Nie lubię dyskryminacji, więc jestem przeciwna feministkom.

Jest taki stary dowcip, który wciąż oddaje sedno:

– Ile potrzeba feministek, żeby odkręcić żarówkę?
– To wcale nie jest śmieszne.

Z brakiem poczucia humoru u „kobiet walczących” spotykam się od zawsze, może dlatego, że nie było mi dane poznać tych pierwszych feministek, w których dystans do siebie i do świata głęboko wierzę. To były kobiety! Wspaniałe, odważne kobiety, które świadome ryzyka, świadome ośmieszenia i ostracyzmu społecznego wszczęły walkę z niesprawiedliwością społeczną. Dzięki nim mam teraz te same prawa co mężczyźni. Mogę się uczyć, mogę pracować, gdzie chcę, mogę głosować. Strasznie się cieszę, że nie żyję już w świecie, o którym mówi pewna piosenka – bo pomimo że to przepiękny kawałek, ja nie lubię być sprowadzana do roli „duchowej opiekunki” świata, w którym to mężczyzna tworzy, produkuje, zarabia. Też mogę tworzyć, produkować i zarabiać. I robię to.

Nie podobają mi się też takie filmiki, w których mężczyźni przepraszają nas za błędy swoich dziadków i pradziadków. Nie podoba mi się, że biorą na siebie winę na zasadzie jakiejś zbiorowej odpowiedzialności dziejów jednej płci. Nie podoba mi się, że stawiają nas, kobiety, w roli ofiary. Bo my nie jesteśmy ofiarami. Tamte kobiety były. A i z samym podziałem winy na płeć bym się kłóciła. Były przecież kobiety, które lubiły swoją poddańczą rolę – tak jak i byli mężczyźni, którzy chcieli równouprawnienia dla kobiet. Nazwałabym ich wszystkich ogólnie – ludźmi, którym było dobrze w starym porządku i ludźmi, którzy chcieli go zmienić. Ci drudzy byli po prostu za słabi przez wiele lat, by walczyć o swoje przekonania. Ludzie. Nie po prostu „kobiety”.

fabrykamemow.pl/

No właśnie, ja po prostu nie lubię podziału na uciśnioną, wyzwoloną, taką-i-owaką kobietę i uprzywilejowanego, złego, wykorzystującego przewagę mężczyznę, bo dla mnie te cechy nie mają teraz nic wspólnego z płcią, tylko z człowiekiem. Z jednostką. Są zdolni ludzie i głupi ludzie. Są leniwi, pracowici, ambitni, tchórzliwi, wykształceni, obrotni, sztywni, chcący i niechcący ludzie i nie spotkałam w życiu kobiety, która by posiadała wszystkie najlepsze cechy pracownika – a która nie osiągnęłaby sukcesu zawodowego lub politycznego. Zależy, na czym jej zależało.

KOBIETY W POLITYCE

Parytety. Coś mi się w środku gotuje, gdy słyszę, że płeć ma być czyimś atutem lub wadą przy podejmowaniu kariery politycznej – a to właśnie jest efekt parytetu. Dlaczego miałaby zaistnieć sytuacja, w której zdolny, wykształcony mężczyzna miałby odpaść w wyścigu o mandat poselski ze zdolną, wykształconą kobietą, tylko dlatego, że on jest mężczyzną a ona kobietą? Czy nie o coś z gruntu innego walczyły feministki?

