznego pokarmu, żeby malutka mogła się najeść, płakała prawie cały czas, ja już bez sił, oczy na zapałki, więc przyszła położna i stwierdziła, że należy dokarmić sztucznym mlekiem. Mówię ok, szczęśliwie to rozwiązanie zadziałało- ja trochę pospałam, a Zosia się najadła. Rano jednak przychodzi kolejna położna, która zdecydowanie niemiłym tonem skomentowała fakt, że obok stoi butelka z niedokończonym mlekiem, że powinnam tylko cyckiem… ahh. ale na szczęście się tym za bardzo nie przejęłam ;)

    co do karmienia- moje sutki też mimo poprawnego przystawiania pogryzione strasznie :/ pomogły nakładki sylikonowe- mała załapała szybciutko jak to działa, ja mam dużo większy komfort karmienia. Polecam. a z maści oczywiście bephanten.

  19. Fantastyczny tekst, wytrwałam do samego końca, a długi! :) Co do cesarki – podobno to mit, że cesarka nie boli. Kobiety „goją się” znacznie dłużej i jest ciężkiej niż po naturalnym porodzie.

  20. Gratulacjeeee!!!:) Przeogromne!:) Sie wzruszylam:):):) Tez mialam cesarskie ciecie i tez podobnie czulam i mega dziwne uczucie,ze nagle slyszy sie placz dziecka, ale jak przylozyli mi moja coreczke tak samo placz;):):) Co do poloznych to wiekszosc u mnie bylo okrponych, mega znecaly sie nade mna bo nie mialam pokarmu i karmilam sztucznie. Wyobarzasz sobie pewnie co to bylo. Kazaly mi w pierwsza noc wstawac do dziecka i przewijac a ja kompletnie nie mialam sily i nie wiedzialam jak – mialam do tego uczulenie od znieczulenia i dostalam sterydy,ktore kompletnie mnie zmiotly. Bralam wiec telefon nagrywalam je i mowilam,ze nagrywam i albo mi przewijaja dziecko i daja mleko,albo bede je sadzic i do tego wysle je do tvnu,ze kaza mi wstawac kiedy ja kompletnie nie czuje sie na silach i balam sie ze upuszcze dziecko. Wiec u mnie byla ciagla walka:) Przychodzily do mnie i mowily,ze oboklezy Pani po cesarce i juz dawno chodzi, a ja sie and soba uzalam,wiec im mowilam ze ja robie kur…robie fikolki jak wychodza. Byly okropne, moj maz byl ze mna 12h na dzien i powiedzialam,ze chocby chcialy policje wezwac on bedzie;) i byl, dosrywaly mi polozne wiec,czy moj maz ze mna bedzie caly czas?Wiec mowilam im,ze tak , bo spimy na pieniadzach, jestesmy mega bogaci, wiec bede miala meza przy sobie caly czas. zamykaly sie….i wlasnie jak worcilam do domu to rozplakalam sie na maxa i ppoczulam spokoj i wkoncu moglam cieszyc sie w pelni macierzynstwem:) Moja coreczka ma 2,5 roku, ja pracuje, prowadz bloga i radze sobie swietnie,ale gdybym spotkala chco jedna z poloznych na ulicy, to nie recze za siebie… Dla mnie jest to orkpone, ze taki moemnt keidy rodzi sei dziecko, jest szczegolny,a one sa takie bezlitosne.

    1. Zbysia88 napisał(a):

      Kurcze to straszne. Jesli nawet w tych najbardziej chwalonych szpitalach u wielu poloznych jest kompletny brak empati i niechec w pomocy mlodym mamom, to co dopiero dzieje sie w mniejszych miejscowosciach? Ja nie mialam az takich przezyc z poloznymi jak Pani, byly wlasciwie mile, ale zadna z nich nie poswiecila mi wiecej niz pol minuty na pokazanie co i jak z karmieniem… Drugiej nocy po cc rowniez zostawily nas same sobie, Mala niemilosiernie plakala a ja ledwo moglam wstac z lozka, co dopiero mowic o kolysaniu…

  21. Gratulacje :) Mnie czeka poród mniej więcej za miesiąc i już się boję. Co dziwne, bardziej niż samego porodu boję się tych 3 dni w szpitalu, kiedy będę sama z maluszkiem (w sensie – bez męża). Bo przecież położne mogą być różne, a ja nawet noworodka w życiu nie trzymałam na rękach dłużej niż 10 sekund.

