Nie mów do dziecka jak do dziecka

Dla dzieci trzeba pisać jak dla dorosłych, tylko lepiej – powiedział Maksym Gorki, a ja bym powiedziała „mądrzej”, bo zarówno „pisarze dziecięcy” jak i rodzice wpadają często w pułapkę ogłupiania dziecka infantylnym językiem, moralizowaniem i podejmowaniem się tematów banalnych, wierząc, że tylko taki przekaz dotrze do malucha w stu procentach. Poniekąd mają rację, ale sęk w tym, że nie taka jest rola książki, żeby dotrzeć do odbiorcy w stu procentach. Nie chodzi o to, żeby dziecko zrozumiało wszystko, bo to uniemożliwia rozwój. A rolą literatury jest właśnie rozwijanie wyobraźni, prowokowanie do myślenia, nauka języka i dostarczanie doświadczeń, których się jeszcze nie ma w rzeczywistości. Dlatego myślę, że ogromnym błędem jest serwowanie dziecku teletubisiów, historyjek o księżniczkach i ogólnie przemawianie do niego rachitycznym językiem dorosłego bobasa.

O jaka lala idzie! Popatrz, jaka lala! Bubala! Tak? – powiedziała jakaś kobieta do swojej córki na spacerze, gdy przechodziłam obok. Ja. Lala. Czy naprawdę wielkim błędem byłoby nazwanie mnie kobietą lub panią? I co to jest „bubala”? Ja rozumiem, że czasem można tak się pobawić artykulacją lub rozbawić dziecko, gdy płacze, ale zatrważająco często spotykam rodziców, którzy w kontaktach ze swoim dzieckiem zapominają, że jest coś takiego jak język polski ze swoimi pięknymi zdaniami złożonymi, które mają jakieś znaczenie, są logiczne i niekoniecznie zawierają same zdrobnienia. Mówią tak, jakby cofnęli się w rozwoju do poziomu dziecka albo i jeszcze dalej. Bezustannie.

Miałam szczęście, wychowując się z matką polonistką, która nie infantylizowała przy mnie swojego języka. Wręcz przeciwnie. Starała się mówić piękną, wyraźną polszczyzną, żebym od początku nabrała dobrych nawyków. W rezultacie w dzieciństwie posługiwałam się naprawdę pięknym językiem, wcześnie budowałam zdania złożone i miałam bogate słownictwo. Potem niestety to się wyrównało w szkole z innymi dziećmi, ale taka już rola naszego systemu edukacji.

Nie znałam też zbyt wielu „bajek” jako dziecko. Historię śpiącej królewny, kopciuszka i czerwonego kapturka słyszałam może raz lub dwa, ale szybko mnie znudziły, bo mama do snu opowiadała mi …bajkę o wojnie trojańskiej, która była o niebo fajniejsza. Znałam więc na pamięć wiele mitów greckich już w pierwszej klasie podstawówki. Wojna trojańska i powrót Odysa na Itakę to były moje ulubione historie, o które prosiłam ją najczęściej  A mity nie moralizują. W ogóle uważam wszelkie moralizowanie za bardzo niebezpieczne narzędzie, zwłaszcza dla dziecka, bo pisanie historii z morałem jest taką argumentacją wsteczną: stawiamy jakąś tezę, której podporządkowujemy wszystkie wątki. Po co. Skoro sami nie lubimy moralizujących filmów i książek, czemu serwujemy je naszym dzieciom? Niech same wyciągają wnioski, niech same interpretują fabułę. Naprawdę nie wszystko musi uczyć dobra i moralności.

Niekryty krytyk  pięknie zrecenzował odcinek jakiegoś debilnego programu dla dzieci, który bardziej przypomina narkotyczną wizję wypalonego hipstera niż produkcję telewizyjną dla najmłodszych i doprawdy nie wiem, jakim cudem to zostało dopuszczone do emisji. To znaczy wiem. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Taki program „Boohbah” jest bowiem odpowiednikiem McDonalda. Tanie w produkcji, szybkie żarcie, za którego smakiem przepadają dzieci, ale które ma niewiele wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Bo nie wątpię, że dzieci mogą lubić takie programy (znajomi rodzice sami byli zaskoczeni, jak jeden zapętlony odcinek Teletubisiów może zdjąć im z głów płaczącego bahora na godzinę), ale karmienie tym dzieci nie jest dla nich w żaden sposób rozwojowe. Nie pada tam właściwie żadne zdanie, obraz bazuje na jakichś beznadziejnych, tanich animacjach kolorystycznych a elektroniczna „muzyka” reprezentuje poziom pana Czesia z Pcimia, który właśnie kupił sobie keyborda i próbuje coś pykać.

