To nie z dziećmi jest coś nie w porządku – tylko z WF-em!

30% polskich dzieci nie chodzi na WF. To rzeczywiście sporo, a z obserwacji znajomych wynika, że z roku na rok jest coraz gorzej. I teraz warto się zastanowić, skąd się to zjawisko bierze, bo przecież to nie fenomen ostatnich lat tylko nasilająca się od dawna tendencja. Sama miałam zwolnienie z WFu, choć byłam zupełnie zdrowym dzieckiem i teoretycznie powinnam była ćwiczyć, bo to zdrowe, bo to wyrabia sportowe nawyki, bo to przedłuża życie bla bla. Dlaczego więc dzieci nie chodzą na WF? Już odpowiadam.

Bo nie muszą. Bo mają fajnych rodziców, którzy mają znajomych lekarzy i z miłości do dziecka dają mu zwolnienie z W-Fu. Bo W-F w szkole to jakaś pomyłka edukacyjna. I nie mam na myśli samego istnienia wychowania fizycznego, ale raczej jego formy.

Po pierwsze – ocenianie dzieci pod względem ich osiągów fizycznych jest cholernie niesprawiedliwe i demotywujące. Wiadomo, że wielki Paweł rzuci piłką lekarską dalej niż mały Piotruś. Wiadomo, że świetna w bieganiu Patrycja zawsze będzie szybsza i lepsza w biegu na 100m. niż Michaś, który po prostu sobie z bieganiem nie radzi i nie lubi tego. Każde dziecko ma inną budowę ciała, inne (przede wszystkim genetyczne) predyspozycje do różnych sportów i samego siebie nie przeskoczy. A potem dostają wszyscy oceny z tych różnych dyscyplin i te oceny liczą się do oceny końcowej z WFu, a ta ocena liczy się do średniej ze wszystkich przedmiotów. Na mnie to działało strasznie. I na wielu moich znajomych podobnie. Bo oceny nie były nam obojętne. Oceny w jakimś stopniu określały, jak dobrymi jesteśmy uczniami, czy się przykładamy, czy staramy. I jeśli dostawałam niską ocenę z rzutu piłką lekarską, to było mi wstyd brać udział w zajęciach i z niechęcią myślałam o kolejnej lekcji WFu. Do dziś pamiętam momenty, gdy było zaliczenie z jakiejś dyscypliny, która mi nie szła – i pani wywoływała mnie na środek sali, ze wszystkimi obserwującymi wokół. To ocenianie, porównywanie, zmuszanie do dyscyplin nielubianych przez uczniów, to jakiś absurd, który tylko upokarza dzieci i sprawia, że boją się tych zajęć. Dlatego w ogóle wykluczyłabym oceny z zajęć wychowania fizycznego i do zaliczenia brała pod uwagę tylko i wyłącznie obecność na lekcjach. Dzieciaki, które chciałyby się bardziej sportowo rozwijać, zawsze mogłyby razem z trenerem/nauczycielem liczyć sobie czasy i wyniki, bo przecież tak się de facto sport ocenia. Nie ocenami 1 – 6.

Po drugie – Wuefiści często mają jakiś kompleks wobec innych nauczycieli. Chcą być traktowani na równi z polonistami i matematykami. Chcą, żeby dzieci tak samo się przykładały do WFu jak do innych przedmiotów, i żeby na radach pedagogicznych nie traktowano ich po macoszemu. A traktuje się ich w ten sposób, bo WF nie jest i nigdy do cholery nie będzie takim samym przedmiotem, jak inne. No nie i już. WF w szkole nie jest po to, żeby przygotować ucznia do matury i studiów. Nie jest po to, żeby wykształcić pracowników w danym pokoleniu i przygotować ich do życia w społeczeństwie i pracowania na dobro Narodu. Jest po to, by ukształtować w dzieciach dobre nawyki zdrowotne. Po to, by dbały o swoją kondycję, ruszały się, uprawiały sporty, bo to jest zdrowe. Ale żeby ten cel osiągnąć, dzieci muszą LUBIĆ się ruszać, lubić uprawiać sporty i dbać o kondycję fizyczną. Wuefiści muszą wreszcie zrozumieć, że tylko bardzo nieliczni uczniowie marzą, żeby po szkole iść na AWF, więc naprawdę nie ma sensu zmuszać ich do sportu, ćwiczyć w każdej akademickiej dyscyplinie, oceniać i poddawać musztrze. Głównym zadaniem wuefisty jest sprawić, żeby dziecko polubiło sport i miało nawyk regularnego uprawiania tego sportu. Powinno się więc podchodzić do zajęć wychowania fizycznego jak do zabawy, pozwalać dzieciom wybierać aktywności ruchowe, które lubią i rezygnować z tych, których nie lubią. Zielak do dziś boi się białych piłek, bo w szkole zmuszali ją do grania w siatkówkę. No kaman! WF miał więc zupełnie odwrotny skutek na jej wychowaniu i zniechęcił ją do sportu.

Po trzecie – no właśnie, dyscypliny. Dlaczego jeśli pan wuefista sobie wymyśli, że tego dnia wszyscy grają w siatkówkę, to wszyscy muszą grać w siatkówkę? Dlaczego Zosia, która się boi piłek, nie lubi siatkówki, nie może np. skakać na skakance, biegać, ćwiczyć na drążku – albo wręcz zapisać się poza szkołą na inne zajęcia sportowe i przynosić do szkoły zaświadczenie, że regularnie, ileśtam godzin w tygodniu uprawia pod okiem trenera swój ulubiony sport…? Ja nigdy nie lubiłam sportów zespołowych. Nie lubię i nie umiem (to pewnie powiązane jest ;)) działać w grupie. Tak już mam. Dlatego piłka nożna, siatkówka, koszykówka, hokej itp. były moimi znienawidzonymi sportami. Uwielbiałam za to drążek, bieganie, kajakarstwo, jazdę konną, pływanie czy taniec. Po prostu zawsze lubiłam odpowiadać za siebie i pokonywać własne granice. Tylko własne. Ale mimo że regularnie, kilka razy w tygodniu jeździłam konno, nie mogłam sobie tego „zaliczyć” jako WFu. Nawet na lekcjach nie mogłam wybierać tego, co lubię. „Dziś gramy w piłkę”, padało hasło i nie było zmiłuj. Czasem można było wybrać, czy w nogę z chłopakami czy w siatkę z dziewczynami i tyle. Nie wiem, kto ustalał reguły i „program” wychowania fizycznego, ale wiem, że jest do dupy i trzeba go zmienić. Dzieci powinny mieć większy wybór, JAK chcą się ruszać i JAKIE sporty uprawiać. I nawet jeśli zrobienie alternatywnych zajęć na basenie dwa razy w tygodniu byłoby zbyt kosztowne, to niech przynajmniej w obrębie szkoły uczeń ma wybór, czy biega, czy gra w piłkę, czy ćwiczy gimnastykę artystyczną. No to już nic nie kosztuje.

Zamiast wprowadzać ostre reguły dotyczące zwolnień z WFu, zamiast edukować rodziców, że „to zdrowe dla dziecka, jeśli chodzi na WF”, zmieńmy same lekcje WFu, bo to naprawdę nienormalne, żeby ruchliwe, pełne energii dziecko NIE CHCIAŁO chodzić na takie zajęcia. To znaczy, że z tymi zajęciami jest problem, a nie z dzieckiem lub z rodzicem.

Amen.

Komentarze do wpisu: 182 Napisz komentarz

  1. Zgadzam się z Twoją opinią. Od małego nie lubiłam wf, siatkówka to był dla mnie koszmar. Ale w liceum trafił mi się w miarę fajny wuefista. Gdy tylko zapowiadał, że „dziś gramy w siatkówkę”, moja odpowiedź brzmiała: „to ja pójdę na siłownię, wezmę szachy, pogram w badmintona lub w ping-pong”. Jeśli mnie „siłą” postawił na tym nieszczęsnym boisku do siatkówki, to albo tylko uciekałam od piłki, a jeśli już odbijałam to tak, że lepiej bym nie robiła tego wcale. Choć może jego podejście wynikło z tego, że na samym początku wf w liceum dwa razy porządnie dostał ode mnie piłką siatkową w głowę i po prostu bał się o siebie…

  2. Green Heels napisał(a):

    Jestem dzieckiem z rodziny lekarskiej nigdy nie dostałam zwolnienia w wf-u, to się w głowie nie mieściło moim rodzicom, teraz jestem z tego powodu zadowolona ale rzut piłką lekarską w gimnazjum był koszmarem byłam praktycznie najdrobniejsza w klasie, a wf w LO w poniedziałki na pierwszych dwóch lekcjach to trauma – cała szkoła przychodziła wcześniej do szkoły aby się nagadać i siedzieli na balkonie obserwując jak się pocimy. chciałam stamtąd zwiać zasłaniając swój duży biust którego już nijak nie dało się ukryć, szczególnie podczas biegu….

    1. Aurorova napisał(a):

      tez pamietam koszmar biegania z biustem. albo takie idiotyczne cwiczenie „kolyska” – na brzuchu, no po prostu wspaniale na rosnace, obolale piersi.

      1. Faceci w ramach rozgrzewki – zawsze zalecały to wuefistki – mieli leżeć na brzuchu i wyginać łeb i nogi do tyłu. W efekcie końcowym ból jąder był wybitny. Taki urok.

      1. A to fakt. Niby w moim ogólniaku były prysznice. Problem w tym, że 5 minut to nieco za mało na wypłynięcie z WFu, prysznic, ogarnięcie się i dojście pod salę lekcyjną, nie mówiąc o przerwie jako takiej, fajce czy czymkolwiek innym. 30 minut WFu to parodia, bo i tak ~15 minut schodzi na pierdoły.

        1. W liceum czasem ostentacyjnie spóźniałyśmy się na lekcje jeśli po WFie była akurat krótsza przerwa. Oczywiście nie wszystkie dziewczyny się myły (o, to chyba te same co się nie myją w klubach fitness) ale i tak było nas sporo.

  3. Paulina napisał(a):

    Jestem studentką AWF na wychowaniu fizycznym. Kocham sport i od zawsze coś trenowałam, poczułam że i ja chciałbym zapalić chęć do ruchu, danie dzieciom czegoś co i ja dostałam będąc w szkole uczennicą. Miałam to szczęście że trafiłam na dobrych nauczycieli, którzy nie traktowali lekcji po macoszemu. Trafiając na studia nie myślałam że to od środka jest tak skomplikowane i w gruncie rzeczy tak mało zależne ode mnie. Mówisz że dziecko powinno móc sobie wybrać dyscyplinę którą chce uprawiać, która mu się podoba. Jasne jestem za i to jest już w szkołach wprowadzane. Dzieci już od podstawówki głosują (przynajmniej w tej szkole w której jestem na praktykach aktualnie) na jeden wybrany przez siebie sport w ramach faklutetów lub sami indywidualnie się zapisują na jedną godzinę w tygodniu danego sportu lub zajęć obowiązkowo. Ale jak takie dzieci mają zacząć uprawiać dany sport jeżeli nie złapią podstaw ruchu? W kl I-III wf prowadzą nauczycielki nauczania zintegrowanego, które miały może pół roku zajęć na studiach jak prowadzić wf. Zajęcia prowadzą w szpilkach i spódnicach, jasna sprawa że nie wszystkie takie są, ale nie oszukujmy sie to na pewno nie sa ich ulubione zajęcia które prowadziły by z pasją. A potem takie dzieci z 4 klasy podstawówki nie wiedzą gdzie mają ręke a gdzie nogę a co dopiero żeby ich dobrze używać. Lekcje WF są potrzebne by nabrać świadomości ciała, umieć chociaż w podstawowym stopniu panować nad sobą i własnym ciałem. Musza być jednolite i obejmowac wszystkich i tych mniej i bardziej zdolnych ruchowo. Po za tym na matematyce też się wybrzydza że nie chce się uczyć mnożenia a dodawania juz chce bo umiem i mi się podoba? Mnożenie i dodawanie jest tak samo ważne w życiu jak brak otyłości, garba na plecach albo krzywego kręgosłupa. Rzutuje na całe życie. A co do programów niestety narzucane nam jest od początku do końca jak lekcja ma wyglądać, jaki program obowiązuje, nie można robić tego czego się chce, ponieważ tak jak i wszyscy nauczyciele jesteśmy potem z tego rozliczani.

    1. Aurorova napisał(a):

      w tekscie chodzilo nie tylko o forme zajec, ale tez problem oceniania. Okej, w pierwszych latach szkoly – wszyscy po rowno, zanim zakumaja, jak to piszesz, gdzie maja reke,a gdzie noge (?). Ale dlaczego jedno dziecko ma 2, a drugie 5? za kare, bo jest wolniejsze, slabsze?

      1. Paulina napisał(a):

        Chodziło o świadomość ciała, zdziwiłabyś się jak wiele dzieci ma problemy z najprostszą koordynacją. Nie jest to niczyją winą, ale tego trzeba też przypilnować. Problem oceniania też moim zdaniem kuleje i wiem jak deprymujące to potrafi być. Zgadzam się z Seg że oceny powinny wylecieć, bo nikt nie powinien dostawać złej oceny za to że po prostu urodził się taki a nie inny. Ale mówiłam że to nie jest zależne od nauczycieli, ten przedmiot liczony jest do średniej więc coś musi być wystawione na koniec. I to już jest odgórny problem.

        1. Natalia Ż napisał(a):

          Ocenianie zmusza do pracy nad soba. Powiesz swojemu dziecku, urodziles sie watly i taki pozostan. Glupi nauczyciel nie bedzie Cie zmuszal do pracy. Jak wiedzialam ze bedzie sprawdziab z brzuszkow, to cwiczylam brzuszki, jak z biegow to cwiczylam biegi. Problem mialam z gimnastyka i jej nie cierpie, musialam sie przylozyc i jakos poszlo.

        2. Paulina napisał(a):

          Jak masz sprawdzian z matmy to wiesz że musisz porobić zadania, żeby dobrze Ci poszlo. Prędzej czy później załapiesz, jak nie prosisz kogoś o pomoc, chodzisz na korepetycje. A tu? Możesz starać się pracować nad sobą i dawać z siebie wszystko ale nie dorzucisz daleko piłka lekarską bo Twoja budowa lub stopień rozwoju(w przypadku dzieci) nie pozwalają na to. Po prostu tak masz, jesteś mniejsza taka czy siaka. A mierzy się wszystkich tą samą miarą. Pomijam w tej chwili zaangażowanie uczniów, chodzi o czysto fizyczne warunki. Nie mam na to wszystko rozwiązania, ale widzę że to nie sprawdza się do końca. Ale to nie ja mam być mądra do tego żeby to zmieniać tylko Ci co siedzą na górze. A póki co, to nic się nie zmienia i nie zanosi się na to żeby się zmieniło.

        3. Natalia Ż napisał(a):

          Nie we wszystkim trzeba byc najlepszym, nauka zycia. Ktos ma wzrost, ktos ma sile inny ma intelekt.

      2. Dokładnie. Bo jest wolniejsze i słabsze. A to przedmiot oceniający według określonych kryteriów siłę i szybkość. Dlaczego kretyn ma takie same widły punktowe na kartkówce, co osoba ogarniająca dany przedmiot? Zwłaszcza, że oceny z WFu – przynajmniej facet – może bez trudu wyciągnąć wysokie. Chyba, że jest wybitnym zdechlakiem, który woli świat wyobraźni itd. I wtedy leci na trójach z litości.

        1. szarri napisał(a):

          Okej, ale właśnie na tym polega cała sprawa. Taki dzieciak nie będzie na ten WF chodził, bo wypisanie się z niego jest banalnie proste i po co ma sobie zaniżać średnią. W ten sposób nigdy nie stanie się szybszy i silniejszy. Gdyby nie był oceniany, przynajmniej trochę by się poruszał…

        2. Niech się porusza poza szkołą. Niech stanie się silniejszy i szybszy. Problem jest w wypisywaniu lewych zwolnień. W braku ducha walki i uporu. Problem tkwi w gówniarzach, nie w niesprawiedliwej szkole. Wasza logika wygląda tak:
          – Kajtek jest grubą bułą, nie umie w nic grać i stanowi ogólny koszmar jeśli chodzi o tężyznę.
          – Na WFie Kajtek dostaje solidnie w dupę, zbiera najniższe loty, bo nie umie nawet podnieść piłki lekarskiej do rzutu.
          – Biedny Kajtek, nic dziwnego, że wypisuje się z WFu, bo jest za miękki. Gdyby nie był oceniany, może by się ruszał.
          Nikt nie wpada na rozwiązanie:
          – Kajtek ma dość bycia pierdołą i nadrabia formę. Do WFu nie trzeba być olimpijczykiem. Kajtek widzi efekty swojej pracy. Kajtek się rusza, nauczył się walki i samodyscypliny. Zrozumiał jak działa życie.

        3. Bartek napisał(a):

          Gadasz Panie pierdoły, ot co!

          Jako dzieciak uwielbiałem biegać, skakać po drzewach, jeździć na rowerze, etc.
          Uwielbiałem sport! Z tego wszystkiego przekonałem rodziców żeby zapisali mnie do szkoły sportowej.
          Pomimo że była to tylko szkoła podstawowa, to i tak musiałem przejść testy sprawnościowe i na ich podstawie zadecydowano o moim przyjęciu. O ile nie pamiętam już specjalnie jak wyglądał wf w klasach 1-3, o tyle w 4-6 miałem w tygodniu 8h zajęć specjalizacji lekkoatletycznej oraz 2h wfu. I wiesz co? Znienawidziłem WF własnie za to, że byłem oceniany tak samo jak każdy inny uczeń. Nie szło mi pchanie kulą czy rzut dyskiem, w grach zespołowych też byłem cholernie słaby i starałem się ich unikać. Zamiast tego osiągałem najlepsze wyniki w skoku wzwyż i biegach długo oraz krótkodystansowych, ale dalej byłem demotywowany przez nauczycieli za moje słabe wyniki w innych dyscyplinach, tak jakby olimpijczycy byli sportowymi narzędziami all-in-one…
          Całe gimnazjum i liceum miałem zwolnienie z wf, co nie oznacza jednak, że moje życie było pozbawione aktywności sportowej! Zapisałem się na zajęcia wspinaczkowe, zacząłem biegać i rozpocząłem swoją przygodę z kalisteniką. Do tej pory jestem aktywni fizycznie i dobrze mi z tym. Uważam, że Matylda ma 100% racji, problemem jest szkoła, nie dzieciaki!

          Warto też zauważyć, że to w jaki sposób bawiłem się za dzieciaka (bieganie i „skakanie” po drzewach) zdeterminowało w jakie formy aktywności fizycznej jestem zaangażowany teraz – odpowiednio bieganie = bieganie i „skakanie” = wspinaczka. Więc również stanowisko Pani Pauliny, studentki AWF wydaje się być dla mnie błędne. Nie ma potrzeby uczenia dzieciaków „podstaw ruchu”, bo one świetnie same potrafią to opanować.

        4. Oka napisał(a):

          Wiesz, ten jak go nazwałaś kretyn kretynem jest na całej linii. Nie ma tak, że noga z dodawania, a orzeł z trygonometrii. Tymczasem na wuefie człowiek może mieć świetne wyniki z jednej dziedziny, a nie radzić sobie w innych. Ja przez całe gimnazjum reprezentowałam szkołę w koszykówkę- mimo niskiego wzrostu cel miałam jak na ten poziom fenomenalny. No, ale cóż z tego, kiedy większość ocen była z biegania i elementów siatkówki, którą lubiłam, ale bez szału?

        5. Jak w szkole na każdym przedmiocie. Z czegoś jesteś gorsza, z czegoś lepsza. Pomijając fakt, że ocenie powinny podlegać wszystkie części WFu.

        6. Tylko rzecz wygląda tak, że ten matematyczny „kretyn” bez liczenia całek czy nawet i procentów nie zginie, pójdzie na inne studia albo w ogóle nie pójdzie na studia, wybierze zawód, gdzie nie musi korzystać z takich umiejętności. Natomiast zaszczepiona w dzieciństwie niechęć do ruchu z dużym prawdopodobieństwem odbije się na zdrowiu czy komforcie życia (wady postawy, słaba kondycja, koordynacja, otyłość itd, wiadomo). Zgadzam się z tym, że oceny z wf są ok, taki jest system i spoko, ale może oceniajmy na 6 jakieś super wyniki, na 5/4 po prostu dobre zaangażowanie w zajęcia a na 1/2 miganie się od zajęć czy podpieranie ścian.