  22. Muka napisał(a):

    Nie jestem jeszcze matką, nie jestem w ciąży, a poryczałam się jak bóbr i coraz bardziej czuję, że chcę mieć dziecko. Niedługo :) Tymczasem wam życzę dużo zdrowia i spokoju. Szkoda, że poklady oksytocyny kiedyś się kończą, ale na szczęście miłość pozostaje.

  23. Gratulacje! Moja żona jeszcze na noc przed porodem płakała, że co to będzie jak nie będzie kochać swojego dziecka i okaże się beznadziejną matką. A sekundę po porodzie rozpoczął się kompletny szał nawet zajob na punkcie My Little Ant. I trwa już półtora roku, więc śmiało mogę powiedzieć, że to naćpanie nie mija :) Mnie też.

    1. Karolina napisał(a):

      Ja ryczę z podobnego powodu regularnie. Jeszcze 3 tyg i się okaże. Dzięki za dobre słowo. Pzdr dla żony, dla Ciebie i Little Ant. :)

  24. Ulcia Miszkiel napisał(a):

    Kochana wszystkiego najlepszego! Jeszcze chyba nie dorosłam do bycia matką, ale Twoje doświadczenia są pouczające i wzbudzają ciekawość. Kiedyś chcę mieć dzieci, ale nie czuję, że to już ten czas.
    Niemniej uśmiechałam się jak głupek czytając to.

  25. Moje Gratulacje.. !!
    A pro po „złej matki”
    Wierzę, że nawet krowa zmienia poglądy :)…a swoją drogą prawdziwe jest że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…
    I oby ta miłość Cię niosła :) a jak przyjdzie pierwszy wkurw – też będzie normalne…

  26. Bardzo dobra relacja – rozsądna, a zarazem wzruszająca. Od razu przypomniał mi się mój poród – też na Żelaznej. Niestety to przeogromna fabryka, dość chaotyczna. Mój pobyt tam był pasmem wpadek personelu – tak jak piszesz miałam w głowie radar, który wychwytywał wszelkie interpersonalne spięcia, miałam wrażenie, że personel sprzecza się nad moim brzuchem, a ja jestem jakimś wielkim manekinem, który jest tylko źródłem problemów. Niefajne przeżycie. No i doświadczyłam cewnikowania na żywca, z zaskoczenia – trochę szokujące, ale szybko się zapomina.
    Fajnie, że dajesz radę z karmieniem. Ten ból przy przystawieniu minął u mnie około po miesiącu, więc nie znjechęcaj się, po prostu te kanaliki wewnątrz piersi muszą się „uodpornić” na odczuwanie wypływu mleka. Problemy z karmieniem piersią i słabszym odruchem ssania po cesarce to chyba trochę taki mit, mający na celu zachęcenie kobiet do porodu naturalnego ;) Mój „plan porodu” szlag trafił ze względu na nagłe zalecenie cesarki, a karmienie to jedyne, co poszło gładko i zgodnie z planem :)

  27. Gratulacje! Z tym braniem sobie wszystkiego do serca masz całkowitą rację! Sama pamiętam słowa głupiej pediatry u nas na oddziale, która chyba sobie ubzdurała, że ja nie chcę karmić własnego dziecka… Takie tam niezrozumienie językowe :-)

