Trzy atrybuty kobiecości, z których zrezygnowałam. I bardzo mi z tym dobrze.

Na wstępie musimy coś sobie wyjaśnić. Otóż w tytule pozwoliłam sobie na pewne nadużycie: kobiecość powinna być w cudzysłowie. Bo żadna z wymienionych tu rzeczy nie jest przecież cechą kobiecą i nie definiuje kobiety. To raczej zwyczaje, które wiele kobiet praktykuje: niektóre świadomie, bo lubią – inne z rozpędu, bo tak postępowały ich babki, matki i koleżanki. Jeszcze inne robią to, bo tego oczekuje od nich świat i tylko wtedy zdaje im się, że będą atrakcyjne.

Nie jest moim celem też namawianie Was na podążanie tą samą drogą, co ja. W równouprawnieniu chodzi przecież nie o to, żebyśmy wszystkie robiły to samo, ale właśnie o to, żebyśmy miały wybór i mogły z niego korzystać. Ja opowiem Wam o moim wyborze i możecie nawet odnieść wrażenie, że stawiam go ponad innymi opcjami. No w sumie tak. Stawiam. Ale tylko w odniesieniu do mnie samej. Po prostu w przeciągu ostatnich pięciu lat przeszłam pewną metamorfozę i bardzo mi z nią dobrze. Ale to nie oznacza, że chciałabym ją narzucić innym kobietom. Nie. Po prostu chcę pokazać innym kobietom, że też mogą zrobić to co ja i że nie będą w tym osamotnione. Że mają taką możliwość.

Żegnajcie, szpilki!

Wciąż mam w szafie z dziesięć par butów na obcasie. Lubię je. Lubię to, jak w nich wyglądają moje nogi i proporcje całego ciała. Ale zakładam je dwa razy w roku.

Kiedyś nie wyobrażałam sobie wyjścia na miasto na płaskiej podeszwie. Na wszystkie imprezy, wykłady, spotkania wychodziłam przynajmniej 8cm wyższa, bo bez tego czułabym się …brzydsza. Nie umiałabym zliczyć nocy, kiedy moje stopy cierpiały z powodu tego myślenia. Obtarcia, bąble, wracanie na bosaka do domu z butami w rękach i ukradkowe zdejmowanie szpilek pod stołem, by nogi trochę odpoczęły. A do tego sam ruch – ograniczony, niewygodny, uniemożliwiający np. szybki sprint do autobusu. Dziś, gdy widzę kobietę, która dziwnym, pajęczym krokiem idzie ulicą, bo pod piętami ma dziesięciocentymetrowy obcas, jest mi jej po prostu żal. Bo coś jej każe się w ten sposób męczyć. Tak, są kobiety, które umieją chodzić na wysokich obcasach, ale często widzę takie, które sobie z tym po prostu nie radzą i empatycznie naprawdę czuję ich niewygodę. Owszem, można się nauczyć w tym chodzić, tańczyć, a nawet biegać. I jeśli się komuś chce – proszę bardzo. Ale mi się odechciało.

Czasem, przy jakiejś wyjątkowej okazji założę obcasy. Umiem w nich chodzić. Przetańczyłam w nich setki godzin. Ale nic nie zastąpi płaskich, miękkich, wygodnych butów na codzień. I choć wyglądam w nich mniej atrakcyjnie, to postanowiłam stawiać wygodę ponad estetykę. Niech żyją trampki!

Żegnaj, makijażu!

Podziwiam Alicję Keys za jej bezkompromisową decyzję. Otóż piosenkarka postanowiła skończyć z makijażem. Całkiem skończyć. Przestała się malować nie tylko na codzień, ale też nie maluje się na koncerty ani nawet na sesje zdjęciowe do okładek płyt lub wywiadów w czasopismach.

Możecie powiedzieć – ok, ale ona może, bo jest ładna sama w sobie. A ja myślę, że to wcale nie jest kwestia urody, tylko przyzwyczajenia. Bo po prostu przywykliśmy, że kobieta dziś musi być umalowana. Zauważcie, że praktycznie wszyscy mężczyźni ze świata szołbiznesu są nieumalowani do sesji zdjęciowych (nie licząc pudru, który matowi skórę) i praktycznie wszystkie kobiety mają na sobie grubą tapetę. Mężczyźni pokazują zmarszczki, worki pod oczami, przebarwienia na twarzy i pory skóry – niezależnie od tego, czy urodzili się przystojni (wg obecnie obowiązującego kanonu piękna) czy nie. A kobiety zawsze próbują tę twarz sobie zakryć. Malują ją od nowa, jak obraz, zmieniając proporcje, rysy twarzy, kształt policzków, brwi, ust i nosa. Czy my jesteśmy płcią brzydką, że tak musimy się malować od nowa? Bo naprawdę wszystkie piosenkarki, aktorki, modelki są umalowane na zdjęciach i na imprezach. Wszystkie. Nawet te naturalnie przepiękne. No i jeśli taka Jessica Alba albo Charlize Theron się muszą malować, żeby wyglądać pięknie, to ja się zastanawiam, czy to jest kwestia wyboru, czy po prostu narzuconego zwyczaju. Że tak trzeba. Że to jedyna właściwa droga.

Malowanie się jest naprawdę spoko. To takie zajęcia plastyczne dla każdej z nas. Możemy po prostu być malarkami codziennie rano i wyżywać się artystycznie na własnym odbiciu w lustrze. I to jest przyjemne i relaksujące. Ale co jeśli to dla kogoś staje się mordęgą? Bo nie każda kobieta lubi się malować. Dla niektórych to po prostu strata czasu albo przeraźliwie nudne zajęcie, jeśli istnienie społeczny nacisk, by robić to codziennie.