          Ja jestem całą sobą za zajęciami wf, za kształtowaniem tej świadomości własnego ciała, o której pisała Paulina, ale z ręką na sercu, nie pamiętam ani jednej lekcji, na której nauczyciel podszedł do mnie i skorygował moją postawę, zwrócił uwagę na to że się garbię, nieprawidłowo korzystam ze sprzętu na siłowni czy cokolwiek podobnego. I nie przekonuje mnie tłumaczenie, że nie ma czasu, żeby ogarnąć w ten sposób 15 czy 20-osobową grupę. Prowadzący zajęcia w klubach fitness czy choćby na kursach tańca (w końcu to też ruch) spokojnie sobie z tym radzą..

        7. W całej tej dyskusji robicie z dzieci bandę introwertycznych ułomów, które nigdy się nie ruszą, bo WF był niefajny.
          Oczywiście, że wuefiści lecą w kule, nie uczą i nie pomagają. I to jest karygodne.
          Jeśli chodzi o oceny, system gdzie 5 jest za zaangażowanie jest niesprawiedliwy. Dlaczego mamy mieć tę samą ocenę jeśli ja/Ty biegam/sz dużo szybciej? To przyuczanie do tego, że słabsi muszą być traktowani na równi. Dlaczego nie wprowadzić tej zasady na inne przedmioty? 6 za super wyniki, 5/4 za zaangażowanie w zajęcia, a 1/2 za miganie się czy spanie na lekcjach.
          Z tym, że nauczyciel powinien ogarniać, absolutnie się zgodzę. Ponownie.

        8. Nie no, bez przesady, sama jestem przykładem na to, że można na maksa polubić sport dopiero w dorosłym życiu, tylko wiem, o ile byłoby mi łatwiej, gdyby ktoś we wcześniejszym momencie mnie do tego totalnie nie zniechęcił (a tłuczenie przez 2 miesiące dwutaktu a przez kolejne dwa odbijania sposobem górnym lub dolnym (nie żeby ktoś mówił jak robić to dobrze..) potrafi zniechęcić.. :D). I wiem jak motywująco potrafi zadziałać instruktor mający dobre podejście do swoich podopiecznych, który podejdzie i powie „chcesz osiągnąć to i to, zrób tak i tak, popracuj nad tym”, który wytłumaczy jak krowie na rowie czemu służą konkretne ćwiczenia i przypilnuje by robić je poprawnie.
          A co do ocen to pewnie, nie jest to łatwe, generalnie cały system oceniania jest jakoś tam słaby. Co nie znaczy, że z przedmiotów ścisłych też się nie da. Miałam fizyka, który osoby niewybierające się na kierunki ścisłe oceniał głównie za chęci jednak, tzn. 2 za podpisanie się na sprawdzianie, 3 za wypisanie danych z zadania ;)

        9. Oj różnie bywa. Do końca życia zapamiętam 1 z WF, którą dostałam za to, że nie potrafiłam palcami rąk dotknąć do palców stóp podczas skłonu. Nadal nie potrafię, ale pani od WF wtedy uznała, że jestem leniwa, bo o sztywnych tyłach nóg wykład chyba przespała na studiach.

      3. Karotka napisał(a):

        Ja nie wiem, czy tylko ja miałam takie wyjątkowe szczęście, ale zarówno w klasie 4-6, gimnazjum i liceum (3 różnych nauczycieli) nie byliśmy oceniani w oparciu o wyniki sportowe, tylko za obecność. Pomimo, że w teorii powinno być inaczej. Jak ktoś nie przynosił lewych zwolnień miał 5, a jak ktoś był dobry w sporcie i brał udział w sksach i zawodach miał 6. Wszyscy docenieni i wszyscy szczęśliwi. ;)

    2. Kinga napisał(a):

      Wlasnie takie podejscie jest kluczem do … porazki WF w polskiej szkole. Na matematyce mozna mniej „wybrzydzac” niz na WF bo to zupelnie inne przedmioty. O ile w zyciu warto jest umiec i dzielic i mnozyc i dodawac i odejmowac, bez wzgledu na to czy sie lubi czy nie o tyle w dbaniu o wlasne cialo, przeciwdzialaniu otylosci najwazniejszy jest ruch … taki jaki sie lubi, a nie taki jaki lubi pan/i od WF. Bo jesli chcemy zarazic dzieciaki radoscia poruszania sie to najgorsza droga jest zmuszanie do niechcianej formy ruchu.

      1. Paulina napisał(a):

        Nie chce narzucać nikomu swoich przedmiotów ani tego co ja lubię. Jak już wspominałam wcześniej jasne podoba mi się podział i wybór zajęć na które chcesz chodzić. Ale jeśli zaczynamy od dzieci to one w 3-4 klasie podstawówki nie mają pojęcia czy wolą siatkę czy lekką atletykę. Trzeba im zapewnić wszechstronny rozwój i szeroki wachlarz zajęć na tyle,aby mogły one kiedyś w przyszłości same określić co lubią i to po prostu kontynuować. A to że coś u dziecka jest niechciane nie koniecznie świadczy o jego przemyślanej decyzji a częściej o strachu przed podjęciem nowych wyzwań lub brakiem znajomości z tematem. Ludzie boją się tylko tego, czego nie znają. Jak poznają okazuje się że nie wszystko jest takie straszne, a skoki przez skrzynie mogą dać wiele satysfakcji :)

        1. Ponownie. „Chcemy zarazić dzieciaki”. Dzieciaki mają ćwiczyć. Zapieprzać jak młode wojsko. Od kiedy w szkole jest istotne ‚na co uczeń ma ochotę’. Jest program i realizuje się program. Tłuściochy, które w wieku 24 lat nie potrafią się podciągnąć 10 razy, są same sobie winne. Sobie i własnie takiemu litowaniu się, ‚bo zła szkoła’.

  4. Ja nadal nie lubię wf-u, nienawidzę grać w siatkę, bo odbijam nijak, nijak szybko biegam i nijak robię wszystko, co związane ze sportem. A chciałabym może jakiś aerobic, taniec, coś ciekawego na tych zajęciach. Ale nie ma :(

    1. Yup. Powinna być możliwość robienia WFu poza szkołą. Za to nie widzę sensu, by robić 45-minutową paraolimpiadę, gdzie nie może się rozkręcić żaden dobry mecz dowolnej dyscypliny, bo połowę miejsca zajmuje Gabrysia, która się boi piłki, Michaś, który woli grać w tenisa stołowego, Kasia, która w ogóle ma grację statysty z the Walking Dead itd.
      Taniec na WFie. Do tańca trzeba muzyki i przestrzeni. Chcesz strzelać tango między latającą piłką do nogi czy zmusić wszystkich do tańca? A może rozpisać blokowo WFy? Pomyślmy…niewykonalne?

        1. Jeśli macie warunki i chciałybyście wszystkie odmiany od siatki – nie powinno być problemu. Jeśli będzie – wina nauczyciela.
          My chcieliśmy zimą rugby na boisku szkolnym i dostaliśmy zezwolenie – o ile sami je odśnieżymy.
          Są możliwości, chcą wszyscy, chodzi o zmianę dyscypliny i ew. sali na drugą, wolną i przystosowaną?
          Powinna być zmiana. Nie ma zmiany – błąd pedagoga.

  5. S. napisał(a):

    Moje doświadczenie z lekcjami wf jest takie, że przez całe gimnazjum i liceum nauczyciele najczęściej rzucali piłkę uczniom i kazali grać, by oni mogli zajmować się sobą. Oczywiście wpisując jakiś „inspirujący” temat zajęć do dziennika. Natomiast kiedy nadchodziła pora na jakieś oceny, wtedy kazali kozłować czy przebiec kilkadziesiąt metrów, albo nawet schylić się by sprawdzić czy dziecko jest rozciągnięte i może dotknąć rękami swoich stóp bez zginania kolan. Dlatego też zawsze chodząc w swoim prywatnym czasie na zajęcia tańca towarzyskiego czy gimnastykę, nigdy nie ćwiczyłem na wf – że niby ciężko chory na coś, a tak naprawdę po prostu uznawałem te zajęcia za stratę czasu, którą były.

  6. Ja pamiętam piątek w klasie maturalnej. Dwie religie, dwa WF-y i geografia. Z religii się wypisałem na WF miałem zwolnienie od lekarza bo go skorumpowałem no cóż geografia ucierpiała ale miałem trzydniowy weekend. Moim zdaniem powinno się wybierać sobie przedmioty na które chce się chodzić.

      1. hooverfeet napisał(a):

        No pewnie, bo lepiej, żeby wszyscy uczyli się wszystkiego tak jak teraz. Co skutkuje tym, że bez wlasnej inicjatywy jest niemożliwe rozwinięcie się ponad podstawy wiedzy. Mnie serio by nie przeszkadzało, gdyby mój lekarz nie uczył się historii w liceum. A to co facet naprawiający mojego laptopa miał z chemii też mi mocno powiewa. O ile do końca gimnazjum każdy faktycznie powinien się uczyć wszystkiego, o tyle w liceum powinna być opcja wybierania sobie zajęć samemu.

        1. Liceum jest – jak nazwa wskazuje – ogólnokształcące. Człowiek ma wynieść z niego ogólną wiedzę na pewnym poziomie. „Bez własnej inicjatywy”. A co to za problem, mieć inicjatywę? Nie wszystko musi być podane zgodnie z programem nauczania.

        2. hooverfeet napisał(a):

          „Liceum jest – jak nazwa wskazuje – ogólnokształcące” – A nie powinno być.
          „Człowiek ma wynieść z niego ogólną wiedzę na pewnym poziomie.” – W teorii. W praktyce to nie działa.
          „A co to za problem, mieć inicjatywę?” – Czas. Ja tam maturę zdałam świetnie i dostałam się na dobre studia (uczelnia top 10 w UK, kierunek biotechnologia). Przy średniej ocen 3.0, bo odpuściłam sobie przerabianie programu szkolnego. I wf, język polski, historię, plastykę i tego typu przedmioty, na ktore byłam zmuszona uczęszczać przez 3 lata, uważam za stratę czasu.
          „Do liceum idzie dzieciak lat siedemnaście, który przez 3 lata 5 razy zmieni zdanie, co do kariery” – Tak jak ja. I gdybym miała opcje wybierania przedmiotów co roku, byłoby mi dużo łatwiej przyswajać potrzebną wiedzę.
          „Mamy kształcić rozumnych obywateli, a nie imbecyli ze szczątkową wiedzą. ” – Serio nie widzisz, że ucząc wszystkiego kształcimy idiotow, którzy w ostatecznym rozrachunku nie znają się na niczym?
          „Ja nie wypuszczałbym z liceum nikogo, kto robi 2 błędy ortograficzne na 10 stron maszynopisu.” – Ortografii uczą w podstawówce, nie w liceum.

        3. „A nie powinno być” – niby dlaczego? Dlaczego szkoła miałaby nie nauczać elementarnej wiedzy z zakresu wszystkich przedmiotów? Wielbicielka produkowania kretynów wyspecjalizowanych wyłącznie w jednym fachu? Bez znajomości historii, podstaw polityki, matematyki, biologii?
          „W teorii. W praktyce to nie działa.” W tragicznym liceum albo w przypadku ‚łbów’. Ja tam pamiętam strzępy każdego przedmiotu, na tyle obszerne, by w razie potrzeby zrozumieć o czym jest dyskusja.
          „Czas (…)” – Gratuluję. Jesteś na prestiżowych studiach w zakresie biotechnologii. Można przyjąć, że masz braki w elementarnej wiedzy i możesz nie rozumieć niektórych określeń czy zwrotów. Dramatyzowanie z maturami jest nieco zabawne, bo nauka do nich nie zajmuje bitego roku. Ani sześciu miesięcy.
          „Serio nie widzisz(…)” – Nie. Kształcimy idiotów po prostu. Przepuszczając matołów i krojąc materiał do opanowania. Między idiotą po naukach o wszystkim, a idiotą po nauce o jednej rzeczy nie ma specjalnej różnicy. Zresztą, nikt nie mówi o śrubowaniu uniwersalnym przedmiotów. Każdy pewien pakiet olewa. A wtedy musi wiedzieć minimum. I własnie o to minimum rzecz się rozbija.
          „Ortografii uczą w podstawówce(…)” – Właśnie dlatego nie wypuszczałbym ze szkoły średniej kogoś, kogo wciąż przerastają umiejętności z podstawowej.

  7. Ja zwolnienia z WF nigdy nie miałem… no chyba, że miałem skręconą kostkę. WF był największą frajdą w całej szkole. Zrazili mnie tylko w podstawówce do biegania na następne 15 lat. Teraz bez biegania nie wyobrażam sobie życia. Za moich lat szkolnych zwolnienie z WF było obciachem, a teraz to jest norma. Ciekawe czy ci co mają te zwolnienia kombinowane w pracy też się tak będą migać?

    Z drugiej strony zgadzam się z tym, że WF w takiej formie jak obecnie to tylko atrapa rozwoju fizycznego. Ideałem by były zajęcia na zasadzie sekcji. Chcesz grać w koszykówkę to masz blok zajęć z koszykówką. Chcesz biegać – ćwiczysz bieganie. Chcesz pływać – pływasz.

    Moim zdaniem coś nie tak jest ze szkołą i dziećmi.

    1. Się rozkręciłem z tym komentowaniem. Dzielenie WFu na bloki tematyczne – jak na studiach – jest nieco niewykonalne. Zwyczajnie w planach zajęć zapanowałby Meksyk, by to wszystko się upchnęło. A przynajmniej tak było dawniej, teraz niby jest niż demograficzny, to i ludzi w szkołach mniej.

      1. Ale jakoś drogi Filologu języki obce w wielu szkołach dzieli się już na grupy pod względem poziomu. Co więcej – w niektórych stanach w USA system edukacji wszystkie przedmioty dzieli na tzw. bloki pod względem poziomów i w zasadzie nawet na każdej godzinie danego przedmiotu jest inny zestaw uczniów. Więc owszem, jest to wykonalne :)

        1. Do języków wystarczy jakakolwiek klasa. I w ‚wielu szkołach’, bo niektóre nie mają warunków. USA to USA. W Afryce – i nie chcę tu błyszczeć rasizmem – uczą się w lepiance i nie rozumieją, jak można złamać ołówek. Patrzmy realistycznie.

  8. Podczas WFów na studiach dostawałem cholery, kiedy musiałem przez 1.5h grać w siatkówkę z panienkami uciekającymi od piłki, które zamieniały mecz w tragedię. Szczęśliwie moja druga uczelnia miała już normalne WFy, rejestrowane USOSem na konkretne dyscypliny. Sytuacja, gdzie ‚każdy robi co lubi’ jest bez sensu, ponieważ nie uczy nowych dyscyplin (a przynajmniej raz trzeba zagrać w unihokeja, by zrozumieć jak bardzo jest idiotyczny i jak bardzo nie chce się w niego grać) i nie rozwija siły – 3/4 panienek na siłowni (o ile szkoła takową posiada) nie wie jak korzystać ze sprzętu, albo siedzi i plotkuje, bo nauczyciel pilnuje grających. Oceny? Gdyby nie system ocen, przedmiot nie miałby większego sensu. Komu chciałoby się ciorać 45 minut ciągłego biegu, skoro miałby ten sam wynik, co ludzie kończący po dwóch minutach?
    Upokorzone dzieci, takie biedne. Introwertycy nieszczęśni, którzy muszą piłkę kopnąć przy wszystkich. WFy istniały od zawsze. To nie są AZSy, gdzie ktoś oczekuje od nich wybitnych wyników. 5 z WFu wyciąga się za bycie normalnie rozwiniętym. A jeśli zdarza się wybitny dramat fizyczny, to po prostu ma gorsze oceny. Tak, w średniej.

    1. hooverfeet napisał(a):

      ” 5 z WFu wyciąga się za bycie normalnie rozwiniętym.”
      HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA! To fajnie, że miałeś normalnych nauczycieli. Naprawdę. Ale nie masz pojęcia o czym mówisz.

      1. Mam. Przeleciałem wszystkie szczeble edukacji, przy czym machnąłem dwie podstawówki. W gimbazie przeżyłem dwóch wuefistów. Na studiach do kupy trzech. Albo i pięciu, jeśli liczyć odrabianie zajęć.

        1. hooverfeet napisał(a):

          To cudnie, ja w sumie uczęszczałam do 7 różnych szkół ze względu na ciągłe przeprowadzki. I dalej twierdzę, że miałeś farta do nauczycieli, bo na 10 wfistek, z którymi miałam styczność, połowa była pierdolnięta. I kiedy patrzę na to z perspektywy lat – powinny mieć zakaz wykonywania zawodu.

    2. Kinga napisał(a):

      No, i wlasnie takim mysleniem WF schodzi na psy i nigdy sie nie podniesie. Na poczatku male dzieci uwielbiaja sie ruszac i wtedy mozna ich zarazic ruchem. Ale sie tego nei robi. Moze wlasnie przez taka postawe jak wyzej.

      1. Nie? O ile pamiętam moją podstawówkę, to w klasach 1-3 mieliśmy ciągle gry ruchowe, oparte o szybkość, spryt i dynamikę, jak chociażby poczciwe dwa ognie – zabawa nieśmiertelna. Później, w 4-6 waflowaliśmy wszystkie dyscypliny sportowe, mimo że jako chłopy chcieliśmy i tak wyłącznie nożną.
        Dzięki temu w liceum, zmuszony do siatkówki, umiałem grać w siatkówkę. Kopiąc piłkę, umiałem kopać piłkę. W koszykówkę coś tam umiałem, ale nie znosiłem. Ręczna mnie odrzucała. Zaliczyliśmy nawet okrojone i amatorskie rugby na śniegu.
        Zdumiewa mnie to, że nikt z Was nie wpadł na jedną, prostą koncepcję – Dzieciak w podstawówce ma wyrabiać w sobie ducha. Dzieciak w podstawówce jest dzieciakiem w podstawówce. Można mu dać namiastkę demokracji, żeby sobie wybrał skarbnika, albo zagłosował, gdy jest głosowanie, ale przeważnie to gówniarz, który ma wykonywać polecenia.

    3. Natalia Ż napisał(a):

      Super, dokladnie tak samo mysle. Krew mnie zalewala przy grze z panienkami, ktore sie baly wlasnego cienia.

      1. Jeszcze jak któraś się starała, odbijała chociaż krzywo, ale walczyła – spoko. Od razu pałałem sympatią, potrafiłem zostać 30 minut dłużej, żeby z nią poćwiczyć – dla siebie, by mnie nie drażniła za tydzień. Za to wszystkie te zamknięte w sobie, uciekające przed piłką kwoki, albo te krejzolki rozbawione tym jak fajnie i zabawnie coś spieprzyły po raz setny – prawdę mówiąc były żywą reklamą aborcji.

        1. No widzisz… w Twoich oczach może i ja byłam taką uciekającą przed piłką kwoką. Tylko że ja parę lat wcześniej dostałam piłką w oko i nie widziałam nic przez parę dni. Uraz został do każdego przedmiotu lecącego w moją stronę. Powiedziałam nauczycielowi od WFu co i jak a on stwierdził że ze mnie to wybije ;-) No i grałam w siatkę uchylając się przed piłką, on spędzał godziny na rozmowach ze mną no i w końcu wylądowałam w reprezentacji klasy :-)))

        2. Muka napisał(a):

          Ola, miałam podobnie. Ile razy oberwałam piłką w głowę albo w brzuch tak, że aż się zgięłam – trudno to policzyć. A ile razy wolałam się nie wychylać i nie gonić piłki, żeby nie narazić się na agresję koleżanek! Dziewczyny są strasznie brutalne w sportach zespołowych. Ciągnięcie za włosy i kopanie to standard. Przy grze w unihokeja jedna z dziewcząt biła mnie kijem po nogach, żebym nie dopadła piłeczki (bo celować umiałam wyśmienicie, trafiałam z drugiego końca boiska :) ). Dopiero w liceum było w miarę normalnie, ale minęło sporo czasu, zanim przestałam się bać.
          Podobne osoby nazywane głupimi „kwokami”, „idiotkami” i „panienkami” stają się takie właśnie przez tych, którzy dziś tak mówią. Nie byłabym zamknięta w sobie i nie bałabym się „własnego cienia”, gdyby na każdym kroku nie wyśmiewano mnie za to, że byłam słabsza. Bo to nie siebie się bałam, tylko kolejnych wyzwisk („co ty, k***a, robisz? Po****na jesteś?!” <—taki codzienny lajcik ze szkoły. Zapewne miało to "wyrabiać we mnie ducha" ;) )

    4. Karo napisał(a):

      Komu by się chciało? Dzieci naturalnie lubią się ruszać, to raz, a dwa, są też osoby, które uprawiają sport dla samej przyjemności, a nie osiągnięć, czy to własnych, czy grupowych – choć jeśli człowiek ćwiczy, to tak czy inaczej się rozwija, ergo więcej osiąga. Chciałoby się też, gdyby pokazano, że to świetna metoda na rozładowanie napięć. Zdrowa i dająca mnóstwo satysfakcji i radości, spokój, świeżość umysłu.

