Posłuchajcie, jak to Rafał wołał o miłość.

Niedawno napisałam tekst, w którym pytałam czytelniczki, co robiły przez ostatnie 10 lat. Przeprowadzki, zmiana pracy, miłości i rozstania. Moje życie też prowadziło mnie różnymi dziwnymi dróżkami. A Ciebie? Co robiłaś? Pewnie nie pamiętasz, co robiłaś o tej porze dokładnie 10 lat temu, ale może pamiętasz, co robiłaś w styczniu, zaledwie 4 miesiące temu? Bo na przykład taka Karolina Piasecka zapomniała wtedy kwiatka, którego dostała od męża na balu charytatywnym. No nie wzięła go z imprezy. Więc mąż postanowił jej o tym przypomnieć. Porozmawiać, pokazać, że mu z tego powodu smutno. Jak to określił jego prawnik – Rafał Piasecki tego wieczora „wołał o miłość” do swojej żony, niewdzięcznej Karoliny, która zapomniała kwiatka danego od serca. Chcecie posłuchać?

Nagranie zaczyna się od 3 minuty, przewińcie sobie. I posłuchajcie do końca, jeśli dacie radę. Moi znajomi mówią, że nie wytrzymali dłużej niż kilka minut.

O kurcze, cholera, pewnie obrazek tytułowy filmu Was zniechęcił… A może nie? Może jednak wysłuchaliście? Bo wiecie, ludzie potrafią zadziwiająco dobrze nie-widzieć przemocy obok siebie. Śpią smacznie, słuchając krzyków w mieszkaniu obok. Albo w rozmowach z przyjaciółką wolą nie poruszać trudnych tematów, takich jak ten, że jej mąż się ostatnio upił i miał pretensję, że ona nie zdążyła mu zrobić obiadu, więc na pewno się kurwa puszcza i wypierdolić ci szmato…. Ojej, wiesz… zmieńmy temat, co tam u Wojtka słychać? Jak sobie w szkole radzi?

To nagranie jest jednym z czterech przygotowanych przez Karolinę Piasecką jako dowody na to, że mąż się nad nią znęcał. Tu macie zapis nagrania, jeśli wolicie przeczytać „wołanie o miłość” w wersji tekstowej.

Koszmar Karoliny trwał ostatnie 10 lat, bo zaczęło się, jak zaszła w ciążę. Wtedy uderzył ją po raz pierwszy. W międzyczasie Rafał robił karierę polityczną, był radnym w Bydgoszczy, członkiem PiS. Postanowił, że żona powinna rano delikatnie budzić go śniadaniem, z pracy wracać najpóźniej o 16:15, o 17 podać mu ciepły posiłek a po 21 być do jego dyspozycji. No co on zrobi, że taki tradycjonalista z niego. Rafał na przykład uważa, że homoseksualizm to zło i kiedyś tak skomentował wystąpienie Roberta Biedronia:

Nie życzę sobie demoralizowania moich dzieci przez publiczne lobbowanie Waszego chorego, w mojej ocenie stanu umysłu.

To, że dzieci słyszą, jak wyzywa ich matkę, bije ją, poniża, wywala z domu, to już jego dzieci nie demoralizuje. To przecież nie jest chore.

Ale zostawmy Piaseckiego. Przecież nie on jeden jest w Polsce takim biednym misiem wołającym o miłość. Po prostu on jest teraz na świeczniku, bo Karolina go nagrała. Inne nie nagrywają, bo się boją.

Ofiarami przemocy domowej jest co roku 700 tysięcy do miliona Polek. 150 z nich ginie w wyniku tej przemocy każdego roku. 95% sprawców tej przemocy to mężczyźni. Ofiarami padają głównie kobiety i dzieci.

Niedobrze mi się robi, gdy czytam komentarze niektórych internautów do sprawy Piaseckiego. Piszą, że nie znamy przecież drugiej strony, że ona go mogła prowokować, że kobiety też biją mężczyzn. Aaaa… no tak. To spoko. To mógł ją zwyzywać od kurew i szmat, mógł pobić. Bo przecież sprowokowała go tym kwiatkiem, albo jakimś słowem, albo palec pokazała. To spoko. To mógł.

Ja pierdolę.

Wiecie, kiedy można użyć przemocy wobec drugiego człowieka? Tylko w obronie własnej lub obronie kogoś innego. Tylko, jeśli ktoś się na Ciebie rzuci, a Ty się bronisz lub bronisz kogoś innego, słabszego. A i wtedy trzeba dopasować obronę do ataku. Bo wiecie, mój dwulatek czasem podchodzi i mnie rączką uderza. Jakimś cudem go wtedy nie tłukę. Czy to nie jest oczywiste? Bo mam wrażenie, że nie dla wszystkich.

Niektórzy piszą, że normalna kobieta by odeszła. Ale musicie wiedzieć, że ci przemocowi partnerzy nie są takimi stuprocentowymi potworami. Oni potrafią świetnie przepraszać, obsypywać podarunkami, rozpieszczać, obiecywać poprawę. A potem nagle, bez przyczyny… jeb. Bo znowu coś im się nie spodobało albo się napili. Alkohol jest takim świetnym usprawiedliwieniem dla ciosu w nos albo tekstu „wypierdalaj, głupia szmato”.

No i to się nie dzieje nagle, po 10 latach związku. To nie jest tak, że małżeństwo Piaseckich było idealne i on nagle taką akcję odstawił. Pewnie zaczęło się od drobnostek. Od zazdrości (z miłości przecież) i od pretensji, że późno wróciła (bo on tak za nią tęsknił). Raz ją brzydko nazwał, przeprosił. Potem raz jej kazał wypierdalać, przeprosił. Potem raz popchnął, przeprosił. Kupił zegarek. Potem zrobił awanturę, bo on zarabia a ona nawet dupy mu nie chce dać, uderzył, ale znów przeprosił, z bukietem róż i biletami do Egiptu. Przecież go nie zostawi, bo jak ona sobie sama z dziećmi poradzi. A on ją kocha, to przecież widać. Gdyby nie kochał, to by tak nie reagował, to by nie był tak strasznie zazdrosny. Granice się przesuwają, ona udowadnia jemu i sobie, że może znieść więcej i więcej. Karolina sprzed 10 lat nie pozwoliłaby sobie na takie traktowanie ze stycznia 2017, ale już Karolina ze stycznia 2017 ma tak obniżone poczucie własnej wartości (nasłuchała się przecież przez 10 lat, jaką jest kurwą, szmatą, chujem, jak to nic nie znaczy i nic nie umie, debilka jedna), że sobie pozwala. Przeprasza, wybacza, próbuje się poprawić, naprawić jego. Będzie dobrze.