Ja odnalazłam sposób na szybki makijaż – otóż kiedyś postanowiłam założyć sobie sztuczne rzęsy. No i od tej pory raz na 3 tygodnie chodzę do dziewczyny, która doczepia mi wachlarze sztucznych rzęs do moich własnych. Efekt jest na tyle satysfakcjonujący, że zrezygnowałam ze wszystkich pozostałych kosmetyków do makijażu. Koniec z fluidem, z cieniami, z różem do policzków, z eyelinerem i kredką do brwi. No czasem sobie coś tam na twarz położę, ale tylko jeśli naprawdę mi się chce i gdy mam na to czas. Na codzień się nie maluję. Jejku, jaka to oszczędność czasu! Tak mi z tym dobrze… :)

Ciuchy kupuję w dziale męskim.

Nie zawsze. Ba, nawet nie zazwyczaj. Mam przecież w szafie mnóstwo spódnic i sukienek. Lubię też moją białą koszulę z koronką na plecach i haftowane szorty. Ale przestałam już automatycznie sięgać po „kobiece” ciuchy w sklepach odzieżowych.

Zauważyłam na przykład, że spodnie z działów męskich są jakby lepiej wykonane, dłużej się trzymają, są bardziej odporne na pranie i otarcia. Męskie marynarki mają fantastycznie wewnętrzne kieszenie (i tu szacun dla Moniki Kamińskiej za stworzenie damskiej marynarki z takimi kieszeniami! <3). Męskie T-shirty są zaś dużo tańsze niż te damskie. Nie wiem, czemu. Ale wiem, że mogę na siebie założyć męski ciuch i on wcale nie sprawia, że jestem w mniejszym stopniu kobietą.

Kiedyś często nosiłam staniki typu push-up. Dziś nienawidzę staników. Prawie w ogóle ich nie noszę. Denerwują mnie fiszbiny, uwierają zapięcia i ramiączka. Jeśli już zakładam staniki, to miękkie, sportowe, których na sobie nie czuję.

Rajstopy? leżą w szufladzie, od lat nie założone. Jak jest ciepło, to po co mi rajstopy. Jak zimno – zakładam spodnie.

Stringi? Nawet nie pytajcie. Ja wiem, ze można się przyzwyczaić do tego paska w tyłku, ale nigdy nie zrozumiałam, po co miałabym się przyzwyczajać.

To Ty ustalasz granice. To Ty wybierasz, który z „kobiecych” zwyczajów chcesz praktykować.

Wszystko sprowadza się do tego, że teraz wreszcie czuję, że jak już raz na jakiś czas się wystroję i założę np. sukienkę z dużym dekoltem, to wiem, że robię to dla czystego fanu, dla frajdy z przebrania się, dla zdjęcia, na którym wyglądam inaczej niż zwykle.

Przestałam natomiast przejmować się tym, że nie jestem wystarczająco wystrojona lub „atrakcyjna” na zwykłym spotkaniu, spacerze lub imprezie u znajomych. Kompletnie olałam to, co sobie inni o mnie pomyślą, gdy mnie zobaczą w dzianinowych spodniach, T-shircie i bez makijażu na mieście.

Fuck it – jak powiedział mój arystokratyczny znajomy, gdy kiedyś zastanawiałam się, którym sztućcem zjeść wykwintną potrawę w drogiej restauracji – eat it with your hands. Można wybrać pragmatyzm ponad zwyczaj, wygodę ponad estetykę. Pieprzyć konwenanse! Tyle że do takiego podejścia trzeba czasem dojść we własnym tempie i we własnym momencie. U mnie to się stało po trzydziestce.

A przecież i tak nie jestem jeszcze (bo może kiedyś będę) tak odważna, by np. przestać golić sobie nogi, pachy i bikini. Ale można się nie golić. I można być kobietą z owłosionymi nogami. Nie trzeba, ale można. I nie pozwól sobie wmówić, że jest inaczej. :)

Komentarze do wpisu: 74 Napisz komentarz

  1. Małgorzata Kojro napisał(a):

    Ja się nie maluję, bo nie lubię. Szpilek nie noszę, bo cenię sobie zdrowy kręgosłup i mogę sobie wyglądać „niekobieco” w płaskich butach, ale kręgosłup mi za to kiedyś podziękuje. Jeśli chodzi o dział męski w sklepie to muszę się zainteresować tym tematem bliżej :) dziękuję za ten wpis. Miłego wieczoru. Pozdrawiam. M.

  2. Maluję się codziennie, lubię obcasy, sukienki, pończochy, pasy do pończoch, całą gamę tych drobiazgów, które czynią moje życie miłym :) I wiesz co – fajnie, że i Ty i ja mamy wybór. Że obie możemy czuć się dobrze ze sobą. Nie zrezygnowałabym z tych wszystkich rzeczy, bo je uwielbiam. Możliwe, że gdybym czuła presję by to nosić, to bym nie lubiła.

  3. Monika Perszowska napisał(a):

    I bardzo dobrze! :))) Skupię się na ciuchach: tak, te męskie są lepiej wykonane, mają ciekawsze nadruki, a dżinsy są takiej jakości, jak wówczas, gdy byłam nastolatką, czyli „głęboki PRL i z Pewexu”.

  4. Leeni napisał(a):

    A ja się nie maluję, bo kiedy okazało się, że nie stać mnie na kosmetyki, które mnie nie uczulają a kosztują kilka stów za sztukę, uznałam, że szkoda się tym martwić. A jak to dobrze robi na cerę :D Do szpilek się nie przekonałam nigdy, preferuję wygodniejsze koturny, uwielbiam krój damskich ubrań, a jeszcze bardziej uwielbiam wolność. Tylko te nogi… One są chyba najtrudniejsze.

  5. Dawno temu czułam się czasami gorsza, gdy nie potrafiłam chodzić na szpilkach, a wypad gdziekolwiek na obcasach kojarzyłam tylko z męczarnią. Mimo to kupowałam na siłę takie buty, niszczyłam je swoim chodem lub nie zakładałam w ogóle. W tym roku sprzedałam ostatnią parę wysokich botków (tanie nie były, ale cena nie wpłynęła w żaden sposób na chód w stylu świeżo urodzonej sarny) i chodzę w mokasynach. Jest o niebo lepiej :). Dzięki za ten tekst, upewniłaś mnie w moich wyborach :).