A dlaczego jest tak mało kobiet w polityce? Bo tam nie idą. My nie wybieramy mężczyzn na posłów spośród wyrównanej liczby męskich i żeńskich kandydatów. My wybieramy głównie mężczyzn, bo głównie mężczyźni w ogóle startują w tym wyścigu. Dlaczego? Kobiety są jeszcze trochę psychicznie popaprane. Nie wiem, czy to się zmieni z czasem – czy już zawsze takie będziemy, ale kobieta, w momencie otrzymania szansy na jakieś wymarzone stanowisko zastanawia się, czy ma ku temu kwalifikacje. Przeważnie uznaje, że nie ma, więc rezygnuje z walki. Mężczyzna bierze, co jest mu dane i się dwa razy nie zastanawia. Najwyżej mu nie wyjdzie.
Do bardzo podobnego wniosku doszła kiedyś jedna z najsłynniejszych obrończyń parytetów, Magdalena Środa. Tylko że dla niej to jest argument za parytetami – a dla mnie wręcz przeciwnie. Jest to dowód na to, że taka zastanawiająca się nad swoimi kwalifikacjami, „nadmyśląca” (overthinking) kobieta nie jest po prostu gotowa na karierę polityczną. Drogie kobiety, jeśli widzicie w sobie taką cechę, warto z nią powalczyć. Jeśli jednak nie umiecie sobie z nią poradzić – trudno. Polityka najwyraźniej nie jest dla Was. Tam trzeba wiedzieć, co się chce, wierzyć w siebie i mieć mnóstwo siły, bo i tak znajdą się tacy, którzy będą Was wyzywać na pojedynki i podważać każdą waszą rację.

KOBIETY W PRACY

Kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni? Możliwe. Nie znam statystyk, ale najwyraźniej tak jest. Tylko może przestańmy się zastanawiać, jak to odgórnie zmienić, tylko pomyślmy nad tego przyczyną.

Poznałam w życiu kilkanaście dużych firm. W każdej z nich pracowało mniej więcej po równo kobiet i mężczyzn, ale to głównie mężczyźni piastowali wysokie, kierownicze stanowiska. Po części z tego samego powodu, o którym pisałam wyżej (kobiety w siebie nie wierzą i nie sięgają wysoko), po części dlatego, że kobiety co chwila szły na jakieś zwolnienia macierzyńskie, podczas gdy mężczyźni trwali na swoich stanowiskach. Gdy wracały, były wytrącone z rytmu, nie umiały się na początku odnaleźć – a i później ciągle brały zwolnienia chorobowe, w istocie wyrywając sobie czas na opiekę nad dziećmi. Mam małą firemkę i nikogo nie zatrudniam, ale gdybym zatrudniała ludzi i ledwo mi starczało na pensje i ubezpieczenia dla pracowników, no do cholery jasnej dlaczego miałabym płacić za jednego z nich podwójnie tylko dlatego, że jest kobietą, która właśnie zaszła w ciążę? Bo przecież nie mogłabym jej zwolnić – a musiałabym zatrudnić kogoś na jej stanowisko. Już bardziej by mi się opłacało zatrudnić kobietę na pół etatu a faceta na pełny etat i stanowisko kierownicze – bo wiem, że on będzie ze mną zawsze, dopóki ma taką umowę.

Dobrze, powiecie, ale nie mówimy o małych firmach tylko o dużych korporacjach, w których szefostwo może pozwolić sobie na taki wydatek. OK. A zdajecie sobie sprawę, jak taki półroczny urlop jednego z szefów potrafi rozwalić działanie dużej firmy? Tu już nie chodzi o pensję i ubezpieczenie pracownika. Tu chodzi o pracę całego działu. Ja się wcale nie dziwię, że kobiety, zwłaszcza te młode, które lada dzień zajdą w ciążę, są niechętnie awansowane. No chyba że czegoś tu nie widzę. Jeśli tak jest, uświadomcie mnie proszę. Bo póki co dla mnie wybór jest dość zrozumiały i polega na dylemacie między świetnym pracownikiem, który będzie ze mną zawsze – i świetnym pracownikiem, który nagle (nawet nie wiem kiedy) zniknie mi na co najmniej pół roku.