On nie jest potworem. On pewnie w takiej właśnie rodzinie dorastał i też się naoglądał i nasłuchał błagania matki. On też jest ofiarą. I ona to rozumie, bo ma demoniczną empatię. Nauczyła się go słuchać, rozumieć, przewidywać i po małych sygnałach rozpoznawać, że coś mu się może nie spodobać. Już nie słucha siebie, tylko jego. A on ją uczy, jaka powinna dla niego być. Uczy ją biciem, obrażaniem, zrzucaniem ze skarpy, wywożeniem do lasu, straszeniem, że ją i dzieci pozabija. I to działa!

No, może tak nie do końca, bo ona z niewiadomych przyczyn nie jest namiętną w łóżku, nie cieszy się na jego widok, nie rzuca na szyję, jak wraca z pracy i czasem ma gorszy dzień, nie wiadomo czemu. Może trzeba jej znowu przypierdolić, żeby się bardziej starała? Żeby się szczerzej uśmiechała, gdy idą na spotkanie towarzyskie? Bo jakaś taka skwaśniała jest i ludzie zaczynają gadać.

No tak już jest, że przecież na żonie to nie gwałt. Że bicie jest niby złe, ale w domu się nie liczy. I dzieci bić nie wolno, chyba że własne, bo to wtedy się nazywa „wychowywanie”. Żadne państwo nie będzie mi się wpierdalało w mój dom i w moją rodzinę, nikt mi nie będzie mówił, jak mam żyć pod własnym dachem. Jak obca osoba powie coś przykrego mojemu dziecku to źle, ale jak ja je spiorę pasem, to spoko.

I dlatego PiS planuje wypowiedzieć konwencję o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Żeby się nie wpierdalać w rodzinę, świętość największą. Tej rodzinie to najbardziej szkodzi istnienie homoseksualizmu a nie pranie żony i dzieci. Logiczne.

Takich historii jest dużo. Policzcie sobie jeszcze raz. 150 martwych kobiet rocznie. Trzy tygodniowo. Prawie milion bitych, poniżanych, zastraszanych. Myślicie, że jedna z nich nie mieszka nad Tobą, za rogiem albo nie pracuje przy biurku obok? Czasem to jest bezpośrednia ofiara, tylko córka przemocowca, czasem syn. Noszą w sobie tę chorobę, przekazaną od rodziców. Chorobę, którą się dziedziczy, obserwując zły wzorzec. Oni albo będą sprawcami albo ofiarami przemocy, jeśli nikt nie wyciągnie do nich ręki albo jeśli sami nie są wystarczająco silni, by sobie zdać sprawę, że to nie jest normalne, przyciskać partnerkę za szyję do ściany, bo później wróciła z pracy (przeczytajcie opowieść znanej blogerki).

Tylko że tak trudno jest tego wysłuchać, tak trudno o tym czytać, tak trudno jest pomóc. Ja to wiem. Ale trzeba. Trzeba pomagać. Trzeba reagować. Mówić „STOP”. Podawać do sądu, piętnować, dzwonić po policję, rozmawiać z ofiarami, oferować wsparcie.

Trzeba to wreszcie uciąć. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć dość i nie udawać, że to się nie dzieje. Nie zamiatać pod dywan, nie usprawiedliwiać.

Przeczytałam niedawno książkę „Dziunia” Anny Marii Nowakowskiej. To historia, w której jest sporo prawdy. Niektórzy twierdzą, że sama prawda. Bo i mnie trudno jest uwierzyć, że jakaś pisarka mogła w pełni zmyślić taki fragment… Przytoczę go Wam, bo mną wstrząsnął i zapadł głęboko w pamięć.

Zaczęło się od bażanta, ale to nie jego bażancia wina. Biedak stał się źródłem przejmującego smrodu, który tak się wżarł w ściany i podłogi, że czuć go było jeszcze dziesięć lat później.

Odtąd każdy, kto wchodził do domu Dochtorostwa, rozglądał się z niepokojem, zanim receptory węchowe pogodziły się z losem i przestały się buntować. Domownicy nie czuli tego odoru, bo do wszystkiego można przywyknąć, prawda?

[Podejrzewam, że nadal błąka się tam duch nieszczęsnego bażanta, który spowodował, że wszyscy tego pamiętnego dnia przekroczyli jakiś próg. Tak jak błąkają się echa słów i czynów, które były władne kaleczyć i zabijać.]

Zabawne, jak wyglądają od wewnątrz rodzinne anegdotki opowiadane ze śmiechem przy grillu przez samych uczestników zdarzeń. „Ależ to był smród! A jaką on(a) miał(a) minę, żebyście widzieli, chachacha”.

Zanim jednak rozcuchnie się nam na dobre, warto zerknąć na psychologiczne zaplecze tej sytuacji. Zabawnej. Oczywiście, że tak. Z pewnej perspektywy. Dramatycznej. Owszem, również. Z innej perspektywy.

Zatem bażant, martwa osoba dramatu. Ojciec przyniósł go nie wiadomo skąd i z lekka bełkotliwie zapowiedział: „Zrobimy sobie ucztę, matka, upiecz to”.

Był w jednym z tych swoich charakterystycznych humorków, które pojawiały się w drugim dniu ciągu. W trzecim stawał się paranoidalny, następnie autystyczny, a na końcu – zwykle dnia siódmego – ciężko chory. Dziunia nie znosiła drugich dni cyklu, ponieważ ojciec próbował wtedy nawiązać kontakt z rodziną. Stawał się natrętny i żądny wymiany emocjonalnej. Kłopot w tym, że gadał od rzeczy. A pomysły, którymi sypał jak z rękawa, przyprawiały wszystkich o zgrozę.

Raz była to wspólna kąpiel dla zdrowia – pod szlauchem na podwórzu. To, że był akurat początek lutego, wcale go nie zniechęciło. Sam wymyślił program hartowania dzieci i od razu próbował wprowadzić go w czyn. Innym razem przyszedł ze skalpelem i propozycją obrzezania Lubusia. Dla higieny.

Wobec tak fantazyjnych gier rodzinnych kolacja z bażantem nie wydawała się aż takim dziwactwem. Przecież rodziny – zdarza się – siadają wspólnie do kolacji, smakując wyszukane potrawy.

Tak czy owak nikt się bażantem nie przejął i nie powiało grozą, jak zazwyczaj. Najczęściej Dziunia w dniach drugich czujnie obserwowała ojca, żeby we właściwym momencie zarządzić ewakuację. Albo odwrócić jego uwagę. Zdawała sobie sprawę z tego, że ojciec staje się niebezpiecznym facetem z artystycznymi dziurami w mózgu. Z każdym kolejnym ciągiem był coraz bardziej nieprzewidywalny.