Dlaczego, na Bug, dlaczego nie można puścić dzieciom dobrej muzyki klasycznej? Dlaczego nie pokazywać im prawdziwych obrazów z naszej pięknej planety Ziemia i dlaczego nie opowiadać historii bogatym, złożonym językiem literackim. Przecież mamy tego trochę w naszej – i nie tylko naszej kulturze. Po co uczyć dziecko, jak wygląda pluszowy stworek z dupy, który mówi „pry” i rusza nóżką do keyborda, skoro można pokazać mu kobietę tańczącą flamenco w Andaluzji? Albo Indianę Jonesa. Albo Jurassic Park. Albo Powrót do przyszłości. Nie zrozumie wszystkiego? Znudzi się? I dobrze. Wtedy wyciągnie z szuflady klocki duplo lub lego i zrobi coś innego niż siedzenie przed telewizorem. Bo tak jak za nienormalne i niezdrowe uważam zestawy fastfoodowe, które nie psują się przez pół roku – tak samo coś też jest nie tak z dwuletnim dzieckiem, które przez dwie godziny siedzi wgapione w telewizor.

 

Komentarze do wpisu: 77 Napisz komentarz

  1. Racja!
    Pamiętam jak kumpela opowiadała o swojej 3-letniej siostrze, którą odwiedziła ciotka. Ciotka nachyla się nad dzieckiem, robi różne uśmiechnięte miny, gesty, mówi „aj ti ti ti, jaka Ty już duzia, ślićniutka”. Dziecko stoi z kamienną twarzą, patrzy na ciotkę, po czym mówi: „Głupia jakaś”.

  2. Miałem okazję wychowywać się w czasach dużo lepszych bajek niż obecnie.I oczywiście, że nie rozumiałem oglądanego Królika Bugsa, ale mało mnie to obchodziło. Było trochę akcji, ktoś tam czasem palnął w łeb drugiego więc było się z czego pośmiać. I mimo, że nie rozumiałem, to niektóre kwestie pamiętam do dziś.

    Natomiast dzisiejsze bajki to istne mindfucki i naprawdę, nigdy czegoś takiego nie puszczę swoim dzieciom.

  3. A myślałem, że tylko mnie kurwica bierze jak widzę takie kretynizmy. Pół biedy jak coś takiego zobaczę kątem oka u pani Krysi w warzywniaku, ale jak mam cały dzień siedzieć z rodziną w święta i patrzeć jak wszyscy dookoła robią z siebie debili przed dziećmi to mam ochotę podciąć sobie żyły łyżeczką od herbaty… Najgorsze jest to, że jak się takim zwróci uwagę, że dziecko też człowiek i warto by było nie robić z niego idioty to usłyszy się niepodważalny argument – „ale to przecież tylko taki maluszek jest”.

  4. Wszystko bardzo mądre co piszesz – ale rozumiem, że piszesz to z pozycji nie mającej dziecka – prawda? Ja mam, czasem niestety, czasem na szczęście. Maks ma 2,5 roku mówi zdaniami złożonymi, większość słów dobrze odmienia, a nawet czasem szuka synonimów. Przy czym zaskakuje mnie jak mocno rozumie otaczający go świat. Momentami to nawet przerażające. Zawsze staraliśmy się rozmawiać z nim jak z dorosłą osobą bo za starzy i za młodzi jesteśmy na „ti ti ti bobasku”.

    Z drugiej strony jeśli kładziesz się spać o 1 w nocy bo pracowałeś jak już młody człowiek poszedł spać o 21, a potem masz wstać o 6 aby dalej zarabiać na małego człowieka, a ten mały człowiek wstaje o 4:30 i chce się bawić to jedyną opcją jest wciągająca bajka. Taka co go przytrzyma w łóżku przy TV, a nam pozwoli pospać jeszcze z godzinę aby nie wyglądać jak zombie. Współczesne bajki nie są zresztą takie złe. Maks ogląda Dorę i dzięki niej – ja mu o tym nie mówiłem – zrozumiał, że jest język angielski i jak chce jabłko to mówi „Proszę daje mi jabłko apple”. Oglądając jakieś Umi Zumi zainteresował się cyframi i pyta ile to jest dwa plus dwa. Dlatego bajki to nie jest zło, dobrze dobrane potrafią zająć dziecko dać rodzicom chwilę spokoju, a jednocześnie czegoś je nauczyć.