  28. Eeee to szkoda że to nie był poród naturalny…..ale gratulavję pięknego syna, wszystkie noworodki dla swoich matek są najpiękniejsze, ja zakrwawiona wyjeżdzałam z sali porodowej z synkiem przy piersi i juz ssał pierś a wszyscy się na nas patrzyli. Co do cewnikowania, bo nieczułaś miałaś znieczulenie, ja byłam cewnikowana gdy ginekolog prywatnie włożył mi jakiś dziwny przyrząd na podtrzymanie za który mnostwo kasy zapłaciłam na prywatnej wizycie bo zbyt duze mialam rozwarcie a jeszcze było za wczesnie. Przez to zablokowały mi się różne funkcje, nie mogłam zrobić siku, choć lekarz mówił że to kwestia czasu i mi się ten element ułoży i będę mogła, ale niestety zamiast tego przyblokował mi ujście i przez wiele godzin bardzo chciało mi się siku ale nie mogłam zrobić, dostając wścieklizny i szału, to chyba gorsze od porodu naturalnego a podkreślam miałam ich już trzy i ten ostatni był najgorszy… cewnikowanie było konieczne, poznym wieczorem po kilku godzinach meczarni przy przytrzymywaniu wymuszonym blokadą ujścia moczu, nie wytrzymalam pojechałam do tego ginekologa, on chyba był już po piwie ale mnie przyjął, wyjął to coś i odesłał do szpitala aby zrobili mi cewnikowanie… chamstwo nad chamstwami… kase zaplacilam za to cos, a on sobie to znow zostawil…. nie myslalam wtedy o niczym tylko o tym aby wkońcu pozbyć się wielkiej ilości moczu która zalegała przez tyle godzin, cewnikowanie bardzo boli, tak jakby ktoś żyletką obcinał kawałek ciała w tamtym miejscu, katastrofa, cewnikowanie jeszcze szczypie… kolejne siusiu jeszcze szczypało ale byłam szczęśliwa że już to mogę robić!

  29. Wiesz co? Chyba pierwszy raz w życiu pomyślałam sobie, że poród to piękne przeżycie, zamiast myśleć o bólu i strachu. Chyba jak będę w ciąży to będę sobie Twój wpis odczytywać do poduszki, żeby mieć lepsze podejście ;) Zdrowie dla Ciebie i Maluszka :)

  30. Ja ryczałam razem z moją porodową położoną, gdy przyłożyli mi Alana do piersi. Lubię czytać relacje z porodów. Nie wiem dlaczego, może przez to, że nawet najbardziej krwawy horror ma chwilowy wątek komedii romantycznej. Wszystkiego dobrego dla Was! :*

  31. Sara Bob napisał(a):

    teksty pielęgniarek zaje*** – no bo jak dziecko płacze, to tlyko głodu przecież…. pffff Najszczersze gratulacje :)

  32. Gratulacje! Nareszcie w komplecie ;-) zgadzam sie z kazdym słowem, które napisałaś. Do tej pory jak przypomnę sobie emocje, które towarzyszyły naszemu pobytowi w szpitalu to mam łzy w oczach. U nas było troche komplikacji i takie nieprzemyślane teksty położnych bardzo mnie dołowały…:( ale tego nie da sie uniknąć chyba.

  33. Gratulacje!
    Mam wrażenie, że w takiej chwili jak trzymanie własnego nowo narodzonego dziecka w rękach, wszystkie wcześniejsze wahania na temat planowania ciąży (po wakacjach, po świętach, za młoda jestem, cośtam cośtam) są takie małe i nieznaczące.

  34. Agnès Więckowska napisał(a):

    Gratuluję Ci synka z całego serca.
    Chciałabym mieć dzieci za jakiś czas, ale muszę przyznać, że nie przepadam za dziećmi (zdarzają się wyjątki). Głupio to brzmi, ale tak jest. Nie jestem kobietą, która pieje z zachwytu nad każdym napotkanym wózkiem. Dlatego najbardziej boję się tego, że moje dziecko będzie mnie drażnić tak jak inne… Mam jednak nadzieję, że zakocham się z nim od pierwszego wejrzenia, tak jak Ty w Conanie.

      1. Mi też nie przeszło. Dzieci są brzydkie i upierdliwe. Poza moim Conanem, który jest zajebisty ;) No i pasierbów mam też fajnych, choć z wiadomych względów nie szaleję za nimi tak jak za Conanem. Po prostu się bardzo lubimy.

        1. Karolina napisał(a):

          Też nie lubię dzieci. Wkur*iają mnie strasznie. Ale jedno wyłazi za 3 tyg. I to jedno już teraz mnie nie wk*rwia. I już wiem, że nie będzie. I już mnie rozczula. A inne…? Eh, czy to ważne? ;)