  6. Malowałam się bardzo mocno i często jako nastolatka, przystopowałam mocno na studiach, przestałam w pracy, w której siedzieliśmy w 5 osób w biurze. Po co? Teraz maluję się, kiedy gdzieś wychodzę, bo mam z tego frajdę, ale to się zdarza rzadko – i nawet wtedy to jest makijaż typu krem BB, tusz do rzęs, kredka do oczu, ew. lekka korekta brwi i koniec, zajmuje mi to max 10 minut, jeśli się nie spieszę. Ale też nigdy nie miałam kompleksów z powodu cery – zero trądziku, zero przebarwień. Nie wiem, czy byłoby mi tak łatwo, gdybym miała z cerą problemy, podejrzewam, że potrzeba do tego o wiele więcej pewności siebie, żeby wówczas przestać maskować problemy.

    Ale pomimo tego, że maluję się mało i rzadko, używam wielu kosmetyków – wcale nie drogich, wcale nie selektywnych, ale coraz częściej w 100% naturalnych: olejków, hydrolatów, masła shea. Bardzo, wręcz obsesyjnie dbam o cerę, nie eksperymentuję na swojej skórze, za jasną cholerę nie wtarłabym w twarz byle czego, nie poszłabym spać w makijażu (nie zdarzyło mi się ani razu przez prawie 30 lat). I mam tę fazę odkąd zaczęłam dojrzewać (wcześnie). Może właśnie dlatego mam dobrą cerę. Bo nigdy nie wtarłam w nią jakiegoś gównianego cienia do powiek dodawanego do gazetki.

    Na szpilkach bardzo lubiłam chodzić jeszcze na studiach, ale teraz, z uwagi na problemu z kręgosłupem, po prostu nie mogę. I kompletnie mi tego nie brakuje. Tak jak Ty, zakładam je parę razy do roku, zwykle wtedy, kiedy nie będę musiała w nich dużo stac. I zawsze zabieram płaskie buty na zmianę na wszelki wypadek.

    A sama zrezygnowałam z malowania paznokci. Nigdy tego nie lubiłam, kiedy mam cokolwiek na paznokciach, mam wrażenie, że mam nienaturalnie ciężkie palce, a kolory mega szybko mi się nudzą. Nie chcę hybryd i nie chce mi się malować pazurów, więc mam swoje, naturalne, najczęsciej dość długie, mocne i opiłowane w migdał. I tak czuję się najlepiej. Na stałe mogłabym mieć klasycznego frencha, nic kolorowego na pewno.

    A jeśli chodzi o ciuchy, poszło mi trochę odwrotnie – od kwietnia nie wyszłam z domu ani razu w spodniach. Podarłam wtedy ostatnie i jedyne dżinsy i jakoś do dziś nie kupiłam nowych. Chodzę tylko w spódnicach i jest mi o niebo wygodniej, już nie mówię o tym, że chłodniej po prostu. No i na pewno też lepiej przy mojej budowie to wygląda niż opinające się na udach spodnie. Pewnie kupię sobie dżinsy na zimę, ale w długie kiecki też już jestem zaopatrzona. I w sumie nawet nie myslę o tym w kategoriach kobiecości, po prostu właśnie komfortu noszenia. Ale niestety masz rację jeśli chodzi o lepszą jakość męskich ubrań i to jest bardzo smutne…

  7. Jako nastolatka miałam takie samo podejście. Brak pewności siebie i uwagi niektórych rówieśników bądź cioć dobrych rad sprawiło, że kupiłam szpilki, zaczęłam się malować i ubierać „jak dziewczyna”. Dużo czasu minęło zanim wróciłam do korzeni. Nie warto udawać kogoś kim się nie jest – niby banał, ale kilka lat zajęło mi dojście do tego.

  8. Szpilki noszę tylko, gdy jest faktycznie okazja, bo lubię swój kręgosłup. Ale jak już je wkładam, chodzenie w nich przypomina mi (poziomem trudności) chodzenie w trampkach. Lata baletu zrobiły swoje. Z kolei w ogóle nie maluję paznokci. Przeszkadzają mi, irytują, kompulsywnie zdrapuję lakier i niszczę w ten sposób płytkę paznokcia. A raczej robiłam tak jakieś dwa lata temu, zanim totalnie sobie odpuściłam.
    I jest mi z tym dobrze :D

    Dzięki za ten tekst i miłego wieczoru!

  9. Ejmen! Piąteczka. Ja oprócz tego, że kocham makijaż (ale często chodzę bez, a już na pewno „do sklepu po bułki”), to również prawie w ogóle zrezygnowałam z obcasów i często buszuję w męskim. Czuję się zajebiście z tym szczęśliwa i spójna wewnętrznie. Jeszcze dodałabym praktykowanie „męskich” hobby. Oddam się temu, który kupi mi replikę Mausera*

    (*na mocy nadanych mi praw, ogłaszam, że mogę odstąpić bez konsekwencji od powyższej deklaracji, bo pewnie i tak kupi mi go mój Janusz)

  10. Jeżeli chodzi o 2 pierwsze punkty to w sumie nigdy jakoś szczególnie się w nich nie rozkręciłam. Jedyne szpilki jakie mam to cudowne, klasyczne szpilki, które kupiłam ponad 5,5 roku temu na studniówkę. W kwestii makijażu stawiam na totalną prostotę- używam tylko tuszu do rzęs i fluidu+ ew puder choć i tego bardzo dawno nie kupiłam. O reszcie niewiele wiem i jak na razie nie czuję jakiegoś przymusu poszerzania tej wiedzy. Dobrze mi w tej dosyć naturalnej wersji.

  11. Mam lat 16 i te rzeczy nie zdążyły mnir jeszcze dotyczyć. Na balu gimnazjalnym byłam jedyną dziewczyną w całej szkole, która nie miała makijażu. Jeśli chodzi o ubrania to poza ukochanymi tiulówkami i kwiecistymi bluzkami mam mnóstwo spodni po tacie ; ) No a od niedawna doszła jeszcze jedna rzecz… Jestem łysa. Gorzej. Jestem łysa z własnej woli. Gorzej. Jestem łysa i szczęśliwa. Gorzej. Jestem łysa i kobieca ; ) dziękuję za ten tekst bardzo! Made my day!

