Wszyscy trzej tatusiowie Bastardo.

Przedstawiam Wam winnice pod Lizboną, gdzie rosną małe Bastardos. To tu zaczyna się wino i to od winogron zależy głównie jego smak. Tak przynajmniej mówi Pedro – architekt wina. Pedro był dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo jest wyjątkowo młody jak na swoją funkcję. Ma dopiero 37 lat a jest odpowiedzialny za cały proces powstawania wina. Miesza smaki, wymyśla odpowiednią procedurę, dogląda też samych winogron, raz w tygodniu obchodząc winnice, co zajmuje mu około 5 godzin. Czasem robi to konno, na swoim małym Lusitano (to taka portugalska rasa koni gorącokrwistych. Piękne bestie). Wizja przystojnego Pedro z doktoratem na koniu jadącego piaszczystą drogą przez winnice do teraz maluje mi się dość wyraźnie przed oczami. Nie wiem, czy Wam pisałam, ale w Portugalii jest nieprzyzwoicie dużo przystojnych facetów. To był jeden z powodów, dla których spytałam, ile kosztuje wynajem mieszkania w Lizbonie. Trzeba się będzie nad tym zastanowić :) Ale wracając do tematu: zrobiliśmy obchód po winnicy, odwiedziliśmy miejsca, gdzie winogrona się miażdży, wyciska z nich sok, przelewa do butelek i składuje w beczkach. Na koniec tej cudnej, upalnej wycieczki poszliśmy na degustację i dowiedziałam się na przykład, że Bastardo nie ma jednego smaku: okazuje się, że wersja polska jest słodsza od portugalskiej. Twórcy zdecydowali się na ten krok, ponieważ nasze, północne podniebienia wolą trochę inny rodzaj wina. I faktycznie – obie z Fash wolimy polskie Bastardo. Jest po prostu lepsze. Podczas degustacji określaliśmy zapach i smak różnych win – czasem mieszając je ze sobą. Tak, można mieszać wina i tworzyć blendy – tak samo jak w przypadku whisky. Można nawet zmieszać białe wino z czerwonym i takie połączenie ma dość nietypowy smak (nie, nie jest to wino różowe, choć takie przypomina z koloru).

Spytałam też Joao, dlaczego zdecydowali się nazwać wino „Bastardo”. To przecież dość ryzykowna nazwa, będąca w wielu językach obelgą. Nie chodziło nam o chama – odpowiedział – Raczej o nicponia. Takiego faceta, który łamie serca i rozkochuje w sobie kobiety, ale robi to z klasą i urokiem. Wiesz, taki typ Jamesa Bonda. Wine With Spirit ma też w swojej ofercie wino „Dine with me”, które można wysłać komuś jako zaproszenie na randkę. Ma bardzo podobny design etykiety i tak jak Bastardo – odwołuje się do emocji a nie do wiedzy na temat wina. Mamy świetny produkt, doskonałe wino, ale gdy rano wstajesz i planujesz sobie, co będziesz robił danego dnia, nie myślisz, że będziesz wieczorem pił trunek z jakiegośtam rocznika – tylko że spotkasz się z przyjaciółmi na plaży i będziecie śmiać się, pływać i rozmawiać, prawda?  – tłumaczył Joao. Mieliśmy właśnie taką próbkę podczas Bastardotripu. Tego stylu życia i takiego spędzania wolnego czasu, do którego Bastardo zostało stworzone. Rzucam Wam foty na pożarcie.

DSC_0551

DSC02926

DSC02963

DSC02974

DSC03085

DSC03090

DSC03097
Dumni tatusiowie Bastardo

DSC03103

DSC03016

DSC03063

DSC03123
Pedro to ten, na którego wszyscy patrzą. :)

DSC03126

DSC03128

DSC03131

Konkurs jest prosty i odwołuje się do tej definicji słowa „Bastardo”, jaką miał na myśli jeden z jego twórców, Joao.

Pytanie konkursowe:
OPISZ IDEALNY DZIEŃ Z TWOIM BASTARDO W PORTUGALII (…)

UPDATE: 
Niestety z przyczyn organizacyjnych – niezależnych ode mnie – konkurs się nie odbędzie. Baaaardzo Was za to przepraszam, mam nadzieję, że wybaczycie to organizatorom. Taka sytuacja.
Przed nami jeszcze wiele konkursów, więc będziemy mieli szansę nadrobić zaległości. :)

Komentarze do wpisu: 55 Napisz komentarz

  1. Sylwa napisał(a):

    Słońce budzi mnie promieniami oświetlającymi pokój, delikatny
    wiatr muska po ciele.

    Wstaję. Szybki prysznic.

    Śniadanie, obiad, podwieczorek na plaży. Wino, bagietki,
    owoce, sery. Mogą być słodycze.

    Szum fal, zapach powietrza, nastrojowa muzyka, uśmiechy
    bliskich.

    Zdjęcia, radość z chwili, kąpiel na plaży.

    Powolne wyciszenie, chwila refleksji. Zatrzymanie emocji.

  2. Emilia napisał(a):

    ja, mój ukochany lub jakiś przystojny portugalczyk, piaszczysta plaża, oświetleni promieniami słońca delektujemy się smakiem Bastardo! niby niewiele, a jednak tego mi akurat trzeba :)

  3. Grzegorz Okaz napisał(a):

    Jeśli czasem brakuje Ci koncepcji na bloga to zacznij pisać o winie. Ok, nie brakuje… Za dużo w polskiej blogosferze winiarskiej jest blogów specjalistycznych. Oderwanych od rzeczywistość, od ludzi, i od codziennego napicia się wina z przyjaciółmi na plaży. Blogi o niuansach beczkowych i rocznikowych też są potrzebne, ale brakuje właśnie plaży z winem.

    Dnia nie będę opisywał, ale mam takie wspomnienie po cały dniu szarpania się ze sztormową pogodą na Bałtyku w drodze na Bornholm i butelki wina, pociąganej z gwinta z braku kieliszków już na miejscu, po kilkunasto godzinnym zmęczeniu na morzu. Słono smakowało.

  4. PanKrzychu napisał(a):

    Segritto – a jak się Twój wpis, a szczególnie ten konkurs, mają do obowiązującego w Polsce zakazu reklamy produktów alkoholowych? Czy blogerów nie obowiązuje Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi?

    1. Shrink napisał(a):

      Coś takiego obowiązuje? serio? To dziwne, że w telewizji pełno jest reklam piw… Uważasz, że wszystkie stacje telewizyjne w naszym kraju świadomie łamią prawo?

