Co kobiety myślą o ślubie

Biała suknia z welonem, kościół udekorowany kwiatami, wielka sala weselna i pierwszy taniec do Bryana Adamsa? Fuj!

Zdecydowana większość moich przyjaciół to mężczyźni, więc dość często zdarza mi się słuchać historii o niechęci do ślubów i ogólnych stwierdzeń, że facetowi to się w ogóle nie opłaca. Dlaczego? Bo połowę swojego majątku oddają żonie. Gdy podaję przykłady par, w których to raczej ona wsparłaby go swoim majątkiem, prychają. To wyjątki. Poza tym w ogóle obrączkowanie jest bez sensu. Ach te głupie baby… ciągle tylko próbują zaciągnąć facetów do ołtarza.

Tia.

Mam też jednak kilka przyjaciółek. Z różnych branż i środowisk, o różnym pochodzeniu i karierach. I większość z nich również o ślubie nie marzy (chyba tylko Didi mi się ostała w swojej rurzowości, marząca o romantycznej przysiędze i obrączkach). Reszta zgodnie twierdzi, że to bez sensu albo patrzy na to pragmatycznie. OK, parę przyjaciółek wiosny nie czyni – poza tym, to przecież moje przyjaciółki, a więc kobiety o dość specyficznym podejściu do związków i mężczyzn – a jednak odnoszę wrażenie, że coś się w tej materii zmienia i faceci przestają mieć monopol na ślubofobię.

Świeżo hajtnięty Zielak powiedział mi po prostu: po cholerę mamy brać kredyt na 80k na ślub i wesele, skoro możemy to przeznaczyć na remont mieszkania albo jakiś wypasiony miesiąc miodowy? No bo taka prawda. Śluby kosztują majątek. Jak sobie policzyć, ile chce ksiądz, katering, kapela i właściciel sali na wesele, to cycki opadają. To wszystko na jedną noc? Na jedną imprezę, tylko po to, by rodzina się wreszcie mogła spotkać i poplotkować? Dlatego Zielak co prawda wyszedł za mąż – ale postawił na szybki ślub cywilny, kolację w restauracji dla rodziny i zwyczajną imprezę na mieście ze znajomymi. Wyszło świetnie. Dużo fajniej niż te nudne imprezy z oczepinami i stresem kopertowym. Bo czasem aż się żal robi na widok tych pazernych spojrzeń i sprawdzania kopert.

Anna Radomska: Wesele – dramat autorstwa Stanisława Wyspiańskiego, wystawiony po raz pierwszy w Teatrze Krakowskim 16 marca 1901 roku…
Już Wyspiański wiedział że to dramat. :)

Jest też kwestia wiary i dylemat: kościelny czy cywilny? Spójrzmy prawdzie w oczy: bardzo wiele par mieszka razem przed ślubem, bzyka się jak dzikie norki (z antykoncepcją oczywiście) a ostatnio w kościele było na komunii. Bo dzisiejsi katolicy dzielą się na praktykujących i niepraktykujących, co z definicji już z katolicyzmem nie ma nic wspólnego. To są po prostu ludzie wierzący w Boga, którzy w kościół przestali wierzyć gdzieś między pierwszym pryszczem na nosie a zdaną maturą. Smutne jest tylko to, że nawet ateistyczne pary na siłę robią sobie bierzmowanie i chodzą na nauki przedmałżeńskie tylko po to, by mieć ten ślub kościelny. Po co? Bo rodzina. A co mnie rodzina obchodzi? To ja się hajtam a nie moi rodzice, ciotki i świekrowie.