      1. W podstawówce? Być może. Chociaż i tam zaczynają się już powoli zmanierowani gówniarze.
        W liceum? gimnazjum? „Są też osoby” to za mało, by wprowadzać zmiany dla wszystkich, leniwych i cwaniakujących gibonów.

  9. KuceDwa napisał(a):

    Zawsze byłam dobrą uczennicą i do liceum chodziłam na w-f. Mimo, że szło mi czasem kiepsko. Jednak miałam przyjaznych nauczycieli, którzy potrafili dostrzec mój wysiłek i zaangażowanie i za to stawiali dobre oceny. W liceum przeżyłam traumę ze względu na zaliczeniowy charakter zajęć. Nie umiesz stać na rękach- dostajesz 2. Nie umiesz odbijać piłki 30 razy z rzędu- 2! Więc przestałam chodzić ze względu na średnią. Najgorsze było to, że nauczycielka wprost mówiła mi, że jej nie obchodzą moje starania! W dorosłym życiu wzięłam się za siebie, chodziłam na siłownię, aerobik. Nauczyłam się pływać. Chodziłam 3 lata na taniec towarzyski. Zainteresowałam się gimnastyką, a nawet akrobatyką. We wszystkich tych miejscach okazywało się, że jestem w tej dziedzinie całkiem niezła. Przekonałam się, że to stanie na rękach pewnie by mi wyszło gdyby ktoś mi podpowiedział co ćwiczyć. Że to nie tylko kwestia „wprawy” ale np. silnych mięśni brzucha czy pleców. A ze szkoły wyszłam z przekonaniem, że ze mnie jakiś nieudacznik i sport nie jest dla mnie. Uważam, że oceny na wf-ie powinny ewentualnie dotyczyć edukacji fizycznej. Mogłyby być klasówki z zasad treningu. Z wiedzy, a nie umiejętności. Tak, byśmy po skończeniu szkoły wiedzieli jak zadbać o swoje zdrowie i rozwój.

    1. Klasówki z zasad fizycznych?
      Yup. Czasem masz koszmarnego nauczyciela. A czasem dobrego, który docenia Twoje wysiłki. Niemniej WF weryfikuje w praktyce dzieciaka. By daleko nie szukać – miałem gdzieś w gimbazie zaliczenie ze sztangi. Tyle, że każdemu indywidualnie dobierano ciężar.

      1. KuceDwa napisał(a):

        Chodzi nie tylko o to, że wymaga się konkretnych umiejętności od każdego ale też o fakt, że zwykle się nie uczy jak to robić. Wiem, że są różni nauczyciele, ale ja spotykałam często takich którzy dawali piłkę i mówili „Grajcie!”. Co do skoku przez kozła: „Skaczcie”. Dopiero po szkole dowiedziałam się, że ja mogę te rzeczy zrobić, tylko nikt mi nie mówił jak. Jako dziecko np. nie umiałam pływać (Uważam obecnie to za duże zaniedbanie ze strony moich rodziców) Gdyby ktoś wtedy np. w 4 klasie powiedział mi ” No płyń” to bym nie zaliczyła. na studiach się nauczyłam, ale wymagało to treningów. Cieszę się, że trafiłam na osobę, która wiedziała jak mnie tego nauczyć. W szkole wpojono mi, że jeśli czegoś nie umiesz ” ot tak”, to nie umiesz i już. Uważam, że to przykre, że osoby które są zdolne do różnych „wyczynów fizycznych” w dorosłym życiu często w szkole były przekonane, że nie potrafią i się do tego nie nadają. Przez nauczycieli. Po czasie stwierdzam, że nie warto było się z tego wfu zwalniać. Średnia i tak do niczego w życiu się nie przydaje. Ale wtedy wydawało mi się to najważniejszą rzeczą na świecie.

    2. Mogę się podpisać pod tą historią. Stanie na rękach było mega kretyńskie – zero przygotowania na wcześniejszych zajęciach, zero planu, przychodź i stawaj. Wyszłam ze szkoły z przekonaniem, że się nie nadaję, bo nie robię czegoś od razu, dopiero na siłowni nauczyłam się stopniowania trudności treningu. Jakieś 15 lat za późno :)

  10. Wioleta Czesak napisał(a):

    Ech ten skok przez skrzynie i śmiech wszystkich w około, że tylko ja z klasy nie umiem… choć szkołę skończyłam już dawno, to traumę mam do dziś… moja siostra, która chodzi jeszcze do podstawówki też nie bardzo lubi wf, czasami słyszę, że Pan X jest bardziej wymagający od Pani Y, ale częściej że przez cały miesiąc grają tylko w siatkę, zresztą za moich czasów też tak było, a nauczyciel siedział w kantorku popijać kawkę… dzieci teraz mają wady postawy, za dużo siedzą przed komputerem… wymienić można dużo, tylko jak rozwiązać ten problem?

    1. Bazia napisał(a):

      I te przewroty w przód i w tył! Bałam się ich panicznie, mówiłam o tym wuefistce wprost, zalewałam się łzami, dzieci się śmiały, jakieś wymuszone próby kończyły się stawaniem na głowie, a nauczycielka na to „albo zrobisz, albo wpiszę ci jedynkę!” No to wpisała, a ja z wuefu się wypisałam. Na zajęcia z tańca biegałam z uśmiechem od ucha do ucha i godzinami ćwiczyłam w domu, wuef był nie do przejścia. Jeżeli w przyszłości lekcje wuefu dalej będą tak wyglądać i będą dalej oceniane w taki sposób, sama zaproponuję dziecku zwolnienie, aby w tym czasie naprawdę mogło rozwijać się ruchowo, a nie nabawiało się fobii i kompleksów.

      1. Za gówniarza byłem zapisany na cośtam do pałacu młodzieży. Nie umiałem przewrotu w przód.
        Zacząłem trenować je do oporu i nagle wyszły. Po 20 próbach. Byłem z siebie tak cholernie dumny, że pamiętam to do dziś, a miałem raptem 6-7 lat.
        Nie umiesz skakać przez skrzynię? To się naucz. Na innych przedmiotach tak to działa.
        „Niech się nie nabawi kompleksów” – skrzywdzisz dzieciaka. Gówniarz musi sobie wykształcić chitynę, regularny pancerz. Musi mieć wyrobiony regulator „Nie umiem -> Robię tak, by umieć”.

  11. Całkowicie się z Tobą zgadzam. Dodatkowo jest jeszcze problem z chorującymi dzieciakami. Ja na przełomie podstawówki i gimnazjum sporo chorowałam. 3 lata praktycznie straciłam, bo nie było szans, abym chodziła na WF. Efekt tego był taki, że pod koniec gimnazjum wszyscy umieli kozłować piłką, serwować itd a ja nie. A wymagano ode mnie, żebym umiała. To samo było z innymi przedmiotami, ale tam udało mi się jakoś samej nadrobić zaległości a z WF do końca już miałam marne oceny…

  12. ponko napisał(a):

    Nie wiem jak jest teraz w podstawówce i gimnazjum, ale za moich czasów (ok. 15 lat temu ;) ) oceny za osiagnięcia fizyczne (rzuty, biegi, skoki itp) były odzwierciedleniem postępów, jakie uczeń zrobił w danej dziedzinie. Testy sprawnościowe były na początku i na końcu semestru i miały za zadanie sprawdzić, czy uczeń poprawił wyniki. Fakt, że przy okazji tego rodzaju dzieciaki widzą, że różnią się od siebie predyspozycjami i zdolnościami i że nie każdy jest we wszystkim zajebisty, też jest dobry. Jeśli zaś chodzi o Twoją wizję wf (wybieranie tylko tego, co się chce) jest ok, ale w etapie późniejszym (liceum i studia). Na wf we wcześniejszych etapach dzieci powinny próbować wszystkiego, tak żeby poznać swoje mocne i słabe strony, spróbowac jak najwięcej dyscyplin i form ruchu. Moim zdaniem nie należy też w dzieciach wykształcać nawyku robienia tylko tego, co jest dla nich fajne, bo będą miały później cholernie trudno i zdecydowanie mniej osiągną (bo większość osiągnięć wymaga poświęceń i robienia często rzeczy, które są nudne/żmudne/trudne).
    Z mojego doświadczenia wfowego (na zajęciach byłam zdecydowanie przeciętna, ale zwolnienia nie miałam nigdy) stwierdzam, że ogólne założenia przedmiotu są dobre, ale jak wszędzie, gdy pojawia sie czynnik ludzki (nauczyciel), wychodzi różnie.

    1. Ola Wilczek napisał(a):

      „Nie wiem jak jest teraz w podstawówce i gimnazjum, ale za moich czasów (ok. 15 lat temu ;) ) oceny za osiagnięcia fizyczne (rzuty, biegi, skoki itp) były odzwierciedleniem postępów, jakie uczeń zrobił w danej dziedzinie.”

      To także moje czasy i u mnie wcale tak nie było. Niestety wszystko zależy od nauczyciela.

      1. ponko napisał(a):

        Toteż napisałam, że wszystko rozbija się o czynnik ludzki i o to jak ogólnie dobre załozenia są realizowane przez jednostki

    2. Kinga napisał(a):

      Ponko, moze w Twojej szkole bylo tak fajnie, bo za moich czasow i w moich szkolach(20 lat temu) bylo mniej wiecej tak jak jest dzis.

      1. ponko napisał(a):

        Fajnie-niefajnie, zaliczyłam wf na wszystkich poziomach edukacji (podstawówka, gimnazjum, liceum i studia) i bywało bardzo różnie – od częstych testów sprawnosciowych, przez basen i siłownię, aż po siatkówkę przez cały okrągły rok. Uważam, że niezależnie od nauczyciela z każdych zajęć da się coś wyciągnąć i naprawdę potrzeba niewiele, żeby poprawić sprawność fizyczną, zwlaszcza jak się jest dzieckiem.

    3. No tak, tylko jak mówić o poprawianiu wyników, kiedy nie uczy się podstaw treningu? 3 skoki w dal w pierwszym semestrze, 3 w drugim i jaki tu ma być postęp? Ktoś zakłada, że uczeń ot tak, sam z siebie, będzie sobie trenował przez te pół roku skok w dal?

      1. ponko napisał(a):

        Nie, nikt nie zakłada, że uczeń będzie sobie sam trenował (chociaż może ;). Ale już samo sumienne ćwiczenie na zajęciach sprawi, że po pół roku te wyniki będą lepsze (bo dziecko będzie mieć ogólnie lepszą kondycję, szybciej biegać itd).

  13. Kiedyś usłyszałam od wuefistki, że nie poradzę sobie w życiu, bo nie chciałam grać w piłkę ręczną (może dlatego, że dostałam w mordę piłką od jednej z najsilniejszych dziewcząt? Hm…). I nie, ta wypowiedź nie była wyjęta z kontekstu :) moim zdaniem wf powinien być na zaliczenie za obecności i w jego ramach każde dziecko powinno zapisywać się na sekcje. Na studiach tak było i pierwszy raz w życiu z przyjemnością chodziłam na zajęcia, najpierw na aerobic, a potem na siatkówkę. Po prostu wszystkie bawiłyśmy się grając, nikt się na siebie nie złościł i nie oceniał serwów, nieraz płakałyśmy ze śmiechu na boisku, jak ktoś dostał w głowę albo komuś nie wyszło. Sport to zdrowie, niezdrowa jest ta cała nagląca otoczka wokół niego.

    1. Dokładnie, powinna być możliwość wyboru! Każdy lubi co innego, każdy ma też inne predyspozycje fizyczne do uprawiania sportu czy jakichś rodzajów ćwiczeń. Ja też polubiłam wf na studiach, zapisałam się na pilates i było świetnie :) za to w gimnazjum/liceum to jakiś koszmar…

    2. Chcesz usunąć oceny z WFu, bo dostałaś piłką w twarz?
      Uwielbiam te ‚Moim zdaniem sekcje’. Wymyśl to logistycznie. Wepchnij w jedną, w porywach do dwóch, szkolną salę gimnastyczną chociaż 4 sekcje, podziel (zakładając, że mamy 3 roczniki, na każdym 4 klasy i w każdej klasie 20 osób dla ułatwienia) 300 osób na dwudziestoosobowe grupy od nowa i wepchnij to wszystko w plan zajęć, tak by nie kolidowało z innymi lekcjami, gdzie nawet nie ma specjalnie okienek.

      „Bawiłyśmy się grając” – nie oceniam, bo my też mieliśmy czasem ubaw, gdy coś spieprzyliśmy. Wszystko zależy, czy to były sporadyczne wpadki jakich masa, czy po prostu na 10 serwów 8 powodowało „bekę na boisku”.

      1. Myślę, że potrafiłabym rozdzielić tyle grup na sale, jakimi dysponują szkoły – w moim liceum była duża sala, dwie mniejsze (w tym jedna z lustrami) oraz siłownia. Mówię tak dlatego, że udaje się to na studiach, przynajmniej na moich i mówię to o zajęciach w cywilizowanych godzinach, a nie sekcjach wieczornych. Studentów na całej uczelni jest więcej niż uczniów przeciętnej szkoły. Wydaje mi się, że na siłę rozdmuchujesz problem logistyczny, który da się rozwiązać w sposób nieprzekraczający skomplikowaniem normalnego układania planu lekcji.

        Beka na boisku była z różnych powodów, ale nie byłyśmy ostatnimi łajzami. Kiedyś mi się wydawało, że nie umiem grać w siatkę, ale na studiach jakby „zrzuciłam kajdany”, jakaś mniej spięta byłam i nawet mi szło. Reszta, myślę, podobnie miała, aż wyjątki się zdarzały, zarówno na plus i minus.

        Nadawałbyś się do programów publicystycznych, tak doskonale potrafisz wyjąć zdanie z kontekstu, obrócić je i wstawić swoją prawdę okraszoną emocjami. Nie, nie dlatego, że dostałam piłką w twarz, chciałabym usunąć oceny z WF-u. Dlatego mogę mieć najwyżej krzywy ryj. Po prostu nie uważam, żeby oceny z wuefu spełniały swoją rolę – rzadko dają realną informację o kondycji, postępach, rzadko stanowią motywację. Często są rozdawane na wyrost i nikt nie szanuje piątki z tego przedmiotu, bo łatwo ją zdobyć. Albo w drugą mańkę, o czym napisano tutaj już dziesiątki komentarzy.

  14. Ola Wilczek napisał(a):

    Zgadzam się z paroma przedmówcami, że dzieci (i młodzież) powinni spróbować jak największej ilości dyscyplin. Jednak to nie znaczy, że powinny być z każdej oceniane. Popieram całym sercem zniesienie ocen z wf-u. Nie byłam najbardziej upośledzonym fizycznie dzieckiem (niektóre dyscypliny naprawdę lubię i lubiłam, a nawet byłam z nich dobra), ale jestem beznadziejna we wszystkich sportach z piłką. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy udało mi się prawidłowo zaserwować piłkę w siatkówce ;) Nikt mnie też tego nie uczył, ale za to często oceniał. W liceum marzyłam o tym, żeby skręcić kostkę i nie musieć ćwiczyć (sic!) tym bardziej, że mój w-f był cżęsto traktowany jako dodatkowy trening dla szkolnej drużyny kosza (nienawidzę kosza!). I te wybieranie na końcu… Tak to bardzo zachęca do sportu :D

    Dodatkowo problemem zawsze były tez sprawy czysto higieniczne – jak tu wziąć prysznic po w-fie, jeżeli w większości szkół pryszniców nie ma, albo są w takim stanie, że trzeba być bardzo zdesperowanym, żeby ich użyć. Zwyczajnie też często nie ma na to czasu na przerwie.

  15. solange napisał(a):

    Eeee, u mnie to był luzik – tak w podstawówce, jak i w gimnazjum wszyscy na wf chodzili, obciachem było mieć zwolnienie i jakoś zawsze wszyscy mieli 5 (ci, co trenowali poza szkołą to nawet 6 – kiedy je wprowadzili…tak, wiekowa jestem i nie chodziłam do gimnazjum i pamiętam czasy, kiedy najniższą oceną była 2, a najwyższą 5 :p) i był to sposób właśnie na podniesienie sobie średniej. Nie cierpiałam (i do dzisiaj nie znoszę) siatkówki i koszykówki – wszyscy oczekiwali, że skoro jestem najwyższa w klasie, to będę sobie doskonale radzić. A ja grałam jak łamaga :D A i tak zawsze 5 miałam ;) Jak wszyscy ;)

    Jako nauczyciel (choć nie wuefista) nie do końca też się zgodzę z tą swobodą wybierania. Jak w poniższym komentarzu: „Poza tym na matematyce też się wybrzydza że nie chce się uczyć mnożenia a dodawania juz chce bo umiem i mi się podoba?” – szybciutko przeniosłoby się to na inne przedmioty i mielibyśmy mały meksyk… Takie rzeczy to w szkole demokratycznej ;)

  16. Ej Mati, kaman, ja byłam zawsze najniższa w klasie i przez to też miałam słabsze wyniki z W-F-u w bieganiu czy rzucaniu piłką lekarską, ale za to w gimnastyce byłam najlepsza – i pod tym kątem mnie oceniali, a to były lata ’80. Wiadomo, że dużo zależy od nauczyciela, ale też sporo od tego jaki program jest przewidziany dla ogółu. Może kiedyś się to zmieni i będzie się kształcić bardziej pod kątem ucznia jako jednostki, rozwijać indywidualne predyspozycje. Ale na razie jest jak jest, tak samo w przypadku wychowania fizycznego jak i innych przedmiotów.

    Co do systemu ocen z W-F-u, to nie można tego rozpatrywać pod kątem tego, że np. ktoś ma lepszą ocenę, bo wiadomo, że jest większy i silniejszy i to niesprawiedliwe, że mniejszy i słabszy zostanie oceniony niżej. Z matmy czy z polskiego lepszą ocenę też ma ten, kto jest bardziej inteligentny. W obu przypadkach można nad sobą pracować, ćwiczyć i poprawiać wyniki, ale zawsze dojdzie się do pewnej granicy, której już nie przeskoczysz :).

  17. Oka napisał(a):

    Ja dodam od siebie
    -Może dawać do ćwiczenia co się chce od gimnazjum- w podstawówce niech każdy spróbuje po trochu. Sama na przykład lubiłam unihokeja.

    -Oceny są do duszy bo
    –Nie uwzględniają wzrostu (a różnice są znaczące)
    —Jak mamy je poprawić? Przypomnijcie sobie jak wyglądał skok w dal- dwa razy do roku szło się na bieżnię, robiło po trzy skoki i oczekiwało, że masz się w międzyczasie poprawić.
    -Dobrze byłoby nauczyć dzieciaki teorii przy okazji praktyki- dlaczego ważna jest rozgrzewka, jakie ćwiczenia na schudnięcie, jakie na masę, coś o zdrowym odżywianiu.

  18. Zgadzam się, że WF w szkole to jakaś katorga, sama go nienawidziłam, ale chodziłam, bo nie chciałam mieć na świadectwie „zwolniony”. Nie przepadam za ruchem, bo zawsze byłam otyła, już jako dziecko, a co za tym idzie znacznie słabsza w sporcie niż szczupłe koleżanki, o kolegach już nie wspominając. Kocham za to pływać. Moim zdaniem w klasach 1-3 powinny być zajęcia ogólnorozwojowe, gimnastyka czy cos w tym stylu. A później uczeń, każdy osobiście, powinien wybierać sobie 2-3 dyscypliny, które będzie uprawiał. I co roku powinien dokonywać tego wyboru, bo przecież upodobania się zmianiają. Nie lubisz biegać czy gier zespołowych? OK. Uwielbiasz pływać i gimnastykę, proszę bardzo. Myślę, że problem olega tu na tym, że ciężko byłoby prowadzić takie zajęcia, bo jedna klasa wymagałaby jednorazowo więcej niż jednego nauczyciela, a to już niestety kosztuje. Na całe szczęście nie chodze już do szkoły i sama decyduję o tym jaką formę ruchu uprawiać.

    1. Logistyka nie jest tu problemem. Wystarczy stworzyć zajęcia z danej dyscypliny, a nie dla danej klasy. W takim systemie blokowym, po prostu dzieciaki z różnych klas chodziłyby na jedną dyscyplinę. Dokładnie tak jak na studiach.

