Nie bierz dupy z własnej grupy

Już brakuje mi palców u rąk, by policzyć znajomych, którzy zapomnieli o powyższej zasadzie i kiepsko na tym wyszli. Zaczyna się fajnie. Spędzasz większość czasu w szkole, w pracy lub z paczką przyjaciół. Wciąż przebywasz z kimś, kogo masz szansę dobrze poznać i kto prędzej czy później zaczyna cię interesować seksualnie. Po jakimś czasie lądujecie w łóżku i tu zaczyna się problem.

Już nawet nie chodzi o to, że wszyscy wokół was dowiedzą się prędzej czy później, że coś między wami jest, nawet, jeśli będziecie starali się to ukryć. Ba – najczęściej właśnie im bardziej staracie się to ukryć, tym większe podejrzenia wzbudzacie (tu dobra rada – lepiej flirtować otwarcie niż utrzymywać sztuczny dystans).

Sęk w tym, że w momencie, w którym taki związek sie kończy, bardzo trudno jest się odnaleźć w grupie. Nie ma nic gorszego niż koleś, z którym coś kręciłaś, który ci się znudził a ..mieszka pokój obok w akademiku. Albo brat twojej przyjaciółki. Albo kolega z tego samego pokoju w biurze. W najgorszej sytuacji są wtedy wasi wspólni znajomi, którzy są zmuszeni do poparcia jednej ze stron. A uwierzcie mi, że trudno być jednocześnie za rzuconym i porzucającym. 

Ta notka nie ma pointy (to taki mój nowy zwyczaj). Ciekawa jestem tylko, czy wy znacie jakieś przypadki, które przeczą zasadzie "nie bierz dupy z własnej grupy".