[– Zrozum, to nie był zwyczajny pijak – tłumaczyła mi, kiedy widziałam ją po raz ostatni. – Alkohol zmieniał go w wyrafinowanego potwora artystę. Był najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem, jakiego znałam, ale miał w sobie specyficzną moc, którą wyzwalał alkohol. Moc paraliżowania nas strachem, zatrzymywania naszego oddechu, dosłownie. Nie musiał nic robić, wystarczyło, że wszedł. Wystarczyły kroki pod oknem. I jeszcze jedno – dodała. – On naprawdę wierzył, że robi z nami fajne rzeczy, że jego pomysły powinny nam się podobać. Pragnął naszej wdzięczności, chciał być świetnym facetem, z fantazją. Kiedy uciekaliśmy albo drętwieliśmy z przerażenia, widziałam w jego oczach nie tylko furię. Widziałam w nich zdumienie. On nie rozumiał, dlaczego się go boimy. Chciało mi się wyć pod niebiosa, bo gdzieś, w tej ogarniętej psychozą bestii, był uwięziony cierpiący człowiek. Ktoś, kim mógłby się stać, gdyby sprawy potoczyły się inaczej. Na przykład gdybym się nie urodziła. Dlatego nigdy nie potrafiłam go znienawidzić. Nawet po Wielkim Smrodzie, czyli Dniu Bażanta.]

W Dniu Bażanta Mama, która brzydziła się dziczyzną prawie tak samo jak mężczyznami, odmówiła przyrządzania tego obrzydlistwa.

– To nie będziesz żreć – warknął ojciec.

– Żryj sobie sam – odparła Mama. – I tak nie tknęłabym tego… tego… tych zwłok.

Dziunia zaczęła miotać na nią straszliwe spojrzenia i syczeć przenikliwie, bo aż zatykało ją ze strachu, kiedy Mama w tak beztroski sposób naruszała zasady bezpieczeństwa. Podejrzewała, że Mama celowo prowokuje atak.

Bez wątpienia tak właśnie robiła, lecz wtedy Dziunia nie była w stanie pojąć, że to jest część śmiertelnej gry. Prowadzonej na wpół tylko świadomie. Gra nazywała się „Zrób mi coś tak strasznego, żebym od ciebie wreszcie odeszła”. Inna, bardziej popularna nazwa tej gry to: „Jak osiągnąć dno i się od niego odbić”. Niestety, Mama była fatalnym graczem. I pewnego dnia po prostu nie zauważyła, że gra się skończyła i pora wiać. Jej osobiste dno nie dawało możliwości odbicia się, ponieważ było dwa metry pod ziemią. Tak bywa.

[Kiedy Dziunia wreszcie pojęła, o co w tym wszystkim chodzi, była już uwikłana we własne śmiertelne gry. Nie mogłaby więc nikomu pomóc. Nie żeby nie próbowała. Po prostu ręce miała zajęte robieniem sobie mniejszych i większych krzywd.]

W Dniu Bażanta Mama wyraźnie szukała guza. Szukała i znalazła.

Ojciec zabrał się do skubania piór. Skubał, polewał wrzątkiem, dalej skubał, jak wytrawny Skubacz Piór. Którym nie był.

Później zapalił gaz i robiąc sporo fetoru, opalił gołego bażanta do ostatniego pióreczka, jak wytrawny Opalacz Piór.

Robiąc wiele hałasu i jeszcze więcej bałaganu, zapakował ptasi zewłok do prodiża, posypał solą, pieprzem i majerankiem, włączył i poszedł się napić. Po robocie.

Dziunia odetchnęła z ulgą, Lubuś odetchnął z ulgą, Mama westchnęła bez niczego. Po prostu westchnęła i już.

Lubuś zajął się okładaniem zeszytów i ostrzeniem ołówków, na wypadek gdyby ojciec miał jeszcze jakiś napad ojcowszczyzny. Przychodziło mu czasem do głowy, żeby sprawdzić postępy szkolne syna, nawet w wakacje, owszem. Nawet z darciem nowych książek szkolnych na strzępy, owszem. Czemu nie?

Pod koniec sierpnia zmierzch zapada wcześnie, więc Dziunia stanęła w oknie, wysyłając do Buni esemesa latarką. Ostatnio ćwiczyły alfabet Morse’a w nadziei, że im się kiedyś przyda, jakby co.

Dziunia wykropkokreskowała: „Ale coś cuchnie mała ratunku”.

Bunia odkropkokreskowała: „Cuchnie ale chyba nie wybuchnie”.

Tak jej się zrymowało, ale nie miała racji co do meritum. Ani talentu do przepowiedni.

Bo w kolejnej chwili coś huknęło potężnie i zgasły światła w całym domu.

Dziunia, Lubuś i Mama machnęli się biegiem do kuchni, Dziunia pierwsza.

W ciemności coś wstrętnego spadło jej na głowę, dokładnie w chwili kiedy pośliznęła się na innej obmierzłej substancji.

Wyrżnęła czołem o kant stołu i zobaczyła kilka supernowych w technikolorze. Były z jakiegoś powodu różowe.

Mama pobiegła do skrzynki z bezpiecznikami, bo na oko wykol nie dało się określić, „co, do nagłej śmierci, tu wybuchło!?”.

Lubuś wlazł w to samo świństwo, na którym wyłożyła się jego siostra.

– Zo du dag jedzie? – wyartykułował słabym głosem. – Zaraz zie borzygab.

Śmierdziało nieziemsko, ale jakoś nie dla wszystkich. Oto Dziunia wcale nie rzygała, co było niepojęte. Kto jak kto, ale ona na smród była wprost u – czu – lo – na. Byle odorek i jazda do rygi.

Kiedy stało się światło, wyjaśniło się, że to jest feta na cześć bażanta, którego ojciec zapomniał wypatroszyć. Odflaczyć, za przeproszeniem. Odflaczacz był z niego żaden.

Rozgrzane wnętrzności i ich zawartość radośnie wybuchły, wysyłając pokrywę prodiża w niebo, czyli w sufit. Skąd jeszcze spadały (flakowate) strzępy niedoszłej uczty.

I co, w sam raz na anegdotkę, nieprawdaż?

Prawdaż. Mama nawet się roześmiała, zanim zrobiło się ponuro. Dziunia też parsknęła, a więc i Lubuś, oczywiście. Chociaż go skręcało z obrzydzenia. Na chwilkę zrobiło się wesoło.

Ale tylko na chwilkę, bo zaraz przyszedł ojciec. Potoczył wzrokiem po pobojowisku. Nie było wiadomo, co sobie pomyślał, ale dobrą minutę tak stał i toczył wzrokiem. Nawet jakby trochę przetrzeźwiał od tego smrodu. Istne szambo, ludzie.

– Teraz będzie kolacja – powiedział wreszcie. – Teraz będziecie to żreć.

Nie wierzycie? Oni też nie wierzyli, dlatego na ustach Mamy wciąż jeszcze widać było resztki śmiechu. Ciągle miała rozbawienie w oczach, kiedy ojciec chwycił ją za włosy i wsadził jej twarz w to, co zostało z bażanta.

Tak, wtedy uwierzyli. Że będą musieli to zjeść.