      1. PanKrzychu napisał(a):

        Przeczytaj ustawę. Dopuszcza ona – pod pewnymi warunkami – reklamę piwa. Ale tylko piwa. Zabrania natomiast reklamowania wina i promowania marek producentów wina w jakiejkolwiek formie i postaci. Kara za naruszenie tego zakazu to od 10 000 do 500 000 zł. Tylko czy Segritta o tym wie?

        1. Grzegorz Okaz napisał(a):

          Idiotyczne przepisy wrzucające wino do jednego worka z wódką, spirytusem i denaturatem … ale jednak owszem są. Nie wiem na jakiej dokładnie się to zasadzie odbywam, ale blogi sensus sticto winiarskie istnieją i mają się dobrze. Prawdopodobniej wszystko rozbija się o oświadczenia ze strony czytacza o tym, że jest pełnoletni itp. oraz zaakceptowania regulaminu, w tym przypadku konkursu, który jest na dole. Choć nie czytałem co tam Segritta wyskrobała w tym regulaminie. Dyskutował bym też, czy tego typu teksty, które Seg pisze, są ‚promowaniem alkoholizmu’ czy po prostu relacją z podróży. Wpisy są sponsorowane, to potencjalny problem. Być może trzeba by się skonsultować z prawnikiem.

          W razie czego zrobimy zrzutkę … w proteście przeciwko idiotycznym przepisom. ;)

        2. PanKrzychu napisał(a):

          Oczywiście wpisy Seg nie są promowaniem alkoholizmu. Są jednak jednoznacznym promowaniem producenta i marki napoju alkoholowego, a tego ustawa zabrania. Pozwól, że przytoczę:

          Użyte w ustawie określenia oznaczają: (…)

          2) promocja napojów alkoholowych — publiczną degustację napojów alkoholowych, rozdawanie rekwizytów związanych
          z napojami alkoholowymi, organizowanie premiowanej sprzedaży napojów alkoholowych, a także inne formy publicznego
          zachęcania do nabywania napojów alkoholowych;

          3) reklama napojów alkoholowych — publiczne rozpowszechnianie znaków towarowych napojów alkoholowych lub
          symboli graficznych z nimi związanych, a także nazw i symboli graficznych przedsiębiorców produkujących napoje
          alkoholowe, nieróżniących się od nazw i symboli graficznych napojów alkoholowych, służące popularyzowaniu znaków
          towarowych napojów alkoholowych; za reklamę nie uważa się informacji używanych do celów handlowych pomiędzy
          przedsiębiorcami zajmującymi się produkcją, obrotem hurtowym i handlem napojami alkoholowymi;

          (…)

          1. Zabrania się na obszarze kraju reklamy i promocji napojów alkoholowych, z wyjątkiem piwa, którego reklama i promocja jest
          dozwolona, pod warunkiem że (…)

          Zgadzam się z Tobą, że ustawa jest, powiedzmy, kontrowersyjna, jednak jestem zdania – i tu się chyba też zgadzamy – że obowiązuje wszystkich. Być może portugalski producent wykorzystał niewiedzę Segritty i jej przyjaciół, ale niestety może się to dla nich skończyć przykrymi konsekwencjami, jeśli się nie opamiętają i nie usuną tych wpisów.

        3. Grzegorz Okaz napisał(a):

          Znam tą ustawę jest niedorzeczna. Natomiast kruczkiem umożliwiającym pisanie o winie w internecie jest chyba regulamin oraz oświadczenie, które powinno się pojawić w momencie wejścia na stronę o pełnoletności. W sieci jak na to nie patrzyć działa masa blogów i portali o tematyce winiarskiej i nie sądzę żeby działały nielegalnie. O sklepach już nie wspomnę, a też teoretycznie można by je podciągnąć pod tą ustawę. W radiu i TV jest trudniej, ale na przykład importerzy tacy jak Mielżyński czy Kondrat promują szkolenia i wyjazdy enoturystyczne, a nie bezpośrednio wino, co jest już dozwolone.

          Podobną paranoją jest Somersby w Polsce. Na całym świecie jest to cydr, natomiast w Polsce musieli z tego zrobić napój piwny o smaku jabłkowym, gdyż promowanie cydru, jednego z najbardziej tradycyjnych polskich trunków, jest zabronione powyższą ustawą.

        4. Shrink napisał(a):

          Ja tu w sumie nie widzę reklamy wina. To po prostu relacja z winnicy. A konkurs może mieć każdą nagrodę, która jest zgodna z prawem. Poza tym nie Segritta jest odpowiedzialna za konkurs a firma: LUCKYYOU Interactive sp. z o.o
          Tak jest napisane w regulaminie.

        5. PanKrzychu napisał(a):

          Wkrótce się przekonamy, bo mam informację o tym, że sprawa została formalnie zgłoszona właściwym organom.

        6. Ania napisał(a):

          A PanKrzychu chyba jest z Carlo Rossi skoro tak go obchodzi ta „reklama” konkurencji. I może od razu zgłosić takie firmy jak Ballantines czy Lubelska, które jawnie reklamują się na Facebooku i rozdają alkohol w konkursach. A my jako fani Seg, po prostu z przyjemnością poczytamy relację z miejsca w którym nie wszystkim jest dane być :)

  5. Martyna Kusa napisał(a):

    IDEALNY DZIEŃ Z MOIM BASTARDO W PORTUGALII:

    10:00 – pobudka, śniadanie do łóżka z lampką Bastardo!
    11:00 – staję na wagę i stwierdzam, że ważę 3kg mniej niż wczoraj! (trzeba to oblać, ale może później;)
    12:00 – gorąca kąpiel w winie Bastardo! z płatkami róż i pachnącymi olejkami
    13:00 – idziemy z przyjaciółkami na zakupy, kupujemy ubrania od najlepszych portugalskich projektantów, np. Nuno Baltazara
    14:00 – otrzymuję od ukochanego prezent – drogą biżuterię – i wybieramy się na spacer po Lizbonie, zwiedzamy Zamek św. Jerzego i robimy sobie piękne zdjęcia
    15:00 – po drodze spotykam mojego ex, który pracuje na pobliskim rynku i stwierdzam, że strasznie się zapuścił (piję jego zdrowie – oczywiście lampką Bastardo!)
    16:00 – idziemy z ukochanym do wykwintnej restauracji (zza okien widać Torre de Belem), nagle otrzymuję butelkę Bastardo! od tajemniczego wielbiciela, któremu wpadłam w oko ;)
    17:00 – idę do SPA, zamawiam masaż, masażysta mówi mi, że nigdy nie masował tak wysportowanego ciała
    18:00 – wybieram się z ukochanym na plażę – wokół tylko panie w rozmiarze XXL – ja jedyna jestem w bikini
    19:00 – oglądamy zachód słońca, wznosimy toast winem Bastardo!, spędzamy romantyczne chwile na plaży, rozmawiamy o przyszłości
    21:00 – idziemy do hotelu, okazuje się, że ukochany przygotował dla nas romantyczną kolację przy świecach, testujemy wszystkie smaki Bastardo!
    22:00 – dzwonek do drzwi, pokojowy przynosi mi bukiet kwiatów z bilecikiem od tajemniczego wielbiciela
    23:00 – mam słabą głowę, więc mój ukochany zanosi mnie do łóżka i zasypiam w jego ramionach ;)