  12. Pionierka napisał(a):

    Ostatnio pisałam, ze podążam za Tobą krok w krok, ale tym razem byłam pierwsza! Szpilki? Mam w szafie dwie pary z czasów, gdy kierowałam się zasadami „każda kobieta powinna mieć…” – nie wyrzucam, bo to porządne skórzane buty, czasem mogę założyć. Ale nikt mi nie wmówi, że mój niski wzrost to jest jakakolwiek wada, którą powinnam ukrywać. Moje 160 cm wzrostu to dla mnie coś tak neutralnego jak kolor oczu.

    Ciuchy kupuję tam, gdzie mi się spodobają. Z powodu punktu powyżej jest to raczej dział dziecięcy niż męski ;) Stanik noszę, jak mi się zachce, przy czym w ciąży przestałam, bo w każdym było mi niewygodnie. Teraz też raczej nie noszę, wolę top do karmienia z wbudowanym wzmocnieniem na biust – miękko i wygodnie.

    Makijaż? Bardzo często chodzę kompletnie nieumalowana i nie uważam, żeby to była jakakolwiek odwaga. Serio, nikt nigdy nie zwrócił na to uwagi. Przypuszczam, że ta presja na malowanie się dotyczy kobiet, które przyzwyczaiły otoczenie do swojego wizerunku w makijażu. U mnie to raczej wszyscy zwrócą uwagę, jak się umaluję. Czytaj: nałożę krem bb , trochę tuszu na rzęsy i podkreślę brwi :)

    Zresztą zauważyłam ciekawą rzez, choć w sumie smutną. Mam na przykład bardzo ładne rzęsy – ciemne i długie. No ale są naprawdę marne przy tych sztucznych wachlarzach. Mam ładną cerę – jednolitą, gładką, mimo zaawansowanego wieku bez żadnych zmarszczek. Ale w porównaniu z wykonturowanymi i wyretuszowanymi twarzami z instagrama to jest fatalna. Krótko mówiąc gram w innej lidze , bo to są nieporównywalne rzeczy. Tu realny człowiek, tam sztuczny wytwór. Ja nie chcę się w to bawić.

    Poza tym wychowując nastoletnią pasierbicę czuję się jakoś odpowiedzialna za to, jaki wizerunek kobiety i jakie podejście do kobiecości jej przekazuję. Nie chcę, żeby uważała, że kobiecość to wieczne bycie na diecie, narzekanie na swój wygląd i zastanawianie się, jak ukryć „wady” i w co się ubrać. Niech widzi, że kobieta może być super szczęśliwa zajmując się zupełnie innymi sprawami. I np. może uprawiać sport dla czystej radości ruchu, a nie po to, żeby schudnąć czy wymodelować sylwetkę.

  13. Ewelina Kwaśniewska napisał(a):

    Nigdy nie chodziłam w szpilkach, zawsze wydawało mi się to zwyczajnie niewygodne, ale mam dwie pary obcasów (duży i mały, nie wiem, ile dokładnie mają), które zakładam na śluby bo lubię obcas do sukienki. Kiedy jednak zaczynają męczyć mi się nogi, zmieniam na sandały z wyższą podeszwą (mam płaską powierzchnię do chodzenia, ale jednocześnie pięta jest kilka cm wyżej, więc łydki nadal ładniej się prężą). Makijaż odrzuciłam po wyjściu z nastoletniej fazy. W mojej kosmetyczce został tusz do rzęs, który uwielbiam i czasem, na wielkie wyjścia, dorzucam krem koloryzujący bo moja twarz lubi robić się bardzo szybko czerwona, od wszystkiego. Lubię jeansy, kocham glany na jesienną porę i adidasy na letnią i może nie kupuję koszulek na męskim dziale, ale to dlatego, że lubię damskie fasony, delikatne podkreślenie talii, więc chodzę w koszulkach z nadrukami, ale damskich. Rajstop nienawidzę, są niewygodne, musisz na nie uważać, tu oczko, tu się zrolują… dojrzałam do ich odstawienia jakieś 3 lata temu. Mam 28 lat, od 5 mam obok siebie kochającego feministę, który uwielbia mnie nawet w dresowych spodniach i jego koszulce (za dużej o 3 rozmiary). Polecam stan, kiedy nic nie musisz, jedynie możesz. A efekt wow, kiedy założę sukienkę i obcasy mam za każdym razem. I nikt nie pyta, czy jestem chora, kiedy pojawiam się bez makijażu ;)

  14. biebrzanska napisał(a):

    Z przyjemnością czytam o dokonywanych wyborach. Super, że młodzi też tak myślą.
    Jedno zastrzeżenie.
    Dlaczego dałaś z siebie zrobić sztuczną istotę dla potrzeb książki????
    Kurcze, zdjęcia jak z okładki jakiegoś babskiego czasopisma z full makijażem albo i fotoszopem.
    Nie pasuje mi bardzo, zwłaszcza w aspekcie powyższych deklaracji.

      1. biebrzanska napisał(a):

        Nawet stylizacja ma swoje granice.
        Nie, nie widzę na okładkach czasopism matekbosek. Ale widzę dziesiątki sztucznych istot, których czasem oryginał nie może poznać i protestuje.
        Naprawdę matkaboska bez full makijażu i/lub fotoszopu jest gorszą matkąboską?

