Opowieści iwentowe

Historia zasłyszana od znajomego iwentowca.

Impreza firmowa zarządu dużej firmy. Wynajęty elegancki klub, zamówione wykwintne menu, wokół panów dyrektorów skacze kilku kelnerów, którzy mają wyraźnie powiedziane, by spełniać zachcianki gości i robić im dobrze.

Pan prezes zarządu dużej firmy życzy sobie w którymś momencie po kieliszku wina dla każdego z gości. Trafia na młodego, niedoświadczonego kelnera, który, nie mogąc akurat skonsultować się z managerką, bierze jakieś wino z dzbanów na zapleczu, rozlewa do kieliszków i serwuje gościom.

Wraca managerka.

Kelner – Zażyczyli sobie po kiliszku czerwonego wina.
Managerka – I które im dałeś?
Kelner – Z tego dzbanka. Na kuchni był.
Managerka – Matkobosko… Toż to najtańszy sikacz kulinarny!

Przerażona managerka wychodzi na salę i z niepokojem przygląda się wielkim panom dyrektorom, jak popijają sikacza. Wypili. Nie wyglądają na zniesmaczonych. Ba, ewidentnie im smakuje. Po chwili podchodzi Pan Prezez Zarządu Dużej Firmy.

PPZDF – Przepyszne to wino! Zastanawialiśmy się właśnie, jakie to. Delikatny aromat, niesamowity bukiet… Może nam pani powiedzieć, co to jest? Wszystkim bardzo smakowało.

I jak tu teraz wybrnąć z sytuacji, nie ośmieszając ani klienta ani siebie? Managerka zaczęła ściemniać, że to ostatnie butelki były, że już wyrzucili, że nie pamieta, że kelner, który serwował, już po pracy itp.

Wiadomo przecież, że wraz z awansem w korporacjach rosną umiejętności sommelierskie… :)

Komentarze do wpisu: 8 Napisz komentarz

  1. tak się składa, że akurat lubię wino – a co więcej odrobinę się na tym znam ;-)

    szczególnie w polskich realiach cena wina nierzadko nie idzie w parze z jego jakością – za kilkanaście złotych w supermarkecie nabyć można niezłe wino do normalnego obiadu, czy kolacji; jeden z moich ulubionych czerwonych kilerów kosztuje pon. 30pln – smakuje mi lepiej niż jedno z „renomowanych” win za blisko stówę

    jest oczywiście druga strona tego medalu: snobizm i pozowanie na znawcę tematu – czego chyba przykładem jest ów ivent; ponieważ w korporacjach bycie „sommelierem” jest obecnie na topie to zapewne panowie dyrektorzy docenili zarówno nos, jak i ciało :-)

  2. Znam inną historię. Grupa znajomych studentów, w tym para nowobogackich (bogatych po jego rodzicach), którzy tylko do drogich samochodów wsiadają, tylko wykwintne wina piją i byle czego do ust nie wkładają. Gdy gospodyni domu podczas spotkania skończyły się zakąski wyciągnęła z lodówki zwykłą konserwę/pieczeń/pasztet (nie pamiętam co to było) marki Tesco. Pokroiła na talerzyku. Na pytanie co to za cudo które padło z ust nowobogackiej pani, która zajadała się przysmakiem, odpowiedziała: mama zrobiła. I jaki z tego wniosek? Że tanie też dobre? Nie. Pani zacna gdyby znała pochodzenie zakąski nigdy by nie spróbowała lub zmuszona spróbować, nigdy nie wyraziłaby się o niej pochlebnie. Kwintesencja zakłamania.

    Mnie interesuje czy prezes gdyby jednak się dowiedział, może na długo po zajściu i nie będąc w obecności ważnych gości, czy uśmiechnął by się i powiedział „no kto by pomyślał!” czy raczej zawstydził, że mu tanie wino smakowało.

  3. Powiem Ci Seg, że sam nie raz piłem wino z niższej jak by się wydawało półki i smakowało mi o niebo lepiej niż te drogie. Dużo też oczywiście zależy od podania, szczególnie od samej temperatury wina. Nawet te z najwyższej półki schłodzone do zbyt niskiej temperatury nie będzie smakować wcale, a wcale. A że Panu smakowało to tanie to bardzo dobrze. Firma która to serwowała na bank jeszcze na tym zarobiła :)

  4. Zdarza się. To była po prostu siła sugestii. Prezes pewnie myślał, że w takim miejscu mogli mu podać bardzo dobre wino, a jeżeli prezesowi smakowało, to reszcie też musiało. Samo życie ;)

Dodaj komentarz