    1. pusta_butelka napisał(a):

      Seg nie napisała, że bajki są złe. Napisała tyle, że ta konkretna, wespół z Teletubisiami, jest idiotyczna (i kreująca młodocianych idiotów).

  5. Moja mama, notabene polonistka, wychowała mnie na Padarowskim,Tomku Sawyerze, czytała mi też pierwsze części Harry’ego przed snem, a potem razem rozmawialiśmy sobie o fabule. Dziękuję, mamo!

  6. Zgadzam się w kwestii języka, jakim należy porozumiewać się z dzieckiem i papką z tv, ale z teletubisiami to przesadzasz :) To jest bajka dla dzieci do lat trzech. Nie wszystko, co otacza dziecko, ma uczyć je wysławiać się zdaniami wielokrotnie złożonymi, nie wszystko musi pochodzić z kultury wyższej, zwłaszcza, że chodzi tu o dwulatka na przykład. Nie będę Ci wrzucać, że się zabierasz za temat, nie mając dzieci i pojęcia o nich, bo mądra z Ciebie dziewczyna, ale musisz wiedzieć, że dzieci muszą rozwinąć mnóstwo innych aspektów. Muszą ogarnąć o co chodzi z przyczyną i skutkiem, z emocjami, płciowością. Dopiero uczą się patrzeć, słuchać. Tę bajkę tworzyli psychologowie. I jest właśnie taka, jaka powinna być, by dziecko roczne, dwu- czy trzyletnie coś z niej wyniosło.
    Bajki z morałem lub takie, które w dość dosłowny sposób wykładają jakąś zasadę, prawdę, są również bardzo potrzebne. Dzięki banalnej z pozoru historii, która ma fabułę podporządkowaną tezie, którą chcemy dziecku przedstawić, mamy szansę przekazać dziecku trudne zagadnienia. W ten sposób konstruowane są opowiadania, które mają nauczyć dziecko, jak zachowywać się, gdy ktoś je molestuje, gdy ktoś źle je traktuje w przedszkolu, itd. Niektórych rzeczy nie można dziecku wykładać tak, jak dorosłemu, bo skutek będzie albo opłakany, albo żaden.
    Nie wszystko jest czarno-białe w tej dziedzinie. Nie wszystko, co banalne, jest rzeczywiście banalne. Po prostu jeśli przekaz dostosowany jest do percepcji dziecka czteroletniego, to lala, która przeżyła już kwartał swojego życia i ma alergię na infantylizowanie przekazu, może mieć problem z oceną tegoż.

    1. Problem polega na tym, że od poziomu „nie wszystko musi uczyć dziecko wysławiać się” przeszliśmy do poziomu „nic nie uczy dziecka wysławiać się”. Jak się dziecko naogląda obrazów w dzieciństwie, to trudno się potem dziwić, że w mózgu funkcje odpowiedzialne za komunikację słowną rozwijają mu się wolniej.

  7. Isia napisał(a):

    Segritto nie obraź się ale nie widziałaś chyba zbyt wielu współczesnych bajeczek dla dzieci i chyba nie orientujesz się w tym co dzieci lubią. Rzeczywistość jest trochę inna. Dzieci często przepadają za Teletubisiami, Bobami Budowniczymi, ciuchcią Tomkiem i podobnymi bajkami. Jest cała masa świetnych bajek, które w mądry acz dostepny dla dziecka sposób przekazuja pozyteczne treści. Mój syn kocha Świat małej księżniczki, a ja nie mam nic przeciwko temu by ja oglądał, bo to świetna i bardzo życiowa bajeczka. Dzieciaki uwielbiaja nie tylko głupie produkcje, ale też te edukacyjne. Dziś maluchy szybciej liczą, śpiewają nazywają przedmioty, bo ogladają więcej programów które są przeznaczone dla nich, trafiają w ich gust a przy tym uczą. Uwierz mi. Durne chińskie bajki z Cartoon Network to dopiero kolejny etap. Jasne że można zamiast Świnki Peppy puścić dziecku Potop ale dwulatek raczej oleje go ciepłym moczem, albo zaśnie, a ogladając Peppę nauczy się że świnka jest różowa i robi „chrr”. A to dużo.