Nie mam pojęcia, jak to zmienić. Może wprowadzić obowiązkowe urlopy tacierzyńskie, żeby wyrównać szanse? Albo sprawić, by to Państwo płaciło za matki? Wiem tylko, że szef 8-osobowej firmy, który nie chce zatrudnić kobiety wcale nie jest męskim szowinistą. On po prostu musi wybrać między utrzymaniem samego siebie – a utrzymaniem dziecka tej kobiety.

Jest jeszcze inna kwestia. Nierówne zarobki na tym samy stanowisku. Szczerze? Nigdy się z tym nie spotkałam. Znam za to kilka kobiet, które opierdalały się w pracy i miały pretensje, że ich pracowity kolega po fachu zarabia więcej. Potem miały pretensje, że zostały zwolnione. Oczywiście, ich zdaniem, za to, że były kobietami. Zdaniem całej reszty – po prostu były gorsze od kolegi. I właśnie takie zachowania przyczyniły się do mojego złego zdania o feministkach.

KOBIETA W KULTURZE

Tutaj musimy wrócić do kwestii, od której zaczęłam tekst. Brak poczucia humoru u feministek to w istocie dużo szerszy problem, bo nie chodzi o to, że nie znają się na żartach. Brak im dystansu w ogóle. Pokazanie w reklamie pół-nagiej, seksownej kobiety jest seksizmem. Bo gdyby była tylko naga, to ok. Ale jeśli przy tym faceci na nią lecą, to już jest źle. Feministki zdają się dążyć do takiego świata, w którym kobieta nie jest seksowna, nie wzbudza pożądania, nie kusi ani wyglądem ani zachowaniem.

Najlepiej w ogóle, gdyby pozbyć się wszelkich symptomów adoracji wobec kobiet. Do kosza ze starymi, tradycyjnymi konwenansami, nawet jeśli są tylko uroczym reliktem i facet, który mi otwiera drzwi do samochodu wcale nie ma ambicji zrobienia ze mnie kury domowej. On po prostu lubi mnie tak adorować – a ja lubię być tak adorowana. Może chce mi się do majtek dobrać – tak jak ja chcę mu się do majtek dobrać, zakładając duży dekolt. Łodewa. Czill. To są tylko konwenanse.

Francuskie feministki wywalczyły niedawno zakazanie formy „mademoiselle” w oficjalnych pismach. Za chwilę kelner nie będzie mógł się tak do mnie zwrócić, gdy będzie pytał mnie o zamówienie w paryskiej kawiarence. Nie rozumiem, dlaczego taka forma miałaby mnie urazić. Nie rozumiem, na czym polega jej szkodliwość społeczna. Że niby kobiety nie lubią, jak ktoś ujawnia ich status matrymonialny? Serio, to takie straszne? Poza tym – to najczęściej jest zwyczajny traf, który można w dowolnym momencie skorygować, jeśli nam się nie podoba. „Mademoiselle” jest po prostu uroczym, pięknym zwrotem, który jest jednym ze smaczków języka francuskiego i francuskiej kultury. Jeśli jest zwrotem przestarzałym – za chwilę sam zniknie, tak jak zniknęły już polskie „Borewiczówny” i „Borewiczowe”. Jeśli nie – pozwólmy mu żyć, tak samo jak pozwalamy żyć słowu „kobieta”, które przecież było kiedyś obelżywe.

W ogóle mam wrażenie, że te feministyczne walki to jakieś zapełnianie sobie czasu i energii na siłę. Jest przecież tyle ważniejszych spraw, którymi trzeba się zająć, by żyło nam się lepiej. Edukacja, opieka zdrowotna, wojny, głód, bezdomne zwierzęta, niechciane dzieci, gwałty, kradzieże, Niepozmywane naczynia, płaczące dziecko, nieuprasowane koszule, głodny mąż. Można wymieniać w nieskończoność problemy, z jakimi boryka się współczesny świat. Dlaczego na Bug tracić czas na jakąś gołą babę w reklamie, francuskie „mademoiselle”, parytety czy „ministrę”.