Gdy na fejsbuku spytałam kobiet, co myślą o małżeństwie, bardzo wiele odpowiedziało wprost: po co? One w ogóle ślubu nie potrzebują. Chcą kochać i być kochane. I tak jak twierdził Denys Finch Hatton: Żaden papierek nie sprawi, że będę Cię bardziej kochał. Kochała w tym wypadku. Baby to rozumieją. Mijają czasy, w których kobieta niewiele może i w związku z tym jest zaprogramowana tak, by dążyć do zamążpójścia. Już wiemy, że to nam niczego nie gwarantuje. No i wiemy, że bez tego też można stworzyć szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Fakt – ślub ułatwia pewne sprawy urzędowo-finansowe, ale z drugiej strony – cholernie utrudnia rozstanie i potrafi sprawić, że zamiast przyjaciółmi, stajecie się po takim rozejściu śmiertelnymi wrogami. Na pole walki wchodzą prawnicy i zaczyna się walka o pieniądze. No, ale kto by o tym myślał w momencie zaręczyn…

Z przerażeniem obserwuję inną niepokojącą motywację ślubną: nie jest dobrze miedzy nami, ale po ślubie na pewno będzie lepiej. Ile to par się hajtnęło po to, by im było lepiej… A potem się okazuje, że ślub niczego nie poprawił. Że owszem, na czas zaręczyn i przygotowań weselnych było podniecająco, ale potem on wcale się nie zmienił w księcia z bajki a ona nie przestała być jędzą. Pisałam o tym już kiedyś. Niestety nie każdy czyta Segrittę… ;)

Zostaje jeszcze kwestia magii. Ślubowanie, uroczystość, symboliczne połączenie się na wieki. I nie jest istotne, czy oprawisz to w białą suknię z falbanami, 100 gości i księdza – czy w elegancką kieckę, świadków i sędzię. Chodzi o pewien rytuał, który ma w sobie coś pięknego. Zwłaszcza, jeśli słowo ma dla Ciebie znaczenie a przysięgi się nie łamie. Taki ślub mogę wziąć, jeśli będę gotowa na wypowiedzenie przysięgi. Ba, taki to bym chciała wziąć. Kiedyś. Może. Jak wreszcie Clive się oświadczy. :)

Na koniec anegdota, która krąży po sieci, ale może jeszcze nie znacie:
Za każdym razem, gdy idę na jakieś wesele, ciotki patrzą na mnie uważnie i mówią „Ty będziesz następna!”. Dlatego na najbliższym pogrzebie zamierzam się zrewanżować i powiedzieć im to samo.  

Komentarze do wpisu: 50 Napisz komentarz

  1. Wypowiedzialabym sie ale lyso cokolwiek mowic na ten temat w moim wieku. Chociaz… ja nie chce wypowiadac sie o slubach, podczas gdy moja Mama w moim wieku… dalej to juz wiecie sami. A dla tych co nie wiedza: juz wtedy zmieniala mi pieluchy. Tu tez niezle widac ten skok pokoleniowy i podejscie. Wiecej chyba nie napisze… no :)

  2. Mało odkrywczy ten wpis. Śluby są be, bo leci diskopolo na weselu i ksiądz pazera wyciąga łapę po kasę i babcia się obrazi i nie zapisze mieszkania w testamencie, a Ty będziesz do końca życia musiała mężowi mielone z ziemniakami i kapustą gotować.

    Co prawda jeden Zielak zrobił normalnie, tak jak chciał, ale wiadomo- popłynął pod prąd i to jak. Co za odwaga.

  3. Może i jestem młoda, ale do ślubów mam dość tradycyjne podejście. Dla mnie to piękne, kiedy dwoje ludzi staje przed ołtarzem i ślubuje sobie, że nic ich nie rozdzieli :) Fakt, liczba rozwodów nieuchronnie rośnie, ale z drugiej strony w czasach naszych babć i dziadków mało kto się rozwodził… Więc to chyba zależy od ludzi i od osobistego podejścia do sprawy ;)

  4. clive już mi się oświadczył. mamy nawet ustaloną datę. zaprosimy cię, jak wujostwo spod radomia potwierdzi nieobecność.
    wiem.
    nie rycz.