    Może gdzies w idealnym świecie matki mają czas by całymi dniami opowiadać dziecku o wschodnich księżniczkach i mitycznych potworach, a dzieci słuchaja tego z zapartym tchem. Z reguły matka ma obiad, pranie,zakupy i basen starszej latorosli na głowie i biegnąc między kuchnią a przedpokojem rzuca okiem na młodsze dziecko sprawdzając czy nie rozsmarowuje pasty do butów na scianie. Mam koleżankę która ma troje dzieci i zapytałam ją czy dobrze robię, że czasem puszczę swojemu dziecku bajeczkę żeby móc w tym czasie spokojnie obrać ziemniaki. Ona mi na to „Moje dzieci budzą się o piatej rano. Nie wiem jak funkcjonowałabym gdyby nie było Mini Mini”.

    I kurde strasznie nie lubie jak ludzie nie mający dzieci krytykują sposób w jaki rodzice się swoimi dziećmi zajmują, no chyba nie ma nic bardziej wnerwiającego.

    1. Okay, skoro już dzieci musza oglądać bajki, to pilnujcie chociaż jednego – niech to będą bajki polskie. Oryginalnie polskie. Nie ma nic gorszego dla dziecka niż bajka w której postać rusza ustami po angielsku, a dziecko słyszy polski. True story – zaoszczędzicie przynajmniej na logopedzie ;)

  8. lady.kari napisał(a):

    Miałam nie komentować, ale boli mnie – ciężko mi nie użyć tego słowa – ignorancja. Współpracuję z BBC od wielu lat. Nie raz byłam u nich w Londynie, widziałam, w jaki sposób powstają ich programy. Zarówno Teletubisie, jak i Dobranocny Ogród to produkcje bardzo drogie i bardzo przemyślane. Zwłaszcza Dobranocny Ogród – to jedna z wysokobudżetowych produkcji BBC, gdzie w oryginale narratorem jest sir Derek Jacobi.

    To nie jest narkotyczna wizja, to miesiące, czasem lata pracy psychologów dziecięcych, pedagogów, animatorów. Bajki mogą się wydawać durne, bo są precyzyjnie targetowane na dzieci w wieku 0-2/1-3 lat, a nie na dorosłych. Ale każda rzecz w tych bajkach ma jakiś sens. Przykładowo – każdy z Teletubisiów reprezentuje inną odmianę ludzką (żeby nie powiedzieć ‚rasę’, bo to już niepolityczne), każdy ma inny kształt antenki, inny typ osobowościowy, inny kolor, inną zabawkę. Każdy odcinek czegoś uczy. W Dobranocnym Ogrodzie są zastosowane 3 albo 4 rodzaje… hm… nie wiem jak to nazwać – obrazowania? Animacja komputerowa, animacja poklatkowa, kukiełki, film, a nawet timelapsy. Nie jestem pewna Teletubisiów, ale Dobranocny Ogród na bank dostał BAFTĘ i to nie raz.

    I podpiszę się też pod postami powyżej dotyczącymi wypowiadania się na temat dzieci przez osobę, która nie ma ich na codzień. I to nie dlatego, że odmawiam Ci prawa do posiadania własnego zdania w jakimkolwiek temacie, tylko dlatego, że w momencie, kiedy rodzi Ci się dziecko, obraz świata w niektórych obszarach diametralnie się zmienia. Widzi się rzeczy inaczej. Nie lepiej/gorzej. Po prostu inaczej. I nagle dużo lepiej rozumie się swoich rodziców :)

      1. Sorry, ale Teletubisie urągają wszelkiej krytyce. Może jakiś upośledzony dorosły zauważy różne antenki.

        Jako aktywna ciocia chrzestna polecam „Bear in the Big Blue House”.
        Segrittko – zgadzam się z Tobą!

  9. Isia napisał(a):

    A i jeszcze jedno. Takie spieszczanie słów podczas rozmów z dzieckiem to domena babc, cioć i sąsiadek. Nie znam żadnej matki, która mówi tak non stop do swojego dziecka. Wiem że rodzicie często zastepują normalne słowa jakąś dziwna wersja wymyśloną przez swoje dziecko, ale to jest normalna sprawa i należy to traktowac jako zabawę, żart, urozmaicenie tradycyjnego języka, uszanowanie sposobu wysławiania sie swojego dziecka. Mój syn jak chce by go tata popsikał perfumami to drze sie „Tata ciki ciki”. Sam wymyslił taką nazwę, kojarzy mu sie z odgłosem psiknięcia atomizera albo cos w tym stylu. I mnie szczerze powiedziawszy strasznie bawi ta jego nazwa. A dzieci pragną wiedzy bardziej niz nam sie wydaje i one zauważą w końcu, że to nie jest żadne ciki ciki tylko perfumowanie i szybko zapomną, że kiedys nazywały to inaczej. Dlatego rodzice powinni zapisywać te dziecięce odpowiedniki gdzies na kartce, bo to tak szybko przemija. I wyluzujmy. Nie ma dosrołych ludzi którzy chodzą ze smoczkiem, pieluchą czy mówia „buba” na pluszowego misia. Ze wszystkiego sie wyrasta. a rodzice to z reguły normalni ludzie, którzy chcą, by ich dzieci były mądre i sami zadbaja o to by ich dzieci rozwijały się prawidłowo.