        1. Ej, ale zaraz zaraz. Przecież napisałam wyraźnie (i tak z głębi serca myślę), że nie ma nic złego w odstawieniu się raz na jakiś czas, gdy ma się na to ochotę. Nie ma nic złego w makijażu, w „kobiecych” ciuchach, o ile się to robi dla frajdy a nie z przymusu.
          Jeśli okładka swojej pierwszej książki to nie jest okazja do odstawionej sesji zdjęciowej, to naprawdę nei wiem, co jest.
          Po zdjęciu wyraźnie widać, że to stylizacja, że to odgrywanie jakiejś roli. Książka nie jest o tym, jak to warto się nie malować i postawić na naturalność. Nie ma tu żadnego zgrzytu czy hipokryzji. Po prostu tego dnia – wyjątkowo, bo zdarza mi się to ze dwa razy w roku – oddałam się w ręce makijażystki i stylistki fryzur, usiadłam przed garderobianym lustrem i pozwoliłam się zrobić. Tak, żeby przez chwilę być gwiazdą, która robi sobie zdjęcie na okładkę swojej książki.;
          Zapewne są kobiety, które by tego nie chciały (Alicia Keys jest jedną z nich). Ba, ja sama może przy kolejnej książce pójdę w naturalność na zdjęciu okładkowym, ale na litość boską, NIE TRZEBA. MOŻNA się umalować. Jak ktoś chce, to codziennie. Jak ktoś woli od święta – jak ja – to też spoko.
          I nie, nie uważam, że „stylizacja ma swoje granice”. Nie ma. Jakbym chciała się umalować na Michaela Jacksona z toną pudru i kredki do oczu, to TEŻ BYM MOGŁA.

  15. Mysle, ze do stanika (bez push upa – tez nie lubie) przekonalabys sie majac okazje sprobowac prawdziwego wygodniczka w bardzo dobrze dobranym rozmiarze :) te skargi odnosnie fiszbin i drapiacych elementow znam z autopsji, w zasadzie wszystkie sie rozwiazaly po dobraniu sobie rozmiaru.

    1. Ewelina Kwaśniewska napisał(a):

      Miałam dokładnie tak samo. A chodzenie bez nie wchodzi u mnie w grę. Za duża miseczka. Jak dobrałam rozmiar zniknęły wszystkie problemy.

        1. Też mam, co tu dużo mówić, za duże cycki na brak stanika. Jak byłam młodsza marzyłam o takich, teraz jak mi urosły, z chęcią zamieniłabym na model, który jest nieco mniej podatny na grawitację ;)

        2. Pionierka napisał(a):

          Ja się chwilowo cieszę tym, że w związku z karmieniem w ogóle posiadam jakikolwiek biust. Jakikolwiek = 65f, czyli i tak niewiele. Ale interesujące uczucie :)

        3. Pionierka napisał(a):

          Dlatego nikt tu nie twierdzi, ze kobiety powinny spalić staniki :) Po prostu nie każda potrzebuje i nie każda lubi. i te naprawdę nie muszą nosić. A inne niech noszą na zdrowie, żeby im skóry z klatki piersiowej nie zerwało :)

        4. Jak mogę dać więcej niż jednego lajka? Chodzenie bez stanika to było opcją jak miałam czternaście lat (a wtedy oczywiście KONIECZNIE chciałam nosić), a teraz to, tego…

        5. Pionierka napisał(a):

          u mnie od 14 roku życia nic się w tej kwestii nie zmieniło aż do zajścia w ciążę. Spokojnie mogłam zakładać staniki z linii my first bra ;)

  16. Alkatoe napisał(a):

    Malować maluję się trochę, ubrania noszę raczej damskie (męskie mi się nie podobają), ale nie noszę szpilek, bez stanika też chodzę kiedy tylko się da.

    No właśnie. Powiem szczerze, kiedyś śmiałam się z kampanii „free the nipple” itd., teraz mi za to wstyd… bo gdyby przyniosła ona skutek, gdybyśmy zostały uwolnione od presji noszenia staników i niepokazywania sutków publicznie (nawet przez ubranie!!!)…. świat byłby piękny.
    Ale nie jest. Więc DZIEWCZYNY HELP gdzie kupujecie wygodne sportowe staniki? koniecznie z bawełny bo mam poliestrowy stanik-szmaciak i wcale nie jest wygodny, bo odparza skórę i wkurza dosłownie po godzinie… Poradźcie co kupić aby nie czuć stanika na ciele? bo szczerze od tego poliestrowego szmaciaka już wolę zwykłe staniki, serio…

    1. Pionierka napisał(a):

      Nic nie kupować, po prostu chodzić bez stanika. Co takiego się stanie? No chyba, że masz dress code w pracy.

      1. Gorzej jak się ma miskę w rozmiarze „J” jak ja :/ Wtedy to po prostu boli :/ Dla mnie staniki takie miękkie – sportowe w ogóle nie trzymają i musiałam sobie kupić zbroję na cycki żeby móc się ruszać :/

        1. Pionierka napisał(a):

          Ależ nie o tym mowa. Ewidentnie pytanie zadała dziewczyna, której bez stanika wygodnie, tylko jakaś wyimaginowana presja społeczna skłania ją do noszenia biustonosza. wyimaginowana, bo tak naprawdę ludzie mają nas w dupie. Serio. Nie noszę stanika i nikogo to nie obchodzi – poza moją córą, która ma łatwiejszy dostęp do jedzenia. O tym, jak bardzo sobie wmawiamy, że każdy nam się przygląda świadczy pewne moje doświadczenie. Otóż koleżanki w pracy dyskutowały o tym, czy ktoś by się odważył wyjść z nieogolonymi nogami, jaka byłaby reakcja itp. Poinformowałam, że bardzo czesto mam sukienkę i nieogolone nogi. Były poważnie zaskoczone – żadna tego nigdy nie zauważyła. Bo mają inne sprawy na głowie, niż szukanie włosków na cudzych łydkach.

      2. Alkatoe napisał(a):

        Ty tak poważnie? Tak naprawdę w większości zawodów, na uczelni i w ogóle w miejscach publicznych jest pewien „dress code” polegający na tym, że po prostu nie można się pokazać z sutami przezierającymi przez bluzkę, jeśli się nie chce ściągać na siebie spojrzeń i przede wszystkim być traktowaną poważnie. Tak jak nie wypada pokazać się z gołą dupą. Oczywiście chciałabym by się to zmieniło i by była pełna wolność wszędzie, ale nie oszukujmy się, że ta wolność jest. I wątpię aby nonszalanckie chodzenie z wolnym cycem przyniosło pożądany efekt.