Komentarze do wpisu: 13 Napisz komentarz

  1. Zgadzam się z większością Twoich przemyśleń, ba, nawet mnie one zachwycają. Tutaj jednak nie mogę się zgodzić.
    Według jakich kategorii, jakich wartości, jakich cech definiowane są „cechy dobrego pracownika”? Inaczej rzecz ujmując – w jakim paradygmacie się poruszamy? Co jest wartością, siłą, a co postrzegane jest jako słabość? I dlaczego jakoś tak się składa, że cechy, które skategoryzowałabym jako, powiedzmy yin, są gorsze? Dlaczego współpraca, miękkość, nie bezwzględne zorientowanie na cel/stan, a raczej na relacje i wspólnotę (ale niekoniecznie w sensie przewodzenia jej)/proces są oznaką słabości i są domeną niziutko opłacanych zawodów, nie muszę chyba dodawać, że sfeminizowanych? Dlaczego odpowiedzialność i m.in. z niej wynikające rozważania, czy na pewno dam radę, czy na pewno mam odpowiednie kwalifikacje są głupie, a arogancja i jakoś-to-będzie są cnotą? Niestety, wciąż jeszcze też oczywiste jest, że kobieta jest wyrodną matką, kiedy orientuje się na karierę; bo też to jest powalony system (oparty na supremacji „męskich” – yang jakości), w którym tak idiotycznie dzieli się życie na osobiste i zawodowe, co ma służyć głównie możliwości uprawiania gry pozorów, niezbędnej do atawistycznego ustalania hierarchii władzy i dominacji (vide KOBIETY W POLITYCE I W PRACY). Rzeczywiście – do takiej polityki się nadaję i nie chcę takiej polityki w ogóle. Jak ją zmienić? Na szczęście już się to dzieje. Genialny występ wspominanej Środy u Lisa, kiedy to na pseudo merytoryczne argumenty (podszyte niezauważalnie a wyczuwalnie założeniem, że emocjonalność jest wadą i jest nieprofesjonalna) powtarzała (może za Eve Ensler?): „ja nie wiem, ja jestem takim emocjonalnym stworzeniem”.
    Parytety są teraz potrzebne jako narzędzie przyzwyczajania wszystkich do równego udziału w życiu politycznym kobiet i mężczyzn, bo chcesz czy nie, ale w niemiłosiernie nam panującym paradygmacie linia podziału biegnie w majtkach, no, czasami w gender. Wolę parytety, niż czekać kolejne 100 lat, kiedy to (być może) ewolucyjnie nastąpi zmiana i płeć przestanie determinować osobowość na poziomie wózka i koloru różowego i niebieskiego na niemowlakach. Oczywiście, że trzeba to zmieniać, najlepiej w sobie samych, najlepiej samym wobec siebie się emancypować, acz nie jesteśmy oddzieleni od stereotypów, bo one napływają do naszej nie-świadomości, czy tego chcemy, czy nie.
    Dlaczego „tracić czas” na mademoiselle? Bo np. moja przyjaciółka wyjechała ostatnio ze swoim facetem do niewielkiego miasta nieopodal Lyonu i, to, że nie jest żoną tego faceta powoduje, wyobraź sobie, że ląduje na końcu kolejki, jeśli chodzi o dostęp do różnych dóbr reglamentowanych przez urzędników. Tak, tak XXI wiek, wyzwolona Francja, a pryzmat stanu cywilnego kobiet wciąż bardzo znacząco rozszczepia ich szanse na godne życie. Oczywiście – sprawa jest trochę bardziej złożona, ale to, że nie masz męża, w wielu miejscach powoduje utrudnienia; oczywiście – nie są one nie do przeskoczenia, ale mnie na przykład wkurwiałoby, że muszę przeskakiwać coś rzuconego mi pod nogi w związku z moimi osobistymi i intymnymi decyzjami. Ja na szczęście jestem rozwódką i matką – oczekiwania sporej części społeczeństwa (małżeństwo i rodzicielstwo) mam odwalone ;)
    Dlaczego zaś ważna jest sprawa ministry? Bo język tworzy świadomość.
    I naprawdę, cieszyć się należy, że Twoja konstrukcja psychofizyczna, mocny charakter (praca i wybory własne, ale też w dużej mierze, nie ma co się oszukiwać, GENY) oraz okoliczności pozwalają Ci na to, by czniać konwenanse, albo wręcz się nimi bawić i nie musisz przy tym znosić upokorzeń albo też jesteś na nie odporna.
    Przekonania (najbardziej te nieuświadomione) mocno wpływają na naszą percepcję i reakcje.
    :)