  6. Monika Mansfeld napisał(a):

    Idealny dzień z moim osobistym bastardo… zaczyna się bez bastardo. To długi, leniwy poranek z sałatką owocową oraz lampką wina podanymi wprost do łóżka, dobrą książką, a przede wszystkim z przekonaniem, że nigdzie, ale to zupełnie nigdzie nie muszę się spieszyć. Dlatego po ostatnim rozdziale, nieco jeszcze nieprzytomna, zatopiona w świecie wyobraźni, leżę w łóżku, wsłuchując się w świat za oknem. Lekki gwar, szum. Odpływam. Nagle słodkie lenistwo przerywa pukanie do drzwi. A ponieważ, jak powszechnie wiadomo, proces doprowadzenia się do stanu, w którym można pokazać się komukolwiek, trwa niemiłosiernie długo o tej porze dnia, nie zdziwiło mnie to, że po otwarciu drzwi nie zastałam tam nikogo. Jedynie butelka „Dine with me”. Zintrygowana, oderwałam małą, żółtą karteczkę, na której widniał adres knajpki, w której spędziłam z przyjaciółmi wczorajszy wieczór oraz króciutka prośba: „Please, be on time. Any time you wish.” Pomyślałam, że przynajmniej raz w życiu się nie spóźnię… Jeszcze tylko kąpiel… jeszcze wysuszę włosy… jeszcze chwilę. Ostatecznie 17.00 to doskonały czas, by wyjść na zewnątrz, ciepło, ale nie upalnie, miasteczko powoli budzi się do życia po sjeście. Powolnym krokiem ruszam w kierunku knajpki, cały czas zastanawiając się, od kogo otrzymałam wino, które dziarsko niosę w torebce. W czasie tych kilku dni spędzonych w Amarante zdążyłam już poznać niezłą gromadkę, ale nikt konkretny nie przychodził mi na myśl. I choć na rozmyślaniach minęła mi cała droga, to jednak dalej nie miałam pojęcia, kto to może być. „Raz się żyje”, pomyślałam i weszłam do środka knajpki. Pusto. Jedynie właściciel siedzi za barem, uśmiechając się pogodnie. „Can I help you?”, zapytał, widząc moją skonsternowaną minę. Zaczęłam tłumaczyć niezdarnie, że chyba się pomyliłam, że miałam się z kimś spotkać, że… hmm… że nawet nie wiem dokładnie, z kim. Po chwili twarz właściciela rozjaśnił pełen zrozumienia uśmiech: „So that’s you!” i wskazał na schody, prowadzące na pierwsze piętro, tłumacząc, że mam iść za znakami. Owszem, mimo dość skomplikowanego układu korytarzy i schodów nie sposób było się zgubić, a to z powodu płatków róż, którymi usłana była ścieżka, którą miałam iść. Zdziwiło mnie tylko, że wcześniej nie zwróciłam uwagi na fakt, że knajpka mieściła się w aż tak wysokim budynku. Ostatnim etapem do przejścia była drabina. Na każdym schodku tkwił przyszpilony płatek róży. „Perfekcjonista, nie ma co…”. Widok z dachu zapierał dech w piersiach: ciepłe promienie zachodzącego słońca oświetlały nie tylko dachy okolicznych budynków, ale również odbijały się malowniczo w falach morza na horyzoncie, tworząc świetlistą poświatę. Z zamyślenia obudził mnie dźwięk otwieranego wina. Odwróciłam się. „Let’s celebrate the perfect moment”, rzekł Alessandro i wręczył mi kieliszek. Nie muszę chyba wspominać, że celebrowaliśmy jeszcze wiele momentów tej nocy?

  7. Olaa napisał(a):

    Perfekcyjny dzień to taki zwykły, zakończony takim błahym, prostym sposobem, a mianowicie zakończony, po dniu ciągłej gonitwy, lampką bastardo! do kolacji przy świecach z ukochanym u boku. :) Prosty, ale jakże wyczekiwany moment każdego dnia.:)

  8. Asiek napisał(a):

    Idealny dzień?? Bastardo! z Robertem Downey Jr (najlepszy w wersji ” nude”) oraz kąpiel w basenie wypełnionym Bastardo! z widokiem na Lizbone :)

  9. martyna napisał(a):

    Idealny dzień z moimi bastardo to dzień spędzony z moimi przyjaciółmi, którzy za każdym kolejnym spotkaniem rozkochują mnie w sobie na nowo.

    A co do idealnego dnia, to rozpocząłby się o godzinie 7, bo po co spać w zamkniętym pokoju kiedy można wylegiwać się na plaży? Po południu próbka lokalnej kuchni, a wieczorem powrót na plaże, wielkie ognisko i taniec boso na rozgrzanym piasku z butelką wina w rytmie śmiechu najlepszych ludzi na świecie.

  10. Ewelina Andrukajtis napisał(a):

    Leniwa Kotka- wstaje nie wcześniej niż o 10, daje to gwarancję promiennej cery i braku worków pod oczami oraz tego promiennego blasku w oku… Niespiesznie przystępuję do rytuałów pielęgnacyjnych- jestem w końcu na wakacjach, coś mi się należy dla ciała, o duszę zadbam później… Długa relaksacyjna kąpiel, przy świecach, żeby wprowadzić się w nastrój- achh te lizbońskie hotelowe wanny :) Czas na śniadanie, przy filiżance espresso, wibruję telefon. To ON! Portugalski „Bastardo” poznany poprzedniego wieczoru na fado, chce potwierdzić dzisiejsze spotkanie.. Przez głowę przemyka mi myśl: hultaj i nicpoń… Dżentelmen i ideał… Także, świadoma konsekwencji, proszę, żeby odebrał mnie z hotelu o 20… Już wiem, że rozbutelkujemy nie jedną emocję :) Waham się czy nie otworzyć butelki wina już teraz, żeby lampka towarzyszyła mi w dalszych przygotowaniach do wieczoru, właściwie czemu nie? Dzień do późnych godzin popołudniowych upływa mi szaleni miło, nigdzie się nie spieszę, żaden termin mnie nie goni, odpoczywam po rewelacjach dnia poprzedniego (zwiedzaniu i kolacji ze znajomymi, nowymi znajomymi, bo poznałam ich pierwszego dnia po przylocie :)), to czas tylko dla mnie (a gdyby tak, zamieszkać na południu Europy na stałe, życie tu wygląda tak zupełnie inaczej, tak pozytywnie, może to kwestia słońca?..). Jest i ON, portugalski amant, przystojny, wysoki, w ciemnofioletowej koszuli, czarne włosy na żel, stoi w moich drzwiach i od progu komplementuje. Ochocze wkroczył na lampkę wina Bastardo!, zaprezentował dumnie koszyk ze smakołykami i dodał, że tej nocy będzie piknik we dwoje nad Atlantykiem (czuję, że zobaczę najpiękniejszy wschód słońca w moim życiu!). Uzbrojeni w kilka butelek i koszyk łakoci wyruszyliśmy odkorkować emocje…