Jeśli to jest WOŁANIE O MIŁOŚĆ, to powinno być karalne. Wołanie o miłość z użyciem noża. Gwałt z wołaniem o miłość. Siniaki i złamania w wyniku wołania o miłość. Każdy wołający o miłość mężczyzna powinien siedzieć w więzieniu razem z innymi wołającymi o miłość. Niech się miłują razem, w celach. Niech wołają.

Już nawet nie po to, żeby ich ukarać (choć słuchając nagrania, naprawdę, nawet w moim pacyfistycznym sercu odzywa się żądza mordu), ale żeby ich odseparować od reszty społeczeństwa.

Żebyśmy my mogły spóźniać się do domu, nie podać obiadu, zapomnieć o kwiatku. I żebyśmy nie bały się o życie nasze i naszych dzieci. I żeby te dzieci potem też nie musiały wołać o miłość oraz słuchać tego wołania, a potem lądować w szpitalu lub w kostnicy.

Komentarze do wpisu: 53 Napisz komentarz

  1. Aix79 napisał(a):

    Seg, bardzo Ci dziękuję za ten tekst. Jest mądry i w punkt i zgadzam się z każdym słowem.
    http://kiciputek.blogspot.com/2016/11/atwiej-znosic-siniaki-niz-prawde.html
    Wklejam link, który jest w temacie i przybliży nieco punkt myślenia tych, którzy myślą ale durna baba, ja bym dawno odeszła, co ona ma w głowie itd…
    Mam nadzieję, że pani Karolina będzie miała jeszcze wiele szczęśliwych dni w swoim życiu.
    Jeszcze raz dziękuję za te słowa Seg:*

  2. Skora mi cierpnie. Jestem świeżo po serialu Wielkie kłamstwa na HBO, gdzie pokazano przemoc w rodzinie. W tzw.dobrej rodzinie. Zreszta tam przemoc ma rozne oblicza. Wstrząsające. Smutne.

  3. Kocz1lla napisał(a):

    Może i dobrze, że to nagranie ujrzało światło dzienne, bo obnaża ono hipokryzję partii zbijającej kapitał na odwoływaniu się do wartości rodzinnych i moralności.
    Może i dobrze, że inne potencjalne ofiary przemocy będą miały okazję je odsłuchać. Kto wie, gdy posłuchają, jak brzmią lub mogą brzmieć „z boku”, może je to otrzeźwi.
    Na pewno źle, że okazję odsłuchania będą miały córki pani Piaseckiej (chociaż one to się pewnie i tak nasłuchały) oraz ich koledzy i koleżanki.
    I na pewno źle, że jedno nagranie, o którym nawet nie można powiedzieć, czy jest autentyczne, stało się pretekstem do wytykania palcami i nawoływania o przywrócenie kodeksu Hammurabiego.
    Pan Mąż popełnił życiowy błąd, że swoje kompleksy postanowił odreagować przemocą, a kiedy podziękowano mu za współpracę, nie umiał odpuścić i dać babie odejść. O ile poszkodowana opublikowała nagranie z desperacji, a nie z chęci zemsty, polubowny rozwód zaoszczędziłby mu wielu kłopotów. Był radnym, miał swoje mniejsze i większe sukcesy, widoki na dalszą karierę, teraz jest bezrobotny i na resztę życia zostanie „przemocowcem od zapierdalania po kwiata”.
    Pani Żona popełniła życiowy błąd, że nie zawinęła się z córkami już po pierwszych awanturach. 11 lat uznawała, że te domniemane „zegarki”, „kwiatki” i „przeprosiny” są ważniejsze niż komfort psychiczny jej i jej dzieci. Tak wybrała, wszystko ma swoją cenę.
    Tłumaczenie, że przemoc domowa ją ubezwłasnowolniła ma mniej więcej tyle samo sensu, co dywagowanie, że on jest agresywny, bo pewnie był tyranizowany w domu jako dziecko. Pozwala zrozumieć mechanizm, ale czy kogoś usprawiedliwia? Mówimy o dwojgu dorosłych ludzi, którzy we wszystkich swych decyzjach (prawdopodobnie) byli poczytalni.
    Dla mnie to nie jest związek kata i ofiary, tylko dwojga słabych ludzi, którzy do spółki zgnoili własne dzieci. I jeśli coś w tej sytuacji wydaje mi się niewybaczalne, to właśnie to.
    Wolałabym też, żeby dyskusje o przemocy domowej naprowadzały ludzi na bardziej światłe wnioski niż „oko za oko, ząb za ząb”.
    Np. żeby zwracały uwagę na przemoc ekonomiczną.
    By popularyzowały terapie małżeńskie i dla ludzi z dysfunkcyjnych rodzin.
    Żeby sprowokowały zmiany w przepisach, które zmuszałyby do opuszczenia domu osobę AGRESYWNĄ.
    Żeby kazały się zastanowić, w jakiej sytuacji są rodziny tyranów pełniących funkcje publiczne. (Mogą czuć się one tym bardziej wyalienowane, że „oprawca” ma za sobą pieniądze i poparcie środowiska.)
    Zakładając, że mój komentarz przejdzie moderację, pewnie zbiorę baty za rzekome „bronienie sprawcy”, ale mam jednak nadzieję, że bloga czytają dorośli ludzie, którzy niejedno już w życiu widzieli i rozumieją, że głaskanie kogoś za bycie „biednym” i bicie po łapach za bycie „niedobrym” to zamiatanie ISTOTY PROBLEMU pod dywan.

    1. Czy ja tu widzę odrobinę współczucia dla przemocowca od zapierdalania po kwiata, bo chłop bezrobotny? Straszna sprawa. Za to jego słowa i czyny wyryły w głowie tej kobiety rany na całe życie. Ona nigdy o tym nie zapomni. To zdecydowanie gorsze niż bycie bezrobotnym. Była zrównana do poziomu śmiecia na ulicy. Była katowana psychicznie i fizycznie. A on? Jaką karę należałoby mu wymierzyć, żeby coś do niego trafiło? Panowie tego pokroju w dupie mają czyjeś emocje. Dla nich liczy się władza, również władza nad człowiekiem, więc jak będzie siedział na dupie w czterech ścianach i nigdzie nie będą go chcieli, to poczuje się choć trochę ukarany.

      1. Kocz1lla napisał(a):

        Tak, widzisz tu nawet więcej niż odrobinę współczucia. Jednak nie dlatego, że „chłop bezrobotny”, a dlatego, że słychać w tym nagraniu – a wysłuchałam do końca – jak bardzo trzeba być nieszczęśliwym i skrzywionym, żeby robić takie rzeczy. Nie usłyszałam wprawdzie „wołania o miłość”, ale słyszałam łzy w głosie i skargę na rozczarowanie sobą – skierowaną pod kompletnie niewłaściwy adres.
        Współczuję mu też spaprania sobie reszty życia. Dokładnie tak samo jak współczuję spaprania sobie życia małżonce. Nie zgadzam się, że nie miała przez te 11 lat innego wyboru i nie chciałabym być jej córką, ale współczuję.
        A co do wymierzania widowiskowch kar, to w tym cały sęk, że ono nie działa. Terapia behawioralna ma swoje zalety, ale przyczyny problemu nie usuwa. Agresywni ludzie pokazowego linczu nie odnoszą do siebie, w końcu to nie ich złapano, więc i nie przestają być agresywni.
        Nie dzielę ludzi na rasy, wyznania i „pokroje”. Jeśli Tobie jest lżej z tym, że ten konkretny człowiek „poczuje się ukarany”, to się tym raduj. Ja bym tam wolała, żeby coś zrozumiał i stał się lepszy, ale unikanie leczenia i nawoływanie do powieszenia za jaja mu w tym nie pomoże.