  2. Hm. No dobra, ale co ma ciąża do zdolności do pracy, odpowiedzialności i wydajności, kreatywności i dyspozycyjności? To nie choroba. (Chociaż choroba może trafić każdego na dłużej i gorzej niż ciąża). Plusem jest nawet to, że wynagrodzenie kobiety w ciąży na chorobowym pokrywa państwo, przez cały okres ciąży. Nie wiem czy tak samo jak przy zwykłym L4 – po 30 dniach, ale na pewno nie jest to koszt pracodawcy. No i poza tym, od tego są zastępstwa, które dopadają wszystkich. Odpowiedzialność za dzieci… No teraz na szczęście odczuwają to coraz częściej też sami ojcowie i bardzo często to oni biorą wolne, żeby się dzieckiem zająć. I słusznie. Dzięki temu zanika dyskryminacja płciowa. Małymi krokami, ale wszystko się zmienia… Gorsza jest walka o stanowisko, zakres obowiązków itp. między bezdzietnymi singlami a ludźmi w związkach i/albo z dziećmi. I to jest faktyczny problem, na który nie ma rozwiązania w wielu firmach. Co do współpracy i generalnie towarzystwa, to ja całe życie wolę facetów. Wojna płci nie jest moją wojną i nigdy nie była, jak i wojny religijne, poglądowe. To wszystko jest naciągane i sztucznie stworzone, żeby zająć czymś ludzi. Jak się coś buduje na ogólnikach typu „my kobiety” to potem są jakieś dziwne parytety itp.
    Czasami siedzę i słucham np. feministek i mam oczy jak 5zł, bo nie lubię jak ktoś się wypowiada w też moim imieniu, gdy ja się z nim nie zgadzam. No ale to dotyka każdej walki o dobra jakiejś wybranej grupy. Z założenia powoduje naruszanie praw reszty, nie objętej tym zbiorem. No a ja w tym zbiorze jestem jedynie płcią. Niby nic, a jednak na siłę jestem w to wciągnięta, dlatego też drażliwie reaguję na postulaty feministek, ale jednak nie wszystkie. Z nimi jak z politykami, albo z Cejrowskim. Czasami powiedzą coś dobrego. Czasami nie wiadomo czy się śmiać czy płakać.

  3. Nie no, „Borewiczówna” w stosunku do siedemnasto-, dwudziestolatki brzmi słodko, ale pięćdziesięcioletnia „Borewiczówna” po prostu śmieszy, bo z założenia „ówna”, to młoda dziewczyna, która tylko na chwilę jest „ówną”. Nie wyobrażam sobie oficjalnych (i nieoficjalnych) pism adresowanych do „panny”, bo nie chodzi o to, że jest to staromodne, ale że daje powody ku temu, by niezamężną kobietę traktować inaczej. Nie ważne teraz lepiej/gorzej, po prostu inaczej. I to inaczej można sobie interpretować bardzo różnie: „nie stać ją na chłopa”, „pewnie się puszcza, bo taka ładna i ciągle panna”, „skoro panna, to można ją poderwać”, „pewnie nie lubi facetów”, „ta to ma życie!”, „ciekawe czy jest dziewicą” i tak dalej… O „ową” nikt się tak już troszczyć nie będzie. No i co, wychodzę za mąż i zaraz muszę o tym trąbić w każdym urzędzie? O ileż prościej pod każdym względem zwracać się do każdej kobiety per pani.