  35. Nie będę oryginalna i składam gratulacje.
    Bloga czytam właściwie od początku a pierwszy raz mam nieodpartą ochotę zostawić jakiś ślad.
    Może to dlatego, że za kazdym razem kiedy czytam o porodach stają mi przed oczami moje własne przeżycia. W necie pełno jest dramatycznych historii porodowych a Twoja wywołuje uśmiech na twarzy.
    Jako matka 3 dzieci po 2 porodach: jednym „naturalnym”- największym koszmarze mojego życia i jednym cc (bliźniaki)- mam porównanie i cieszę się, że wszystko dobrze sie skończyło pomimo pokrzyżowania planów porodowych. Ja swoją cesarkę wspominam bardzo dobrze, czulam się świetnie, wręcz wypoczeta, bo całą „robotę” za mnie wykonały 2 cudowne panie doktor. Dzieci dostałam od razu, chłopcy byli w dobrej formie, nie wymęczeni skurczami i długą drogą przeciskania się na świat i po 6 godzinach od porodu biegałam z nimi po korytarzu. Może to kwestia szpitala, miłych położnych, cudownych lekarzy, którzy sprawili, że czułam się bezpieczna i „zaopiekowana”, a może właśnie porównania z pierwszym porodem, kiedy córkę urodziłam chyba tylko siłą woli na 6 cm po 17 godzinach skurczów co minutę… I wcale nie jest prawdą, że po cc dłużej dochodzi się do siebie, to jest sprawa indywidualna (ja po naturalnym porodzie cierpialam jeszcze 3 miesiące, po cc przestało boleć 3 dnia)
    A jednak to uczucie jakie rodzi się wraz z dzieckiem sprawia, że wszystkie „niedogodności” związane z porodem (jaki by on nie był) nie mają żadnego znaczenia.

    Przychodzi taka chwila
    z szarości dnia, z mroku nocy,
    z niecierpliwości długich godzin
    wyłania się mała istotka
    i zabiera ze sobą fragment twojego serca
    I oto jest ktoś
    dla kogo jesteś całym światem
    lekarstwem na wszystkie bóle
    barbarzyńskim bogiem
    w świecie ograniczonym
    tylko do twoich oczu
    i ogrodzonym uściskiem twoich ramion
    w którym twój głos brzmi jak muzyka
    a jeden pocałunek koi smutek
    i układa do snu
    I oto jest ktoś
    kto jest dla ciebie centrum świata
    I nigdy nie jest już zimno…

  36. Zachwyty, gratulacje, wysokie emocje… Czytając ten wpis w drodze do pracy kilka razy byłam bliska omdlenia, mimo że spodziewałam się bardziej hardcorowego opisu i krwawych szczegółów. W dzisiejszych czasach coraz bardziej odchodzi się od psychicznego terroryzowania kobiet: „to już najwyższy czas”, „za kilka lat już będzie za późno”, „potem będą problemy”. Otóż nie, bo nie każda kobieta dąży do macierzyństwa i nie każda się na to zdecyduje. Rozumiem to zakochiwanie się w dziecku, te wszystkie zachwyty i przeżywanie każdej minuty z nowym najważniejszym człowiekiem w życiu matki, ale sama się na to nie zdecyduję. Gratuluję :)

  37. Jowita napisał(a):

    Przede wszystkim gratuluję:)

    U mnie pierwsze tygodnie wyglądały mniej więcej tak:

    [na spacerze]
    -Co tam robisz?
    -Yy… odganiam muchę bo wleciała jedna do wózka.
    -Tak, na pewno…pewnie sprawdzasz czy dziecko* oddycha.

    *tak, przez jakiś czas nie mogliśmy się przemóc, żeby mówić do naszej córki po imieniu, więc mówiliśmy dziecko, niemowlak, maluszek i takie tam;)

  38. Magdalena Ostrowska napisał(a):

    Gratulacje! :-) Z karmieniem będzie coraz lepiej, zapewniam. Pierwszy miesiąc najtrudniejszy, pozniej jiz zam. Pozdrawiam Was cieplutkoórki.
    Echh czyli rozbierznosc informacji od położnych to dysku problem. A myślałam ze tylko tam gdzie ja rodził. m

  39. Michael Presley napisał(a):

    Gratulacje :). Jeszcze taka mała refleksja; jak to jest, że wszystkie noworodki tak niesamowicie zachwycają swoich świeżo upieczonych rodziców, kiedy one wszystkie są takie same :D ?
    Czy to tylko osytocyna :D?