  19. Są też sytuacje wyjątkowe. W liceum trafiłam na jakiegoś dramatycznego wuefistę. Uparł się, że zrobi ze mnie zawodową siatkarkę, koszykarkę i generalnie olimpijkę. Tyle, że ja byłam wtedy już w trakcie 4 roku szkoły muzycznej II stopnia (czyli w sumie od 10 lat grałam na instrumentach). Złamanie palca czy ręki podczas sportów zespołowych oznaczało koniec szkoły muzycznej i wyrzucenie w błoto 10 lat ciężkiej pracy. Bo instrumentalista jak sportowiec – jak masz kontuzję, to wypadasz z kondycji i dalej nie możesz kontynuować szkoły. Ale wuefista tego nie rozumiał, mimo że powinien. Nie pomogło nawet oficjalne pismo od dyrektora szkoły muzycznej. A że z wiatrakami nie zamierzałam walczyć, to po semestrze udręki, gdzie kilka razy prawie się połamałam i dostałam 2 na koniec (bo 3/4 programu to były gry zespołowe, w które nigdy nie grałam i nie umiałam grać), dałam za wygraną i udałam się do lekarza. I nikogo nie obchodziło, że świetnie pływam i mam doskonałe poczucie rytmu np. w tańcu.
    Podsumowując, uważam że z WF jak z religią – nie powinno być go w szkole. Natomiast powinien być obowiązek aktywności fizycznej w ciągu tygodnia gdzieś zewnętrznie, przynosisz zaświadczenie, że zaliczyłeś/zaliczyłaś w tym co Ci wychodzi najlepiej i tyle.

    1. ponko napisał(a):

      Nie uważam, aby zaproponowane przez Ciebie rozwiązanie było dobre. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ci rodzice, którzy nagminnie załatwiają dzieciom zwolnienia z wf, biegali po mieście szukając im zajęć zastępczych. Mało kto miałby na to czas (znaleźć zajęcia to raz, trzeba jeszcze skoordynować np. cotygodniowe dojazdy na nie), dodatkowo dochodzi jeszcze czynnik finansowy – większość zajęć, które mogłyby spełniać taką funkcję, jest płatnych (koszt uczęszczania i/lub sprzęt, strój). Wielu ludzi nie byłoby po prostu na to stać, więc dzieciakom doszłyby równocześnie kompleksy i mania porównywania kto gdzie chodzi na takie zajęcia. Problem jest też taki, że jeśli szkoła zrzuciłaby odpowiedzialność za wf na rodziców, to oni podejdą do tematu zgodnie ze swoim stosunkiem do aktywności fizycznej – czyli jeden zapisze dziecko na ściankę, basen i jazdę konną, a drugi załatwi mu lewe zaświadczenie z klubu szachowego (w końcu to też sport ;) )

      1. * żyjemy w dobie internetu. Nikt nie musi „biegać po mieście i załatwiać”
        * rodzice dowożą dzieci na MNÓSTWO zajęć tak czy siak. I jakoś i dzieci i rodzice żyją. Jestem korepetytorem – widzę to codziennie.
        * prawda oczywista: rynek sam się reguluje. Jest popyt? Pojawia się podaż, oferty się mnożą, ceny spadają.
        * są też bezpłatne zajęcia w domach kultury.
        * część dotacji dla szkół pokrywających koszty WF’u może przecież być przekazana na zewnętrzne zajęcia.
        * a teraz to się dzieciaki niby nie porównują? Zabawki, telefony, ubrania. Nie cierpię takiej pierestrojki, wszyscy mają mieć po równo. Przepraszam, ale to niewykonalne i nie widzę sensu zabraniania komuś zaliczania jazdy konnej jako wf skoro rodziców na to stać. Bo co? Bo ktoś się urodził w biednej rodzinie, nie jego wina i nie róbmy mu przykrości? A bogatego dziecka wina, że się w dobrej rodzinie urodziło i ma za to cierpieć?
        * na studiach ciężko o zwolnienie lekarskie, bo w takim celu trzeba się stawić na komisję. Podobne rozwiązanie można wprowadzić na niższych poziomach edukacji.

        1. ponko napisał(a):

          Owszem, rodzice dowożą dzieci na dodatkowe zajęcia. Ale nie wszyscy (zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach) i szkoła nie powinna stawiać wymogu, że rodzic ma takowe zajęcia zapewniać. Po to posyła się dzieci do szkoły, żeby tam kształciły się we wszystkich dziedzinach (przynajmniej na początkowym etapie).
          Dzieciaki się oczywiście porównują, więc może nie trzeba dorzucać im kolejnego kryterium? Jasne, że szkoła nie zatuszuje wszystkich różnic pomiędzy uczniami, ale nie musi też stosować rozwiązań, które te różnice podkreślają.
          Patrząc na Twoje rozwiązanie z czysto praktycznej strony:
          * darmowych zajęć w domach kultury zazwyczaj nie starcza dla wszystkich chętnych,
          * co z uczniami na wsiach i w małych miejscowościach (im mniejsze miasto, tym mniejszy wybór zajęć lub ich całkowity brak),
          * przekierowanie finansowania wf na zewnętrzne zajęcia – tego zupełnie sobie nie wyobrażam, przetargi na prowadzenie gimnastyki? Państwowe pieniądze nie mogą sobie ot tak pójść do czyjejś kieszeni, muszą być zasady ich rozdzielania…

          Wydaje mi się, że patrzysz na problem bardzo osobiście, z pozycji rozwiązania, które przydałoby się Tobie za szkolnych czasów. Wybacz, ale twój przypadek był szczególny i zaważył w nim czynnik ludzki – przypuszczam, że gdybyś trafiła na wyrozumiałego wuefistę, to dziś wspominałabyś zajęcia o wiele lepiej.

        2. * to nie szkoła ma stawiać wymóg, a państwo. Istnieje obowiązek kształcenia dzieci.

          * tak, w szkole wszystko równajmy, a potem narzekanie, że każde kolejne pokolenie ma coraz bardziej roszczeniową postawę. Bo im się wmawia, że powinni wszyscy mieć tak samo i równo. A tak nie jest i nigdy nie będzie. Nie widzę sensu stwarzania jakieś iluzji idiotycznej równości i potem jej zabierania.

          * skoro nie byłoby zajęć w szkole, przybyłoby ich poza nią, między innymi w domach kultury. Przepraszam, że tego wcześniej nie doprecyzowałam, wydawało mi się logiczne.

          * starsi uczniowie i tak dojeżdżają do większych miejscowości żeby się uczyć. Natomiast dla młodszych zapewne zostałyby zorganizowane zajęcia lokalnie. Przy przeniesieniu wf poza szkołę zyskali by wf-ści, którzy przecież nie wyparują, za to doskonale sprawdzą się w tej roli.

          * tak się składa, że z wykształcenia jestem administratywistą. Doskonale wiem jak działa budżet, dotacje na cele publiczne i ustawa u zamówieniach publicznych. I te instrumenty (jakkolwiek niedoskonałe) są między innymi po to, żeby finansować zadania delegowane. I niby jak inaczej działa szkoła? Przecież to też instytucja na dotacji publicznej. Co to za różnica?

          Moje zdanie na temat wf nie jest oparte tylko na własnych doświadczeniach. Przez lata widziałam jak to działa też na przykładzie osób dookoła, widzę dalej jak to działa na moich uczniach. Każde dziecko, które uczę (a rodzice dowożą do mnie też te z mniejszych miejscowości) dodatkowo ma jakieś treningi. Jedni karate, inni taniec itd. Możliwości jest mnóstwo.

          Miałam też różnych wuefistów. Z sentymentem wspominam wuefistę z gimnazjum, który doskonale rozumiał moją sytuację i potrafił inaczej mi zorganizować czas. Tak więc to nie jest gorycz, żółć czy jad klepany dla rozładowania frustracji. To efekt wieloletnich obserwacji, przemyśleń i analizy sytuacji.

        3. ponko napisał(a):

          W jakim sensie wuefiści zyskaliby na przeniesieniu zajęć poza szkołę? Poza tym, czy martwimy się tu o biednych wuefistów, którym w szkole jest źle, czy raczej o dzieci, które przez nich zniechęcają się do zajęć? Jeśli darmowe zajęcia zewnętrzne (finansowane ze środków publicznych) miałaby prowadzić dawna kadra wuefistów, przykładowo w domu kultury lub też na wynajmowanej od szkoły sali gimastycznej (bo dom kultury najczęściej dysponuje niewielką sceną i 2-3 salkami), to ja nie widzę wielkiej różnicy między takimi zajęciami, a wfem w szkole. Jedyną różnicą jaką widzę jest to, że ci, których stać, w ramach wuefu będą mieć super zajęcia, a reszta będzie siedzieć w tym domu kultury i czekać na swoją kolejkę do gry w ping-ponga. Nie brzmi to dla mnie ani fajnie, ani fair i jako rodzic nigdy nie poparłabym takiego rozwiązania, niezależnie od tego czy mogłabym ufundować dziecku lepsze zajęcia, czy nie.

          Nie uważam też, żeby niepodkreślanie różnic finansowych między dziećmi było czymś złym i prowadziło do postawy roszczeniowej. Taka postawa, według moich obserwacji, znacznie częściej wynika z sytuacji, w której dzieci (i młodzież również) dostają wszystko, czego sobie zapragną i mają przyzwolenie na robienie tylko tego, co jest fajne i sprawia przyjemność. Moim zdaniem właśnie to powoduje później bolesne zderzenie z rzeczywistością, bo nagle okazuje się, że świat nie rozpieszcza tak jak mama i tata.

          Rozumiem, że Ty masz inne zdanie, dla mnie wywalenie wfu ze szkoły jest drogą niewłaściwą. Z komentarzy pod postem Seg przebija się obraz źle prowadzonego przedmiotu i często nieopowiednich ludzi na stanowisku nauczyciela, ale jest to bolączka wielu przedmiotów (np. fizyki), ktorych jakoś nikt nie próbuje na stałe usunąć ze szkoły.

        4. Klaudia napisał(a):

          Usunięcie ze szkoły to jest kiepski pomysł, ale wydaje mi się, że nie z podanych powodów, tylko z tego, że… jak mówi @ponko, są źli wuefiści i słabi fizycy. A są słabi, bo popatrzmy na studia pedagogiczne (właśnie robię specjalizację – horror*) i na późniejszą postawę roszczeniową. Budżetówka to są w większości ludzie z gatunku „czy się stoi, czy się leży”, mają wszystko w nosie, są wkurzeni swoimi płacami i wcale a to wcale nie chce im się pracować. Jak mam lewicowe poglądy, tak sprywatyzowałabym szkoły. Niech ubodzy mają stypendia i dofinansowania, ale niechże się ten polski grajdoł edukacyjny jakoś zmieni.
          * Nie, nie chcę uczyć w szkole. Mam firmę i jestem na zajęciach miła dla uczniów.

        5. Z tym popytem i podażą bym nie szalał. Alternatywa w postaci zajęć – spoko. Ale wolny rynek to bzdura. Ceny poniżej pewnego pułapu nigdy nie spadną, a niektóre rodziny są naprawdę biedne.
          „Przepraszam, ale to niewykonalne i nie widzę sensu zabraniania komuś zaliczania jazdy konnej jako wf skoro rodziców na to stać. Bo co? Bo ktoś się urodził w biednej rodzinie, nie jego wina i nie róbmy mu przykrości? A bogatego dziecka wina, że się w dobrej rodzinie urodziło i ma za to cierpieć?”
          Lubię to. Mocno.

  20. Tami Tea napisał(a):

    Sama migałam się od zawsze z wfu.
    Zawsze byłam malutka, słabiutka, chorowita i jeszcze astygmatyzm, więc ni piłki złapać, ni rzucić do celu. A przecież wiadomo, że WF dziewczynek to siatkówka, siatkówka, koszukówka, no i czasem ping pong.

    Jak się okazało (dopiero pod koniec gimnazjum), gdy kiedyś, raaaaz na wiele lat, zrobiono skok wzwyż, skok przez skrzynię, wymyk, odmyk i inne fikołki – prosze, mała Tami się jara i skacze i robi przewroty! Niestety to były nieliczne zajęcia, na których rzeczywiście chciałam ćwiczyć.
    Tak poza tym to dobie kilka lat miałam zwolnienie, które nawet sama sobie załatwiałam, nie rodzice. Bo nikt nie chce być ‚tym, którego wybiera się ostatniego’.

    Dopiero na studiach zaczęłam myśleć o sporcie, ruchu, i znalazłam jogę. Totalnie się nią zajarałam, i ćwiczę sama, czasem na różnych zajęciach. Ale ćwiczę i to uwielbiam.

    Niestety taki a nie inny rodzaj ćwiczeń, takie a nie inne podejście do dziecka (nie umiesz rzucać/łapać? ciesz się, że masz trójkę niezdarna 8mio latko, więcej nie dostaniesz), sprawiały że przez lata na myśl o wfie miałam łzy w oczach.

  21. Tianzi napisał(a):

    Są też z pewnością wrodzone predyspozycje do rozwiązywania zadań z matematyki, a wezwanie do tablicy i zrobienie z siebie publicznie idioty jest upokarzające. Ten wpis to dla mnie kolejna opinia z serii: ‚usunąć ten przedmiot ze szkoły/średniej matury, bo ja go nie lubiłem i mi się nie przydał!’

    Zgodzę się, że ten WF jest często bezmyślnie prowadzony, zgodzę się, że nie należy karać kogoś za to, że piłka lekarska jest większa od niego (pomijając normalne różnice w budowie, dzieci się rozwijają w różnym tempie). Ale można oceniać postępy, można oceniać sprawność i technikę jakiegoś cholernego dryblingu. Brak ocen, jak ktoś już napisał, sprawia, że nikt potraktuje zajęć poważnie. A tak jest motywacja, żeby skakać przez ten durny kozioł, poprawiać czas biegu na 600 m i widząc potwierdzenie swoich postępów masz ogromną satysfakcję, nawet jeśli efektem cyferkowym jest 4 na koniec (w czasach podstawówki wielka hańba). A potem przychodzi gimnazjum, głupia wuefistka, nastoletnia filozofia życiowa ze wstydem, że ojej, w trakcie wysiłku pocisz się i czerwienisz i to PRZY LUDZIACH, i mądrość życiowa, że można sobie załatwić zwolnienie, bo ‚to tylko wf’ i ‚nie trzeba’. Tylko to, co wtedy wydawało się genialnym pomysłem mogło okazać się zahamowaniem rozwoju na pewnym polu na dłuższą metę.

    1. W dodatku zabijającym pewnego ducha walki. W podstawówce biegaliśmy na wytrzymałość te 45 minut, chociaż nogi nam odpadały, bo chodziło o to, by być wśród najlepszych, pokazać klasę i iść w górę. Nie gardzono tymi, którzy wymiękli, ale oni i tak czuli, że tego dnia byli gorsi. Bo byli. Obiektywnie. I chcieli być lepsi.
      Ja miałem problem z pływaniem. Nie bałem się wody, ale koordynacja mi kwiczała. Miałem podstawówkę z basenem. I pływałem na oceny, pływałem bez ocen, odwalałem po prostu swój WF. W efekcie końcowym nie pływam jak olimpijczyk, ale robię to z przyjemnością, w miarę szybko, w miarę wydolnie i dość kształtnie. Mój kumpel, trenujący Krav Magę, z którym możemy chodzić przez 12 godzin po lesie z plecakami albo tydzień albo dwa, nie umie pływać. Właściwie nie umiał, powoli, dorywczo i okazyjnie go uczę. Bo – jako przyjacielowi – się przyznał i mu pomagam. Wiesz jak się głupio czuł?
      A teraz pomyśl o legionie gówniarzy, którzy nie potrafiliby uprawiać żadnego sportu, bo preferowali inny. Naprawdę funkcja wychowawcza szkoły wam się zatarła i widzicie tylko opiekuńcze przedszkole.

  22. Aga napisał(a):

    Ostatnio podeszłam do mojej nauczycielki wf, żeby dowiedzieć się, czy mam w ogóle jakieś szanse na 5 (3 klasa gimnazjum). Powiedziała mi że nie. A dlaczego? Mam kiepskie oceny, owszem. Nie cierpię wf, ale się staram, z biegów poprawiłam się nawet o minutę (pomiar z jednej lekcji na drugą, na drugiej lekcji naprawdę byłam zdeterminowana), a dostałam trzy. Wracając do poprzedniego zdania, powiedziała mi, że musi brać pod uwagę wyniki innych i je porównywać, bo nie może być tak, że najlepszy ma 5 i gorszy też. Ostatecznie, z łaską dała mi szansę, ale od tej pory wszystko muszę zdawać na ocenę bdb. Tylko jak może porównywać mnie i moją koleżankę, która ćwiczy balet od 4 roku życia (to o niej była mowa)? Poza tym nie cierpię gier zespołowych (pracy w grupie też), a szczególnie siatkówki, a każda lekcja to właśnie 2h tego sportu. Świetnie.

  23. hooverfeet napisał(a):

    „Bo nie muszą”. Oh, ile bym dała za szkolnych lat, żeby to ojciec załatwiał mi lewe zwolnienie. Tak łatwo nie było, trzeba było sobie radzić samemu. Toteż mój skręcony nadgarstek albo wybity palec albo inna kontuzja zawyczaj nie była wypadkiem. WF byl do tego stopnia traumatyczny, że wolałam się okaleczyć i mieć spokój na pare miesięcy niż pójść na idiotyczne zajęcia. Nauczycielke z podstawówki wspominam najgorzej. Była jakąś niespełnioną zawodniczką siatkarską, ktorej chyba w życiu nie wyszło i skończyła jako nauczycielka wf. Więc całą podstawówkę graliśmy w siatkówkę – coś co dla mnie było koszmarem i do dziś mam traume. Pamiętam jak oceniano nas z odbijania piłki w miejscu. Dziewczę przede mną dostało 5, ja jako kompletna kaleka w tej materii dostałam 2- i owacje śmiechu, ale najgorszy był komentarz nauczycielki „wiecie co dziewczyny, ja wam wszystkim podwyższę ocenę o jeden (w sensie zamiast 5 to 6, zamiast 4 to 5 itd.), bo to co ona tu pokazała to żal komentować”. W podstawówce ciężko jest mieć oceny poniżej 4, ja jako tryhard ze wszystkiego miał 5 lub 6, wiec kiedy z wf wystawiono mi 2 to był płacz i histeria przez kilka dni :) Na szczęście ojciec napisał mi odwołanie i skończyło się na tym, że zdawałam wf przed komisją – odbijanie piłki co prawda było, ale oprócz tego skok w dal, skok przez kozla, łażenie po belce, bieg na 60m itd., czyli rzeczy, które byłam w stanie zrobić całkiem nieźle. Na tyle nieźle że z 2 wyciągnelam się na 5. To był pierwszy i ostatni rok kiedy miałam zajęcia z tą nauczycielką. Nie dlatego, że ją przenieśli bądź zwolnili. Później po prostu załatwiałam sobie lewe zwolniania. Przez cały okres szkolny na wf chodziłam może 6 lat (4 lata przez 4 pierwsze lata podstawówki, rok w gimnazjum, rok w liceum). Nie jestem gruba, nie mam krzywego kręgoslupa i nie unikam sportów. Oprócz siatkówki.

  24. Adriana napisał(a):

    U mnie w gimnazjum na wfie była lista 100 ćwiczeń/akrobacji/wyczynów, za które można było zdobyć plusa – kazde 5 czy 10 plusów to była dodatkowa piątka, którą mozna było podciagać gorsze oceny z biegania, siatkówki czy czegokolwiek. To było najlepsze na świecie, wiadomo było, ze wszyscy musimy przejść przez obowiazkowe pozycje wfu, ale każdy dodatkowo robił kilkanaście ćwiczeń na plusa w semestrze. Zadania na plusa nie były łatwe, ale każdy wybierał to co dokładnie chciał.

  25. starflowerpl napisał(a):

    A my w klasach 1-3 czytaliśmy w szatni – w piwnicy bez okien, książkę „O psie który jeździł koleją” przy słabej żarówce. Ten kto czytał siadał pod żarówką. Grunt to zaszczepić radość z aktywności fizycznej. Mnie np. nic nie cieszy.