  5. Zauważam, że ostatnio nastąpił zwrot o 180 stopni w postawie kobiet wobec slubu. Juz nie wystarczy powiedzieć „nie czuje takiej potrzeby bo to nie dla mnie” co ja szanuje, bo mamy prawo do odmiennych poglądów, szanujemy się, że sie róznimy, nikt nikomu nie wmawia, że jego postawa jest najlepsza ale co mnie niestety mocno razi to fakt, że po takiej deklaracji nastepuje tyrada dyskredytacji tych „głupich dziewek dla których ważny jest papier” który przecież nic nie daje i na co on komu. Ja rozumiem, że ktoś nie czuje potrzeby podpisywania tego papieru, składania przysięgi wybrankowi, dobrze czuje się w relacji nie sformalizowanej ale naprawdę nie da się już wyżyć bez udawadniania, że to jest najlepsze rozwiązanie i kazdy kto trzyma się nazwijmy to tradycyjnego jest bezmózgą amebą która musi się przyczepić do faceta i założyc mu obraczke na palec?
    Ja jestem po slubie. Nie dlatego, że miałam starszną potrzebę założenia białej kiecki, cudownego wesela, kofetii i zazdrości koleżanek że ja już. Ale dlatego, że chciałam z tym Człowiekiem bardziej :) A ślub nie zminił nic poza statusem prawnym. Nie po to się hajtałam żeby się coś zmieniało. I zawsze mnie fascynuje skąd założenie, że slubnym trudniej się rozejść? Ból, rozczarownie oraz skala nienawiści jaka może się narodzić jest ta sama tak naprawdę. Nie każdy kończy z prawnikiem. I co więcej wcale nie trzeba się spotykac w sądzie żeby robić sobie gorzkie szopki które mają tyle wspólnego z klasą i kulturą co kraj trzeciego świata z pełnym spichlerzem. To kwestia człowieka, jego zasad i tego jak się będzie potrafił zachować w takiej sytuacji a nie tego czy ma obraczkę i papier czy też nie.

    1. O tak, też ostatnio zauważyłam, że taka oficjalna deklaracja stała się modą. I niech sobie będzie pod warunkiem, że nie krytykujemy tych którzy jednak chcą i marzą o romantycznym ślubie w kościele w białej sukni i hucznym weselu.
      TO JEST ICH INDYWIDUALNA SPRAWA I MAJĄ DO TEGO PRAWO.

      To samo dotyczy ludzi wierzących i niewierzących. Nigdy nie spotkałam się z atakiem na ludzi, którzy nie wierzą w Boga bo: TO JEST ICH INDYWIDUALNA SPRAWA I MAJĄ DO TEGO PRAWO.

      Dlaczego więc ci niewierzący w kółko klepią o swojej niewierze i słownie atakują tych, którzy tę wiarę posiadają. Na każdym forum, nieważne jakiego tematu dotyczy, znajdzie się grono osób, które napisze coś w rodzaju: „bo to katole, bo gupki w boga wierzą” itp. teksty.
      Nie było chyba jednego odcinka Kuby Wojewódzkiego, w którym nie pytałby gościa czy jest wierzący i nie krytykowałby wiary, czy nie wspominał o Żydach.

      Z czego to wynika? Skoro ja nie wierzę dlaczego tak bardzo przeszkadza wiara innych ludzi? Jeśli ja nie chcę ślubu i wesela czemu tak wkurza to, że inni takie mają?

      Nie rozumiem.

      1. „Z czego to wynika? Skoro ja nie wierzę dlaczego tak bardzo przeszkadza wiara innych ludzi? Jeśli ja nie chcę ślubu i wesela czemu tak wkurza to, że inni takie mają?”
        A przeszkadza Ci? A wkurza Cię?
        Bo piszesz o jakiejś modzie, której ja nie widzę.

        1. Nie widzisz tej mody? To przeczytaj choćby komentarze pod swoim wpisem. Pozwól, że wymienię jak leci zaczynając od góry: Gabriela, Eliza, Joanna, Monika – oni też piszą, że widzą tę modę na krytykowanie ślubów i wesel.

        2. Gabriela pisze:
          „Zauważam, że ostatnio nastąpił zwrot o 180 stopni w postawie kobiet wobec slubu. Juz nie wystarczy powiedzieć „nie czuje takiej potrzeby bo to nie dla mnie” co ja szanuje, bo mamy prawo do odmiennych poglądów, niestety mocno razi to fakt, że po takiej deklaracji nastepuje tyrada dyskredytacji tych „głupich dziewek dla których ważny jest papier” …”

          I z tym wpisem zgadza się 31 osób.