  40. Gratulacje! Też rodzilam na Żelaznej.Nie zawsze jest tak jak się planuje.. Dla mnie nagła operacja byla ‚wytchnieniem’ (i ratowaniem życia) a cewnikowania, ktore bylo przed znieczuleniem nawet nie poczułam po tych 20 godzinach porodu- mordęgi i komplikacji. A co do karmienia to daj sobie dwa miesiące, będzie lepiej, niewykluczone, że wcześniej :)

  41. Gratuluje raz jeszcze :)

    Co do dotyku to ja się dowiedziałam, że dzieci po cc mogą mieć przeczulicę (moja miała) i należy wręcz dotykać po buzi i głowie jak najwięcej. A w kwestii ssania to czasami dziecko przygryzie albo źle złapie sutka i zaczyna boleć od nowa – to już zdążyłam przerobić, ale podobno ciało się przyzwyczaja :)

    Ja rodziłam w szpitalu im. orłowskiego i na szczęście tam wszystkie panie położne mówiły to samo i każda z osobna miała ogromne pokłady cierpliwości do świeżo upieczonych mam, które zadawały setki pytań (ja chyba najwięcej :)) oraz czasami przez godzinę albo i dwie siedziały z młodą mamą i uczyły dostawiać do piersi.

    Pierwsze spojrzenie na dziecko po 24 godzinach wyrwał ze mnie taki atak płaczu, że jak o tym pomyślę teraz to nadal mam ochotę ryczeć.

    Dużo zdrowia całej Waszej radosnej rodzince i do zobaczenia na spacerze lub spotkaniu blogerskim :)

  42. Kinga napisał(a):

    Mnie dziwi jak dziewczyny piszą, że czuły coś podczas cc, bo ja ostatnie co czułam to smarowanie brzucha tym żółtym :) Później totalnie nic :)
    PS. też sprawdzasz co chwilę czy Conan oddycha? Bo mój Młody ma 4 m-ce, a jak za spokojnie śpi to łapię się na tym, że sprawdzam oddychanie :)

  43. Urszula Jaworska napisał(a):

    Gratuluję! Zazdroszczę trochę stanu…ja po dwóch porodach nadal z łezką w oku wspominam tej haj… Także tego…to trwało jakieś pół roku potem dziecko już nie śpi tak dużo i doba się kurczy. KOrzystaj, odpoczywaj, dbaj o siebie i pielęgnuj własną wrażliwość! :)

  44. Gratuluję! Też mam planowaną cesarkę na 7 maja, bo dziecko jest mega duże. Pierwsza ciąża też cesarka. A teraz chciałam urodzić naturalnie, do samego końca negowałam sugestie lekarza o rozwiązaniu przez cc. Przekonał mnie fakt 4kg dzidka i mojej postury 1,5 m.

  45. Klara Tramwajara napisał(a):

    ja też wspominam bycie matką noworodka jako wczasy życia, szkoda , że czym później, tym gorzej :D:D:D:D:D ale w końcu kiedyś pojadooo na zielonoooo szkołeeeeeeee, albo się rozwiodę i co drugi tydzień będę miała wolną chatę ! o, to jest myśl !

  46. Monika Perszowska napisał(a):

    Gratuluję bardzo! Ja już jestem na wyższym levelu, bo babciowym – wnusia ma prawie 2 lata Powiem, że to jest dopiero harcore i wielkie love nie do opisania. Polecam, ale póki co, życzę wielu pozytywnych atrakcji. :-))

  47. Gratuluję! :-) Ja mam termin na październik, wtedy do grona najpiękniejszych dzieci na świecie dołączy moja córka…czyli z tego co tu przeczytałam będzie ich w sumie dwoje;-)
    Wzruszają mnie takie teksty teraz. Czytałam o Twoim porodzie i popłakałam się jakbym sama już urodziła i usłyszała własne dziecko:-)
    Naprawdę gratuluję i życzę wszystkiego najlepszego w nowej roli.