  26. To wszystko smutne jest. Takie zmuszanie do uprawiania jakiejś dyscypliny sportu, w której dziecko jest najsłabsze, inni się z niego śmieją (łącznie z prowadzącym), wybierają je do drużyny na końcu, poprzedzając to jękami „o nie…”, a po przegranym meczu wszyscy mają do niego pretensje. I samo czuje się jak totalny looser. Byłoby fajnie, gdyby w szkołach były np. 3 opcje w-fowe i każdy uczeń mógł zapisać się na najlepszą dla niego. Np. sporty zespołowe (noga, siatkówka, hokej), lekkoatletyczne (np. bieganie, skoki, rzuty) i coś lajtowego, dajmy na to pilates, lekki aerobik, joga i rozciąganie, taniec? Każdy mógłby zapisać się na to, co sprawia mu przyjemność i go rozwija, jeśli wfy byłyby na jednej godzinie, to klasy mogłyby się przetasować, a rozgrzewkę wykonywać np. wspólnie. Ocenie podlegałaby obecność, przygotowanie do zajęć (np. strój, bycie na czas). Dodatkowo przecież mogą być oceniane postępy – tzn. droga z punktu A do punktu B, dla każdego przecież indywidualna. Wiele dzieci zaczyna wf po przebytych chorobach, które uniemożliwiały lub przeszkadzały we wcześniejszej aktywności a wymaga się od nich identycznej sprawności jak od dzieci, które są wysportowane. I przez to zamiast się ogarnąć i polubić sport, to jest dla tych dzieci jeszcze bardziej przykry i przerażający – kojarzy się z musztrą, byciem non stop niewystarczająco dobrym, niezależnie od starań, wyśmiewaniem i odrzuceniem przez rówieśników, słabymi ocenami, niezależnie od włożonej pracy.
    A jeśli to wszystko jest na dzień dzisiejszy po prostu niemożliwe, ze względu na finansowe czy mentalne ograniczenia, wf powinien być po prostu zaliczany również na podstawie zaświadczenia przyniesionego z zajęć poza szkołą – z basenu, siłowni, aerobiku, zumby, tańca, jazdy konnej, itp. To rozwiązanie powinno też ucieszyć osoby, które wiążą ze sportem swoją przyszłość, domyślam się że poziom na wfie może być nie tylko zbyt wysoki w stosunku do słabych uczniów, ale też zbyt niski dla klasowych atletów. No i nie byłby problemów z brakiem pryszniców w szkole i koniecznością odbycia kolejnych 4 lekcji w stanie spocenia po wfie :P

    PS. A już totalnie nie rozumiem, jeśli ktoś mówi, że to z dzieckiem jest coś nie tak. Ok, w liceum to już nie jest dziecko, ale czy serio ktoś myśli, że uczeń pierwszych klas podstawówki jest sam sobie winny bo POWINIEN być lepszy, szybszy, silniejszy, zwinniejszy? Pracuje zbyt mało, nie stara się? A przecież właśnie wtedy najbardziej kształtuje się poczucie własnej wartości, które później może być trudno odbudować.

    1. Dzieci są brutalne. Życie też.
      1. Nikt nie zmieni programu nauczania, bo Małgosia jest pierdołowata w siatkę. Pozwolenie jednemu na odstępstwo, to pozwolenie wszystkim – > anarchia.
      2. Kto normalny wybiera do drużyny słabych? To prosta selekcja. My robiliśmy tak cały WF w podstawówce. Ba, mieliśmy klasowe mecze (organizowane samodzielnie, taki spadek po poprzednich rocznikach), gdzie w ogóle grało sześciu z piętnastu chłopaków w klasie. Tylko najlepsi. Wszyscy przeżyli. Najlepsi grali, inni wiedzieli, że są słabi. Trenowali i czekali na powołanie do kadry.
      3. Sport = emocje. Przerżnięcie = gniew. Zresztą, szybko doszło do złotej zasady – spieprzyłeś, trudno. Pieprzysz wszystko z własnej winy, bo się boisz, uciekasz od piłki itd. – pretensje. Jak najbardziej słuszne.
      4. Podział na sekcje jest nierealny.
      5. WFy o jednej godzinie? GOGO, zmieść tyle ludzi na jednej sali.
      6. Pierwsze klasy podstawówki grają w dwa ognie i ‚łapiącego pająka’.

      1. 1. Jak widać problem nie dotyczy jednej pierdołowatej Małgosi.
        2. Dokładnie
        3. Nie bardzo. Pół klasy nie ma prawdopodobnie pretensji do ucznia, który dostał pałę z matematyki, bo nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli uczeń nie ma możliwości dobrowolnego wyboru, czy chce w danej sytuacji wziąć udział, to nie jest normalna sytuacja, w której można oceniać, że coś świadomie spieprzył. W publicznym przymuszaniu 10-latka do czegoś w czym jest słaby, a potem publicznym go linczowaniu nie widzę sukcesów wychowawczych i trudno spodziewać się, by dziecko w takich warunkach świadomie aspirowało do rozwoju w danej dziedzinie.
        4. Fajnie, że wyraziłeś swoją opinię!
        5. W mojej szkole były 3 sale. Nie widzę problemu, żeby taki system udostępniały wybrane szkoły, które mają taką możliwość. Salę można też podzielić na dwie mniejsze.
        6. Nie tylko. Ja pamiętam wyścigi na ręcznikach po podłodze na czas, drużynowe bieganie z przeszkodami, przeciskanie się przez szpary w ławkach (oj, Kazio się nie mieści… no trudno! To dostanie za to pałę! I pojutrze też, bo przecież gabarytów do czwartku nie zmieni), itp.

        Podsumowując: nie mam problemu z tym, że komuś podoba się obecny system. To super! Natomiast wg mnie możliwość wyboru to nie anarchia (w sensie chaosu, bo jak rozumiem w tym sensie to słowo było użyte w dyskusji), ale pełne prawo każdego człowieka, także tego mniejszego.

        1. 1. Równanie pod słabszych zawsze jest głupim rozwiązaniem. Pewnie, że wolałbym wuefy sekcjami, gdzie grałbym w nogę zamiast w siatkówkę z panienkami, bezsensownego unihokeja i inne takie. Niemniej, dla większości szkół jest to nierealne.
          2. To jedyny sprawiedliwy podział, który zapewnia wyrównane szanse. Inne systemy dają ludzi losowo, co często się kończy dream-teamem i bandą czereśniaków do bicia.
          3. Odpowiedzialność zbiorowa na ogół nie działa, to się zwie solidarność. Nikt nie ma pretensji do ucznia, bo to jego pała. W przypadku, gdy zawala wspólny wysiłek – pojawiają się pretensje. Dramatyzujesz z tym linczowaniem. Grupa opierdalających Cię kolegów, którzy zapomną o meczu po 5 minutach nie jest linczem. Zresztą, powiem to dziesiąty raz: Jest różnica między „Odbiję. Krzywo, źle, niecelnie, ale odbiję” i „Piłka, uciekać, niech to się skończy!”.
          4. Wyraziłem. Kilkanaście razy. Logistycznie większość szkół nie zapełni podziału na sekcje. Zwłaszcza, że 90% chłopa będzie chciało nożną. Zwłaszcza, że WF ma rozwijać na różne sposoby i przyuczać różnych dyscyplin. Znałem facetów, których serw przy siatce oddzielał mi mięso od kości, gdy go odbierałem. Po czym dyscyplina zmieniała się na nożną i mijałem ich jak dzieci, nawet nie musiałem się wysilać. Gortrat, ten wybitny nasz rodzimy koszykarz, zaczął karierę, bo został z chłopakami grającymi w kosza PO swoim treningu nożnej.
          5. Salę podzielić na dwie mniejsze? I w co chcesz grać na połowie sali? W warcaby? Może sekcja tańca pokręci się w tym czasie po parkiecie, ale nożna może najwyżej podawać sobie piłkę. A i wtedy jakiś młodociany Maserak zbierze piłką w łeb.
          6. Odnośnie Kazia – to problem Kazia. W sensie, indywidualny. Matka – > dyrekcja, problem solved.

  27. ola napisał(a):

    Chodziłam do podstawówki 8 klas, na wsi, dawno temu z resztą. Lekcje WFu – gra w piłkę nozną albo w ruggby. Oczywiście z chłopakami. Liceum – ofiara losu nie potrafiąca odbić nawet piłki podczas rozgrywek siatkówki. Tak, też nie lubiłam WFu i tez uważam, że to z programem nauczania jest coś nie tak, a nie z dziećmi.

  28. Alessa napisał(a):

    U nas na wf jesteśmy oceniani za frekfencje i to jest jaknajbardziej ok. Ale jak słyszę: „dzisiaj gramy w siatkówkę” i zamiast w nią GRAĆ odbijamy przez 2h lekcyjnę piłkę w parach w liceum to mam się ochotę zastrzelić.

  29. Kinga napisał(a):

    Swieta, swieta, najswietsza prawda. Od zawsze to powtarzam jak tylko dochodzi do dyskucji o leksach WF i jak to mlodziez jest teraz beznadziejna bo sie nie rusza i zwalnai z WF. Po pierwsze przypominam, ze za moich czasow(przeszlo 20 lat temu) kazdy jak tylko mogl to sie probowal z WF wymigac.
    Po drugie zajecia byly rownie beznadziejne jak i dzis. W liceum cale lekcje albo siatkowka albo koszykowka. O ile siatke lubilam to koszykowki nie znosilam a musialam. Juz wtedy (podobnie jak Ty) wolalam sporty indywidualne, kochalam wowczas modny aerobic. Niestety nie bylo mi dane realizowac sie w tym co lubilam. Chodzilam na WF bo nie mialam fajnych rodzicow, ktorzy mieli znajomych lekarzy. Gdybym takawych miala, to niechybnie bym skorzystala.

  30. Masz trochę racji, ale nie zapominajmy o drugiej stronie medalu. Mojemu chłopakowi słabo szlo z wu-efu w liceum. Ale nie dał się. Zaczął trenować, przyłożył się. Zrobił takie postępy, że potem studiował na AWFie. Dobrze mu szło w lekkiej atletyce, słabo w sportach drużynowych, ale dał radę. Dzieciaki są cholernie leniwe i to lenistwo trzeba tępić. Może nigdy nie będą super ze wszystkiego, ale tak samo jest z innymi przedmiotami. Mi dobrze szło z ułamkami i funkcjami, ale za chiny nie pojmowałam geometrii. I co? I poszłam na korepetycje. Proste. Jak ktoś słabo gra w kosza niech idzie na boisko i poćwiczy. Jak słabo biega to niech zacznie biegać po szkole. Skok w dal mu nie idzie to niech zacznie ćwiczyć łydki. Zwalnianie dzieci, bo coś im tam zaniża średnią jest niepoważne. Nigdy nie zwolnię swojego dziecka z wu-fu. Prędzej zacznę z nim biegać i rzucać do kosza.

    1. Paulina Sufa napisał(a):

      Dokładnie! Jak dostałam jedynkę za serwowanie górą to tatuś całe sobotnie popołudnie mnie uczył i udało się 5 dostać. Do wszystkiego trzeba trochę chęci :)

  31. Malagga napisał(a):

    W-F był dla mnie zawsze katorgą… Najgorsze były kozły, stanie na rękach i inne wygibasy. W bieganiu też zawsze ktoś był szybszy, lepszy… Nikt nie doceniał chęci, nie proponował zmian. Każdy był traktowany jednakowo. Trzeba było grać w kosza, stałam na boisku i chowałam się, byle by mi nie podali. Przy siatkówce to samo. Nie wspomnę o dwóch ogniach… Kilka lat po zakończeniu edukacji, okazało się, że bieganie nie jest takie złe, że na Zumbie sobie radzę, że basen to świetna sprawa. Szkoda tylko, że już wtedy musiałam za to płacić ;) A mogłam kondycję zacząć budować parę lat wcześniej, gdyby ktoś tylko zachęcił a nie stawiał w szeregu z innymi…

  32. Ja wiem jedno. Za moich czasów (tak, tak, kiedy były dinozaury;-)) nikt nie przynosił zwolnień z WF-u a na 30 osób w klasie dwie miały problemy z nadwagą. Jak jest teraz? Wystarczy spojrzeć na dzieci…

  33. Anka napisał(a):

    Moja historia jest mniej więcej podobna do poprzednich. W gimnazjum przez cały jeden semestr graliśmy w ping-ponga, potem była siatkówka albo bieganie w górę i w dół po schodach (serio!). Liceum? Sporty z piłką, których nienawidzę. Czasem zdarzała się siłownia, która po prostu była bardzo słabo wyposażona. Owszem, były fakultety, ale tylko przez rok i można było wybrać siatkówkę, koszykówkę, taniec lub gimnastykę. Taniec i gimnastyka były BEZNADZIEJNE.

    To co mnie odstraszało, to brak dbałości o higienę. Nie wyobrażam sobie spocić się porządnie na wf-ie – a przecież pocimy się, gdy się męczymy, czyli na przykład gdy biegamy – i pójść potem na resztę lekcji. A czasu na umycie nie było, bo w szatni trzy prysznice na 40 osób, bez zasłonek i tylko 5 minut w szatni. Nie pomagały prośby kierowane do nauczyciela o wypuszczenie nas 5 minut wcześniej.

    Uważam, że wf to był jeden z gorszych przedmiotów w szkole. Odbijanie piłki nad głową na ilość, brzuszki na czas, skakanie przez płotki na ocenę – bycie ocenianym przez pryzmat umiejętności sportowych nie zachęca, zwłaszcza, że na wf-ie nikt nie pokazuje ci jak wykonać dane ćwiczenie. Po prostu masz być dobry we wszystkim, a jak nie to dwója albo trója. I tyle.

  34. Niciutka napisał(a):

    W Liceum Ogólnokształcącym Mistrzostwa Sportowego do którego uczęszczałam wieki temu, nie mieliśmy zajęć z WF-u. Jednym z warunków przyjęcia do szkoły było oczywiście trenowanie czegoś i to właśnie od trenera tego czegoś zależała nasza ocena końcowa. Proste.

  35. Agnès Więckowska napisał(a):

    Dobrze gadasz, Seg! Mnie W-F bardzo zniechęcił do sportu i tera bardzo trudno jest mi się przyzwyczaić do aktywności fizycznej. A dlaczego mnie zniechęcił? A bo kazali nam biegać na czas na 60, 100, 300, 600 i 1000 metrów, ale nikt nas nie uczył jak to zrobić i nie wypluć płuc po biegu. To po prostu były zawody. Nie wspominam już nawet o niewłaściwej nawierchni i obuwiu… Graliśmy też dużo w siatkówkę, której również nienawidziłam. Nie nadaję się do sportów grupowych. Bardzo lubiłam za to gimnastykę, przewroty, rozciąganie. Ale co z tego jak mieliśmy to może 2-3 razy w semestrze żeby tylko zaliczyć na ocenę? Unikałam W-Fu jak ognia, ale niestety nie miałam znajomego lekarza, który wypisałby mi zwolnienie…

  36. Mój przedostatni wf był w podstawówce, gdy miałam kompleksy wobec koleżanek. Wiadomo, były gorsze, ale nie jestem sportowcem. I zależało mi na ocenach, a jeden rzut piłką, czy skok w dal niszczył średnią z przedmiotu. Nawet jak się chodziło zawsze i starało. Potem wf ma studiach, wybór dyscypliny i ocena za aktywność podczas zajęć, obecności i postęp. Coś cudownego. Tylko iść i ćwiczyć. :)

  37. marissaPP napisał(a):

    ja bym dodała jeszcze jedno – świadomość lekarzy. To, że dziecko nie ma przeciwwskazań do ćwiczenia na wfie, nie znaczy, że trzeba wypisać zwolnienie, bo rodzice proszą. A takich rodziców jest OGROM, co widzę po ekipie odwiedzającej szpitale dziecięce. Najważniejsze pytanie: czy będzie zwolnienie z wfu i dlaczego nie na dłużej?!

  38. Karo napisał(a):

    A u mnie sytuacja była taka: w 7 klasie przeprowadziliśmy się i
    zmieniłam szkołę. Byłam bardzo żywiołowym dzieckiem, zwykle
    organizatorem na podwórku. Za wf-em nie przepadałam ani w jednej, ani w
    drugiej podstawówce, bo rządziły na nim dziewczyny bardzo agresywne –
    głównie w grze w siatkówkę i koszykówkę, bo to były najczęstsze zajęcia
    (reszta klasy/grupy siedziała wtedy na ławce). Przez koszmar koszykówki,
    a właściwie dwutaktu, który ni cholery mi nie wychodził, zaczęłam się
    bać wuefu i przestało mi wychodzić także to, co lubiłam. Ale trzeba było
    zaliczyć wszystko, była na to dodatkowa lekcja, tuż przed końcem
    półrocza. I ja, i nauczycielka byłyśmy zdumione, bo wykonałam wszystkie
    ćwiczenia prawidłowo – tak zadziałał brak publiczności „tych lepszych” i
    zero stresu.
    Pamiętam, że bardzo lubiłam fitness i jogę, skakanie
    przez kozła – no,niektóre z zajęć. Teraz w domu mam orbitreka, ćwiczę z
    Mel B., chodzę na basen.
    Różnica między wspomnianą wyżej matematyką a
    wf-em jest taka, że kiedy nauczycielka rozdaje klasówki i ktoś dostanie
    słabą ocenę albo dostaje je notorycznie – nie ma wybuchu śmiechu całej
    klasy. Na wf-ie to norma.
    Za mało radości w szkole! I to nie dotyczy tylko wf.

  39. Julka napisał(a):

    Co za absurd. Zostało wspomniane, że każdy chce mieć dobre oceny z przedmiotów, a więc oceny z wfu tym bardziej są motywacyjne do zaangażowania na wfie. Wf w szkole był jednym z moich ulubionych przedmiotów, a wcale nie byłam najlepsza w każdej dyscyplinie. Wf uczy sprawności fizycznej w różnych dziedzinach, ale też pokory czy pokonywania własnych słabości, wszystko da się wycwiczyc, a jeśli ktoś nie ma wystarczająco dużo samozaparcia to nie musi ze wszystkiego mieć piątek. Kluczem jest tak naprawdę sposób prowadzenia wfu. Oczywiście jest narzucony program, ale można go zrealizować ciekawiej lub mniej ciekawie. Może po prostu trafiłam na dobrych wfistow na swojej edukacyjnej drodze (choć wątpię w tyle szczęścia) albo to kwestia wychowania tj. zdrowego podejścia do nauki i rywalizacji.

  40. Iza napisał(a):

    Problem jest nie w WF, nie w dzieciach, nie w systemie oceniania tylko w rodzicach. Jakos u mnie WF wyglądał standardowo i nikt zwolnień nie przynosił. Jakbym poprosiła tatę o takowe to szybko by mi sprawność fizyczna podrasował :) z tym, ze ja wolny czas spędzałam na podwórku, grając w klasy, gumę, państwa miasta, podchody itd a nie siedząc przed PC albo biegając z zajęć angielskiego na skrzypce itp. wiec specjalnej motywacji do uczęszczania na WF nie potrzebowałam bo sobie na nim radziłam.
    A idąc takim tokiem rozumowania to nie powinno byc tez plastyki i muzyki. Bo tez nie każdy ma talent do śpiewania albo do malowania i tego nie da sie wyuczyć.

    1. Dokładnie. Mam barwę głosu krasnoluda – kowala, słuch zerowy i musiałem śpiewać. Mam brak jakichkolwiek predyspozycji do malowania i rysowania, rysuję koszmarnie..i przeżyłem. A byłem dyskryminowany i szykanowany i nikt mi starań nie doceniał, tylko wlepiał 2.0.
      Życie. Szkoła to nie knajpa, gdzie wybierasz co leją.

    2. Muka napisał(a):

      Malowania i rysowania można nauczyć się na poziomie przynajmniej poprawnym bez większych zdolności, czego dowodem jest mój nauczyciel. W pół roku facet przygotowywał całkowicie zielonych ludzi do egzaminów na architekturę. I dostawali się :) A zarówno muzyka jak i plastyka nie polega tylko na talencie, chyba że znów mamy durnych nauczycieli. Mądrzy pedagodzy wymagają od dzieci starania, manualnego wysiłku i jakiegoś pomysłu a nie talentu w wykonaniu tego. Jedna z moich nauczycielek uczyła nas, że dobrze zrobiony rysunek lub obrazek przede wszystkim zagospodarowuje całą kartkę, a nie jeden jej brzeg, uczyła nas kompozycji. Inny uczył podstaw perspektywy, a to też nie wymaga wielkiego talentu. Poza tym wiele było zadań, które w ogóle nie opierały się na zdolnościach dziecka, miały je raczej rozwinąć i chodziło o staranność wykonania: wszelkie wydzieranki, bibułowe obrazki, kasztaniaki itp. Każde dziecko to potrafiło zrobić bez problemu i wszyscy mieli piątki/czwórki, chyba że komuś się nie chciało i nie zrobił nic.
      Z kolei na muzyce niekoniecznie liczy się talent do śpiewania. Podobno ze słuchem absolutnym rodzimy się wszyscy, ale część ludzi traci go w wyniku braku edukacji i kontaktu z muzyką we wczesnym dzieciństwie. Zajęcia z muzyki/rytmiki są po to, żeby kształcić choćby te resztki, które w człowieku zostają. W moim gimnazjum głównie liczyła się wiedza o muzyce (było to 14 lat temu, normalna państwowa szkoła o średnim poziomie). Omawialiśmy kolejno epoki w historii muzyki i uczyliśmy się o słynnych kompozytorach, a z tego była klasówka. Słuchaliśmy różnych utworów i próbowaliśmy je zilustrować. Nikt nie musiał śpiewać przed całą klasą.
      Wcześniej w podstawówce nawet u bardzo ostrej nauczycielki zaliczenie dostawało się choćby za to, że nauczyło się tekstu piosenki. A jak ktoś fałszował to fałszował, ale nie było na ten temat komentarza tylko ocena i już.
      Zresztą oceny na WF też mi nie przeszkadzały, a tylko zmuszanie do robienia czegoś, czego się bałam lub co mnie wycieńczało (tak, że zasypiałam na następnej lekcji) i poniżanie mi przez nauczyciela, rzucanie obelgami. Nie mógł po prostu powiedzieć: „ok, jak się boisz, to nie rób tego, za tę jedną rzecz będziesz mieć inną ocenę”? Nie, zawsze było zmuszanie za wszelką cenę, żeby to zrobić. Dopiero po poniżeniu, zwyzywaniu i wyśmianiu następowało wpisanie pały do dziennika.