          Na onecie w ciągu ostatnich kilku dni były dwa artykuły na ten temat.

          A Seg nadal nie widzi mody na krytykowanie ślubów i wesel…

        3. Lidio, to teraz zatrzymaj się na chwilę i pomyśl logicznie.
          Gdyby komentarz Gabrieli KRYTYKOWAŁ śluby i wesela – i taki wpis lubiłobo 31 osób, to byłby to już jakiś argument na istnienie mody, o której wspominasz.

        4. Ja to widzę inaczej. Sytuacja, którą opisujesz świadczyłaby tylko o tym, że 31 osób też nie lubi ślubów a nie że istnieje moda na krytykowanie ślubów.

          A Gabriela pisze, że ostatnio nastąpił zwrot o 180 stopni i nagle wszyscy mówią o tym, że nie lubią ślubów i razi ją to że musi wysłuchiwać „tych tyrad dyskredytacji „głupich dziewek dla których ważny jest papier”.

          I to świadczy o tym, że nastąpiła moda na krytykowanie ślubów.

          Jeśli nie wierzysz to zrób sondę pt.: „czy ostatnio słyszałeś lub czytałeś wypowiedzi krytykujące śluby kościelne i przyjęcia weselne” i odpowiedzi: tak często, rzadko, wcale.
          :)

        5. I jeszcze mam pytanie. Często słyszę, że ateistki, zapisują się na przyspieszone bierzmowania, podszywają się pod katoliczki i chodzą na nauki przedmałżeńskie, bo chodzi im o ślub w długiej białej sukni. Że ten jeden dzień w życiu chcą się czuć jak księżniczki.
          Skoro są takie odważne i ogólnie wyluzowane, dlaczego po prostu nie założą takiej sukni do urzędu stanu cywilnego? Gdzie jest napisane, że nie wolno?

        6. „I to świadczy o tym, że nastąpiła moda na krytykowanie ślubów.”
          Nie. To świadczy o tym, że Gabriela i wiele innych osób tak uważa. Ma prawo. To wynika z jej doświadczeń albo przeświadczeń. Ja takich doświadczeń nie mam.

        7. To, że czegoś nie doświadczylismy nie znaczy że nie istnieje, to po pierwsze.
          Po drugie zaś nie mówiłam o modzie :) Tylko zauważyłam jakąś tendencje. Nie nazwałabym tego modą tylko jak napisałam – zmianą.

        8. Mimo wszystko to jest jakaś moda – z moich obserwacji świata wynika, że osoby, które racjonalnie potrafią wyjaśnić powody bycia anty- w jakiejś sprawie można niemal policzyć na palcach jednej ręki. Pozostałe ślepo pędzą za tłumem, bo tak wypada, bo tak robią ich rówieśnicy i idole różnej maści. Tak jest z religiami, tak jest ze ślubami, tak jest choćby teraz ze świętami.

  6. 80koła za ślub i wesele…. to chyba przesada… ja 4 lata temu za 105-osobową 2-DNIOWĄ imprezę płaciłam 25koła (sala, katering, alkohol, ksiądz, fotograf, zespół i wszystko inne). 30 % to rodzina ale tylko ta, z którą utrzymywałam kontakt ( a nie ta, którą wypada zaprosić) a 70% to przyjaciele. To wspaniały dzień jeśli tworzą go z tobą bliscy i życzliwi ci ludzie, wspaniały klimat i zabawa. Nie bez znaczenia jest też dobry wybór sprawdzonego zespołu. Ja na początku zamiast wesela miałam lecieć na 2 koniec świata, ale mąż Mnie przekonał i nie żałuję. Mam cudowne wspomnienia! Moim zdaniem wszystko zależy kogo się zaprasza i czy ulega się presji rodziny i konwenansom. Koszty to też sprawa względna. Jeśli ktoś jest drobiazgowy, umie liczyć i organizować, to koszty wcale nie są kolosalne. Mój brat rok temu za 2-dniową 120-osobową imprezę weselną zapłacił 30 koła. Niestety płaci się za „złote klamki”, wygodę i gotowce podane na tacy. Jeśli angażujesz się sam koszty znacznie maleją. Co do samej instytucji małżeństwa… ja wzięłam ślub po 11 latach bycia razem. Nic się nie zmieniło. Po prostu postawiliśmy kropkę nad i :)

