Nie lubię dyskryminacji, więc jestem przeciwna feministkom.

Jest taki stary dowcip, który wciąż oddaje sedno:

– Ile potrzeba feministek, żeby odkręcić żarówkę?
– To wcale nie jest śmieszne.

Z brakiem poczucia humoru u „kobiet walczących” spotykam się od zawsze, może dlatego, że nie było mi dane poznać tych pierwszych feministek, w których dystans do siebie i do świata głęboko wierzę. To były kobiety! Wspaniałe, odważne kobiety, które świadome ryzyka, świadome ośmieszenia i ostracyzmu społecznego wszczęły walkę z niesprawiedliwością społeczną. Dzięki nim mam teraz te same prawa co mężczyźni. Mogę się uczyć, mogę pracować, gdzie chcę, mogę głosować. Strasznie się cieszę, że nie żyję już w świecie, o którym mówi pewna piosenka – bo pomimo że to przepiękny kawałek, ja nie lubię być sprowadzana do roli „duchowej opiekunki” świata, w którym to mężczyzna tworzy, produkuje, zarabia. Też mogę tworzyć, produkować i zarabiać. I robię to.

Nie podobają mi się też takie filmiki, w których mężczyźni przepraszają nas za błędy swoich dziadków i pradziadków. Nie podoba mi się, że biorą na siebie winę na zasadzie jakiejś zbiorowej odpowiedzialności dziejów jednej płci. Nie podoba mi się, że stawiają nas, kobiety, w roli ofiary. Bo my nie jesteśmy ofiarami. Tamte kobiety były. A i z samym podziałem winy na płeć bym się kłóciła. Były przecież kobiety, które lubiły swoją poddańczą rolę – tak jak i byli mężczyźni, którzy chcieli równouprawnienia dla kobiet. Nazwałabym ich wszystkich ogólnie – ludźmi, którym było dobrze w starym porządku i ludźmi, którzy chcieli go zmienić. Ci drudzy byli po prostu za słabi przez wiele lat, by walczyć o swoje przekonania. Ludzie. Nie po prostu „kobiety”.

fabrykamemow.pl/

No właśnie, ja po prostu nie lubię podziału na uciśnioną, wyzwoloną, taką-i-owaką kobietę i uprzywilejowanego, złego, wykorzystującego przewagę mężczyznę, bo dla mnie te cechy nie mają teraz nic wspólnego z płcią, tylko z człowiekiem. Z jednostką. Są zdolni ludzie i głupi ludzie. Są leniwi, pracowici, ambitni, tchórzliwi, wykształceni, obrotni, sztywni, chcący i niechcący ludzie i nie spotkałam w życiu kobiety, która by posiadała wszystkie najlepsze cechy pracownika – a która nie osiągnęłaby sukcesu zawodowego lub politycznego. Zależy, na czym jej zależało.

KOBIETY W POLITYCE

Parytety. Coś mi się w środku gotuje, gdy słyszę, że płeć ma być czyimś atutem lub wadą przy podejmowaniu kariery politycznej – a to właśnie jest efekt parytetu. Dlaczego miałaby zaistnieć sytuacja, w której zdolny, wykształcony mężczyzna miałby odpaść w wyścigu o mandat poselski ze zdolną, wykształconą kobietą, tylko dlatego, że on jest mężczyzną a ona kobietą? Czy nie o coś z gruntu innego walczyły feministki?