        1. Pionierka napisał(a):

          Nie noszę przezroczystych rzeczy więc nic mi nie przeziera. Nie zauważyłam też, żeby mi ludzie jakoś szczególnie na klatkę piersiową patrzyli.

        2. Alkatoe napisał(a):

          Ja mam rozmiar B, a i tak widać mi sutki przez ubranie :/. Nawet nieprzezroczyste. Owłosione nogi są na dole i trzeba się przyjrzeć (najczęściej) aby dostrzec włosy. A odstające sutki widać od razu bo każdy rozmówca ma je tuż przed nosem. Ja zawsze widzę gdy któraś koleżanka ma cienki stanik albo nie ma wcale, bo mam to wprost przed oczami. Nie hejtuję oczywiście, mnie to nie obrzydza, no ale to widać. Osobiście czuję się z tym źle, bo to ściąga spojrzenia, często (choć nie zawsze) nieprzychylne. Może się to zmieni, a może nie tak prędko. Często faktycznie przesadzamy, że ludzie nam się przyglądają i widzą każdego byle pryszcza, maskujemy to w panice – i to jest oczywiście przekonanie błędne. Ale nie jest też tak, że nikt nie zwraca uwagi na nic. Dlatego pytam was o to, gdzie kupujecie wygodne, oddychające biustonosze.

        3. Pionierka napisał(a):

          To się zmieni tylko jak więcej kobiet będzie chodzić tak jak lubi: w miękkim staniku, bez stanika, w gorsecie, w czym kto lubi… bo to co piszesz to nie jest jak chodzenie z gołą dupą. Tobie chodzi o to, że widać przez ubranie, że kobieta ma sutki. Istotnie zaskakujący fakt :) Tak jak widać przez ubranie, że kobieta ma pośladki, choćby była w dżinsach :) Inna sprawa, że dopóki męskie sutki mają pełne prawo występować nago na ulicach to ja nie będę się przejmować, że moje ktoś dostrzeże pod ubraniem. Zresztą tyle czasu chodzę bez stanika i naprawdę nie było żadnych uwag na ten temat ani nic. Może dlatego, że przy moim wzroście rozmówca nie ma przed oczami sutków tylko czubek mojej głowy :) A odnośnie do twojego pytania – poszukaj na zalando, ustaw wyszukiwarkę na bawełnę to wyjdą różne fajne i przewiewne.

        4. Alkatoe napisał(a):

          Nikt nie zwróci Ci uwagi głośno :) ważny jest wizerunek i szczerze mówiąc wciąż mam wątpliwości, czy chodzenie tak po prostu jak się chce jest lekarstwem na ten problem. inna sprawa, że ja po prostu lubię moje cycki w staniku, są małe – w staniku wyglądają na większe, ładniej się układają pod ubraniem. Ale wygoda jest dla mnie równie ważna.

        5. Pionierka napisał(a):

          Jak lubisz w staniku to w ogóle nie ma o czym gadać – spowijaj się w bawełny, koronki i inne cuda i ciesz się ubranym cyckiem :) Ale naprawdę jak się nie lubi to chodzenie bez stanika tak po prostu jest najlepszą metoda na to, żeby kobiety chodziły tak, jak lubią. Gdybyś od zawsze widywała sporo swoich koleżanek bez biustonoszy pod ubraniem to w ogóle nie przyszłoby Ci do głowy, żeby się nad tym zastanawiać.
          Aha, a jeśli nikt mi nie zwróci uwagi głośno, to na jakiej podstawie mam zakładać, że w ogóle kogokolwiek moje sutki obchodzą? Bo np. sama nigdy nie miałam refleksji na temat sutków innych kobiet.

        6. Aix79 napisał(a):

          Polecam w tesco linia F&F jest dwupak za 19,99 zł (w zestawie biały i czarny). Naprawdę zakochałam się w tym i moje biustonosze za 150 zł gniją w szufladzie i chyba tam zgniją:D dodam, że mam duże piersi a rozmiar M jest idealny, dobrze trzyma piersi a jest mięciutki i go nie czujesz.

  17. Maluję się, nie często, bo nie często ale jednak, czasem, chcę się podobać mężowi ;) (żart), z szpilek zrezygnowałam już dawno, bardziej rajcują mnie ładne baletki, i fajne trampki a jeśli już obcas to stabilny, na słupku a ciuchy? Muszą być luźne, inaczej ich nie wcisnę na siebie. :)

  18. No i chwała Ci za taki wpis! Te wszystkie „atrybuty” kobiecości to taki wredny hmm stereotyp?, który ciągnie się za nami od pokoleń i zmusza do rzeczy, których w gruncie rzeczy nie lubimy. U mnie nie ma problemu z obcasami czy makijażem, bo to autentycznie lubię, w dziale męskim również zdarzy mi się coś kupić i nie widzę w tym niczego złego. Moje „niekobiece” zachowanie to… przeklinanie. Oczywiście nie w formie przecinka i długaśnych wiązanek, ale całe życie gryzłam się w język kiedy cisnęło mi się na usta co mocniejsze słowo „no bo kobiecie nie przystoi”, ale czasem i kobieta ma potrzebę odreagowania, no musi i teraz już mnie to nie obchodzi, kobiece – nie kobiece, grunt, że mi pasuje ;)

  19. bloodorange napisał(a):

    Gwoli ścisłości – Alicja Keys nawet po decyzji o zaprzestaniu makijażu miała na liście płac makijażystkę dbającą o stan jej skóry (masaże jadeitowym rollerem itp.) i malującą ją do telewizji. Niedużo, ale malującą.

    Odnośnie makijażu przypomina mi się moja reakcja na recenzje ostatniej książki Dity Von Teese, kiedy czytelniczki mocno krytykowały ją za lansowanie mocnego makijażu. Te najbardziej krytykujące miały przed trzydziestką. Przed i niewiele po naprawdę niewiele trzeba, żeby wyglądać na ogarniętą, a makijaż – umownie, ale w sposób rozpoznawalny – jest jedną z oznak ogarnięcia właśnie. Skrótem wizualnym zahaczającym wymową o „jestem zdrowa, wszystko ze mną w porządku”.