  11. ewel0108 napisał(a):

    Leniwa Kotka- wstaje nie wcześniej niż o 10, daje to gwarancję promiennej cery i braku worków pod oczami oraz tego promiennego blasku w oku… Niespiesznie przystępuję do rytuałów pielęgnacyjnych- jestem w końcu na wakacjach, coś mi się należy dla ciała, o duszę zadbam później… Długa relaksacyjna kąpiel, przy świecach, żeby wprowadzić się w nastrój- achh te lizbońskie hotelowe wanny :) Czas na śniadanie, przy filiżance espresso, wibruję telefon. To ON! Portugalski „Bastardo” poznany poprzedniego wieczoru na fado, chce potwierdzić dzisiejsze spotkanie.. Przez głowę przemyka mi myśl: hultaj i nicpoń… Dżentelmen i ideał… Także, świadoma konsekwencji, proszę, żeby odebrał mnie z hotelu o 20… Już wiem, że rozbutelkujemy nie jedną emocję :) Waham się czy nie otworzyć butelki wina już teraz, żeby lampka towarzyszyła mi w dalszych przygotowaniach do wieczoru, właściwie czemu nie? Dzień do późnych godzin popołudniowych upływa mi szaleni miło, nigdzie się nie spieszę, żaden termin mnie nie goni, odpoczywam po rewelacjach dnia poprzedniego (zwiedzaniu i kolacji ze znajomymi, nowymi znajomymi, bo poznałam ich pierwszego dnia po przylocie :)), to czas tylko dla mnie (a gdyby tak, zamieszkać na południu Europy na stałe, życie tu wygląda tak zupełnie inaczej, tak pozytywnie, może to kwestia słońca?..). Jest i ON, portugalski amant, przystojny, wysoki, w ciemnofioletowej koszuli, czarne włosy na żel, stoi w moich drzwiach i od progu komplementuje. Ochocze wkroczył na lampkę wina Bastardo!, zaprezentował dumnie koszyk ze smakołykami i dodał, że tej nocy będzie piknik we dwoje nad Atlantykiem (czuję, że zobaczę najpiękniejszy wschód słońca w moim życiu!). Uzbrojeni w kilka butelek i koszyk łakoci wyruszyliśmy odkorkować emocje…

  12. dzień udaje mi się zacząć nie dość, że bez pomocy budzika, to jeszcze w idealnym wręcz momencie, bo w samą porę na obejrzenie cudnego zachodu słońca – przy pierwszej porannej kawie wypitej na tarasie z widokiem na morze napawam się więc ferią barw na niebie, które niemal zlewa się z wodą poniżej. upał już zelżał i wieje przyjemny, ciepły wiatr, a ja rozmyślam o szaleństwach poprzedniej nocy i tym, czy on też już wstał. właśnie w tym momencie dzwoni telefon: „masz ochotę na późne śniadanie?”. godzinę później siedzę już w wypełnionej wieczornym gwarem uroczej lokalnej knajpce, czekając na mojego bastardo i rozmyślając o licznych jego przymiotach: niby trochę chłodny, ale przecież też słodki, no i z całą pewnością sprawia, że życie staje się piękniejsze. rozglądam się akurat w chwili, gdy on pojawia się w zasięgu mojego wzroku. „bastardo!” nie udaje mi się powstrzymać wesołego okrzyku, kiedy kelnerka stawia przede mną wypełniony winem kieliszek – teraz oczekiwanie na mojego mężczyznę będzie dużo przyjemniejsze. saúde! :)

  13. Adrianna Gregorczuk napisał(a):

    PORTUGALIA & BASTARDO

    Otwieram powieki. Leżę w wielkim hotelowym łóżku, za oknem przepiękna pogoda. Jest wczesna godzina, ale już zaczynam odczuwać zbliżający się upał. Cóż to była za noc.. Za bardzo smakowało mi tajemnicze wino, ale jedyne co pamiętam z imprezy, to fakt, że nazwa trunku kojarzyła mi się z przekleństwem. Odganiam wspomnienia, biorę szybki zimny prysznic i po lekkim śniadaniu wyruszam w poszukiwaniu przygód. Muszę nacieszyć się każdym momentem. Podziwiam Lizbonę z wałów obronnych Castelo de Sao Jorge. Kręci mi się w głowie, kiedy myślę o tych wszystkich tajemnicach i historiach naznaczonych na murach. Trzeba wspomnieć, że w Portugalii zakazano niewolnictwa dopiero w 1850, mieści się tutaj najstarsza księgarnia na świecie, straszliwe trzęsienie ziemi w 1755 r. Opanowałam mętlik i skierowałam się na ożywczy, letni spacer. Podziwiam kolorowe domy, wyłapuję zapachy, obserwuję ludzi. Czuję się tu bezpiecznie. W końcu docieram do Baixa Pombalina. Kupuję kilka pamiątek dla rodziny i znajomych. Nie odczuwam smutku, wiem że tutaj wrócę. Zatrzymuję się na obiad. Decyduję się na bacalhau, dużą ilość świeżych warzyw i lampkę wina. Znowu przemknęła mi koło ucha zabawna nazwa. Po zaspokojeniu głodu decyduję się na szybki powrót do hotelu. Wpadam do pokoju, szybka kąpiel, makijaż i jestem gotowa na niestety ostatnią (w tym sezonie) zabawę. Decyduję się na Alfamę. Mała tłoczna knajpka. Siadam przy stoliku, zamawiam przekąskę i czekam co przyniesie los. Znajomi pewnie stacjonują w hotelu, bo się nie pojawili. Po godzinie zaczynam się niecierpliwić. Podryguję do fado. Nagle naprzeciwko mnie siada mężczyzna. Jest nieziemsko przystojny, jego angielski trochę kuleje, ale po wymienieniu kilku zdań myślę, że sobie poradzimy. Proponuje butelkę wina na początek i swoje towarzystwo. Kelner przynosi butelkę „Bastardo”. Ah, to tak się nazywasz mój Towarzyszu podróży. Spoglądam na mężczyznę. Wygląda na nicponia, ale jest w nim coś elektryzującego. Delektuję się lampką wina. Szaleństwo. Nie zostaje mi nic innego jak ponieść się emocjom. Reszta wieczoru owiana jest tajemnicą.