A dlaczego jest tak mało kobiet w polityce? Bo tam nie idą. My nie wybieramy mężczyzn na posłów spośród wyrównanej liczby męskich i żeńskich kandydatów. My wybieramy głównie mężczyzn, bo głównie mężczyźni w ogóle startują w tym wyścigu. Dlaczego? Kobiety są jeszcze trochę psychicznie popaprane. Nie wiem, czy to się zmieni z czasem – czy już zawsze takie będziemy, ale kobieta, w momencie otrzymania szansy na jakieś wymarzone stanowisko zastanawia się, czy ma ku temu kwalifikacje. Przeważnie uznaje, że nie ma, więc rezygnuje z walki. Mężczyzna bierze, co jest mu dane i się dwa razy nie zastanawia. Najwyżej mu nie wyjdzie.
Do bardzo podobnego wniosku doszła kiedyś jedna z najsłynniejszych obrończyń parytetów, Magdalena Środa. Tylko że dla niej to jest argument za parytetami – a dla mnie wręcz przeciwnie. Jest to dowód na to, że taka zastanawiająca się nad swoimi kwalifikacjami, „nadmyśląca” (overthinking) kobieta nie jest po prostu gotowa na karierę polityczną. Drogie kobiety, jeśli widzicie w sobie taką cechę, warto z nią powalczyć. Jeśli jednak nie umiecie sobie z nią poradzić – trudno. Polityka najwyraźniej nie jest dla Was. Tam trzeba wiedzieć, co się chce, wierzyć w siebie i mieć mnóstwo siły, bo i tak znajdą się tacy, którzy będą Was wyzywać na pojedynki i podważać każdą waszą rację.

KOBIETY W PRACY

Kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni? Możliwe. Nie znam statystyk, ale najwyraźniej tak jest. Tylko może przestańmy się zastanawiać, jak to odgórnie zmienić, tylko pomyślmy nad tego przyczyną.

Poznałam w życiu kilkanaście dużych firm. W każdej z nich pracowało mniej więcej po równo kobiet i mężczyzn, ale to głównie mężczyźni piastowali wysokie, kierownicze stanowiska. Po części z tego samego powodu, o którym pisałam wyżej (kobiety w siebie nie wierzą i nie sięgają wysoko), po części dlatego, że kobiety co chwila szły na jakieś zwolnienia macierzyńskie, podczas gdy mężczyźni trwali na swoich stanowiskach. Gdy wracały, były wytrącone z rytmu, nie umiały się na początku odnaleźć – a i później ciągle brały zwolnienia chorobowe, w istocie wyrywając sobie czas na opiekę nad dziećmi. Mam małą firemkę i nikogo nie zatrudniam, ale gdybym zatrudniała ludzi i ledwo mi starczało na pensje i ubezpieczenia dla pracowników, no do cholery jasnej dlaczego miałabym płacić za jednego z nich podwójnie tylko dlatego, że jest kobietą, która właśnie zaszła w ciążę? Bo przecież nie mogłabym jej zwolnić – a musiałabym zatrudnić kogoś na jej stanowisko. Już bardziej by mi się opłacało zatrudnić kobietę na pół etatu a faceta na pełny etat i stanowisko kierownicze – bo wiem, że on będzie ze mną zawsze, dopóki ma taką umowę.

Dobrze, powiecie, ale nie mówimy o małych firmach tylko o dużych korporacjach, w których szefostwo może pozwolić sobie na taki wydatek. OK. A zdajecie sobie sprawę, jak taki półroczny urlop jednego z szefów potrafi rozwalić działanie dużej firmy? Tu już nie chodzi o pensję i ubezpieczenie pracownika. Tu chodzi o pracę całego działu. Ja się wcale nie dziwię, że kobiety, zwłaszcza te młode, które lada dzień zajdą w ciążę, są niechętnie awansowane. No chyba że czegoś tu nie widzę. Jeśli tak jest, uświadomcie mnie proszę. Bo póki co dla mnie wybór jest dość zrozumiały i polega na dylemacie między świetnym pracownikiem, który będzie ze mną zawsze – i świetnym pracownikiem, który nagle (nawet nie wiem kiedy) zniknie mi na co najmniej pół roku.

