pogromcy reklam

Jakiś czas temu wpadłam na genialny pomysł biznesowy i – podobnie jak większość genialnych pomysłów biznesowych – okazał się on wielkim biznesowym niewypałem. Postanowiłam, że zajmę się tym pomysłem, jak już będę miała kupę kasy i wolnego czasu. Ale może któreś z Was już ma ten czas, kasę i ochotę na zmierzeniem się z projektem, który będzie miał kupę fanów, stałych czytelników i wyznawców. Tak. To akurat jest pewne.

Chodzi o stworzenie serwisu internetowego ze zdjęciami, filmikami i opisami FAKTYCZNEGO działania reklamowanych produktów. Takie odzieranie reklam z haseł reklamowych, trików marketingowych i całej tej magicznej otoczki mydlącej konsumentowi oczy. Na przykład: ciekawi mnie, jak naprawdę działają tusze do rzęs. Mamy te pogrubiające, zagęszczające, podkręcające i chujwiecorobiące z rzęsami, ale wydaje mi się, że gdyby wziąć jedną modelkę i po kolei nałożyć jej na rzęsy kilka takich tuszy – efekt będzie ten sam. Potwierdziłyby to oczywiście zdjęcia.

Bawić się można w nieskończoność.
Jeden typ materiału, jedna plama z tego samego płynu – dziesięć różnych proszków. Czy każdy ją spierze?
Pepsi i Coca-Cola: test na stu ochotnikach. Czy każdy rozpozna swój ulubiony smak?
Hasło na produkcie: „Numer 1 w Polsce!” – czy ten „numer jeden” wziął się z jakiegoś rankingu? Konkursu? Ilości sprzedaży? A może dyrektor marketingu zrobił wywiad wśród własnych dzieci i wyszło mu, że lubią najbardziej jego produkt?
Kremy przeciwzmarszczkowe (tu już by wypadało zacząć eksperymenty i np. pół twarzy modelki smarować jakimś kremem przez 3 lata i potem dać jej zdjęcie na koniec „terapii”).
Pole do popisu jest ogromne. Można nawet pojechać na plantację pomarańczy, z której bierze się owoce do soków firmy X, zrobić mały foto-reportaż i porównać zdjęcia ze ślicznymi, soczystymi pomarańczami zbieranymi przez śliczną, uśmiechniętą dziewczynę na opakowaniu soku tejże firmy.
No powiedzcie szczerze, czy nie chcielibyście tego zobaczyć?

Problem z tym genialnym pomysłem na serwis internetowy jest prosty: kto mi to zasponsoruje? Przecież każdy może stać się ofiarą kolejnego artykułu. Firmy, producenci, wielkie koncerny, marki, ci wszyscy potencjalni reklamodawcy mogliby sporo zaryzykować, ogłaszając się u mnie.

No. Jeśli któraś z marek jest na tyle odważna, by dać mi na projekt fundusze – zapraszam na maila. Marne jednak szanse, że tak się stanie. Każdy ma coś do ukrycia, każdy kłamie w reklamach. Chyba będę musiała poczekać do emerytury i robić to pro bono. Chyba że ktoś z Was ma ochotę zrobić to wcześniej :)

Komentarze do wpisu: 12 Napisz komentarz

  1. A potrafiłabym oszacować te koszty?
    Może spróbuj kontaktować się z ludźmi, którzy już „siedzą” w branży i inwestują/posiadają własne serwisy, popularne strony. Nie dotyczyłoby ich ryzyko wzięcia pod segrittową lupę (?) i wiedzieliby jak bardzo opłacałaby im się ta współpraca, jakich zysków z reklam i innych takich się spodziewać i jak podejść do całości.
    Powodzenia.

  2. Orzech-włoski,
    potrafiłabym. Problem w tym, że każdy jest jakoś uwikłany w układy z różnymi markami. Pewne wydawnictwo próbowało kiedyś podobny projekt wydawać w wersji papierowej. Miało być cykliczne, spotkało się z uznaniem czytelników… i nigdy nie doczekało się drugiego wydania.
    Myślisz, że warto i tak próbować to wskrzesić?

  3. Może być ciężko. Na ludzkiej głupocie/niewiedzy najlepiej się zarabia, podejrzewam więc, że firmy robią wszystko, aby ten stan utrzymać. A skoro je „stać”, to różnych dróg mogą próbować, nie wiem jakich, ale mogą.

    Nie wiem, opony Ci poprzebijają, czy cuś ;).

  4. Dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie dzisiaj w porannej wannie myślałam o czymś podobnym. Jako młoda (hmm) mama założyłam bardzo „lukratywny” interes internetowy ale…upadł. Większa firma nazwijmy to produkt sobie podebrała ale chyba też padną więc jestem zadowolona ;) W każdym razie myślałam w tej wannie że naiwne mamuśki czytając gazety dla mam nie są świadome że większość (o ile nie wszytkie) rekomendowane produkty nie sa bezinteresownie polecane czy opisywane…

Dodaj komentarz