        1. Oczywiście, że najważniejsze, żeby człowiek zrozumiał i już nigdy więcej tego nie robił. Nigdy nie cieszyło mnie cudze nieszczęście i również w tym przypadku mnie nie cieszy, bo najlepiej byłoby, gdyby takie rzeczy się nie działy. Ale niestety świat nie jest fajny.
          Mimo wszystko współczuć nie będę. Bo tak samo jak twierdzisz, że ofiara mogła po prostu odejść, tak on mógł po prostu pójść na terapię, wiedząc, że jego zachowanie nie jest normalne i krzywdzi innych. Bardzo mocno upraszczasz sprawę twierdzeniem, że przecież kobieta mogła odejść. Nie wszystko jest czarne albo białe. Ofiary bywają współuzależnione od tej przemocy i trudno im się z niej wyrwać. Oboje mają poważny problem.

        2. Kocz1lla napisał(a):

          Nigdzie nie stwierdziłam, że tylko ona jest winna i zgadzam się, że Piasecki miał do dyspozycji całe mnóstwo konstruktywnych wyjść ze swej sytuacji, a wybrał to jedno najgłupsze. Napisałam wszak o dwojgu dorosłych ludzi, którzy świadomie podejmowali decyzje.
          Nie wszystko jest czarno-białe? Zgadza się. Ofiary bywają współuzależnione od przemocy, a ludzie generujący przemoc nie rozumieją emocji własnych, cudzych ani tego, że coś jest z nimi źle. Rzecz w tym, że tylko ci pierwsi mają społeczne przyzwolenie na tkwienie w błędzie, a potem jeszcze długo definiują siebie przez to, co „im zrobiono”. Łatwiej bowiem wmówić sobie, że latami dobrowolnie mieszkało się w obozie koncentracyjnym niż wziąć współodpowiedzialność za patologiczną sytuację.
          Oprócz tego w dysfunkcyjnymi związku nie zawsze zachodzi klarowny podział ról, gdzie jedno tylko bije i wyzywa, a drugie płacze i się kuli. Częściej wygląda to tak, że jeden głupi zacznie, a drugi głupi musi skończyć. I tak do następnego razu (w każdym znaczeniu tego słowa). Jak ktoś nie wierzy, to niech pogada ze swoim dzielnicowym.
          Świat nie jest fajny. Jest taki, jakim go urządzimy. Doniesienia, że w Norwegii poddano masowego mordercę reedukacji, w Polsce wywołały falę szydery. Pytanie, ile tam jest doniesień o przemocy, a ile u nas.

        3. ‚Rzecz w tym, że tylko ci pierwsi mają społeczne przyzwolenie na tkwienie w błędzie’ < Bzdury. Dajcie dowolnego gnoja, który bije żonę, i już za chwilę połowa społeczeństwa będzie wołać, że: 'Nie wiemy wszystkiego! Może go prowokowała! Nie rozumiecie istoty problemu! Wołał o miłość!'

          A co do istoty problemu:
          Istota problemu#1: Jakiś gnój bije żonę.
          Istota problemu#2: Jakiś gnój bije żonę, a internet zastanawia się, czy to aby na pewno jest istota problemu.

        4. Kocz1lla napisał(a):

          Jakoś nie widzę tej „połowy społeczeństwa” stojącego murem za Piaseckim. Może nie tą część Internetu przeglądam.
          Widzę natomiast sporo agresji i przedrzeźniania pod moim adresem. Nieładnie.
          „Bzdury!” to zakrzyknął swego czasu mój sześćdziesięcioletni. lekko podpity teść, kiedy stwierdziłam, że Historia „Roja” to słaby film. Na takim poziomie to jest polemika.
          I faktycznie: nie wiem wszystkiego o tej sprawie. Ty wiesz?

        5. Murem nie stoją, bo trochę się wstydzą, ale trochę współczucia i poddawania w wątpliwość winy oprawcy przewinie się w wielu konwersacjach. Co bardziej obdarzone empatią jednostki na szczęście zastrzegą, że ‚dokładnie tak samo’ współczują jego żonie.

          Nie wiem wszystkiego. Wiem, że znęcał się nad żoną. Wiem, że teraz ludzie go usprawiedliwiają, albo przerzucają na nią część odpowiedzialności za ‚patologiczną sytuację’, co uważam za odrażające. W mojej opinii szerszą ‚patologiczną sytuacją’ jest właśnie to, że w takich sprawach zdejmuje się (przynajmniej częściowo) odpowiedzialność ze sprawcy i uprawia victim blaming. Wpojenie społeczeństwu, że w momencie, kiedy agresywny małżonek bije, to jest to jego wina, mogłoby być korzystne na kilku płaszczyznach.

        6. Kocz1lla napisał(a):

          Jeśli (znowu?) pijesz do mnie, to niczego się nie wstydzę i współczuję zupełnie jawnie. Teraz, kiedy mi wyjaśniłaś, rozumiem, że dla grona inteligentnych, dojrzałych (i zapewne wykształconych) czytelników tego bloga napisanie „rozumiem mechanizm działania sprawcy” to zdejmowanie z niego odpowiedzialności i „victim blaming”.
          Aha…
          Nie rozumiem za to naigrawania się z określenia „patologiczna sytuacja”. Czyżby było nieadekwatne? Facet wyzywający i wyrzucający z domu za „kwiata” oraz kobieta wyjąca jak pies i zawodząca „nie jestem debilem! skończyłam studia i jestem bardzo inteligentna” to patologia. Ludzie robiący sobie i s w o i m dz i e c i o m te rzeczy przez JEDENAŚCIE LAT to totalna patologia. Która dopóty mogła trwać, dopóki były w nią zaangażowane obydwie strony.
          I wiesz, co by było korzystne dla tej konkretnej dyskusji? Nienarzucanie rozmówcy, kogo powinien rozumieć i komu współczuć.

        7. Ej, ja to rozumiem. Naprawdę. I nie uważam, żeby było coś złego we współczuciu -nigdy, nawet jeśli dotyczy sprawcę przemocy.
          To nie może oznaczać usprawiedliwiania.
          Ale samo współczucie i próba zrozumienia źródła danego zachowania jest dobrym odruchem. Bo dzięki temu może unikniemy wychowywania kolejnych przemocowców.