Nie mam pojęcia, jak to zmienić. Może wprowadzić obowiązkowe urlopy tacierzyńskie, żeby wyrównać szanse? Albo sprawić, by to Państwo płaciło za matki? Wiem tylko, że szef 8-osobowej firmy, który nie chce zatrudnić kobiety wcale nie jest męskim szowinistą. On po prostu musi wybrać między utrzymaniem samego siebie – a utrzymaniem dziecka tej kobiety.

Jest jeszcze inna kwestia. Nierówne zarobki na tym samy stanowisku. Szczerze? Nigdy się z tym nie spotkałam. Znam za to kilka kobiet, które opierdalały się w pracy i miały pretensje, że ich pracowity kolega po fachu zarabia więcej. Potem miały pretensje, że zostały zwolnione. Oczywiście, ich zdaniem, za to, że były kobietami. Zdaniem całej reszty – po prostu były gorsze od kolegi. I właśnie takie zachowania przyczyniły się do mojego złego zdania o feministkach.

KOBIETA W KULTURZE

Tutaj musimy wrócić do kwestii, od której zaczęłam tekst. Brak poczucia humoru u feministek to w istocie dużo szerszy problem, bo nie chodzi o to, że nie znają się na żartach. Brak im dystansu w ogóle. Pokazanie w reklamie pół-nagiej, seksownej kobiety jest seksizmem. Bo gdyby była tylko naga, to ok. Ale jeśli przy tym faceci na nią lecą, to już jest źle. Feministki zdają się dążyć do takiego świata, w którym kobieta nie jest seksowna, nie wzbudza pożądania, nie kusi ani wyglądem ani zachowaniem.

Najlepiej w ogóle, gdyby pozbyć się wszelkich symptomów adoracji wobec kobiet. Do kosza ze starymi, tradycyjnymi konwenansami, nawet jeśli są tylko uroczym reliktem i facet, który mi otwiera drzwi do samochodu wcale nie ma ambicji zrobienia ze mnie kury domowej. On po prostu lubi mnie tak adorować – a ja lubię być tak adorowana. Może chce mi się do majtek dobrać – tak jak ja chcę mu się do majtek dobrać, zakładając duży dekolt. Łodewa. Czill. To są tylko konwenanse.

Francuskie feministki wywalczyły niedawno zakazanie formy „mademoiselle” w oficjalnych pismach. Za chwilę kelner nie będzie mógł się tak do mnie zwrócić, gdy będzie pytał mnie o zamówienie w paryskiej kawiarence. Nie rozumiem, dlaczego taka forma miałaby mnie urazić. Nie rozumiem, na czym polega jej szkodliwość społeczna. Że niby kobiety nie lubią, jak ktoś ujawnia ich status matrymonialny? Serio, to takie straszne? Poza tym – to najczęściej jest zwyczajny traf, który można w dowolnym momencie skorygować, jeśli nam się nie podoba. „Mademoiselle” jest po prostu uroczym, pięknym zwrotem, który jest jednym ze smaczków języka francuskiego i francuskiej kultury. Jeśli jest zwrotem przestarzałym – za chwilę sam zniknie, tak jak zniknęły już polskie „Borewiczówny” i „Borewiczowe”. Jeśli nie – pozwólmy mu żyć, tak samo jak pozwalamy żyć słowu „kobieta”, które przecież było kiedyś obelżywe.

W ogóle mam wrażenie, że te feministyczne walki to jakieś zapełnianie sobie czasu i energii na siłę. Jest przecież tyle ważniejszych spraw, którymi trzeba się zająć, by żyło nam się lepiej. Edukacja, opieka zdrowotna, wojny, głód, bezdomne zwierzęta, niechciane dzieci, gwałty, kradzieże, Niepozmywane naczynia, płaczące dziecko, nieuprasowane koszule, głodny mąż. Można wymieniać w nieskończoność problemy, z jakimi boryka się współczesny świat. Dlaczego na Bug tracić czas na jakąś gołą babę w reklamie, francuskie „mademoiselle”, parytety czy „ministrę”.