SPOSÓB NA ŻYCIE


Ludzie pasjonujący się jakąś dziedziną i mający okazję pochwalenia się tą pasją przed kamerami bądź mikrofonem często kwitują swoją wypowiedź wszystkomówiącym "to nie tylko hobby, to sposób na życie!". Ewentualnie robi to dziennikarz.


Dziś w telewizji był wywiad z panią, która jeździ na snowboardzie. Fajnie, że jeździ. W sumie i tak uważam, że snowboard nigdy nie prześcignie nart, które są po prostu szybsze i dają więcej możliwości rozwoju, ale co tam. Jak lubi, to niech jeździ. Pani oczywiście w końcu wypowiedziała tytułową formułkę, co też reporter skwitował słodkim uśmiechem a la "no to mam pointę".

Zaczęłam się zastanawiać, co tez może mieć na myśli laska, dla której deska jest sposobem na życie? Może "życie" jest tylko metaforą życiowych zgryzot i kłopotów?  Przyszło mi do głowy kilka z dość często nawiedzających nas problemów i przez chwilę kombinowałam, na jakiej zasadzie deska byłaby ich rozwiązaniem . Oto, do czego doszłam:

  • Załóżmy, że pani z wywiadu dostaje niespoddziewanego okresu w środku przyjęcia. Co robi? Wkłada sobie w majty deskę snowboardową.
  • Jeśli ma trudności z nauczeniem się do jakiegoś egzaminu – nic prostszego – wystarczy podarować egzaminatorowi deskę snowboardową.
  • A co robić, kiedy przychodzi właściciel mieszkania po czynsz a ona akurat nie ma pieniędzy – zawsze można przywalić mu deską snowboardową.


Snowboard to jeszcze pół biedy. Prawdziwą zagwozdką są artykuły w czasopismach moherowych, gdzie można znaleźć pięć stron ze zdjęciami modelek w dżinsowych ciuszkach i pod spodem zgrabny tekst "jeans to coś więcej niż moda. To sposób na życie". Wciąż jednak wśród sposobów na życie dominują sporty. Wspinaczka skałkowa, łażenie po górach, kajaki, joga, kraf-maga (czy jak tam się to pisze).

Nagle przypomniałam sobie, że zanim pojawił się "sposób na życie", sformułowanie "sposób na coś" oznaczało w domyśle "sposób na przeciwdziałanie czemuś". Był "sposób na nudę", którym mogło być granie w bierki, układanie puzzli bądź bieganie z psem. Był "sposób na marudzenie teściowej", którym mogła być przeprowadzka na drugi koniec kontynentu. Był "sposób na stonkę ziemniaczaną", a więc np. preparat "Enolofos".

Już wszystko jasne! Jedynym, co mnie jeszcze dziwi, to po co wymyślać sobie tak skomplikowaną formę samobójstwa jak snowboard ?. Jasne – można się przy tym zabić, ale to wciąż mało prawdopodobne. Trzeba by było zjechać na desce z pałacu kultury albo pojechać w dolomity i najechac mi tym platfusem na moją nartę. Niestety – niezależnie od tego, jak bardzo snowboardziści robią z siebie "ryzykantów", ten sport (przynajmniej w polskim wydaniu) jest stosunkowo mało śmiertelny. Czy nie prościej byłoby wrzucić sobie do wanny suszarkę podłączoną do prądu? Albo położyć się na Marszałkowskiej w nocy i przykryć granatową szmatą?