        8. Kocz1lla napisał(a):

          Nie wiem, czy mogę podrzucać linki, więc tylko dodam, że Nishka opisała właśnie swój punkt widzenia na blogu.
          I mam nadzieję, że nie czynię jej tą rekomendacją niedźwiedziej przysługi.

        9. Tak, widzę, że Ty się nie wstydzisz. Mówię, że jest więcej osób o podobnych poglądach, które będą je próbować wprowadzać, powiedzmy, tylnymi drzwiami.

          Victim blaming to nie zrozumienie mechanizmu działania sprawcy, tylko głoszenie, że ofiara ponosi część odpowiedzialności. Co Ty robisz. Ba, nawet co chwilę wymieniasz jej ‚winę’ jednym tchem z jego, sugerując, że są porównywalne.

          Odejdzie taka zanim on jej pierwszy raz da w zęby? Menda, rozbija rodzinę. Odejdzie jak da w zęby po raz pierwszy? Niech mu da szansę, może miał zły dzień, a ona go sprowokowała. Po trzech razach? Niech da mu jeszcze szansę, niech nie robi tego dzieciom, on obiecuje poprawę. Po dziesięciu latach? Boziu, co za kretynka, tyle lat sobie na to pozwalać. Musiała to akceptować. Każdy internetowy ekspert już orzekł, że przecież należało odejść. Dla dobra dzieci. Upubliczni sprawę? Ojej, mamy nadzieję, że nie dla zemsty. To by było nieładne.

          Wbicie ludziom do głów, że winę za przemoc ponosi sprawca, a nie wszyscy wokół, to też pomoc dla ofiar, żeby się nie biczowały myślami ‚a może ja też jestem winna? może on przeze mnie tak robi?’ i żeby nie obrywały od publiczności, cokolwiek zrobią.

        10. Kocz1lla napisał(a):

          Wygląda więc na to, że w dyskusji o przemocy domowej sprawa rozbija się o definicję „ofiary”.
          Słownikowo jest to: 3. «osoba lub zwierzę bezradne wobec czyjejś przemocy, które doznały jakiejś szkody lub straciły życie; też: rzecz wskutek czegoś zniszczona» Cytuję za PWN.
          Jeśli ktoś doznał uszczerbku na zdrowiu na skutek pobicia – bezdyskusyjnie jest ofiarą.
          Jeśli komuś potwarz uczyniła ujmę na honorze – jest ofiarą. (Pytanie, czy osobę, po której bluzgi i drwiny spłynęły jak po kaczce, również należy jako ofiarę definiować?)
          Jeśli ktoś nie ma wpływu na sytuację, która go niszczy – bezapelacyjnie jest ofiarą. Vide córki Piaseckich.
          Czy ktoś, kto ma wpływ na niszczącą sytuację, ale z niego n i e korzysta, ofiarą j e s t, czy siebie do roli ofiary s p r o w a d z a?
          Nie kwestionuję, że Piaseckiej stała się krzywda. Działaby się nawet wtedy, gdyby małżonek głaskał ją tym kwiatkiem, a jej by to z jakiegoś powodu sprawiało przykrość.
          Kwestionuję jej b e z r a d n o ś ć. Uważam, że żadna ze stron przez długie lata nie umiała wziąć odpowiedzialności za swoje życie. A co gorsza, za życie istot, które wspólnymi siłami powołały na świat. Możesz to nazwać „porównywaniem win”. Whateva.
          Przytoczonych przez Ciebie tekstów i wyliczanek nie głosiłam i wolałabym nie musieć dyskutować z czyimiś zmyślonymi wypowiedziami.
          Co do upubliczniania sprawy, to tak – zemsta byłaby brzydką motywacją. Jak już napisałam, kontakt z nagraniem będą miały córki Piaseckich. Na pewno jakaś dobra dusza im je pokaże. Nieładnie byłoby narażać własne dzieci na powtórkę z rozrywki i kolejny akt traumy tylko po to, żeby dosrać byłemu. Prawda?
          Ale rozumiem, że chodzi o to, jak śmiem w ogóle poddawać w wątpliwość motywacje poszkodowanej. No cóż, zastanawia mnie, dlaczego nagrania nie pozostały do wyłącznej wiadomości adwokatów, sądu rodzinnego, policji… Domyślam się, że właścicielka jest przygotowana na ciężką rozwodową batalię, obawia się nachodzenia i robi wszystko, by jeszcze-mąż nie czuł się bezkarny. Co, kto jednak chciał osiągnąć, nadając sprawie taki bieg – dopiero się okaże.

        11. Magdalena Jawor napisał(a):

          Kocz1lla – rozumiem cię stara. Mądra z ciebie osoba. Tylko tyle napiszę, bo resztę powiedziałaś już Ty. Nie dajmy się nienawiści, myślmy zamiast pochopnie oceniać. Najwyraźniej większość ludzi potrzebuje wyraźnego podziału na tych dobrych (bite żony) i tych złych (bijących mężów). Od sądzenia jest sąd i śledczy, a nie internet i losowi ludzie, którzy widzieli tylko jeden dowód jednej ze stron.

        12. Kocz1IIa „słyszałam łzy w głosie i skargę na rozczarowanie sobą – skierowaną pod kompletnie niewłaściwy adres.” No właśnie, więc nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Chcesz powiedzieć, że żona jest winna jego nieszczęściu?! Dobre sobie.
          Każdy człowiek powinien mieć poczucie wartości. Jeśli go nie ma, jego sprawa. Niestety toksyczne osoby mają to do siebie, że obwiniają za swoje niepowodzenia innych, szukają ciągłego potwierdzenia, że są czegoś warte, że się ich nie zostawi. To perfidne działanie, które ma na celu owinięcie sobie drugiej osoby wokół palca, a potem zgnojenie jej najbardziej jak tylko się da.

        13. Kocz1lla napisał(a):

          Wszystko, co chciałam powiedzieć, napisałam w poprzednim komentarzu. Jeśli nie zadałaś sobie trudu przeczytania – Twój problem, ale – tak a propos perfidii – przypisywanie mi czegoś, czego NIE napisałam, rzetelne nie jest.

        14. Przeczytałam Twoje komentarze. Zacytowałam to, co napisałaś. Bez powodu tego nie zrobiłam.

        15. Kocz1lla napisał(a):

          „Chcesz powiedzieć, że żona jest winna jego nieszczęściu?!” też zacytowałaś?

        16. Ech… Cytaty oznaczone są cudzysłowem. Przytoczone przez Ciebie zdanie nie jest nim oznaczone, bo jest moje.

        17. Kocz1lla napisał(a):

          No to wracamy do punktu A: Czytaj uważnie i nie przypisuj innym czegoś, co sobie sama wymyśliłaś.

        18. Kocz1lla napisał(a):

          Uwaga może i słuszna, tylko adres niewłaściwy. Popracuj też nad kulturą osobistą. Naigrawanie się i obrażanie w dyskusji nie pomaga.