      1. Iza napisał(a):

        no i dokładnie WF, Plastyka i Muzyka rządzą się tymi samymi prawami. Na plastyce dziecko musi prezntowac wszystkim swoj brzydki rysunek, na muzyce musi brzydko spiewac, na WFie musi niezdarnie stawać na rękach jednocześnie ucząc się na plastyce o barwach i perspektywie na muzyce o nutach a na WFie koordynacji i zasad różnych gier. Każdy rozgarnięty nauczyciel stawia 4/5 za minimalny wkład własny na kazdym z tych przedmiotów.
        Jednoczesnie każdy z tych przedmiotów może prowadzić nauczyciel sadysta. Rola rodziców w tym aby dziecko się nie dawało obrażać i nie rujnowało swojego poczucia wartości bo nie umie zrobić przewrotu, zaspiewac czysto kolędy czy idealnie przerysować martwiej natury…

        1. Muka napisał(a):

          Zgadzam się. Dodam tylko, że jakoś nigdy nie spotkałam sadysty-muzyka ani sadysty-plastyka. Za to notorycznie napotykałam znęcających się nad dziećmi wuefistów (stąd może ten jeden przedmiot wzbudza tyle złych wspomnień w tak wielu osobach?). Najzabawniejsze jest to, że większość z nich wymaga rzeczy, których nie uczą i nie tłumaczą. Bo wielu nauczycieli pokazuje raz czy dwa „o, tak się skacze przez kozła, a tak się staje na rękach” bez podania jakichkolwiek wskazówek, żeby dzieciak wiedział, jak się do tego zabrać. A potem się dziwią, że nie potrafisz i jeszcze cię wyśmieją. Moja „ulubiona” wuefistka była po prostu otyła i nie była w stanie zademonstrować nam żadnej z tych rzeczy. Ani zrobić skłonu :)To nie to samo, co na matmie czy chemii, gdzie ktoś ci mówi, jak działa wzór, na czym polega mnożenie, a dopiero później tego od ciebie wymaga.
          WF jest potrzebny. Niech dzieciaki ćwiczą po lekcjach, żeby się poprawić, pewnie. Tylko nich nauczyciel powie im, jak to zrobić. A co do „dawania się obrażać”: dziecko jest bezbronne wobec pedagoga, polega na nim i ufa. Jego głośno wypowiedziana opinia wpływa na relacje z innymi dziećmi. Przez wiele lat szanowałam nauczycieli i ich opinię. Dlatego tak to brałam do siebie, bo przecież dorośli wiedzą, co mówią. A skoro mówią o tobie „oferma”, to pewnie mają rację. No i dają tym samym prawo innym dzieciom do wyśmiewania cię. Rodzice nie mogli mi pomóc, bo się tym nie chwaliłam. Wiedzieli, że nie lubię WF-u, ale nie skarżyłam się, że kobieta mnie obraża, bo skąd miałam wiedzieć, że jej tego nie wolno? Dopiero w liceum przestałam uważać nauczycieli za autorytety i przejmować się ich zdaniem. Wcześniej oni kształtowali moje poczucie wartości. Niestety, tak to jest w relacji dorosły-dziecko.

  41. Joanna napisał(a):

    U mnie wf przebiegał w podobnej formie, którą opisałaś. W podstawówce i gimnazjum chciało się jeszcze ćwiczyć każdemu, bo lekcje były prowadzone w naprawdę fajny sposób, a jeśli się nie chciało ćwiczyć – wystarczyło być obecnym i przebranym w strój. Każda osoba, która sobie nie radziła i wolała wykonywać inne ćwiczenia albo robić to samo tylko że wolniej i/lub gorzej miała zawsze na koniec roku 5 bo najważniejsza była właśnie w przypadku wfu kultura osobista i obecność. W liceum jeśli ktoś nie miał ochoty grać w gry zespołowe mógł być gdzieś z boku i wykonywać jakieś ćwiczenia we własnym zakresie. Nauczyciele z którymi miałam do czynienia doskonale zdawali sobie z faktu, który opisałaś.

  42. O BORZE, pamiętam naszą panią WUŁEFISTKĘ z podstawówki. Ortalion i obowiązkowo szpilki (i nie prowadziła innych lekcji, dla jasności, tylko WF). Chłopaki trafili na pana po 50-tce z bęcem większym niż kobieta w 9 miesiącu ciąży.
    W gimnazjum oceniał nas pajac, który stawiał oceny i prowadził zajęcia zależnie od swojego humoru i kaprysu danego dnia.
    Nigdy nie widziałam tych nauczycieli uprawiających sport.

    W liceum mieliśmy genialnego kolesia – prowadzi też zajęcia pozalekcyjne, sam uprawia sport i bierze udział w konkursach. Zawsze na luzie, na tyle, na ile było to możliwe dawał nam wybór ‚tematu’ zajęć.

  43. Klaudia napisał(a):

    Nie cierpiałam w-fu, ale nie zgadzam się z Twoim postem. To znaczy… zgadzam się, ale w 50%. WF mógłby być oceniany, mógłby być obowiązkowy dla wszystkich, można byłoby uczyć siatkówki czy piłki nożnej, ale… na boga, nie po chamsku. Problemem nie jest, moim zdaniem, program, tylko głupi nauczyciele. I to tak naprawdę głupi. Przykład? W moim życiu od groma. W podstawówce na w-f chodziłam z płaczem, bo byłam pulchniutkim dzieckiem (nie grubym – w tej chwili mam prawie 180cm i zupełnie normalną sylwetkę), a nauczycielka cały czas „edukowała” w sprawie właściwej wagi. Chamskimi komentarzami. Efekt? Jako trzynastolatka weszłam w fazę poważnej anoreksji i przy prawie 160-kilku centymetrach wzrostu zaczęłam ważyć 37 kilo. Dodatkowo skolioza i inne takie przyjemności wynikające z utraty nie tylko tłuszczu, ale i mięśni… Jeszcze później – laseczka, która malowała paznokcie na zajęciach. I w końcu mistrzyni życia – panna, która na studiach „uczyła mnie” pływać. To było na drugim kierunku, wybrałam sobie opcjonalna „podstawową naukę pływania”, miałam bodaj 23 lata. Laska przez pół godziny publicznie strofowała mnie, że nie umiem pływać (?! noż! „podstawowa nauka pływania, sem. I”, tak?). Wykazując przy tym totalny brak jakiejkolwiek kultury (czy ktoś zauważył, że o ile wykładowcy mówią do studentów per „pan/i”, to wuefiści do czegoś takiego się nie kwapią?). Wyszłam i nie wróciłam. I jeszcze jedno… ile szkół ma „na wyposażeniu” prysznic? Dlaczego nawet na uniwersytecie nie ma możliwości opłukania się po skorzystaniu z siłowni? -.-

    1. Zależy na którym, chociaż…fakt.
      Na UŚ w ramach WFów w budynku Rektoratu jest basen, siłownia (właściwie to dwie), ze dwie – trzy duże sale i coś jeszcze. Jedne szatnie mają prysznice, inne wyglądają jak kurniki i strach się schylić, by nikt Ci nie wypłacił parola.

      1. Klaudia napisał(a):

        Na Warszawskim i na UKSW, niby w stolicy. Na obu po siłowni nie można wziąć prysznica. Czasami nawet rąk nie można umyć, bo nie ma wody. Okej, pływalnie mają prysznice, ale cóż z pryszniców, jak mają też chamów. I mają jeszcze kretyński system rejestracji. Żeby zarejestrować się na cokolwiek, najlepiej siedzieć na dwóch komputerach i uparcie klikać, gdyż jeśli rejestracja otwiera się o 18:00, to o 18:01 nie ma już żadnych miejsc. To chyba świadczy o tym, że miejsc jest za mało… Jeśli zaś się nie zdąży kliknąć, trzeba iść postać w kolejce, żeby chamskie kobiety z wielką łaską zarejestrowały na cokolwiek, po czym otrzymać równie chamskie komentarze od prowadzących wf, na których zajęciach się nie było, bo rejestracja „ręczna” jest po rozpoczęciu zajęć, nie np. tydzień przed. Absolutnie nie dziwię się osobom, które wolą przynieść w takiej sytuacji lewe zwolnienia. Zwłaszcza, jeśli po takich pożal się Boże zajęciach trzeba iść nie tylko na studia, ale i do pracy – spoconym od samego rana aż do późnego wieczora. To ja już wolę zapłacić za karnet na siłowni, gdzie instruktorzy są mili, a łazienki sprawne.

  44. An napisał(a):

    Popieram Twój tok myślenia Seg, chociaż przez pewien czas chyba nie powinien być wybór, tylko gramy w to, ponieważ nie można powiedzieć, że coś się (nie) lubi nie znając tego. Tylko dobrze, żeby nie wyglądało to tak, że przez pierwsze pół roku kopiemy piłkę, a drugie biegamy i tak przez trzy lata.
    Jak chodziłam do szkoły to tak było. Dodatkowo chłopcy, którzy chodzili na piłkę poza szkołą to kopali ją tak mocno, że panicznię bałam się wyjść na boisko. Nie pomogło to, że lubiłam grać w piłkę z tatą, który lekko nie strzelał, ale też nie z całej siły. W szkole się bałam. W biegach byłam słaba i tyle. Bieganie przed sprawdzianem nie pomagało i tak byłam najsłabsza. Na szczęście gdzieś pojawiło się pływanie, którego początkowo też nie lubiłam, bo oceny. Jak dostałam zwolnienie częściowe, bez oceniania nagle zaczął sprawiać mi przyjemność, bo idąc na basennie myślałam o tym, że znowu dostanę złą ocenę, tylko o tym, że znowu popływam i nauczę się czegoś nowego.
    Ocenom z wuefu za sprawność mówię nie. Za staranie mówię tak.

  45. qulqa napisał(a):

    Czyżby, Seg? To poprośmy jeszcze o zwolnienie z matematyki wybitnych humanistów, bo przecież te cholerne całki zaniżą średnią ze szkoły. A tych z klasy informatycznej zwolnijmy z historii, geografii, przyrody – po co im to? Polski zostawmy, ale na poziomie zupełnie podstawowym.

    A tak na serio.
    Z wf nie powinno być w ogóle zwolnień.

    Nie jest tak, że przez cały rok na wf są tylko skoki przez kozła, których nienawidzę. Raz są skoki przez kozła, innym razem siatkówka (którą kocham i wkładam w nią mnóstwo pasji). Zawsze znajdzie się zatem coś, co podniesie moją średnią cząstkową ocenę – a tym samym ocenę na koniec semestru/roku. BTW – po co wam teraz średnia, skoro i tak na studia idzie się na podstawie punktów z matury? A do liceum – jeśli z innych przedmiotów masz piątki i szóstki, to naprawdę jedna trója z wf nie zaważy na przyjęciu.

    Masz miesiączkę? W epoce tampaxów i alwaysów nie jest to problemem, to już nie epoka waty czy ligniny z czasów mojej szkoły. Zgłaszasz nauczycielowi i ćwiczysz trochę lżej. Jesteś inwalidą na wózku? A dlaczego masz nie ćwiczyć mięśni rąk ? Masz niedoczynność tarczycy ? Ruch jest tu zbawienny, pozwoli zrzucić trochę nadwagi (częste przy tym schorzeniu). Itp, itd. Nie podobają ci się gry zespołowe? No i widzisz, przywara Polaków – nie jesteśmy uczeni wspóldziałania w grupie (co jest standardem na zachodzie), każdy z nas uważa się za wspaniałego indywidualistę. I jedyne prawdziwe zajęcia, gdzie w grupie trzeba współpracować, zostałyby przez ciebie wyeliminowane.

    Kończyłam szkoły bardzo dawno i w tamtych czasach NIKT (powtarzam jeszcze raz – NIKT) w mojej klasie (i w podstawówce, i w ogólniaku) nie miał zwolnienia z wf. A ćwiczenia były takie same – lekkoatletyka, kozioł, równoważnia, gry zespołowe itp. W jednym się było lepszy, w innym gorszym – normalna sprawa. A to pomagało odkryć, że nie we wszystkim jest się prymusem (przypadek koleżanki) albo nie we wszystkim jest się najgorszą w klasie (przypadek drugiej koleżanki). I wyrabiało charakter.

    A co robisz poza szkołą (twoje jeździectwo) – to już twoja sprawa. Im więcej ruchu, tym lepiej dla ciebie.

    Wnioskowałabym jedynie o to, żeby nie było możliwości wspólnych zajęć z chłopakami. W tym okresie wygląd jest sprawą newralgiczną :)

      1. U mnie w liceum i na studiach nie było czegoś takiego jak niećwiczenie, bo mam okres. Na studiach jeszcze pół biedy, można było nie iść i odrobić w lepszym czasie. Chociaż oczywiście w dniu zaliczenia basenu, obecność obowiązkowa, a pech musiał się do mnie przyczepić. Brzuch w zimnej wodzie bolał jak cholera, ale dałam radę. I się okazało, że wcale nie jestem taka słaba, jak myślałam ;) Mnie się w ogóle bardzo podoba system uczelniany, w którym zwolnienia tylko od lekarza, a na wf chodzisz kiedy chcesz, oczywiście w ramach wolnych miejsc i istnienia innych grup.
        Co do posta Seg – byłam zawsze tą obrażoną na wf i wuefistów uczennicą, która przybiegała na metę ostatnia, nie umiała skoczyć przez kozła i zwichnęła rękę tańcząc z szarfami. Nienawidziłam wfu z całego serca, moim marzeniem było całoroczne zwolnienie. Wiele rzeczy się w mojej głowie poprzestawiało, ale dopiero kiedy skończyłam swoją przygodę z obowiązkowym sportem. Mam genetycznie skrzywiony kręgosłup i widzę ile bólu i nieprzyjemności mi on dostarcza, kiedy usunę z życia ruch nawet raz w tygodniu. Zgadzam się z tym, że wf powinien sprawiać przyjemność i budować w dzieciakach świadomość, że sport jest potrzebny do życia tak samo jak jedzenie i woda, ale to niemożliwe w obecnej formie. Wybieranie ulubionej dyscypliny jest świetnym pomysłem, tylko od pewnego wieku, powiedzmy gimnazjum. Jakieś rozeznanie w dyscyplinach trzeba mieć, żeby wiedzieć co wybrać. Ocenianie powinno zniknąć. Mogłoby się pojawić za to zwykłe „zaliczenie”, a jeśli nie, to należałoby zmienić mentalność nauczycieli. Powinni mądrze planować zajęcia, bo sytuacja, w której po dwóch tygodniach ciągłego grania w siatkę ma się nagle zaliczenie z gimnastyki jest chora. Powinni też pokazywać jak ćwiczyć i co ćwiczyć sobie przez tydzień czy dwa w domu, żeby móc stanąć na rękach – na takiej samej zasadzie jak w przypadku sprawdzianu z matematyki czy angielskiego. A w liceum, kiedy prawie żadnej dziewczynie się nic nie chce, można by pokazywać różne formy sportu – taniec, zumba, pilates, ćwiczenia na piłkach, badminton, tenis stołowy, lacrosse, może jakieś sztuki walki albo samoobronę, biegi na orientację po mieście – do większości nie potrzeba sprzętu, wystarczą chęci i otwartość nauczyciela. Mam nadzieję, że ktoś z tym wreszcie coś zrobi. Bo zwykle uświadomienie sobie w wieku 20 kilku lat, że sport jest ważny to za późno.

  46. morgh napisał(a):

    Może mi ktoś wytłumaczyć czemu narzekania na wf są domeną kobiet i mężczyzn, którzy całe życie przejechali na zwolnieniach lekarskich?
    Nigdy sam nie byłem atletą ani sportowcem z wielkiego zdarzenia, chudy i wysoki – tak w skrócie (jakoś przytyć do tej pory nie było mi dane poimimo wielu prób).
    Jednak nie mogę sie zgodzić z treścią tego wpisu. Program jest taki na jaki warunki pozwalają. Dzieci w podstawówce są za małe by decydować co będą ćwiczyć. Muszą poznać wszystkie dyscypliny.
    Problemem jest wydawanie lewych zwolnień, bo gdy widziałem licealistow którzy nawet piłki odbić/kopnąć nie potrafili to mnie krew zalewała.
    WF ma tworzyć ducha i motywować do pracy nad sobą, a nie stwarzać mentalność „skoro jestem gruby to nic na to nie poradzę – mam grube kości”

    1. Meg napisał(a):

      Nigdy w życiu nie miałam zwolnienia z wuefu i żałuję. Nigdy nie trafiłam na dobrego wuefistę, i to nawet nie to, że byłam słaba w wielu rzeczach, więc miałam niższą ocenę, tylko o te lata poniewierania psychicznego przez rówieśników i nauczycieli. Jedyną grą jaka została mi wytłumaczona przez 12 lat wuefów był piłka ręczna, jakoś wszscy uważali, że zasady wszytskiego innego są oczywiste. I ten ciężki szok, który pojawiał się każdorazowo, kiedy robiłam coś najlepiej (aerobik, brzuszki, rzeczy wymagające opierania się na rękach). Zero motywacji, zmuszanie do rzeczy, które mnie przerażały ( skakanie z wysokości 1,5 piętra na specjalny materac, skakanie do wody na basenie olimpijskim, wrzucanie do wody z brzegu – dobrze ze prawie się utopiłam, to miałam spokój z basenowym kapo).

      Mówisz „dzieci muszą poznać wszytskie dyscypliny” – piękne założenie, tylko że ono nie działa.

      Tworzenie ducha i motywacja? Kolejna piękna historia idealisty. Ciężko mieć motywacje, jak ktoś nie daje ci szansy, i ogolnie skresla jako osobę drugiego gatunku.

  47. nesteart napisał(a):

    Jest jeszcze jeden aspekt… 45 minut lekcji wfu trzy razy w tygodniu, koniecznie zawsze na pierwszej godzinie lekcyjnej, przećwiczonej na dworze w deszczu, lub jeżeli jest skrajnie zimno, to na brudnym korytarzu, bo szkoła ma aż dwie sale do wfu na prawie 900 uczniów… I jeden prysznic :D A gdyby tak połączyć te 3×45 minut i zrobić np dwie pełne zegarowe godziny wfu ciągiem, najlepiej (w piątek) na ostatnich lekcjach, skoro szoła nie ma prysznicy… Od razu patrzłoby się na to inaczej.. Można byłoby pójść na basen, zrobić maraton zumby itd… U chłopaków jakiś mecz piłki nożnej (pełnowymiarowy)… No ale nie, bo lepiej ćwiczyć od godz 7:40 na brudnym korytarzu i przeganiać innych uczniow z korytarza „bo teraz tu jest lekcja, spadaj, nie przeszkadzaj…”

  48. Klaudia napisał(a):

    Ja nie chodziłam na WF, bo pociłam się jak dzika świnia i nie mogłam spokojnie się wykąpać po skończonych zajęciach. Przerwa 15 minutowa nie starczyłaby dla ponad 20 dziewczyn. Tym bardziej, że człowiek chciałby umyć przepocone włosy. Takiej możliwości nie miałam. Za to po szkole wieczorami chodziłam biegać. Dla dobrej sylwetki, na poprawę humoru, dla samej siebie. Różnica była taka, że mogłam wskoczyć pod prysznic po skończonym treningu.