  10. A ja skomentuję jako osoba posiadająca dzieci – w stu procentach zgadzam się z Segrittą. Programy emitowane w „Baby TV”, Teletubisie i okropne, kipiące tandetą kolorowe bloby pływające w kisielu to dla mnie totalne nieporozumienie. Jasne, że czasu mało, rodzice zajęci itd. ale z doświadczenia wiem, że można interesująco spędzać z dzieckiem czas (oczywiście poświęcając swój, ale po coś się na dziecko człowiek decyduje – chyba po to żeby mieć przyjemnośc z obcowania z małym człowiekiem, a nie żeby go „spławić)”, można też zająć malucha ciekawą samodzielną zabawą niekoniecznie włączając mu jakieś paskudztwo. Wystarczy odrobina chęci i wyobraźni. Jeżeli chodzi o interesujące programy BBC dla dzieci polecam „Wędrówki z dinozaurami” – jeden odcinek dziennie (taki był limit filmowy) sprawił, że dwulatek perfekcyjnie wymawiał nazwę liopleurodon nie mówiąc już o arcyciekawych konwersacjach prowadzonych po projekcji na temat informacji o życiu dinozaurów.

  11. Mój sześcioletni syn wczoraj na konsultacjach w szkole muzycznej zaśpiewał Konie Apokalipsy. pani wysłuchała do końca, potem poprosila go o jakąs łatwiejszą piosenkę, bo nie umiala stwierdzić, czy on w końcu czysto to śpiewa, czy fałszuje. Zaczął śpiewać arię Jontka z Halki :) (no cóż, koochałam się w Wójcickim). Po wysłuchaniu do końca pani spytała, czy zna może jakieś piosenki dla dzieci. Myślal, myslał, w końcu stwierdził,ze może zaśpiewać piosenkę o lecie. O!świetnie, mówi pani. Na co mój syn: „Lato bylo jakieś szare, i słowikom brakło tchu :) Pani się poddała i przeszla do następnego punktu sprawdzania jego predyspozycji.

    I wtedy uświadomilam sobie, ze moje dziecko nei zna piosenek dziciecych, bo od urodzenia spiewałam mu na dobranoc różne Stare Dobre Malżeństwa, Lady Panki, Turnały, Rozmaryny i inne Marsylianki.

        1. Bardziej czuję niż sądzę :) Smutne to dla mnie, bo moim zdaniem dziecko powinno mieć wybór, powinno móc zdecydować, co mu się podoba. Przypuszczam, na podstawie powyższego, że Twój syn nie miał zbyt wielu okazji, lub nie miał ich wcale, aby posłuchać czegoś innego niż to, co Tobie się podoba. Śpiewa arię, bo Ty kochałaś się w Wójcickim. Do przedszkola syn nie chodził, bo by znał piosenki dla dzieci. Nie dostał żadnej alternatywy. Co spowodowało, że został postawiony w kłopotliwej sytuacji na konsultacji w szkole muzycznej. Dlatego to dla mnie smutna historia. Historia o chłopcu, który spełnia marzenia mamy, bez szansy na wybór.