        19. Można polemizować z tym, która z nas nie ma kultury osobistej i obraża w dyskusji.

        20. Kocz1lla napisał(a):

          Kwestionowanie kompetencji lingwistycznych (tudzież inteligencji) rozmówcy i sugerowanie, że nie nadaje się on do dyskusji, nie jest uważane za kulturalne. Tak więc można polemizować, tylko po co?

      2. Tomasz Karwowski napisał(a):

        [iza bluszcz] Przemocówkami są również kobiety. I z przemocy czerpią tak jak zwyrodniali faceci swoją chorą satysfakcję. Są na to przykłady. Więc w meritum sprawy postuluję o równe traktowanie wszystkich.

  4. Wytrzymałam niecałe 30 sekund. Popłakałam się. W pracy, przy biurku.
    Najgorsze jest to, że moja matka ma podobnie, tylko bez rękoczynów, chociaż ciekawe jak długo. Obrażał ją, obrażał mnie, obrażał mojego bogu ducha winnego ojca. A matka obiecała, że go wyrzuci, że to ostatni raz. Ale gnoja konkubenta nie wyrzuciła bo on tak pomaga, i babcię do lekarza zawiezie, i zakupy przydźwiga… Ech, głupie te kobiety, jak but głupie. Wierzą w nieskończoność, bo przecież obiecał, że się zmieni. Nie zmieni się. Całe szczęście, że się odcięłam, wyjechałam, mam swoje życie. Matka wyrzekła się mnie całkowicie. Postawiła obcego dziada nad jedyną córkę. I nie żałuję. Ma to na własne życzenie, że nie chcę jej znać.
    Dla Pana męża od razu kara śmierci. Wiem, że to niemożliwe, ale dla takich gnojów powinni ją reaktywować. Bo żona i dzieci będą się latami leczyć z depresji, zaburzeń własnej wartości i stanów lękowych, a tego nic nie zrekompensuje.

  5. AIONA napisał(a):

    Wysłuchałam do końca. Dlaczego? Byłam ofiarą przemocy ze strony swojego byłego męża. Ja się podniosłam i tego samego życzę Pani Karolinie. NIC, absolutnie NIC nie usprawiedliwia przemocy.

  6. Facet zasłużył na coś znacznie gorszego niż tylko publiczne ujawnienie jakim jest *****. Żona jest dorosła i widać, że zaczyna sobie radzić, chociaż w sposób nieco kontrowersyjny. A dzieci? Jak zwykle są najbardziej poszkodowane, w dodatku podwójnie. Strasznie przykre. Nie byłam w stanie wysłuchać do końca. Miałabym ochotę prześwietlić każdą rodzinę i umieścić takich delikwentów tam, gdzie ich miejsce. Wprost czuję to świeże powietrze po takim sprzątaniu!

  7. emilia napisał(a):

    Wysluchalam całego nagrania. Podobnych tekstów na zywo sluchalam przez trzy lata. Byłam bita, gwalcona, wstydzilam się przyznać, bo co to za kobieta, ktora się tak traktuje? Przecież fajne kobiety sa kochane, holubione, traktowane równo. Bronilam nawet sprawcy przed każdym, kto zasugerował, ze może dzieje się u nas coś złego. Byłam głupia? Może, miałam 19 lat, wiec miałam prawo być glupia. On nie miał prawa mnie bic. Dochodze do siebie do tej pory. Kiedy za dużo wypije to placze i opowiadam o tym komu popadnie. Chociaż i tak mialam mnóstwo szczęścia – nie mialam z nim dzieci, udalo mi się zerwać, zostalo mi tylko kilka blizn, a później trafialam już zawsze na fajnych facetów. Nie poszłam na policje, wciąż widuje mojego oprawce, to samo miasto, ta sama uczelnia. Nic mu nie mogę zrobić. Cieszę się Seg, ze opisalas, dlaczego ofiary nie odchodzą. Zastanówcie się wszyscy: Czy po jednym popchnieciu w emocjach zostawilibyscie swojej obecnego partnera? A może po drugim, gdyby przepraszal, zglosil się na terapie, zachowywal się jak anioł? A może po kolejnym, kiedy juz miusielibyscie się przyznać, ze jesteście glupi, slabi i dawaliscie się bić. I cale wasze otoczenie uzna, ze pewnie to lubicie? Ja byłam „kurwa” i „ścierwem” przez trzy lata. Opowiem wam o imprezie sylwestrowej. Poszliśmy do znajomych. W czasie przyjęcia przyszla też obca dziewczyna z która mój facet dość ordynarnie flirtowal. Poprosiłam, żeby przychamowal, a on wyciagnal mnie na dwór – porozmawiać – i pobil mnie tak, ze moja twarz nie pryzypominala ludzkiej. Byla czarno czerwona od krwi, brudu i sińców. Tlukl mnie godzinę. Potem wrócił na imprezę i powiedzie ze sie obrazilam bo mam paranoje z zazdrości. Koedzy mu wspolczuli. A ja byłam tak zmasakrowana ze nie mogłam mówić. I przykładalam do twarzy reztki brudnego śniegu, żeby bardziej nie puchla. I tak, później dalam się przeprosić. Byłam głupia, ale nawet najgłupsza kobieta nie zasugluje na takie zlo

    1. qulqa napisał(a):

      Emilko, współczuję.
      I cieszę się, że miałaś siłę.
      Ale – skoro wciąż opowiadasz o tym ludziom – wciąż to siedzi w Tobie i nie jest sprawą zamkniętą.
      Nie sądzisz, że powinnaś pójść na choćby krótkotrwałą psychoterapię, żeby odbić się i zacząć żyć bez bagażu?

  8. Marta Mł napisał(a):

    Trzeba uczyć córki, że NIKT nie ma prawa podnosić na nie ręki. Tylko wtedy będą przy pierwszym sygnale wiać od takiego świra. Pamiętam jak w ósmej klasie (ma się te lata ;) ) dostałam pięścią w twarz od patola z klasy. Bo nie dałam się łapać za cycka. Półtora metra od biurka nauczycielki, która nie zareagowała. Mój tata stwierdził, że skoro szkoła nie reaguje to ma nadal zamykać oczy jak on tam wejdzie. Wparował następnego dnia na przerwie, dorwał śmiecia i podniósł za szmaty, ostukał o ścianę. I nie zastanawiał się czy biedaczek ma kłopoty w domu czy po prostu jest gnojem. Skoro był na tyle dorosły żeby bić i łapać za cycki to był też na tyle duży żeby dostać wp…. i dowiedzieć się, że „jeśli jeszcze raz ch..u tkniesz moją córkę to cię zaj….bię” :P Może gdyby mój tata nie złomotał kolesia to ten nawróciłby się sam później na dobrą drogą i nie poszedł kilka lat po tym siedzieć za dilerkę kradzionymi samochodami :D Tiaaa…. :D A ja żyłabym w przekonaniu że można mnie łapać za cycki i bić. Wierzę, że można dać się wplątać w układ ofiara – kat i nie mieć sił z tego wyjść. Ale jestem też przekonana, że o wiele trudniej jest tak zmanipulować kobietę wychowaną w poczuciu nietykalności i umiejącą powiedzieć „nie”. Od tego jak wychowamy nasze córki i synów kiedyś będzie zależał komfort ich życia.