  49. aelis napisał(a):

    Jak większość komentujących tutaj nienawidziłam wf-u. Szczególnie gier zespołowych, z których byłam ostatnią sierotą, oczywiście byłam wybierana na końcu, a ta drużyna której się trafiłam miała do mnie pretensje przez całą grę. Mimo to do głowy mi nie przyszło, żeby mieć zwolnienie z wf-u, to było poniżej mojej godności. Chodziłam na zajęcia i po każdym wf-ie cieszyłam się, że przetrwałam kolejną lekcję, a jak mi coś wyszło, to byłam z siebie dumna, tym bardziej, że wszyscy to zauważali i pochwalili. Była więc sprawiedliwość, bo wiadomo, że nikt się nie będzie nade mną litował jak mi nie wyjdzie, ale też drużyna umiała docenić, że udało mi się w jakimś stopniu dołożyć do zwycięstwa. Co nie zmienia faktu, że nie przykładałam się jakoś bardzo do wf-u, ale nie tłumaczę sobie tego jakąś „traumą”, czy innymi bzdurami, tylko tym, że mi się po prostu nie chciało.

  50. Muka napisał(a):

    Segritta, nie powiedziałaś niczego nowego. Wydaje mi się, że wszyscy to wiedzą… prócz samych wuefistów. A nawet, jak wiedzą, to niewiele robią, żeby zmienić sytuację i tłumaczą się programem. Nie wierzę, że nie są w stanie tego obejść, choćby w ten sposób, by wstawiać oceny za samo wykonanie i zaangażowanie w ćwiczenia, nie końcowy efekt. Bo przecież ten efekt nie wpłynie na karierę zawodową dziecka. A wyniki z matmy już tak. Najgorsze jednak jest to, jakimi osobami często są wuefiści. Zmieniałam szkołę kilka razy i miałam wielu nauczycieli. Tylko jeden z nich powinien wykonywać ten zawód. Dlatego może trochę opowiem, bo widzę, że ci, którym wyniki na WF-ie przychodziły łatwo, nie pamiętają, jak się w naszych szkoła traktuje tych, którzy są trochę mniej sprawni fizycznie.

    Nigdy nie miałam zwolnienia, chociaż czasem przydałoby mi się. Byłam najsłabsza w klasie, sporo drobniejsza od innych dzieci i mimo wielu wysiłków, zawsze byłam ostatnia w bieganiu, podnoszeniu, rzucaniu itp. A uderzenie piłką, które wszyscy znosili bez problemu, u mnie kończyło się ciężką kontuzją. Toteż nie lubiłam gier zespołowych, z których wychodziłam posiniaczona (kiedyś ktoś kopnął piłkę do koszykówki, która, po przeleceniu całej sali, rąbnęła mnie w głowę. Nauczycielka nawet nie zerknęła w moją stronę).
    Chyba jednak pierwszy raz zraziłam się do zajęć, kiedy w drugiej klasie wszyscy poszliśmy na basen. Mama chciała, żebym nauczyła się pływać, bo trzy lata wcześniej o mały włos nie utonęłam i od tej pory bałam się wejść do jeziora dalej niż po pas. Niestety nauczyciel zawiódł mnie srodze. Pierwszą rzeczą, jaką mieliśmy zrobić było wskoczenie z brzegu basenu do wody w miejscu, gdzie nie było gruntu pod nogami. Każdy, kto bał się to zrobić sam, został po prostu zepchnięty z brzegu basenu. W tym ja. To były moje ostatnie zajęcia na basenie, rzecz jasna.
    Kolejny koszmar przechodziłam w następnych latach szkoły, ilekroć były ćwiczenia ze stania na rękach. Po prostu nie byłam w stanie tego zrobić, bałam się, że złamię kark, a w dodatku ręce miałam strasznie słabe i nawet nie mogłam się na nich utrzymać. I może wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nauczycielka uwielbiała piętnować moje niedołęstwo i wprost mnie wyśmiewać. Niejednokrotnie z tego powodu lekcję kończyłam u pielęgniarki – ze stresu miałam tak silne bóle brzucha, że musiałam faktycznie wziąć leki i leżeć.

    Jeszcze gorzej było, kiedy w szóstej klasie trafiłam do szkoły o profilu sportowym. Do dyspozycji miała kilka sal gimnastycznych, stadion i poligon wojskowy. O 7:30 miałam dwie godziny wuefu polegającego na bieganiu po poligonie, a kto przybiegał ostatni, robił dwadzieścia pompek. Miałam 144cm wzrostu i ważyłam ledwie 35 kilo. Rzecz jasna, zawsze byłam ostatnia. I próbowałam robić te pompki, ale po prostu padałam na ziemię. „Oferma” – słyszałam od wuefistki. Dalej jednak chodziłam na zajęcia i dzięki temu nie jestem dzisiaj kaleką. Ale sama się sobie dziwię, że nie płakałam na tych lekcjach, bo wiele razy miałam ochotę.

    Nagle szok: w gimnazjum pojawił się nauczyciel, który nas dosłownie oczarował. Uczył nas elementów aikido i judo („żebyście umiały się bronić!”), ale do niczego nie zmuszał. Za to potrafił sprawić, by dzieciak czuł, że ma wybór i jeszcze chciał pokonać te swoje ograniczenia. Pierwszy raz w ciągu całej edukacji ktoś wreszcie wytłumaczył nam zasady gier zespołowych, nim zaczął rozliczać z ich znajomości, po raz pierwszy też ktoś zwrócił uwagę brutalnym dziewczynom, które przy koszykówce potrafiły kopać i drapać paznokciami rywalki. Polubiłam nawet równoważnię, a któregoś dnia z asekuracją nauczyciela stanęłam wreszcie na rękach. Nie dla oceny, bo testu z tego nie było. Po prostu gość był tak fajny, że wstyd było nie próbować.

    Potem przyszło liceum i szara rzeczywistość. Bieganie na czas i dwutakt wydawało się jedyną formą aktywności fizycznej.

    Zwolnienia dorobiła się za to kiedyś moja siostra, która przez naszą nauczycielkę przepłakała większość lekcji: z powodu dawnego urazu stopy kiepsko biegała, więc była ciągana za uszy i wyzywana, co dawało koleżankom powód do nowych szyderstw z niej (bo i bez wuefu była klasowym kozłem ofiarnym). Powiem szczerze: większość nauczycieli WF to w moich oczach sadyści wyżywający się na dzieciach za własne niepowodzenia (może dlatego, że mogli zostać znanymi sportowcami, a uczą w szkole…? ;) ). Jakiś 1 procent ma może ku temu powołanie.

    A już szczytem wszystkiego są kobiety-wuefmenki, które uważają, że jeśli one nie mają bądź nie miały w młodości bólów menstruacyjnych, to przecież inne kobiety NIE MOGĄ ich mieć :)

    Dlatego, jeśli moje dziecko nie będzie chciało chodzić na WF z powodu nękania, to nie będzie. Ale zapiszę je na inne zajęcia sportowe, gdzie nikt nie będzie go obrażał.

  51. Magda Motrenko napisał(a):

    Ja mam zupełnie inne doświadczenia z wfem. Też lubiłam mieć zwolnienie, ale to było związane z tym, że nie znoszę zimna, a przy przebieraniu się i w tych wszystkich salach sportowych po prostu zawsze piździ. Brr… Natomiast oceny końcowe były wystawiane zgodnie z zaangażowaniem, a nie wynikami. Bardzo duże znaczenie miała frekwencja i zapał do ćwiczeń. Oceny cząstkowe były powiązane z różnymi umiejętnościami, ale przed sprawdzianem zawsze było tak dużo ćwiczeń, że jeśli ktoś się naprawdę przyłożył, to raczej miał szansę zawsze dostać piątkę. Poza tym sprawdziany były z różnych rzeczy i jak już naprawdę nie było się w stanie przerzucić piłki nad siatką w siatkówce (pozdrawiam!), to można było nadrobić dwutaktem i brzuszkami. Ja nie potrafię tańczyć i w ogóle aerobik to też dla mnie porażka. Ale był też sprawdzian ze znajomości nazw poszczególnych ‚figur’ aerobikowych i jak się przyłożyłam, to je w końcu zapamiętałam. Przynajmniej do sprawdzianu, bo z pamięcią do nazw to u mnie też średnio. Zimą było lodowisko, to znowu była okazja, by pokazać, że jednak coś się potrafi, a na koniec taneczny występ przed całą szkołą. Dwa lata z rzędu się szukałam wymówek. W trzeciej klasie zależało mi na ocenie, więc się przełamałam. Dalej nie umiem tańczyć, dalej tego nie lubię. Ale pani oceniła moje starania, a nie umiejętności, bo za takie koślawe wygibasy raczej bym nie zdała do następnej klasy ;)

    Z akapitem o ocenach nie mogę się zgodzić jeszcze z jednego powodu. Mówisz o predyspozycjach uczniów. Ale w przypadku innych przedmiotów jest przecież tak samo. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, jak w przypadku budowy ciała, ale też jedni łatwo przyswajają sobie matematykę, a inni nie. Jedni szybko uczą się języków obcych, a inni nigdy nie będą w stanie przyswoić sobie odpowiedniego akcentu. Tak już jest! I to też jest niesprawiedliwe, że ktoś się stara i stara, uczy i uczy, a i tak sprawdzian z matmy pisze na niższą ocenę niż kolega z ławki, który nie uważa na lekcjach tylko rozwiązuje sudoku. I jest to nawet bardziej niesprawiedliwe niż na wfie, gdzie jednak są również brane pod uwagę postępy indywidualne oraz zaangażowanie w przedmiot.

    I jeszcze na koniec ostatnie ALE :)
    Na AWF faktycznie idzie mniejszość. Ale na medycynę też mniejszość. Na politechnikę też. Czy w związku z tym powinniśmy zrezygnować z programów nauczania i ocen w przypadku biologii, chemii i fizyki? No i w końcu tych przedmiotów uczniowie też często nie lubią i gdyby się dało, większość by się z nich zwolniła :)

  52. Marcin Wietlicki napisał(a):

    A ja sądzę że to rodzice siedzą na kanapie cały dzień i oglądają telewizor ;) Nie każdego malca się wychowuje z nakłanianiem do ruszania się. Ja zawsze lubiłem wf, bo można się było trochę wybiegać, a reszta chłopaków patrzyła jak na idiotę co najmniej. Zależy od dzieciaka.

  53. ewq napisał(a):

    Bardzo świetna notka! Ja bym jeszcze dodała umieszczenie tej jednej godziny wfu w dziennym grafiku. W liceum gdzie dojezdzalam codziennie po 1.5 godziny w jedna strone na drugiej godzinie lekcyjnej robili wf.. No wiec idziesz do szatni, przebierasz sie w stroj, spocisz jak swinia i masz 5 minut zeby z powrotem przebrac sie w normalny ciuch i na nastepna lekcje.. Ogranizm się nie uspokoil i pocisz sie jeszcze nastepne pol godziny. Jest 10:30, przed tobą jeszcze 5 lekcji i dojazd do domu. No ja dziekuje, ważniejsza jest dla mnie higena osobista, czego w przypadku np robieniu zajec na korytarzu i zaliczanie brzuszkow na czas, nie może być mowy. Ja chodzilam ale jakbym miała cofnąć czas to załatwiłabym sobie zwolnienie. Aha, sport lubię. ale nie jeżeli ktoś mi go wybiera i tym bardziej mówi kiedy mam go uprawiać

  54. Widzę, że tam na dole niektórzy się cisną, że rezygnacja z WF zabija ducha walki. Przecież szkoła to nie wojsko. Na takiej zasadzie to należałoby jeszcze wprowadzić kary fizyczne, bo to jeszcze bardziej zahartuje dzieciaki, prawdziwa szkoła życia, a tych co nie potrafią odbić piłki powinno się bombardować piłkami, aż się nie nauczą albo ich pogotowie nie zabierze. A tym, którym się jeszcze coś nie podoba – sprzedawać plaskacze i wydalać ze szkoły z powrotem do przedszkola. Jeden mój znajomy przez takie podejście już nigdy do końca ręki nie wyprostuje a groził mu paraliż tej ręki – bo mu idiota wuefista sierżant kazał ze złamaną ręką robić pompki.

    Też mam traumę po wf-ie, nieźle podkopał moje poczucie własnej wartości i co prawda nie zniechęcił mnie do ruchu, ale żałuję, że straciłam tyle czasu na jakieś uganianie się za piłką zamiast rozwijania się w kierunku, który by mi odpowiadał. No, ale w naszej edukacji jest wiele rzeczy do wymiany, których się nie da zmienić choćby dlatego, że ktoś się uprze, że po staremu było dobrze, że z niego to zrobiło człowieka, a że nasze społeczeństwo choruje i jest pełne nieszczęśliwych ludzi wątpiących w siebie, to z pewnością nie ma związku, nie.

  55. Tomasz Szwed napisał(a):

    może z matematyki też nie powinno być ocen? Albo z biologii lub chemii? Bo przecież uzdolniony humanistycznie Marek jest kompletną nogą z przedmiotów ścisłych, więc jak dostaje 2 to się źle czuje i go to demotywuje… Przecież to taki idiotyzm, że głowa mała… Z tego co pamiętam to na WF w podstawówce, czy liceum nikt nie stawiał jakiś wygórowanych wymagań, a jedynie minimum sprawności fizycznej (typu odbić piłkę ileś tam razy, albo przebiec 800 metrów w jakimś rozsądnym czasie). Jedni mieli 4, inni 5, a jeszcze inni 3, ale nie było nikogo, kto czuł się jakoś wyobcowany z tego powodu. To dokładnie tak jak z jakiegokolwiek przedmiotu. A przez to, że rodzice dają masowo zwolnienia z WF to później rosną kaleki, które nie potrafią biegać i wszystko je boli… Dramat…

    1. Danke napisał(a):

      Radzę trochę pomyśleć zanim coś napiszesz. Trzeba najpierw znaleźć przyczynę, dlaczego aż tyle uczniów stara się o zwolnienie z lekcji WF? Ja tych lekcji nienawidzę i robię wszystko, żeby w nich nie uczestniczyć, co nie znaczy, że nie lubię sportu. Wręcz przeciwnie, uprawianie sportu sprawia mi przyjemność, i jest mi przykro, że lekcje WF potrafią tak zniszczyć jego piękno. Kiedy jedyną rzeczą, która na tych lekcjach się liczy, są tabelki, to ciężko czerpać jakąkolwiek radość? Życie to nie matematyka, do cholery jasnej, i tabelki nie mają w ogóle sensu, bo każdy jest inny i nie można narzucić jakiś norm, że jak np. mam 16 lat, to powinnam skoczyć tyle i tyle, bo akurat skoki zależą choćby od długości nóg, a jak ktoś ma krótkie nogi, to co? Nauczyciele powinni więcej uwagi zwracać na to, że ktoś się stara w ogóle, próbuje… Drugą kwestią jest brak zaangażowania ze strony nauczycieli. „Macie tu piłkę i pograjcie sobie”, no to błagam, jak ma mnie to zachęcić do aktywnego uczestniczenia? Jak ma mnie to motywować?! Trzecią sprawą jest brak zdecydowanej reakcji na agresję rówieśników. U mnie tak było w każdym razie, że byli uczniowie z klasy wyzywani, wyśmiewani, a nauczyciel miał to gdzieś, czyli po cichu przyzwalał na takie zachowanie, i jak taka wyśmiewana osoba ma się czuć? No, chyba lepiej jest załatwić sobie to zwolnienie i mieć jakikolwiek psychiczny komfort niż tak cierpieć. Więc moim zdaniem ta akcja nie ma sensu, bo trzeba najpierw zmienić nauczanie wf w szkołach, to nikt po zwolnienia nie będzie chodził. Dziękuję za uwagę. Peace.

  56. Aleksandra napisał(a):

    Trafiłaś w sedno. Ja w szkole miałam 2 z WFu, mimo że poza szkołą jeździłam konno, pływałam, jeździłam na rowerze. Obecnie też uprawiam dużo sportu – joga,pływanie, ćwiczę tez sama w domu. Ze szkoły pamiętam gry zespołowe, których nie znosiłam, których zasad nikt nam nigdy nie wyjaśnił, była tylko rzucona piłka i grajcie. Cześć dziewczyn robiła się agresywna i szturchała resztę, ciągnęła za włosy i drapała. Nienawidziłam tego, do tej pory mam uraz do gier zespolowych i piłek. Nienawidziłam też biegania na czas po ósemce, na której niskie dziewczyny zawsze były szybsze. Ani brzuszków na czas, bo nie liczyło się prawidłowe ich wykonanie tylko ilość. W LO uciekłam po 2 klasie na gimnastykę kodekcyjną, żeby się trochę ruszać i mieć 5 za obecność. Na studiach odkryłam jogę i całe szczęście, bo od tego czasu przestałam mieć uraz do sportu.

  57. A ja nienawidziłam WFu w szkole. Po pierwsze, wf w środku zajęć, jest porażką. Po skończonej lekcji było 5min na przebranie się (czyli nie można było wziąć nawet prysznicu – zresztą lepiej było go nie brać, bo był w okropnym stanie i bez zasłony!) i znów wracanie do ławek, siedzenie w tych klejących się do ciała ubraniach z jeszcze czerwoną twarzą od wysiłku. Do dziś wspominam to z obrzydzeniem. Po drugie piłka i łączenie zajęć z chłopcami. Ponieważ w klasie było ich więcej, głównie graliśmy w piłkę nożna. Ponieważ zajęcia były łączone w drużynie znajdowali się chłopcy i klika dziewczynek. I trzecie ponieważ, tak naprawdę chłopcy grali tylko między sobą i non stop narzekali że im przeszkadzamy. I jak tu pokochać piłkę nożną? Po trzecie siłownia – mieliśmy w szkole małą siłownię z której korzystaliśmy 2 razy w semestrze. Bez sensu. 100 razy bardziej wolałabym, gdy by rodzice jednak zgodzili się na to moje „załatwiane” zwolnienie z WFu (niestety się nie zgodzili ;/) i zapisali mnie na zwykłą siłownię, bo do dziś lubię tam spędzać czas i ćwiczyć indywidualnie :)

  58. memoiresale napisał(a):

    Pół liceum przeleciałam na lewym zwolnieniu. Moja była szkoła mieści się w starej kamienicy, zupełnie nieprzystosowanej do zajęć wuefu. Owszem, była tam jakaś salka gimnastyczna, w której ćwiczyło się średnio raz na semestr, bo taki był przydział na jedną klasę. Reszta odbywała się na korytarzach, więc możecie sobie wyobrazić, jak to mniej więcej wyglądało. Rzucę tylko jedno hasło – bieganie po schodach na czas. Skończyło się skręceniem nogi.

    Ach, za to w podstawówce również nie miałam szcześcia do odpowiednich sal. Żeby było wygodniej, wf był łączony z inną, rówieśniczą klasą. Tak więc trzydzieści osób w jednej miejscu biega podczas rozgrzewki tzw. przeplatanką, od ściany do ściany. Skończyło się wstrząśnieniem mózgu i nie, naprawdę nie jestem upośledzona ruchowo. Po prostu nikt o to nie dbał.

  59. Łukasz Karolewski napisał(a):

    WF w szkole to często tzw. zajęcia na macie – macie piłkę i grajcie, ja sobie popiję kawę / herbaę / whatever w kanciapce :P Tymczasem uczniom, którzy większość czasu spędzają w ławkach, przydałaby się solidna gimnastyka rozluźniająca pod okiem doświadczonego trenera. A skoro już się upieramy na sporty zespołowe, to niech one będą naprawdę ZESPOŁOWE – uczenie działań drużynowych + wykład taktyki piłkarskiej, a nie popisy indywidualnych podwórkowych sztuczek któregoś Seby czy Matiego, zwykle w dodatku kosztem mniej „ogarniętych” piłkarsko uczniów. Dorwie taki „osiedlowy Ronaldo” piłkę na boisku i sam przeprowadzi od jednej bramki do drugiej, tratując po drodze wszystkich, z własną drużyną na czele -bo taki z niego gieroj ;) nie o to w sporcie, zwł. zespołowym chodzi. Dodam też, że tego typu rozgrywki ogniskują i rozjątrzają tlące się w klasach konflikty ;)

  60. Olga napisał(a):

    Świetny tekst. Sama miałam takie przemyślenia o lekcjach WF-u. Nie znosiłam tych zajęć do końca gimnazjum, bo raz, że były oceniane na zaliczenie, a dwa – w wielu przypadkach ludzie z tej samej klasy podchodzili do zajęć jak do zawodów na śmierć i życie. Przepuść piłkę w grze w siatce i natychmiast cała drużyna rzuca się z mordą, że co ty robisz, ruszaj się, nie widzisz, że leci?
    Ta druga rzecz się trochę poprawiła w liceum, bo chodziłam do klasy z ludźmi, którzy mieli inne ambicje, niż bycie mistrzem sportu w szkole. Co do samego prowadzenia zajęć, niewiele się zmieniło, ale chyba był mniejszy nacisk na wyniki.