    1. ‚a makijaż – umownie, ale w sposób rozpoznawalny – jest jedną z oznak ogarnięcia właśnie. Skrótem wizualnym zahaczającym wymową o „jestem zdrowa, wszystko ze mną w porządku”.’ < I właśnie to jest, w moim przekonaniu, chorobą cywilizacyjną. Nie to, że ktoś się chce malować i czuje się dobrze w makijażu, a właśnie to, że kobieta bez tapety na twarzy jest postrzegana jako zaniedbana.

      1. bloodorange napisał(a):

        Tru. Ale mi jest _wygodniej_ rano złapać pędzle na kilka chwil, tym bardziej, że pracuję z ludźmi i _wygodniej_ mi robić określone wrażenie. Dla mnie ubranie i makijaż do pracy to kostium podkreślający (domniemane i prawdziwe) cechy.

        1. To ja się tylko do tego wieku, problemów skórnych i zmarszczek odniosę.

          Im jestem starsza, tym trudniej mi zrobić ładny makijaż. Tak więc myślę, że to działa odwrotnie. Na młodej, jędrnej skórze fluid, puder i cienie wyglądają lepiej. Eyeliner jest prosty. W ogóle to wtedy osiąga zamierzony efekt. Na starej skórze makijaż wygląda strasznie, jeszcze bardziej postarza, widać zmarszczki jeszcze mocniej.

          A problemy skórne (trądzik głównie) pod pudrem i fluidem to jest jakiś koszmar. Z tym powinno się chodzić do dermatologa. Bo to uleczalne jest.

        2. bloodorange napisał(a):

          Co do skóry: Mam reaktywną, typ trądziku różowatego. Leczę to, ale leczenie działa w kratkę, a bardzo nie lubię wyglądać jak renifer Rudolf.

        3. Pionierka napisał(a):

          Łatwiej jest zrezygnować z makijażu, jak masz na to wywalone :) Czyli sprawa osobowości i podejścia, a nie wieku czy kontaktu z ludźmi. Istotnie problemów z cerą nie mam – trochę dar natury, a trochę może fakt, ze moja skóra żyje sobie swobodnie i naturalnie. Z ludźmi jak najbardziej mam kontakt w pracy. Ba! Nawet oko w oko z prezydentem stanęłam z nieumalowaną twarzą. Przeżył, choć potem przegrał wybory ;)

        4. Ewelina Kwaśniewska napisał(a):

          Już wiemy, dlaczego przegrał w takim razie :p To na pewno wina Twojej nieumalowanej twarzy :p

        5. bloodorange napisał(a):

          Bo do was kultura dobiera się od innej strony: sześciopaków, oczekiwanych dochodów i potencji.

    2. Pionierka napisał(a):

      Nie wiem czy 34 to niewiele po 30. czy wiele, ale brak makijażu nie jest dla mnie ani żadnym wyzwaniem, ani aktem odwagi tylko po prostu życiem w zgodzi ze sobą – nie lubię się malować, nie czuję potrzeby, więc tego nie robię. Przy czym nie krytykuję tych, którzy mają inny styl – Dita jest super :)
      Przy czym to nie jest tak, że makijaż = ogarnięcie. To tylko presja społeczna i wciskanie ludziom do głowy, że kobieta bez makijażu to jakieś dziwo, zatem albo jest chora, albo leniwa, albo coś innego z nią nie w porządku. Ja świeżo wykąpana, z umytymi włosami i w czystych ciuchach czuję się wystarczająco ogarnięta.

      1. bloodorange napisał(a):

        Pewnie faktycznie mam to wdrukowane przez kulturę, ale po prostu nie mam z tym dużego problemu. I bardzo chciałabym miec taką skórę, jak w wieku 34 lat, choć niby tylko parę lat minęło:) jest taki cudowny cytat z Nory Ephron, parafrazuję, „wszystko, co nie podobało Ci się w sobie po trzydziestce, będziesz tęsknie wspominać po czterdziestce.”

        Swoją drogą, zupełnie inne tu komentarze niż na Ubieraj się klasycznie, gdzie dobrem najwyższym jest wyrazistość, trudna IMO do osiągnięcia przy typowo polskim typie urody).

        1. Pionierka napisał(a):

          Nie twierdzę, że malowanie się to coś złego, czy że to jakikolwiek problem. Jeśli to lubisz to fajnie – serio, korzystaj, szalej, na pewno fajnie wyglądasz :) Natomiast chciałam zwrócić uwagę, że łatwość rezygnacji z makijażu naprawdę nie ma związku z obiektywną urodą, czy z wiekiem. Nieprzypadkowo najbardziej pacykują się nastolatki ;) To kwestia psychiki i odporności na pewien przekaz kulturowy.
          Inn sprawa, że atrakcyjnym kobietom trudniej się pogodzić z upływem czasu bo wygląd jest istotnym składnikiem ich tożsamości. Ja nie jestem ładna, więc nie będę miała czego żałować i za czym tęsknić. Po prostu już bardzo dawno ulokował źródło swojej samooceny zupełnie gdzie indziej.

        2. seba napisał(a):

          Może dlatego, że rozmawiają tu osoby wyraziste. Nie dyskutuje się o problemach, które Cię nie dotyczą ;D

      1. bloodorange napisał(a):

        Nie czytałam Mitu urody Wolf, ale zakładam, że tam mogą być odpowiedzi. I odpowiedzi na odpowiedzi.

        Ładna skóra (oczywiście wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy „ładna”) i błyszczące, wyraźne oczy od zawsze były odbierane przez ludzi jako oznaka zdrowia – o czym zapominamy, bo dziś większość osób, które widujemy na ulicy, nie ma poważnych problemów skórnych. Być może dziś chodzi już tylko o zysk broniących się przed stratami koncernów kosmetycznych; a może właśnie jesteśmy w takim miejscu historii, jak w międzywojniu – kiedy opalenizna nagle stała się znakiem zamożności – i makijaż wkrótce stanie się passe.