        2. No to wyjaśniam: Do przedszkola chodzi od 18 miesiąca zycia (niestety, bo nie mialam wyboru i musialam pracowac), oczywiście zna mnóstwo przedszkolnych piosenek i to w trzech językach (tak wyszło, że jesteśmy rodziną dwujęzyczną i od tego roku angielski jako język obcy i ten to głównie właśnie w formie piosenek i wierszyków), od zawsze lubił śpiewać i tańczyć, a to co zaśpiewał wczoraj to byl jego suwerenny wybór, Nawet sama dzień wczesniej mu proponowałam, żeby zaśpiewał moze piosenkę o żabce, wiosnie lub o jagódkach, ale nie chciał. „Konie Apokalipsy” uwielbia, bo mają ciekawą melodię, mocny finał, no i są o koniach, i jest w nich dramat i napięcie. Jest to jego ulubiona piosenka od lat. Owszem, śpiewam mu od urodzenia piosenki, które sama lubię, ale nie jest odizolowany od innego rodzaju muzyki, ponadto uwielbia słuchowiska, ma ich ze trzydzieści i one też są pelne piosenek. „Tomka Sawyera”, czy „Robinsona Crusoe” zna na pamięć. Myślę, że nie jest smutny, ani krzywda mu się nie dzieje. Faktycznie napisałam, ze nie zna dziecięcych piosenek – źle się wyraziłam. Zna, ale chyba nie jest to jego ulubiony gatunek i tyle.

  12. Co z tego, że dzieci to lubią? Uwielbiają również fast foody, chipsy na śniadanie, batony na obiad i gumy Orbit na kolację. Dasz im zielonego misia, będą lubiły zielonego misia, ot, całą filozofia. Nie oznacza to jednak, że dobrze wybrały ;)

  13. Ojciec czytał mi do poduszki legendy, mitologię i trylogię :) Byłam drugim dzieckiem, więc baśnie mi się już znudziły… A mi w sumie podobało, to co mi czytał. Wymagało to większej interakcji, odkładania książki na bok i opowiadania o historii ;) Bardzo fajne to było i strasznie to lubiłam. A do snu piosenka żołnierska (bo co ma mi śpiewać o misiach) :))

  14. gola_pionierka napisał(a):

    Na szczęście nie wszystkim rzuca się na głowę po pojawieniu się dzieci. I nie sądze, żeby maluchy, do których mówi się normalnie, były jakieś nieszczęśliwe. Tak samo nie przypuszczam, że pozbawienie kontaktu z teletubisiami to skazanie dziecka na smutne dzieciństwo. A jeśli tak jest, to moje przyszłe dzieci będa bardzo nieszczęśliwe. Nie mam telewizora, nie umiem dziumgać, tylko posługuję się normalnym językiem, uważam, że Danonki i Kubusie to syf. Jak nic mi kiedyś opieka społeczna dzieci odbierze.

        1. Karol Janson napisał(a):

          I tak nie wierzę w to ubranie, wszak wolne duszę się nie krępują. Ale nice try.

          Nadal trollujesz niewinnych ludzi ?

  15. de_ce napisał(a):

    droga Segritto, myślę że większym szczęściem od tego, że opowiadano Ci mity greckie i uczono pięknie mówić, było jednak to, że poprostu Cie kochano. Więc niech rodzice mówią do dzieci jak chcą, jeśli tylko jest to wyraz ich miłości. Jak się urodzi dziecko to w głowie się troche pierdoli, więc najrozsądniejsze i najpoważniejsze na świecie osoby potrafią zmienić się w infantylne, szczebioczące mamuśki i tatuśki.
    Poza tym, nie ma chyba nic bardziej deprymującego dla młodego (stażem, nie wiekiem) rodzica, niż krytyka tego co lub jak robi ze swoim dzieckiem.

  16. Jedyny słuszny zdziecinniały zwrot to „a-a”, bo „CHCESZ ZROBIĆ KUPĘ?” jest aż nadto zrozumiałym komunikatem dla otoczenia. Reszta tragedia. Bajka zniszczyła mi mózg i szlag bierze pisanie dyplomowej. Tak to właśnie działa.

  17. „Jak będę miał(a) własne dziecko to…” – największe złudzenie ludzkości ;)

    Z tym zdrabnianiem masz rację. Z bajkami już różnie.

    Mnie za to najbardziej rozweselają rodzice łażący krok w krok za takim maluchem. Bosz, bo się przewróci albo jeszcze coś straszniejszego się stanie… ;)

  18. Bronek napisał(a):

    Można dzieciom włączyć Potop do porannego śniadania, a do snu lulac z nuta Beethovena w tle.
    Z 5 biegu też można ruszać.
    Może Ty byłaś starsza jak na swój wiek, dlatego mama aplkowała Ci ambitnjesze pozycje. Właściwe jak patrze na Ciebie to moje przekonanie staję cię pewnikem.

  19. Ooo, przegapiłam ten wpis wcześniej :( To się w logopedii nazywa mądrze „językiem nianiek” to takie koszmarne zdrabnianie wszystkiego jak leci i teraz już na szczęście uczy się kogo się da, że tak nie wolno mówić, bo to źle wpływa na rozwój mowy dziecka.