    Teraz mam WF na studiach (ale przez jakiś czas WF-u nie miałam) i jak się cieszyłam na te zajęcia, bo nauka pływania, a ja pływać nie umiem… Tak teraz pierwsza myśl, gdy wstaję rano, to „jak mi się nie chce, a ten facet znowu będzie się popisywał”. Ten facet to wuefista, który błędy wytyka przez ośmieszanie i kiedy może, rzuca suchymi dowcipami. Mam po dziurki w nosie WF-u.

  61. kran lamparton napisał(a):

    U mnie na wychowaniu fizycznym przy okazji próbowania tych wszystkich dyscyplin uczymy się anatomii ciała, jak ćwiczyć na konkretne mięśnie, jak zdrowo się odżywiać (nie suche „jedz warzywka i owocki”, ale jak dostarczyć organizmowi wszystkich dostępnych składników). Oceny też dostaje się u mnie nie za umiejętności (no, przesadzam – za umiejętności jest 6), ale za starania.

    Przez taki tryb pracy nauczyciela wytworzyła się całkiem miła atmosfera. Lubię WF.

  62. Podpisuję się pod tym wszystkim. Ja swój strach przed wf przełamałam dopiero na studiach: kiedy po pierwsze żadnego zwolnienia się załatwić nie dało i musiałam zaliczyć 2 semestry. A po drugie (i ważniejsze) mogłam wybrać dyscyplinę i oceniana była tylko obecność i zaangażowanie, nie osiągnięcia.
    A wcześniej? W podstawówce wfista powiedział moim rodzicom przy mnie, że ze mnie nic nie będzie i żeby lepiej mnie zwolnili… Teraz może się to wydawać błahe, ale dla wyjatkowo wrażliwego i borykającego się z zaniżoną samooceną dziecka to był cios.

  63. Wredny Rudzielec napisał(a):

    Chodzę do technikum, niestety trafiłam na bardzo wymagającą nauczycielkę która nie uznaje żadnych niedyspozycji jeżeli nie ma się zwolnienia lekarskiego. W mojej klasie jest 27 chłopaków i 2 dziewczyny (licząc ze mną), tak mam WF z chłopakami ;) Często od niej słyszałam, że mogłabym się do szkolnej drużyny koszykówki zapisać, bo… jestem wysoka. Nic poza tym, nie lubię tej gry (nie potrafię przestrzegać zasad), wypadam raczej słabo na tle innych. Inna lekcja, krótki wstęp do startu niskiego, startujemy po 4 osoby i przebiegamy połowę długości boiska. Nauczycielka cały czas powtarza, że chodzi tu o poprawny start i nie mamy się ścigać. Po zaprezentowaniu z jakiej pozycji startować rzuca jeszcze „najszybsi dostaną oceny”. Nosz kurfa nie zamierzam się ścigać z chłopakami (pomimo, że mam całkiem niezłe wyniki jak na dziewczynę). Cały dystans przebiegłam powolnym truchtem.
    [Nauczycielka]: Co tak wolno, coś ci się stało?
    [Ja]: Mówiła pani, że to nie wyścigi.

    Teoretycznie mogłabym załatwić sobie zwolnienie z WF-u ale…

    Ćwiczę karate. Regularnie. Start w zawodach jest możliwy tylko jeśli mam zaświadczenie od lekarza sportowego, że nie mam żadnych przeciwwskazań do uprawiania sportu. Uwielbiam ten sport, uwielbiam klubową wersję koszykówki, gdzie faule nie istnieją „bo to karate a nie balet” jak mawia mój trener.

    I na koniec jeszcze taki smaczek, średnią ocen z WF-u miałam trochę powyżej 5. Nie dostałam 6 na koniec roku bo…
    [N]: Nie chodzisz na żadne zajęcia pozalekcyjne
    [J]: Ćwiczę karate
    [N]: To się nie liczy, muszą być to zajęcia organizowane w szkole. Mówiłam, że mogłabyś się na koszykówkę zapisać.

    Nie dziwię się, że dzieci nie chcą na WF chodzić.

  64. Ertix Poke napisał(a):

    Czy naprawdę wypowiadają się tu tylko kobiety?
    Sam nie cierpię wuefu, sportu i wszystkiego co z tym związane. Mam uraz do tego przedmiotu już od najmłodszych lat, i nic nie zapowiada się na to by się to miało zmienić. A powody? Większość już z Was je opisała (szkoda tylko, że większość to kobiety, no ale trudno ;)).

    1. Świetlik napisał(a):

      A co to ma do rzeczy, że kobiety się wypowiadają? Autorka jest kobietą, porusza mnóstwo tematów kobiecych, więc nie dziwi, że ma więcej czytelniczek niż czytelników :)

  65. Kacper napisał(a):

    W pełni się zgadzam z powyższym tekstem :)
    Od siebie dodam tylko, że istnieje również faworyzacja uczniów, kto dobrze potrafi grać i lubi daną dyscyplinę to jest pupilkiem nauczyciela i uzbiera się taka grupa np. 4 chłopców i zdanie reszty już nie jest ważne. Dla nauczyciela liczy się tylko co chce ta grupka i w czym oni są dobrzy.

  66. U mnie w gimnazjum na myśl o wf robiło mi się niedobrze. Dla porównania w technikum uwielbiam wf. W gimnazjum było tylko, róbcie co chcecie, ale mimo wszystko coś tam miałyśmy narzucone. Do dziś pamiętam, jak niedorzecznie podchodziła pani do testów sprawnościowych – nie dałeś rady przebiec 1 km? to zaczniesz jeszcze raz i tak długo aż ci się nie uda. A teraz? W technikum wciąż są oceny, ale zacznijmy od tego, że poniżej 3 pani nie stawia. Uczy nas, pozwala polubić różne dyscypliny. I nawet jak z testów sprawnościowych ktoś miał same 3 to na koniec moze miec 6 – wystarczy, ze angazuje się i ćwiczy :)

  67. Nie do końca zgadzam się z podejściem, że należy zaliczać WF za obecność, bo są uczniowie mocno niesubordynowani, którzy na zajęcia chodzić będą, ale z równie wielką radością będa podkopywać wszystko, co mówi nauczyciel i w efekcie „rozwalać” zajęcia. Taka osoba ma mieć taką samą 5 jak ktoś, kto się przykłada, ale nie jest mistrzem sportu? Dla mnie WF był odpoczynkiem od ślęczenia w ławce, od recytowania regułek, liczenia pierwiastków. Był tak na prawdę momentem relaksu, ale może też dlatego, że miałam dobrych nauczycieli WF-u. To przedmiot, który ma rozładowywać pokłady energii wiercących się w ławkach uczniów. Może faktycznie nie powinien liczyć się do średniej, bo oczywistym jest, że nie każdy musi być w nim mistrzem tak jak nie każdy musi być mistrzem z matematyki i historii. A przecież ktoś może tych przedmiotów, które – być może nie bez racji – określasz jako bardziej przydatne nie znosić, czy należy wtedy też podejść do tego tak liberalnie? To chyba niepotrzebne i w gruncie rzeczy szkodliwe wartościowanie, że WF jest zbędny i powinien być zaliczany za obecność, a matematyka już za umiejetności. A również w obrębie przedmiotów tego typu są ludzie, którzy wolą i lepiej sobie radzą z geometrią niż z funkcjami, a to jeszcze nie decyduje, że należy rozmiękczać system oceniania.

    Powiedziałabym raczej, że nauczyciele WF mają kompleks nie wobec innych nauczycieli, ale wobec swoich kolegów po AWF-ie, którzy robią kariery sportowe, albo pracują za lepszą kasę jako instruktorzy i trenerzy, a nie jako nauczyciele w szkołach podstawowych/gimnazjach/liceach. Choć na pewno takie przypadki jakie opisujesz się zdarzają.

    Moim zdaniem głównym zadaniem lekcji WF jest nauczenie dzieci pracy zespołowej. Tak. Nie tylko praca w grupach na polskim i lepienie na plastyce tego uczy. WF powinien też uczyć postawy fair play. Wbrew wszystkiemu sport ma głębokie podłoże duchowe i etyczne – nie od parady był istotną częścią życia ludzi już u zarania kultury zachodniej.

    Tak, problem tkwi w nauczycielach, którzy jeśli sami nie wartościują uczniów pod względem sprawności fizycznej, to nie ukrucają takiego zachowania ze strony innych dzieci. Zresztą dzieci często potrafią być wyjątkowo wredne również dla samych WF-istów (mój wujek ostatnio został nauczycielem WF-u, to sobie posłuchałam), bo uważają, że pan Jacek czy inna pani Irenkaa to takie popłuczyny po prawdziwych nauczycielach i co oni wiedzą, tylko machają nogami i pewnie byli za głupi, żeby zostać jakimś prawdziwym nauczycielem…

    Nad systemem oceniania też warto by było się zastanowić. Uzus utrzymuje skalę ocenową, która nie zawsze jest wymierna, ale pewnie się trzyma ze względów porządkowych – dane się potem łatwiej zlicza.

    Zostaje też kwestia zaplecza sportowego szkół. Miałam to szczęście, ze moja miała salę ze sprzętem areobowym i jak ktoś nie chciał walić w piłę, to jeździł na rowerku albo chodził na steperze. Ale nauczycieli też było zawsze dwóch na podorędziu i mogli symultanicznie pilnowac obu grup. Tutaj – jak się obawiam decydują względy bezpieczeństwa. Jak Zosia się wyłoży na skakance i wybije sobie pierwszy stały ząb, to będzie na pana Jacka, że jej nie upilnował, bo pilnował wtedy grupy grającej w siatkówkę. Potem pan Jacek jeszcze pójdzie do więzienia albo w najlepszym wypadku go zwolnią. To wynika głownie z tego – więcej grup tematycznych, to też konieczność zatrudnienia większej ilości pracowników (albo złożone machinacje z planem lekcji i tego się pewnie już nikomu nie chce zrobić) a to również koszty. Zdecydowanie najlepsze byłoby faktycznie zaliczanie zajęć poza szkołą. Choć wciąż uważam, że umiejętność pracy zespołowej, którą można wypracować sobie przy okazji gier, ma olbrzymie znaczenie – uczy zaufania, dzielenia się odpowiedzialnością, budowania relacji i na prawdę może mieć dobre socjalizacyjne skutki. Może zatem opcja – 1 WF gier zespołowych obowiązkowy dla wszystkich, a resztę albo niech zalicza się poza szkołą (tu znowu jak ze zwolnieniami z WF-u, może być podpisywanie świstka po znajomości, przed czym niby chronić ma obecność WF-isty, który pilnuje i ocenia zaangażowanie w trakcie lekcji) – jak ich oczywiście na to stać – lub na lekcji.

  68. Mikołaj napisał(a):

    Em , ten temat mnie obużył. Wiadomo że nie każdy może lubić WF z wielu rozmaitych powodów, Ale nie należy zapominać że sport to zdrowie. Pewnie wiele osób nawet nie wie że biegajac dotleniamy swoj mózg. Także można spalić tkankę tłuszczową i kalorie. Mój kolega miał 7 kilo nadwagi. Po roku WFU w gimnazjum (4 na tydzień) zostało mu tylko 1.5 kilo nadwagi. Ja osobiście kocham WF. <3
    Jestem najlepszy z 34 osobowej klasy ogólnie ze wszystkich dyscyplin i gier zespołowych.
    Proszę mi nie obrażać tu WFU. Tylko lenią i osobą ze słabymi zdolnościami fizycznymi nie chce się ćwiczyć. Pozdrawiam wszystkich miłośników sportu!

    1. Cat Ears napisał(a):

      Jestem wielokrotną mistrzynią polski, kilkukrotną brązową i srebrną medalistką mistrzostw europy oraz vc mistrzynią świata w jednym ze styli tańca. Myślę, że nie jestem ani leniem (w teorii ćwiczę 2*90 minut, ale w praktyce jest to znacznie więcej- jest to równowartość wf ciekawe czemu nie mogę donieść do szkoły zaświadczenia, że chodzę na te zajęcia i mieć spokój z wf), ani osobą ze słabymi zdolnościami fizycznymi i NIENAWIDZĘ szkolnego wf. Dlaczego go nienawidzę napisałam w moim komentarzu- nie chce mi się powtarzać.

  69. ktoś napisał(a):

    „Po pierwsze – ocenianie dzieci pod względem ich osiągów fizycznych jest cholernie niesprawiedliwe i demotywujące.” Przestałem czytać po tym, jak o czymś piszesz to zainteresuj się tematem (czyt. przepisami jak należy oceniać w tych czasach a nie za komuny).

  70. Całkowicie zgadzam się z Twoim tekstem. WF był zawsze moją zmorą. Właśnie dlatego, że byłam ambitną uczennicą i starałam się jak mogłam ze wszystkich przedmiotów. Jednak z WF-em byłam zawsze na bakier. Bo w bieganiu nie byłam wystarczająco szybka – od razu pojawiała się kolka, bo rzut piłeczką palantową był za krótki, bo gimnastyka nie wychodziła mi tak idealnie jak powinna, bo po siatkówce miałam posiniaczone ręce. Można by wymieniać jeszcze wiele tych „bo” … ale przede wszystkim było tak jak piszesz, nikt nie zachęcał mnie by ten WF polubić. Te osoby, które miały naturalne zdolności sportowe i dobre wyniki, były WF-owymi prymusami. Nic nie poradzę, że pan od WF-u stosował mobbing (w piątej klasie podstawówki). Gdy miał być WF szłam do szkoły przerażona, a wracałam z niej zdołowana. Bo za każdym razem było coś nie tak, bo nie mieściłam się w normie. Otyła koleżanka miała zawsze fory … nauczyciel od WF-u powtarzał, że ona nie zrobiła tego idealnie, ale bardzo się starała i dzięki temu dostaje lepszą ocenę … cóż, ja się też bardzo starałam, jednak z racji szczupłej sylwetki nie miałam taryfy ulgowej.
    Dopiero w dorosłym życiu polubiłam sport – ale dlatego, że robię to, co lubię i nikt mnie nie ocenia. Nawet teraz przy bieganiu nie mam kolki … robię to w swoim tempie i wiem jak biegać, jak rozkładać siły, by kolki nie mieć, a w szkole niestety nikt tego nam nie powiedział :). Dziękuję Ci za ten artykuł!

  71. Martyna napisał(a):

    Bardzo mądry artykuł. Ja też nigdy nie lubiłam WF w szkole. Na wszystkich moich etapach edukacji aż do liceum ( i myślę, że we wszystkich polskich szkołach) WF był po prostu źle prowadzony (albo nie prowadzony w ogóle). Najczęściej dostawaliśmy piłkę i przez całe 45 min trzeba było grać. Wybór gry uzależniony był od dostępu do boiska. Nie dostawaliśmy żadnych wskazówek od nauczyciela jak grać/jak ulepszyć technikę. Po prostu piłka, a pani szła sobie pogawędzić z innymi wuefistami. Klasa dzieliła się wtedy na osoby o dominującym charakterze, bardziej wysportowane, które biły się o piłkę i osoby wolące pozostać z boku, które wałęsały się po boisku bez większego celu. Raz lub dwa razy w semestrze było jakieś zaliczenie (trzeba bowiem jakoś te oceny wystawić) więc nauczyciel narzucał jakąś dyscyplinę (najczęściej biegi) i pewnego dnia bez żadnego uprzedzenia uczniów ani wcześniejszych treningów w ramach lekcji WF odbywało się zaliczenie. Nie wspomnę już, że oceny były wystawiane w oparciu o jakieś absurdalne tabelki z „wzorcowymi wynikami”.
    Jak poszłam na studia to okazało się, że WF może być przyjemny. Każdy mógł wybrać co chce robić: od wspinaczki, przez jogę po gry zespołowe. Żadnych ocen, tylko zaliczenie za obecność. Podejście prowadzących zajęcia też zupełnie inne. Wiedzieli, że oni są dla studentów, a nie studenci dla nich. Wtedy polubiłam sport i na szczęście tak mi już zostało ;)

  72. Zgadzam się w całej rozciągłości. Na problem zawsze trzeba patrzeć szerzej, a liczby skądś się biorą. Sama pamiętam jakie miałam podejście do wfu, w podstawowce i w liceum. O zgrozo tego typu zajęcia mieliśmy nawet (obowiązkowe!) na pierwszym roku studiów. Popieram w całej rozciągłości, że liczyć powinna się oboecność, zaangażowanie i przedmiot ten powinien być na „zaliczenie” nie na ocenę.

  73. agnieszaka aga napisał(a):

    wybierać swoja uliubiona aktywność ? Naprawdę ? Jak pan wyobraża sobie to np. w 3 klasie SP, przy 25 osobach w klasie??? Kasia nie lubi biegać w przeciwieństwie do innych 3 nadpobudliwych ruchowo chłopców, Janek by chetnie pokopał, Ola porzucałaby do kosza a Tomek najchętniej przywalił by komuś piłka w głowę….

  74. Karolina Rutkowska napisał(a):

    Dla mnie w-f w szkole był horrorem. Całe życie miałam problem z wykonywaniem ćwiczeń fizycznych, ale dzisiaj wiem, że są takie aktywności które sprawiają mi przyjemność. W szkole wiedziałam tylko, że jestem najwolniejsza i najmniej zwinna. Te zajęcia dały mi jedynie przekonaniem o własnej beznadziejności i odebrały pewność siebie.

  75. Cat Ears napisał(a):

    Agnieszka aga jest proste rozwiązanie. Zamiast w jednym czasie organizować wf jednej klasie to nich będą to bloki po 3 klasy. Wtedy jeden nauczyciel zajmuje się np. bieganiem, drugi gimnastyką, a trzeci grą w piłkę.
    Sama uważam, że jest to bardzo mądry artykuł. Mimo, że nie jestem najgorsza z wfu nigdy mi ten przedmiot się nie podobał. Trenuję od wielu lat taniec (co jest najśmieszniejsze wf=4*45, a moje treningi 2*90 minut [w teorii w praktyce dużo dłużej] co daje dokładnie ten sam czas, ale nie mogę odpuścić sobie wfu i przynosić zaświadczeń bo to tak nie działa, bo jak mi powiedział nauczyciel wfu w podstawówce „taniec to nie jest prawdziwy sport”- polecam przyjść na zajęcia zmęczy się człowiek 10 razy bardziej niż na wf) i dla mnie zrobienie przewrotu, szpagatu czy nawet sata machowego to nie jest wielki problem, w zamian za to nie rozwijam aż tak mięśni potrzebnych do rzutów piłką lekarską. Czym to skutkuje? Mam 4 z wf i na nic się zdadzą wyjaśnienia, że zdobywam mistrzostwo polski, jeżdżę na europy i świata i tam też nie jestem ostatnia- nie to nie jest reprezentowanie szkoły (to jest reprezentowanie kraju, ale dla nauczycieli reprezentowanie szkoły jest 100 razy ważniejsze- szkoda, że nie organizują u nas zawodów w tańcu, bo z chęcią bym wzięła udział). Dlaczego mam 4? Bo nikt nie ocenia przewrotów (chociaż powinni, ale im się nie chce, bo po podstawówce większość osób nie umie), naszego rozciągnięcia czy salt. Ocenia się według ściśle określonych norm, a jeśli ktoś jest dobry w czymś innym to ma problem. Czemu nie oceniać każdego według indywidualnych kryteriów? Wtedy więcej osób wiedziałoby, że jest w czymś dobre i nie wstydziło się chodzić na wf.

  76. kokoski napisał(a):

    Ja tam pluje na ten W-F. Doszedł nowy nauczyciel ktory mysli ze jest najwazniejszy i te jego pieprzone zaliczenia. wszystko robi pod nie. nie daje nikomu wybierac sportu. Ja tam nie jestem dobry z w-f mam czworke ale to malo. z innych przedmiotow mam same piatki. gdy byla inna pani to oceniala sprawiedliwie po checiach przynoszeniu stroju zachowaniu i postępach w zaliczeniah a nie zaliczeniach !!!

  77. karo napisał(a):

    Wydaje mi się że wf to świetna sprawa tylko trzeba by pomyśleć o porządnych szatniach czyli np. szafkach zamykanych na kluczyk, obowiązkowych prysznicach i umiejscowienia go na ostatniej lekcji żeby był czas na niego. Poza tym zajęcia powinny być różnorodne bez podziału na męskie i damskie dyscypliny. Poza tym jest OK.

Dodaj komentarz