  14. Misia Waldorf napisał(a):

    Spójrzmy prawdzie w oczy i rozpocznijmy dzień jak na Młodą Osobę ( tu mamy pewną dowolność wiekową ograniczoną jedynie osobistymi preferencjami ) przystało, tj. od drobnych przygotowań do wieczoru -> nocy -> poranka w towarzystwie znajomych portugalskich „Bastardos”. Malowanie, tuszowanie, zapachy z buteleczek wylewane na siebie hektolitrami, odpowiednio seksowne ciuchy oraz buty na niebotycznych obcasach „do siedzenia”- wszystko to żeby móc balować do woli. Przed wyjściem jeszcze keliszek wina ( scena zawiera lokowanie produktu ) Bastardo! i jestem gotowa na podbój Portugalii.

    Wraz moimi „bastardos” wynajdujemy sobie klimatyczny klubik w Lizbonie gdzie planujemy spędzić wieczór. My – Młodzi i Seksowni nie możemy wręcz opędzić się od przystojnych/pięknych towarzyszy. Całą noc pląsamy na parkiecie, śmiejemy się, nasze pragnienie ( nieposkromione ) gasimy wieloma kieliszkami wina ( tak, tak, dobrze wiecie jakiego ;D ) Bastardo! Prowadzimy głębokie, niezwykle inteligentne rozmowy o poezji i sztuce, które zupełnie jak wspaniałe wino Bastardo! wzbogacają nasze wnętrza – zupełnie jak typowi Młodzi Polacy na imprezie.

    Płynąc nurtem winnej rzeki i już niezupełnie trzeźwych myśli docieramy na tereny winnicy. Noc jest niezywykle upalna ale delikatny wietrzyk subtelnie rozwiewa nasze i tak Perfekcyjnie Ułożone Fryzury. Zaczynamy bawić się w chowanego wśród winorośli. Biegając na bosaka na naszych Długich, Szczupłych i Seksownych Nogach szalejemy, aż do świtu. W tle przygrywa jakiś wakacyjny „dżingielek” z serii tych radosnych i beztroskich. Nie tylko wino uderza nam do głowy, ale też wspaniałe otoczenie, klimat Portugalii i nasi Cudowni Zagraniczni Towarzysze.

    Wschodzące słońce daje nam znać, że czas odpocząc. Kładziemy się gdzie popadnie i z kim popadnie ( zważywszy na naszych nowych „bastardos” nie możemy trafić źle ). Przed snem podjadamy jeszcze przepyszne winogrona wprost z krzewów, wiedząc, że powstanie z nich później nic innego jak Jedyne W Swoim Rodzaju Wino Bastardo!

    Kamera oddala się ukazując wspaniałą dolinę w świetle porannych promieni. Na ekranie pojawia się napis Bastardo! „Basta – is not in our dictionary”.

  15. Kaśka napisał(a):

    co tu dużo mówić. czarna kawa rano, po niej parę swoich wykładów. po stosie kawowej imponderabilium, koniec dnia, może z przeciągnięciem do następnego dnia kalendarzowego, z pierwszym Bastardo! otworzonym gdzieś w zaułkach Quinta da Regaleira w gronie przyjaciół, a potem ściąganie kolejnych korków gdzieś w ulicach Portugalii. tam gdzie kroki stóp naszych nas zaprowadzą. po prostu korzystanie z uroków życia na całego. uwieńczenie dnia w łóżku z lampką wina i kawy, przy boku kogoś kto nie tylko orgazm intelektualny mi zapewnił, bądź zapewni

  16. Brain napisał(a):

    co tu dużo mówić. czarna kawa rano, po niej parę swoich wykładów. po stosie kawowej imponderabilium, koniec dnia, może z przeciągnięciem do następnego dnia kalendarzowego, z pierwszym Bastardo! otworzonym gdzieś w zaułkach Quinta da Regaleira w gronie przyjaciół, a potem ściąganie kolejnych korków gdzieś w ulicach Portugalii. tam gdzie kroki stóp naszych nas zaprowadzą. po prostu korzystanie z uroków życia na całego. uwieńczenie dnia w łóżku z lampką wina i kawy, przy boku kogoś kto nie tylko orgazm intelektualny mi zapewnił, bądź zapewni

  17. vingag napisał(a):

    Szczerze mówiąc, to ja chętnie wróciłabym do czasów studenckich i chciała poczuć tą nieskrępowaną radość z dobrych trunków i doborowego towarzystwa znajomych.

    Tak więc mój wymarzony dzień z Bastardo! to ognisko na portugalskiej plaży aż do bladego świtu, najtańsza kiełbasa z marketu zagryzana pszennymi bułkami, podana na plastikowych talerzykach ( ewentualnie miedzy dwie kromki chleba), ogórki ze słoika od babci i wino w papierowych kubeczkach.

    A z głośników Bajor lub Turnau… i mi nic więcej nie potrzeba.

  18. aneta napisał(a):

    Dzień idealny ? to będzie dzień w którym nic nie muszę, ale za to mogę wszystko, pijąc winko będę robić to na co przyjdzie mi ochota, a co podsunie bogata fantazja połaskotana Bastardo, i będzie jak w piosence z czasów mojej młodości kiedy idol dziecięcy pan Kleks śpiewał : biegać , skakać, tańczyć, pływać, w tańcu, w ruchu wypoczywać, tak tak sobie wyobrażam idealny dzień kiedy nic nie muszę :-) nie muszę też planować bo szczęście tkwi w spontaniczności, a jak głosi stara sentencja in vino veritas :-)

  19. Justyna napisał(a):

    Mój Bastardo budzi mnie przed wschodem słońca i wyciąga na
    zimną jeszcze plażę. Jemy śniadanie otuleni kocami patrząc jak słońce wyłania
    się znad morza. Przed nami cały dzień, kompletnie nie mam pojęcie co będzie się
    działo, bo niczego nie planujemy. Do południa leniwie szwędamy się malowniczymi
    uliczkami, zaglądamy do portu. Znajdujemy jakieś lokalne bistro. Mają świetną
    kawę i ciepłe dania na lunch. Wygłupiamy się, robimy masę zdjęć. Lokalni
    bywalcy uśmiechają się do nas, zaczynamy rozmawiać. Tak o wszystkim i o niczym.
    Polecają wybrać się zobaczyć ruiny zamku na wzgórzu. Mojemu Bastardo pomysł od
    razu przypada do gustu. Bez chwili wahania pyta jednego z nowopoznanych
    znajomych czy nie pożyczy nam swojego skutera, którym tu przyjechał. Ten, ku
    mojemu zaskoczeniu zgadza się. Wycieczka sama się zaplanowała. Popołudnie
    spędzamy w otoczeniu niesamowitych widoków. Jesteśmy zachwyceni, a Bastardo
    oznajmia, że kolację spędzimy w towarzystwie ludzi z bistro, którzy wybierają
    się do jeszcze innych znajomych na nocną imprezę na jachcie. Do północy jeszcze
    trochę czasu zostało, a ja nie wiem co jeszcze zaskakującego może się wydarzyć.