  20. Agniese G. napisał(a):

    Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym, co napisałaś. Oczywiście nie neguję wszystkiego, bo częściowo miałaś rację, jednak mam wrażenie, że napisałaś to wszystko z perspektywy osoby nie posiadającej dzieci. Sama jeszcze ich nie mam, dlatego nie mam prawa się mądrzyć, mam jednak 3,5-letniego brata, co pozwala mi mieć choć pobieżne pojęcie o sprawie. Ma o tyle gorzej, że wychowuje się dwujęzycznej rodzinie. Ale do rzeczy. Owszem, teletubisie nie są może bajką wyrafinowaną, idealną w przekazie, ale dla Nas, dorosłych. Dzieci ciężko jest oderwać od telewizora, kiedy akurat lecą Teletubisie, Dobranocny Ogród, czy któraś z podobnych im produkcji. Nas śmieszą, dzieci ciekawią, a co za ciekawością idzie – uczą się. Kolorów, kształtów, zachowań, takich, jakich powinny uczyć się dzieci poniżej trzeciego roku życia. Nad ich produkcją czuwają psychologowie, oraz sztab wykwalifikowanych osób znających się na tym, jakie bajki powinni oglądać najmłodsi. Telewizja nie powinna być nieodzowną częścią dnia maluchów, ale na własnym przykładzie (nastoletniej siostry potrzebującej czasem chwili intymności) powiem, że nie raz „uratowała mi życie” :)

    1. Magdalena Jawor napisał(a):

      Ok, tylko tym psychologom nie chodzi o to, by dzieci się prawidłowo rozwijały, tylko by sprzedać produkt – by jak najdłużej dzieci gapiły się w telewizor i nakręcały oglądalność. Zupełnie tak, jak producentowi Danonków nie chodzi o to, by dzieci miały mocne kości, tylko żeby rodzice kupili serek :) Różnica polega na tym, że Danon w reklamach zapewnia, że jego serki są bogate w wapń, więc musi to być – w mniejszym lub większym stopniu – prawdą. Producent Teletubisiów nie obiecuje nic, więc jedyną rolą programu jest to, by dzieci lubiły go oglądać.

  21. disqus_4Wk5l4phdN napisał(a):

    Mi też czytali mity greckie :) i uwielbiałam wszystkie Mikołajki, to były bajki mojego życia :) A co do muzyki to byłam wychowana na starych kabaretach – Starszych Panów, Tey, Dudek, piosenki i bajki Waligórskiego. I bardzo mi się to podobało dopóki nie poszłam do szkoły i nie zostałam wyśmiana przez dzieci (które potrafią był okrutne), bo moją ulubioną piosenkę jest ‚Herbatka’ KSP, a nie Britney Spears. Ostatecznie teraz w ogóle nie żałuję, że tego nie znałam, ale wtedy było mi straaaaasznie przykro, że nie mam pojęcia, o czy mówią moje koleżanki. Ale teraz się z tego śmieję i mówię, że rodzice zniszczyli mi życie, bo do tej pory znam nawet monologi na pamięć :)

  22. Ja zauważyłam u siebie, że rozmawiając z moim rocznym siostrzeńcem nie używam zdrobnień i zdań nieskomplikowanych, za to włącza mi się taki potworny, infantylny ton głosu, którego nie znoszę. Brr, aż mam ciarki na samo wspomnienie. Niestety nie wiem skąd mi się to bierze. Nie potrafię się tego pozbyć i muszę się kontrolować za każdym razem.

    1. Infantylny ton głosu bierze się u Ciebie…. z instynktu macierzyńskiego :) Mamy to niestety, albo i stety, wdrukowane przez naturę. Dzieci w pierwszych latach życia lepiej słyszą wyższe dźwięki, dopiero później spektrum rozpoznawalnych częstotliwości się rozszerza. Ucho rozwija się mniej więcej do 6 roku życia. Jednocześnie, wydłużanie sylab i przesadne akcentowanie jest instynktowym wyposażaniem dziecka w zdolność do rozpoznawania dźwięków własnego języka tak, żeby potem mogło samodzielnie je wytwarzać. Podobnie jak rozmawiasz z kimś, kto kiepsko mówi po polsku. Instynktownie człowiek zaczyna mówić wolniej i rozbijając słowa na sylaby.

