Pierwsza randka z Palermo

DSC04313

Pisząc ten tekst, siedzę gołą dupą na balkonie w hotelu na Via Garibaldi. Pode mną jakaś niezmordowana prostytutka zaczepia wszystkie przejeżdżające samochody. Podchodzi do każdego z nich, zwalniającego na zakręcie, wystawia biodro, kołysze się miękko, balansuje na wysokich butach, eksponuje piersi i mówi coś po włosku, jakby chciała wyrazić swoje niedające się opisać podniecenie z faktu, że przejeżdża koło niej jakiś samochód. Gdy auto odjeżdża, wbija wzrok w telefon. Może sprawdza fejsbuka i lajkuje najnowszego mema. Może koresponduje z kochankiem. Czasem rzuci coś zabawnego koleżance po drugiej stronie ulicy. Obie śmieją się.

Cały dzień chodziłam po ulicach tego miasta. Filmowałam z ukrycia rozmowy lokalnych mechaników samochodowych, targowanie się przy sklepie z owocami, plotki pań spacerujących z psami. Nagrałam też pana w starym sklepie kapeluszniczym, gdy wykrawał z filcu kapelusze, ale potem okazało się, że coś źle wcisnęłam i wideo się nie zapisało. Palermo jest archetypem miasta. Nie takiego „cywilizowanego” z wieżowcami i jasnym prawem, które tłumaczy Ci, kiedy możesz przekroczyć ulicę i kiedy wolno Ci zatrąbić. To miasto znane z książek i filmów, którego obraz zniekształciła już postępowa rzeczywistość – ale które wciąż istnieje i ma się dobrze.

Po długiej przechadzce wzdłuż portu trafiłam do małej kawiarni w centrum, gdzie poczęstowano mnie lokalnym winem.

– Urodziłeś się w Palermo? – pytam barmana.
– Tak.
– Ale byłeś kiedyś poza nim? Poza Włochami?
– Tak. Ale Palermo to Palermo. Tu jest dom.

Ma na imię Davido. Jest piękny. Zakochałam się w ułamku sekundy i teraz mam ochotę zabrać go ze sobą do Warszawy, schować w walizce i przemycić do siebie na Powiśle. Czerwieni się, gdy pytam, jak jest „całować” po włosku. Łamaną angielszczyzną opowiada o tym, że Palermo nie jest takie jak kiedyś, że Mafia nie ma już takiej władzy i że można normalnie pracować, prowadząc bar i nie płacąc haraczu. Gdy pytam o ulubioną muzykę, mówi o Beatlesach. Jego ulubiony kawałek? „Something”. Rozpływam się, bo to też moja ulubiona ich piosenka.

– Harrison, anthology… – mówi, po czym znika w knajpie. Za chwilę słyszę z głośników „I love that woman of mine. And I need her all of the time!”. Ta piosenka sponsoruje mi ostatnie pół roku i towarzyszy gdziekolwiek jadę.

Wieczorem czytam Kińskiego. Nie mogę się zdecydować, czy go rozumiem czy nie. Z jednej strony wydaje mi się obcy przez tę filozofię Kalego, którą uprawia, brak wyobraźni i niezdolność do miłości – z drugiej strony jest jedynym człowiekiem, który tak naprawdę żyje, kocha, daje i nie oczekuje niczego w zamian – tylko wolności, która jest jego największym skarbem i której nikt mu odebrać nie może.

Jeśli Kiński jest legendą o człowieku, to Palermo jest legendą o mieście. A może po prostu jestem pijana jego winem i ustami Davide, które są czerwone jak krwista, sycylijska pomarańcza.

Komentarze do wpisu: 10 Napisz komentarz

  1. krampfunga napisał(a):

    seg, po prostu uwielbiam twoje impresje z podróży, malujesz słowem tak genialnie, że aż ma się przed oczyma wszystko, o czym opowiadasz – aż chce się tam być.

  2. Tianzi napisał(a):

    Po to są blogerzy i literatura. Dzięki nim nawet miejsca, z których moje własne wrażenia zamknęłyby się w słowach ‚psiakrew, jak gorąco’ i trzasku zamykanej od wewnątrz lodówki, mogą się przez moment wydać pociagające.

  3. Małgorzata napisał(a):

    Tam gdzie kiczu nie ma ciężko zarobić. Uczmy się od Amerykanów oni nie mają takich dylematów. Uwielbiam Sycylię i z przyjemnością czytam Matyldo.

Dodaj komentarz