  20. Karolina napisał(a):

    Mój dzień z Bastardo w Lizbonie byłby tak nieprzyzwoity, że aż na samą myśl robi mi się głupio. Właśnie skończyłam czytać „Przeminęło z wiatrem” i jestem pewna, że ten mój lizboński Bastardo byłby idealnym odzwierciedleniem Retta Buttlera. ;)

  21. eweliana napisał(a):

    Otwieram oczy – ON i Bastrado
    (buziaczek)
    Śniadanie – ON!
    Spacer – ON
    Obiad – On i Bastrado!
    Zwiedzanko – On!
    Kolacja-ON, ON i Bastrado!
    (buziaczek)
    Noc – On!
    Sen -Bastrado!

  22. Iwona napisał(a):

    Przemierzyć urocze uliczki Lizbony to marzenie jest Iwony. Wsiądę do tramwaju 28 i Torre de Belem będzie mym celem. W Pałacu Fronteira skryję się przed promieniami słońca, jest tak piękny że zwiedzać można go bez końca. A wieczorem wypiję schłodzone Bastardo z przystojnym torreadorem. Spać będziemy na plaży pod gwiazdami, On mnie uwiedzie portugalskimi serenadami. ;)

  23. Paulina Angelika Kulik napisał(a):

    Seg, jestem za tym, żebyś w wolnej chwili udała się do jednego ze sklepów (stanikowamapa.prv.pl) i zastanowiła się nad dopasowanymi biustonoszami. Oczywiście to musi być Twoja decyzja, ale dla zachęty dodam, że pewne elementy ciała mogą ulec poprawie i być może ich poprawą byłabyś zainteresowana :)

  24. Justyna napisał(a):

    Mój idealny dzień -od rana zażywam kąpieli słonecznych delektując się pięknym słonkiem i ciepłym morzem. Skacze, pływam i korzystam z wszystkich możliwych atrakcji. Po południu zwiedzam Giblartar, karmie małpki i robię mnóstwo zdjęć dla potomnych. Wieczorem ubrana w letnią sukienkę urządzam sobie z mym lubym piknik na plaży. Jemy pyszne owoce morza, delektujemy się Bastardo i podziwiamy gwiazdy. Później polewamy sobie ciała resztkami Bastardo i zlizujemy go z siebie. Przecież żadna kropelka nie może się zmarnować a na koniec kochamy się ogniście w końcu to boska Portugalia.

  25. Almondcake napisał(a):

    Wstać niekoniecznie rano a wręcz całkiem po południu, narzucić na siebie byle co (ale obowiązkowo ciemne okulary zakrywające niezbyt wyspane po wczorajszej nocy oczy oraz kapelusz ukrywający fakt, że wczoraj nie było zbyt wiele czasu, by ogarnąć fryzurę), wyjść na miasto i usiąść w zewnętrznej części restauracji. Zamówić wino u nieprzyzwoicie przystojnego kelnera a następnie łowiąc wzrokiem przystojniaków na ulicy, sączyć je leniwie w oczekiwaniu na kolejny niezapomniany wieczór.

  26. Anna napisał(a):

    Chciałam wymyślić coś zaskakującego i równie doskonałego jak Bastardo, jednak po przeczytaniu tych świetnych komentarzy padłam :D
    Mój dzień z Bastardo napewno byłby wspaniały jednak chyba bym go nie pamiętała po kilku butelkach :)
    W końcu jestem z Polski :D

  27. Kasia napisał(a):

    Idealny dzień z Bastardo będzie 31.07.2013 kiedy to po wylądowaniu na lotnisku w Lizbonie skieruję pierwsze me kroki do sklepu, w którym kupię Bastardo albo Dine with me by poczuć TEN klimat i delektować się moim najbardziej oczekiwanym 7 dniowym urlopem w Lizbonie. Dzieki tej akcji już mam pewność jak sprawić by być easy to go i poczuć ten feeling przez cały pobyt w stolicy moich marzeń. Bastardo this is the time for us in Lisbon!

  28. Joachim Tkaczyk napisał(a):

    IDEALNY DZIEŃ Z BASTARDO przedstawia się następująco;
    B-budzik nakłania mnie do wstawania i łyczek BASTARDO na dobry początek dnia

    A-anielski pocałunek mojej kochanej żoneczki zachęcający do zjedzenia śniadania
    S-słucham radia, na antenie którego polecają i reklamują BASTARDO
    T-toast BASTARDO – sprawdzam czy BASTARDO potrzebuje reklamy

    A-apetyt mnie dopadł na pyszne ciacho z kropelką BASTARDO
    R-robotę czas zacząć-siadam przed komputerem-klik,klik..
    D-dostaję maila z zaproszeniem na kolację z lampką BASTARDO
    O-odprężam się po aktywnym dniu i sięgam po lampkę BASTARDO

  29. Edka napisał(a):

    Idealny dzień w Portugalii z winem Bastardo jest nieskomplikowany. Dzień zaczyna się leniwie. Piję małą czarną, zjadam portuglaskie pączki malasada i w ogóle nie martwię się o figurę. Idę na spacer nad ocean. Robię przerwę na kawę i wino – oczywiście Bastardo. Spaceruję jeszcze trochę. Czas na obiad. Bez wina. Zamawiam grillowane sardynki. Bez wino ciężko. Wypijam lampkę Bastardo. Zadowolona umawiam się ze znajomymi na wieczorny koncert fado. Idę na masaż. Trzeba przecież spalić pączka. Zakładam małą czarną, która o dziwo pasuje. Sprawdzam jeszcze wyniki totolotka. To niemożliwe. Wygrałam 10 mln! Idę na koncert, który jest w miłej restauracyjce. Stawiam wszystkim kolację i bastardo oczywiście! Teraz z 10 mln na koncie i butelką bastardo w ręku mogę ruszać na poszukiwanie miłości mojego życia :)