  20. Agnieszka Makowska napisał(a):

    Dzieki za ten ten tekst ☺ juz troche u Ciebie jestem i bardzo czesto zgadzam sie z Toba. Maluje w zasadzie tylko rzesy, byc moze wreszcie rowniez zdecyduje sie na doczepiane, ale musze poszukac fajnej doczepiaczki blisko siebie ☺ staniki nosze bo czuje sie w nich bardziej komfortowo, przynajmniej poza domem 😊 o jakosci ubran z dzialow meskich nie mialam pojecia, z racji mojego wzrostu czasem kupuje w dzialach mlodziezowych

  21. Och jak się ucieszyłam, gdy zobaczyłam ten wpis! Podpisuje się pod wszystkimi punktami! Szpilki miałam na nogach raz w życiu: na swojej studniówce, czyli ładne lata temu – od tej pory zawsze na płasko. Makijaż u mnie ogranicza się do podkładu mineralnego (3 składnikowy, naturalny:) i to jeszcze w sytuacjach, gdy coś trzeba zakryć ;) Do pracy noszę dres: np. teraz siedzę sobie w pracy w luźnym T-shircie, luźnych spodniach i trampkach (wkładanych, nie wiązanych – taka wygoda :D), no i też wkurzyłam się na fiszbiny całkowicie z nich rezygnując. Wygoda rządzi! Tak trzymać dziewczyny <3

  22. Asia napisał(a):

    Oj kochane moje, tu gdzie mieszkam takich kobiet jest duzo i nazywaja sie „frumpy moms” (zaniedbane mamy). W 99% to kobiety z malymi dziecmi, ktore nie pracuja poza domem i nie maja sie „dla kogo” ubierac. Mozna je poznac po meskich dzinsach z niedopasowanym, obwislym kroczem, obszernych bluzach i „wygodnych” butach. Co ciekawe, maja zawsze pomalowane paznokcie, ale na tym sie konczy. Wszystkie uwazaja sie za cool i sexy, i nie rozumieja dzlaczego otoczenie ich nie traktuje powaznie. Blagam opamietajcie sie! Owszem, ladnemu we wszystkim ladnie, ale to przestaje dzialac po 25 roku zycia i zamienia sie w niechlujstwo.

    1. Tu gdzie mieszkam (a właściwie mam na myśli środowisko, w którym się obracam) takie kobiety nazywają się kobietami, jak wszystkie inne. W 99% to kobiety wykształcone, obyte z kulturą, będące w stanie zdystansować się do mody i konwenansów. Pracują (bo z czegoś żyć trzeba) i nie mają się „dla kogo ubrać”, bo nie ubierają się dla nikogo. Można je poznać po tym, ze są ubrane wygodnie. Paznokcie nie zawsze mają zrobione. Czasem mają, czasem nie, podobnie jak z włosami, butami, ciuchami, no co sobie wymyślisz. Wszystkie uważają się za fajne. Rozumieją, dlaczego otoczenie traktuje je poważnie: po prostu są mądre i miłe. Błagam, opamiętaj się! Owszem, model jedynej właściwej atrakcyjności w postaci umalowanej, odstawionej pańci na szpilkach funkcjonuje w pewnych środowiskach, ale przeważnie wyrasta się z tego po 25 roku życia i zamienia się to na mózg.

      1. Asia napisał(a):

        Skad ta obsesja szpilek??? Czy na prawde nie ma na polskim rynku innych butow? Nie wierze, ze do wyboru masz albo niebotyczne szpilki albo trampki. Nie wierze, ze do wyboru masz tylko workowate meskie ciuchy, bo damskie sa „niewygodne.” Przypudrowanie nosa nie zrobi z ciebie „odstawionej panci”. Ja mam duzo wiecej lat i sama przeszlam przez to co ty, wiec tylko ostrzegam, po przyjacielsku (believe it or not…).

        1. Asia napisał(a):

          By the way, bardzo podoba mi sie ten blog i bylam stala czytelniczka, ale czuje teraz ze to nie dla mnie. Czasami roznica wieku jest nie do pokonania! No coz, szkoda — good-bye.

  23. Asia napisał(a):

    Hmmm, nie rozumiem tej obsesji ze szpilkami… Czy na prawde na rynku nie ma innych butow? Nie wierze, ze do wyboru macie tylko niebotyczne szpilki albo trampki. Nawet jesli zmienila sie wam figura (ciaza, wiek, choroba) i nie jest wam wygodnie w starych ciuchach, czy na prawde meskie workowate ubrania albo dresy sa jedynym wyjsciem? Przypudrowany nos nie zrobi z was „odstawionej panci” ani nie zmieni was w niewolnice konwenansow. Skad ten dramat??? Ja mam duzo wiecej lat i rozumiem przez co przechodzisz. Moj post mial byc w zamysle humorystyczny z nuta dobrej rady, i szkoda ze nie zostal tak odebrany. Obawiam sie, ze roznica wieku ma cos z tym wspolnego. Szkoda, bo bardzo podobal mi sie ten blog. Nie ma potrzeby odpowiadac, bo rezygnuje.

  24. Julia W napisał(a):

    Mam 20 lat. Szpilki tylko na studniówkę/wesele. Makijaż również, chociaż spokojnie mogłabym się pokusić o podkład, od gimnazjum walcząc z trądzikiem i mając pozostałości w postaci blizn.

    W wygodne ciuchy ubierałam się od zawsze, byłam przy tym nieśmiała i bardzo dobrze ukrywałam emocje – faktycznie niektórzy postrzegali mnie za taką, którą można łatwo zmanipulować albo poprosić/wymusić zrobienie czegoś. A dziś mam z tego niezły ubaw.

    Nie znaczy to, że o siebie nie dbam, czy nie jestem kobieca. Chociaż i tak czeka mnie jeszcze mnie mnóstwo pracy nad samooceną i pewnością siebie – nie boostując jej wyglądem ani pochlebstwami.. Z każdym rokiem jest coraz łatwiej, biorąc pod uwagę, że zaczynałam od zera. Chociaż czasem, kiedy trzeba, potrafię być wredna lub „pokazać pazurki”.

Dodaj komentarz