  4. Świetlik napisał(a):

    To jest wszystko strasznie skomplikowane. Póki kobieta ma męża, z którym będzie na dobre i złe, to taki system, jaki mamy, jest do zaakceptowania, bo co ona straci, to partner zyska i się wyrówna (a że nie są to już tak straszne różnice, jak kiedyś, można to przełknąć). Gorzej, jak nie chce iść tym schematem. Studiuję kierunek techniczny – śmichy chichy prowadzących są na porządku dziennym (teksty w stylu „kobiecy mózg nie jest przystosowany do rzeczy związanych z samochodami”), mam masę „kolegów” knurów, którzy kochają seksistowskie żarty i nie przepuszczą żadnej okazji, żeby sobie podbudować ego. Albo taka sytuacja – pierwsze laby z jednego przedmiotu, prowadzący zapowiada, że będzie przepytywał tę osobę z pary, która wygląda na umiejącą gorzej – na sali była jedna para złożona z samych dziewczyn, dwie z chłopaków, reszta – mieszane. W KAŻDEJ parze mieszanej odpytywana była dziewczyna, nigdy chłopak (to były pierwsze faktyczne ćwiczenia, nikt jeszcze nie zdążył popisać się lub skompromitować, więc typowanie odbywało się tylko po pozorach). Może to drobne rzeczy, ale potrafią zaboleć, kiedy doświadcza się ich regularnie. Obserwuję też tę arogancję, połowa kolegów na roku już uważa się za wspaniałych specjalistów w dziedzinie i nie waha się wymądrzać oraz pouczać innych, nawet jeśli szybko wychodzi na jaw, że temat zaledwie liznęli. A co do pracy – długo nad tym myślałam i często do tego wracam, i faktycznie wychodzi mi, że jedynym sensownym wyjściem jest posyłanie na urlop „tacierzyński” wszystkich świeżo upieczonych ojców. I rodzinom to wyjdzie na zdrowie, i zmaleje piętno ciążące (hehe) na żeńskich pracownikach – nagle każdy w wieku reprodukcyjnym jest równie zagrożony tymi zwolnieniami i może przestanie się na to zwracać aż taką uwagę (bo jeśli chodzi o inne choroby, niezwiązane z rozmnażaniem, to nawet kobiety są mniej kłopotliwe, bo częściej i chętniej się badają zanim jest z nimi już naprawdę kiepsko). I może jakieś ulgi podatkowe dla firm za pracowników z dziećmi (skoro obciążają budżet firmy, ale są pożyteczni dla społeczeństwa)? Na pewno przeznaczenie środków państwowych na coś takiego (oraz na żłobki i przedszkola) byłoby sensowniejsze, niż 500 zł na drugie dziecko (i to tylko do osiągnięcia pełnoletniości przez pierwsze, więc rodziny z dużymi różnicami wieku między dziećmi są na starcie poszkodowane).
    A na koniec – feministki feministkom nierówne. Rozpatrujmy grupę jako ideę, a idea jest taka, żeby ludzie mieli w życiu równe szanse niezależnie od tego, co mają między nogami. Że pomysły na realizację tego postulatu są różne, oraz że różne są też poszczególne osoby (mądre, uczciwe, z poczuciem humoru, nawiedzone, zawistne, leniwe) – to chyba nikomu myślącemu tłumaczyć nie trzeba. Natomiast uważam, że jeśli kobieta chce pracować i móc głosować (bo są i takie, których te możliwości w ogóle nie interesują), to nigdy nie powinna o sobie powiedzieć, że nie jest feministką, bo aktywnie w życiu korzysta z praw wywalczonych na podstawie idei feminizmu (może to ta nazwa jest taka nieszczęśliwa, „equalizm” brzmiałby chyba dla wielu osób lepiej, bo przecież chodzi o równość, a nie odwrócenie obecnego stanu rzeczy). Podsumowując: nie zgadzam się z niektórymi feministkami, z innymi tak, ale powiedzieć „nie lubię dyskryminacji, więc jestem przeciwna feministkom” to wrzucić do wora wszystkie, niezależnie od konkretnych poglądów na różne aspekty problemu, jakim jest dyskryminacja – a to znowu sprzyja mitowi feministki – oszołomki, z wąsem, grubej, lesbijki, nienawidzącej mężczyzn, samej siebie, dzieci, winiących za wszystkie nieszczęścia świata patriarchat. Bądźmy dumnymi feministkami, które kochają (a przynajmniej szanują) siebie nawzajem i mężczyzn też. I uczmy kolejne pokolenia, że o człowieku nie świadczy płeć, tylko to, jaki jest i co robi, a stereotypy lepiej schować głęboko do szafy.