  30. Grażyna napisał(a):

    Te wakacje miały być inne niż dotychczas i już dawno
    wiedziałam jak będą wyglądały i choć miałam lecieć do Portugali z mężem i
    dziećmi to z pełną premedytacją planowałam zdradę!!!. Kiedy wylądowaliśmy w
    Lizbonie wszystko wyglądało normalnie i nic nie zapowiadało tego co dopiero
    miało nadejść – byłam cały czas uroczą żoną i cudną, nadopiekuńczą mamą ale…
    ja wiedziałam, że przyjdzie taki dzień kiedy to wszystko się zmieni, dzień
    który spędzę z przystojnym, uroczym i lekko aroganckim ale za to jakże
    intrygującym Bastrado. I wreszcie nadszedł ten dzień, na męża i dzieci czekała
    na stole karteczka „wrócę jutro nie martwcie się o mnie” a ja
    kiedy oni się budzili byłam już w samochodzie który wiózł mnie do mojej
    „bajkowej krainy szczęścia” Nie wiem jak szybko osiągnęłam cel
    podróży bo byłam tak bardzo zapatrzona w migający przed oczyma krajobraz ale
    kiedy wysiadłam z samochodu czekał już na mnie on – tajemniczy Pedro, który
    miał być dzisiaj moim….. przewodnikiem, przewodnikiem po winnicy, która
    urzekała swoim specyficznym klimatem Winnice skąd pochodzi Bastardo –
    wino na szalone, beztroskie dni a ja właśnie taki chciałam dzisiaj spędzić a i
    sam Pedro -przewodnik świetnie się komponował w tej mojej scenerii. Dzień był
    cudowny- obejrzałam winnice( pierwszy raz w życiu), degustowałam wino, jadłam
    niewyszukane acz oryginalne i smaczne potrawy i poznałam wielu portugalskich
    przyjaciół, z którymi kontaktuje się do dzisiaj, Wieczór i noc to były cudowne
    chwile spędzone przy ognisku, ze śpiewami polsko-portugalskimi ( te polskie w
    moim wykonaniu były nieco fałszywe ale kto by się tam takimi drobiazgami
    przejmował) i oczywiście w objęciach mojego cudownego Bastardo (wino a nie
    przewodnik:) dla którego opuściłam na jeden dzień moja rodzinę aby choć przez
    chwile poczuć się wolna i niezależna, jak ta dziewczyna która byłam przed wielu
    laty i choć teraz jestem ogromnie szczęśliwa ze swoją rodziną to potrzebny był
    mi taki oddech i właśnie ten upragniony powiew wolności poczułam dzięki
    Bastardo. Kiedy powróciłam „niewierna żona” do rodziny to byłam
    bardziej radosna i uśmiechnięta i mąż żartuje, że co roku będzie mnie wysyłał na
    randkę z Bastardo a ja nie mam nic przeciwko a na razie staramy się choć jeden
    wieczór w tygodniu spędzić z naszym Bastardo, a mąż do dzisiaj nie wie, że tam
    był taki przewodnik Pedro – też taki Bastardo i może lepiej, że nie wie:)))

  31. guest93 napisał(a):

    Budzik? Wolne żarty! W pierwszym dniu mojej wymarzonej wędrówki po Europie portugalskie słońce budzi mnie, głaszcząc swymi delikatnymi promieniami moją twarz. Wstaję bez pośpiechu, tak męczącego i boleśnie irytującego podczas zwykłych, roboczych tygodni. Korzystając z okazji, że zwiedzam obcy mi na razie kraj, decyduję się zdradzić moją tradycyjną czarną kawę w ukochanym kubku z jedną z uroczych małych knajpek, rozsianych po całym mieście.

    Wizja samotnie pitej kawy przy pustym stoliku zdecydowanie mnie odstrasza, więc decyduję się na najbardziej zatłoczony lokal, jaki udaje mi się znaleźć. Tłum gości świadczy o wysokiej renomie knajpki, zgodnie z zasadą, że miliony much nie mogą się mylić, a ja od zawsze przedkladam klimat nad ilość gwiazdek danego lokalu; ten wybrany oferuje mi to, co chcę. Mnóstwo budzących się do życia Portugalczyków, a każdy z nich to kolejna historia, niewątpliwie fascynująca i warta poznania…

    Spontanicznie wybieram stolik z samotnie siedzącym mężczyzną, na rzut oka o cztery-pięć lat starszym ode mnie. Nigdy nie miewam problemów z rozmową z obycmi ludźmi, toteż szybko dowiaduję się, że tajemniczy Portugalczyk tak samo jak ja jest tu na wakacjach, również nie zna miasta, nie ma planu na reszte dnia i… jest Polakiem ;)

    Razem przeglądamy mapę miasta, zakreślając najbardziej, naszym zdaniem, godne odwiedzin obiekty. Park Monsanto, zamek św. Jerzego, katedra św. Antoniego, katedra Sé, klasztor Hieronimitów, Torre de Belém… Patrzymy na siebie zrezygnowani, wręcz namacalnie czując dysonans między tym, co chcemy zobaczyć, a tym, na ile pozwala nam czas. Podczas gdy toczymy dyskusję, z czego zrezygnować, zaczepia nas grupa Portugalczyków. Przyznają, iż przyglądali się nam, podczas gdy żywo gestykulowaliśmy nad mapą, stąd wiedzą, nad czym debatujemy. Proponują pokazanie nam miasta. Szybka decyzja i wychodzimy z nimi, zostawiając na stole suty napiwek- sama atmosfera lokalu zasługuje na najwyższe uznanie.

    Nie zwiedzamy zabytków. Portugalczycy zabierają nas na uliczny festyn, gdzie tańczymy, śpiewamy, kupujemy masę pamiątek od drobnych sprzedawców… i i tak mija nam na beztroskiej zabawie aż siedem godzin. Nie do wiary! Wymieniam się numerami z moimi nowymi znajomymi i szybko się zmywam. To byly mile spędzone chwile i chętnie zostałabym tu dlużej, lecz mam własny pomysł na wieczór, opracowany już kilka miesięcy temu, a wszystko to dla chwili emocji i stylu, który preferuję od lat.

    Z kupionym w pobliskim sklepie winem wsiadam do taksówki, prosząc kierowcę o zabranie mnie w jakieś klimatyczne miejsce, pierwsze, jakie przyjdzie mu na myśl. Po półgodzinie zatrzymujemy się nad pięknie położoną rzeką, jest to o tyle niesamowity widok, że trafilismy na zachód słońca, w zachwycający sposób ocieplający barwy i tak już uroczego miejsca. Płacę kierowcy i wysiadam.