        1. Strach się odezwać ;) Rzuciłam tylko garść naukowych faktów, które wyjaśniają dlaczego ludzie odruchowo używają wyższego tonu wobec dzieci i przeciągają sylaby w trakcie mówienia. Jako, że nie mam dzieci i jestem tylko skromnym filologiem, nie zamierzam wydawać opinii w tym temacie.

        2. Pionierka napisał(a):

          Też jestem po filologii i nie przeciągam sylab ani nie mówię wyższym tonem. I teraz się obawiam, że będę złą matką i pożrę swoje dziecko od razu po porodzie.

        1. A gdzie ja niby napisałam „ale kiedyś Ci się zmieni”? Przeczytaj uważnie to co napisałam. To jest garść faktów naukowych a nie pouczenia.

  23. Ktoś mi kiedyś opowiadał o jakiejś sześcioletniej dziewczynce z przedszkola, która, zdrabniała wszystko co się dało, w stylu „tatusiu, weź mnie na opka, chcę na baraneczka”. Jak można taką krzywdę zrobić dziecku?

  24. Chyba „c” Ci szwankuje, bo przecież nie napisałabyś „bachor” przez samo h mając sprawną klawiaturę, prawda? ; )

    PS. Indiana Jones jest niepedagogiczny. No wiesz, strzelanie do słabiej uzbrojonych islamistów jest trochę mało rycerskie, niech dziecko nie podpatruje takich wzorców.

    A i Jurrasic Park jest nieco niebezpieczny, bo może się dziecko nabawić strachu przed siadaniem na kiblu. W końcu pierwszą (jeśli dobrze pamiętam) swoją ofiarę tyranozaur wyjął z ubikacji, prawda?

    A tak bardziej serio, to Twoja recepta to zwalczanie jednej skrajności trochę ociera się o drugą skrajność, a przynajmniej można to tak odczytać. Taka na przykład „piękna literacka polszczyzna” może dziecko zniechęcić, jeśli jest zbyt trudna. A czasami bywa. Nie znaczy to, że dziecko musi zrozumieć każde słowo i każde zdanie z historii, którą czyta czy też którą się mu opowiada, ale jeśli tych niezrozumiałych będzie zbyt dużo – odpadnie. Po prostu.

    „W ogóle uważam wszelkie moralizowanie za bardzo niebezpieczne narzędzie,
    zwłaszcza dla dziecka […] Skoro sami nie lubimy moralizujących filmów i
    książek, czemu serwujemy je naszym dzieciom?”

    To nie jest do końca tak, że nie lubimy – lubimy, ale nie lubimy nachalności. Nie lubimy stawiania spraw czarno-białymi tam, gdzie widzimy odcienie szarości. (Oczywiście wiem, że „my” jest tu solidnym nadużyciem – są tacy, co lubią nachalność i lubią sprowadzanie problemów do czerni i bieli.) Dzieci od razu tych szarości nie zobaczą, nie zawsze dostrzegą drugie dno czy inny wymiar jakiegoś problemu, chociażby chociażby, że nie znają świata tak dobrze, jak my. Dlatego to, co dla nas byłoby nachalnym moralizowaniem, dla dziecka niekoniecznie takie będzie.

    Poza tym, mam nadzieję, że nie potępiasz właśnie w diabły pomysłu uczenia dzieci przez książki czy filmy tego, że – upraszczając – należy być dobrym? Że za dobro czeka nagroda, a za zło – kara?

  25. Joanna Leśniak napisał(a):

    Podobno w pierwszych miesiącach życia dziecka można BAWIĆ się w naśladowanie dźwięków jakie wydaje dziecko. Jest to zabawa i jako matka lubię leżeć z synkiem i słuchać jak pięknie gaworzy. Wtóruje mu, ale gdy mu opowiadam coś to mówię normalnie. Czytanie bajek, wierszy i rymowanek przede wszystkim pobudza wyobraźnię. Wszystko zależy od rodzica jakie ma podejście do dziecka. Nie uważam aby ciećanie się było złe. Można czytać rubryki z giełdy (aby wychować ekonomistę) i artykuły z National Geographic jeśli dziecko to interesuje. Chociaż jednak uważam, że klasykę bajek dla dzieci każde dziecko powinno znać. Acha i ostatnia rzecz to według psychologów i pediatrów dziecko do 3 roku życia powinno być wychowywane bez telewizji. Wczesne usadzanie dziecka przed Tv psuje mu oczy, upośledza wyobraźnie, wycofuje z życia społecznego i wspomaga otyłość.

Dodaj komentarz