  5. Mirosław Jędras napisał(a):

    „Najlepiej w ogóle, gdyby pozbyć się wszelkich symptomów adoracji wobec kobiet”
    O tak, zgadzam się w pełni i nie ma w tym z mojej strony ani grama sarkazmu. A gdzie szacunek dla mężczyzn? Dlaczego cały czas mówi się tylko o szacunku wobec kobiet? Póki w naszym społeczeństwie dżentelmeńskie gesty będą uważane za psią powinność mężczyzny, będę je traktować jako coś wrogiego, narzuconego. Bo mi one radości jakiejkolwiek nie sprawiają, nie czuję się z tym dobrze, ale zdaję sobie sprawę, że odczucia i potrzeby mężczyzn są g…. warte, zwłaszcza w Polsce. Nie potrafię znaleźć plusów sytuacji, że jestem niżej w hierarchii społecznej od kobiety, no ale nie jestem masochistą, w przeciwieństwie do wielu pożytecznych idiotów (czyli dżentelmenów). Cały sv kręci się wokół kobiet i dla kobiet, liczą się tylko ich potrzeby i pragnienia, żeby kobieta była na świeczniku. Mężczyzna zostaje zrównany ze statusem służącego (np. odźwiernego czy tragarza). Należy olać nadmierne oczekiwania kobiet i przywrócić należną godność mężczyznom. A kobiety w Polsce siłą rzeczy są roszczeniowe, to wynik naszej kultury właśnie.

  6. Ola Mości napisał(a):

    …exactement Mademoiselle – czy tam już Madame. Brakuje mi jeszcze wątku o tym, że od dzieciństwa nam się wmawia, że lubimy lalki i różowy kolor, a przecież niewykluczone, że wolałybyśmy samochody. Ja miałam większość zabawek i ubrań po synach znajomych moich starych i jakoś i tak zawsze wybierałam lalki i różowy. Do dziś lubię, dobrze, że jest modny w tym sezonie :)

    Jednak jeśli chodzi o to, że jako młode matki (HI5!) jesteśmy problematyczne dla swoich szefów to w tym przypadku zgodzę się z feministkami i każdym kto porusza publicznie tą kwestię. Też nie wiem jak to załatwić, ale wierzę w to, że dzięki temu, że się o tym mówi i piętnuje pewne zachowania szefów, i że jest w modzie społeczna odpowiedzialność firm, nie będę musiała się bać wracać na swoje menedżerskie stanowisko po urlopie macierzyńskim. Tym bardziej, że na urlopie macierzyńskim płaci nam ZUS – czy się mylę?

    Ps. Bardzo fajny blog. Zajrzałam z ciekawości po tym jak mignęła mi Twoja książka w księgarni. A kiedyś się spotkałyśmy przez wspólnego znajomego, dawno temu, gdy na Żoliborzu był jeszcze taki śmieszny pub w piwnicy za Merkurym :) pozdrawiam!

Dodaj komentarz