  48. Gratuluję :) Niech maluszek rośnie zdrowo. Ja też rodziłam synka na Żelaznej, ponad 2 lata temu, na izbie przyjęć bo sale porodowe były zajęte. W sumie mam podobne odczucia jak Ty. Co położna to inne rady i faktycznie przy pierwszej dzidzi można mieć mętlik. To był mój drugi raz i dałam radę, ależeliśmy 6 dni, żółtaczka. Może się teraz coś zmieniło, ale nas nie budzili do karmienia, w ogóle w to nie wnikali. No, alebo trafiłam na inną zmianę, choć przez 6 dni, pewnie przewinęły się wszystkie. Jeszcze raz gratuluję i trzymaj się ciepło mamusiu :)

  49. Piękny tekst! Przywołuje masę myśli, i kurczę, instynkty macierzyńskie mi się obudziły (z podwójną mocą) ;) Generalnie polecam więcej dzieci, bo człowiek się tak nie trzęsie już. Przy piewrszym noworodku sprawdzałam oddech m/w 40 razy na godzinę. Przy drugim raz na miesiąc ;) Oksytocyna to jest najlepszy czynnik prorodzinny, a nie tam jakieś beci-sracikowe..
    Morza czułości i oceanu cierpliwości!

  50. Piękny wpis :)
    A co do większej wrażliwości kobiet po porodzie to masz rację. Ja również byłam przewrażliwiona na punkcie tego, co usłyszałam. I niestety nie miałam tyle szczęścia, co Ty – musiałam nauczyć się karmić piersią i dopiero po około tygodniu mogłam powiedzieć, że wiem, o co w tym chodzi. Zresztą Gabi przez trzy doby była na MM i na glukozie właśnie. Ale po tygodniowym pobycie w szpitalu nabrałam większej wprawy w KP dzięki świetnym położnym (na szczęście nie usłyszałam ani razu tekstu, że nie wezmę jej do domu, bo chyba bym się rozryczała na maxa!) oraz dzięki mojej rodzinie – Kuba oraz moja siostra byli moimi prywatnymi przykładaczami dziecka do piersi, bo ja nawet tego poprawnie nie potrafiłam zrobić :) Na szczęście praktyka czyni mistrza!

    Ciesz się chwilą, celebruj KP i macierzyństwo, bo za chwilę będziesz organizować roczek, później drugie urodziny, a następnie zapiszesz Conana do przedszkola – czas leci jak szalony przy dziecku!
    Ściskam mocno!

    PS. I ja również miałam CC, nieplanowane. A nastawiona przez całą ciążę byłam oczywiście na SN! :D

  51. Według powszechnych standardów jestem jeszcze zbyt młoda, żeby zajść w planowaną ciążę, więc cały ten wpis jest dla mnie z lekka abstrakcyjny :) ale co do ssania kciuka – ja tak robiłam i przez to miałam bardzo duże problemy z ranami na palcach (kiedy już miałam zęby) i mama zakładała mi rękawiczki, kiedy się dało :) drugim problemem był bardzo krzywy zgryz i nieumiejętność jedzenia z zamkniętą buzią. Ale ciężko mi powiedzieć, na ile powszechne są te konsekwencje

  52. Ja rodziłam (w obu przypadkach bez wyboru) i SN i CC. Stwierdzam, że nie ma „fajnej” opcji. Aczkolwiek gdybym jeszcze kiedyś miała rodzić, zdecydowanie SN!

  53. Jak bardzo się utożsamiam z Twoimi słowami! Również bałam się strasznie mojego porodu. Też sama wywołałam skurcze, bo już miałam dość codziennego jeżdżenia na KTG i nie chciałam sztucznego wywoływania. Też musiałam czekać na salę operacyjną, bo był ktoś przede mną. Też skurcze bolały mnie cholernie mocno! Zastanawiałam się, czy nie będę miała depresji, ale popłakałam się jak szalona na dźwięk głośnego płaczu mojej kochanej dziewczynki. Też byłam dumna i bardzo szczęśliwa, że ona umie ssać, a ja mam mleko bez problemu. Też mi bolało przy pierwszych karmieniach, a jak strasznie się bałam tego bólu. Na same wyrażenie „popękane brodawki”, co wydawało mi się współczesną torturą, miałam ciarki. Ale nie, wszystko jest do przeżycia. I jest takie piękne, że żadne słowa tego nie oddadzą… I tak bardzo bym chciała kiedyś dla mojej córeczki opowiedzieć jak to było, ale wiem, że nie zrozumie z tego ani słowa. Dopóki sama nie doświadczy. Piękny wpis, piękne chwile. Fajnie, że się tym dzielisz. Dużo szczęścia!

Dodaj komentarz