    1. Kocz1lla napisał(a):

      Z Twej wypowiedzi wynika dla mnie jedynie tyle, że do dziś żyjesz w przekonaniu, że to mężczyźni mają moc sprawczą i załatwiają Twoje sprawy. I biją. Albo Ciebie, albo w Twoim imieniu.

    2. Magdalena Jawor napisał(a):

      Uwielbiam to nakręcanie spirali nienawiści po artykułach ukazujących czyjąś niewątpliwą winę. Taaak, najlepszy sposób na agresora to utwierdzenie go w tym, że albo ty spuszczasz, albo tobie spuszczają.

      „Może gdyby mój tata nie złomotał kolesia to ten nawróciłby się sam
      później na dobrą drogą i nie poszedł kilka lat po tym siedzieć za
      dilerkę kradzionymi samochodami :D Tiaaa…. :D” – serio jesteś dumna z tego, że twój ojciec przyłożył rękę do tego, że koleś zamiast dostać szansę pogrążył się jeszcze bardziej? Serio cieszy cię, że zamiast się życiowo ogarnąć kradł ludziom auta? Już pół biedy z nim, ale co z ludźmi, których dalej krzywdził, utwierdzony przez twojego ojca w tym, że kto ma więcej w łapie temu więcej wolno? A co, jeśli po tym gdy dowiedział się, że na Tobie już się wyżywać nie może, poszedł spuścić łomot swojej młodszej siostrze, bo w domu nie ma ojca i to on jest tym, który ma w łapie najwięcej? Jeśli pobił losowego dzieciaka, który go nie zapamięta i nie powie tatusiowi, komu ten ma wpierdzielić? Dalej jest tak fajnie?

    3. Zazdroszczę. Ja nigdy nie miałam ojca ani brata i nie miał kto stawać w mojej obronie. Byłam więc łatwym celem „do bicia” w klasie. Koleżanka miała spokój, bo miała ojca, który sprawę załatwił po męsku. Wszystko ma wpływ później na pewność siebie.

  9. Składałam zeznania przeciwko ojcu. A psycholog płakała ze mną. Nie wspominam już tego co się działo. Żyję wyobrażeniem o nim jako dobrym człowieku. Nic mi innego nie pozostaje. Nic się nie zmieni. Nie powie przepraszam, bo nie żyje. Smutno mi z tego powodu, bo nie miał czasu poprawić relacji. Ale wybaczyłam. Bo nienawiść do niego jemu nic nie zrobi. Tylko mnie zniszczyła by od środka.
    Teraz jestem przeszczęśliwa, bo wypracowałam to moje szczęście. Nauczyłam się wielu rzeczy o relacjach. Dlatego niech nadzieja nigdy nie umiera. Nie jesteśmy skazane na pasmo nieszczęść. Tylko trzeba zrozumieć mechanizmy psychiczne, które w nas działają, żeby wiedzieć, że nie jesteśmy liściem na wietrze, a drzewem.

  10. qulqa napisał(a):

    Przesłuchałam 15 minut, płacząc. Dalej nie byłam w stanie.
    Tak straszliwie współczułam Karolinie ….
    Narastała we mnie złość na pana radnego z brakiem emocji w głosie. Gdyby był koło mnie, pewnie wyzwałabym go od najgorszych.

    A potem pomyślałam, że przecież on też jest ofiarą. Taki ma schemat, nie potrafi inaczej, nie ma w sobie dość autorefleksji, żeby zauważyć że coś jest nie tak. Jest ofiarą – chociaż tłucze i poniża.

    Dlatego nie zgadzam się z internautami, piszącymi w komentarzach ‚do piachu ścierwo’ i tym podobnie. Ukarać za to, co robił – tak, jeżeli zdecyduje o tym sąd. Ale potem skierować na DOBRĄ psychoterapię. Przymiotnik napisałam celowo dużymi literami, bo nie każdy psycholog jest jednakowo dobry. Niech facet pogrzebie w swoim wnętrzu, niech zrozumie swoje schematy, niech nauczy się z nich wyrwać. Do zrobienia, bo znam człowieka z taką historią. Otrzeźwiał po odejściu drugiej żony, teraz jest kapitalnym mężem trzeciej i ojcem dzieciom. Powiem Wam, że gotowa jestem zgodzić się, aby ta psychoterapia była na koszt NFZ (czyli też i mój). Inaczej oprawca będzie powielał swoje zachowania i niszczył kolejne życia. A największą karą dla niego będzie nie więzienie, ale zrozumienie, jak źle postępował i jak niszczył najbliższe osoby. I taki szczery żal za to, co zrobił.

    Bo na razie opisany pan radny co prawda zrezygnował z funkcji, ale nadal nic nie rozumie i butnie twierdzi, że wszystko jest winą żony, bo pokazywała mu faka.

    Oczywiście wszelka możliwa pomoc należy się przede wszystkim Karolinie, żeby nie było, że tylko myślę o oprawcy :) No ale tu przede wszystkim o oprawcach rozmawiamy.
    Tylko czy NFZ byłby w stanie unieść ciężar tych tysięcy damskich bokserów, codziennie maltretujących swoje żony?

  11. Również uważam, że ten fragment nie jest wymyślony. Musiał wydarzyć się naprawdę. Niekoniecznie autorce, może kiedyś to usłyszała od znajomych albo rodziny.
    To straszne, co dzieje się w takich domach.

  12. Bartosz Stelmaszczyk napisał(a):

    Co do przemocy domowej w Polsce to tutaj statystyka jak wypadamy na tle UE – https://www.google.pl/search?q=domestic+violence+in+eu&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwj_4vbH-tHTAhXJLsAKHdDTDLoQ_AUIBygC&biw=1366&bih=657#imgrc=MS4pZ_JXaaOCvM:

    A co do Konwencji Przemocowej to ma ona za zadanie ” walkę ze steorytypowym postrzeganiem ról” czyli mówiąc wprost z pchaniem do Polski ideologi gender. Ila ta ideologia ma wspólnego z rzeczywistością bardzo ładnie pokazuję ten filmik: https://www.youtube.com/watch?v=p5LRdW8xw70

    Dla niecierpliwych. Po emisji tego serialu w Norwegii zamknięto katedrę Gender Studies na Uniwersytecie w Oslo.

  13. Tomasz Karwowski napisał(a):

    A nie lepiej po prostu takich pijaków i takie pijaczki izolować od społeczeństwa. Nie dołączą do tego tematu rodziny i bitych kobiet? Pijak to jest stracony czlowiek i z tym trzeba się pogodzić.

Dodaj komentarz