    Wyjmuję z torby butelkę wina i zwykły, dziecinny blok techniczny, Szkicuję, rysuję i rozcieram ołówkowe linie, aż koniuszki moich palców są całkowicie czarne. Uchwyciłam już tę przejmującą dreszczem czystego zachwycenia leniwą chwilę nad rzeką, a kolejny szkic z podróży trafia do mojej prywatnej kolekcji. Każdy z nich jest mi sto razy droższy niż wszystkie zrobione zdjęcia, gdyż zawiera w sobie nie tylko obraz, lecz i emocje.

    Biorę łyk wina i kładę się na plecach, obserwując ciemniejące już niebo. Patrzę na butelkę. Bastardo! Uśmiecham się do siebie i postanawiam zostać tu jeszcze kilka dni. W końcu musze jeszcze zobaczyć miasto od turystycznej strony ;)

  32. Pytlik napisał(a):

    Rozmyślałam nad tym i myślę, że zaczęłabym od obudzenia się bez budzika o jakiejś nieokreślonej porze. Z jednej strony łóżka siedziałaby portugalska wersja Johnnego Deppa(no może trochę młodsza wersja), a z drugiej 2 koty. Portugalski Johnny czekałby, aż się obudzę. Trochę creepy ale powiedzmy, że bardziej romantyczne.Johnny ciągle prawi mi komplementy takim angielskim ze śmiesznym akcentem. Bardzo urocze. Masaż, podróż do łazienki przy sypialni, jakimś cudem włosy we śnie dobrze mi się ułożyły, ogół wygląda zadowalająco, a łazienkowe zabiegi jeszcze jakoś upiękniają. Godzina dalej nieważna. Raymundo (robocze portugalskie imię mojego Johnnego) oczywiście oprócz tego, że robi dobre animacje, ilustracje, grafiki, masaż, jest też świetnym kucharzem i przygotował nam śniadanie. Są różne naleśniki, słodkie śniadaniowe opcje, sery, świeży chleb orkiszowy (Raymundo wstał wcześniej i upiekł). Jest i Bastardo w odpowiedniej temperaturze. Rozkoszujemy się, z głośników płynie jakaś portugalska pieśń. Potem dzieją się oczywiste rzeczy, wyruszamy na wycieczkę, przytulamy koty. Wybieramy rowery, Raymundo spakował kosz piknikowy na drugie śniadanie (w środku jest Bastardo), temperatura powietrza idealna. Jesteśmy w Lizbonie i jedziemy pod Zamek św. Jerzego. Judzie po drodze jacyś uśmiechnięci i zadowoleni, nie zupełnie nie jak w Łodzi. I nie wchodzą pod koła roweru, po drodze dużo ładnych kotów, ja się nie męczę, ćwiczenia dały efekty. Po drodze trochę zwiedzamy, szkicujemy, dobrze mi idzie, Raymundo szczerze chwali moje rysunki. Mówi, że mam zachwycającą kreskę. Pod zamkiem mamy piknikową rozpustę, Ah, Raymundo zabrał Bastardo i kieliszki. Odpoczywamy, przybywają również nasi przyjaciele. Też przynieśli kosz. Jest Bastardo, percebes i te jajkowe ciastka. Gdzieś tu jest jakaś woda, rozbieramy się do bielizny albo dalej, dobry widok na klatę Raymundo, pływamy. Jakimś cudem jest wieczór, nie wiem która godzina. Prowiantu nie ma, więc Raymundo porywa mnie i wyruszamy na jakąś wspaniałą kolację z lampką wina. O w tym miejscu jest jakaś radosna muzyka na żywo, taka bez spiny, wszyscy się cieszą i bawią. Tańczymy i śpiewamy, chociaż nie umiemy ani jednego, ani drugiego Wracamy do stolika, dopijamy lampki szampana, płacimy i wracamy spacerem. Po rowery wrócimy jutro, jest taka gwiaździsta noc. A po powrocie do domu… hmmmm.

    (:

  33. Aga napisał(a):

    Idealny dzień z moim Bastardo to dzień z dala od zgiełku miasta,
    daleko od problemów i zmartwień dnia codziennego. To będzie dzień
    relaksu na dzikiej plaży pod Azoia.Ro złożę koc…on będzie leżał w
    bezruchu a ja będę się nim rozkoszować aż do ostatniej kropli.

  34. Edyta napisał(a):

    Idealny dzień z butelką Bastardo w Portugalii? To proste. Wstaję rano, wita mnie słońce, niczym się nie przejmuję, piję winko i jest zajebiście ;)

  35. Izabella Prusak napisał(a):

    Nigdy nie wierzyłam w magię, to przecież bajki dla małych dziewczynek
    poszukujących wrażeń z kart opowieści o dalekich krainach i
    zamieszkujących je wróżkach. Nie wierzyłam, że świat może rzeźbić gęsty
    płyn miękko opływający szkło, kropla zagadkowej czerwieni na ustach,
    spojrzenie zaklęte w jednym geście, zagubiona kropelka płynąca leniwie
    po szyi. A jednak tak, tak pachnie słońce, rozedrgane żarem zmysły,
    intymność i słodycz zauroczenia. Tak wygląda zagubiony wymiar
    wszechświata, w którym królują smaki o jakich nam się nie śniło. Tak
    rodzi się kobiecość wezbrana, pewna, silna i błoga. Jak za dotknięciem
    czarodziejskiej różdżki, którą jest magia wina. To moja magia i moja
    opowieść, gdybym tylko mogła, pewnego leniwego poranka mojemu Bastardo opowiedziałabym ją na ucho ;)

  36. Kasiek EsEl napisał(a):

    Mój idealny dzień z Bastardo rozpoczyna się zachodem słońca, na plaży. Po godzinach biegania po lizbońskich ulicach jak po wybiegu ściągam w końcu szpilki i oddaję bose stopy we władanie ciepłego piasku…Gdzieś w oddali widać palące się ogniska i słychać dudnienie bębnów – nogi same zaczynają mnie prowadzić w ich stronę, a ja poddaję się im w hipnotycznym transie…Blizej i bliżej, z mroku wyłaniają się sylwetki umieśnionych tancerzy i półnagich tancerek, których ciała poruszają się w rytm, który nie zmienił się od wieków. Pot spływa po ich złotobrązowej skórze, sprawia, ze błyszczą w blasku ognia jak bogowie i boginie, których z ziemią łączy już jedynie umiłowanie do tańca…Wtedy właśnie sięgam po Bastardo i dzielę się nim jak radością, że jestem tu, z nimi i rozumiemy się bez słów.

Dodaj komentarz