  7. Ktoś mi kiedyś powiedział: wesele nie jest dla Ciebie, ale dla Twoich gości. Słowa te wbiły się w mój mózg jak kołek rozporowy. Z jednej strony wrodzony ludzki egoizm, z drugiej poczucie winy, że nie zadowoli się bliskich. Ciężki orzech do zgryzienia. Weselny maraton myślę, że mam już za sobą (większość przyjaciółek ma swojego GPSa). I dzięki temu wyrobiłam sobie lepszy pogląd na ten temat. Nigdy nie uda Ci się zadowolić wszystkich, więc lepiej skupić się na swoich marzeniach. i pragnieniach. Przed oczepinami i wszelkimi zabawami weselnymi od lat chowam się kiblu. Dobrym pomysłem jest też wyjście na papierosa, bądź 20 lub spacer po okolicy. Z pewnością nie zafunduję sobie takiego stresu na własnym weselu (jeżeli takowe będę kiedyś posiadać :)). Orkiestrom i tzw. wodzirejom też stanowczo podziękuję. Dla każdego ważne jest co innego i myślę, że grunt to nie ulegać presji zarówno tej „nie chcę być starą panną” jak i tej „bo ślub jest passe”. Ale czasy z pewnością się zmieniają i wizja kobiety czekającej na pierścionek jak pies na kiełbasę przy niedzielnym obiedzie, nie jest już taka oczywista. :)

  8. Normalnie aż pierwszy raz skomentuję :) Z moim lubym za niecale 5 miesięcy bierzemy ślub, z wielkiej miłości. Cywilny. Wesela nie robimy (ku oburzeniu niektórych) z prostego powodu: za te same pieniądze możemy wyremontować mieszkanie, w którym wspólnie zamieszkamy po ślubie i jeszcze pojechać na dwa tygodnie powygrzewać się na plaży, gdzie mówią po zagranicznemu, zamiast płacić,żeby kilkadziesiąt osób pobawiło się przez dwa dni, podczas gdy my z tej „imprezy” prawie nic nie zapamiętamy, co najwyżej ogromny stres „żeby się nikt nie obraził”. Kieckę piękną będę miała, wystrzałową sesję zdjęciową na pamiątkę też, a przy tym nerwy nie zszargane i portfel grubszy. Z przyjaciółmi się pobawimy po powrocie z miesiąca miodowego, na kompletnym luzie. Jak się chce to można :)

  9. Ślub tak. Tylko cywilny, potem obiad dla najbliższej rodziny i wieczorem impreza w klubie ze znajomymi. Nie ze względu na wielką miłość, ale ten ‚tylko papierek’ pomaga wspólnie się rozliczać, wiedzieć o swoim stanie zdrowia jak się trafi do szpitala. Ot moim zdaniem jest wygodniej. I jasne, że można bez. Ale jak się znajdzie odpowiednią osobę, to naprawdę nie ma rozkminiania na zasadzie bo tyle rozwodów, bo rozstania i inne *uje.

    A jak nie wyjdzie? Trudno. Nieformalyn też może nie wyjść, a rozwód nie musi od razu oznaczać darcia kłaków o każdą złotówkę.

  10. Ja wyszłam za mąż, zorganizowałam wesele na 300 osób, bo mnie po prostu na to stać, gdybym nie miała pieniędzy pewnie ograniczyłabym się do najbliższych i przyjaciół, a tak mogłam zaprosić całą swoją rodzinę i świętować z nimi nowy początek. Z moim mężem strasznie szybko zdecydowaliśmy się na ślub bo już po 4 miesiącach byliśmy zaręczeni, a w rocznicę pierwszej randki pobraliśmy się. Wydaje mi się, że lek przed tym co NA ZAWSZE mogą mieć osoby, które nie są pewne swojego partnera, ale ja wiedziałam, że to jest TO i nie wahałam się ani chwili. I wiecie co? Mogę powiedzieć tylko jedno: po ślubie jest tylko lepiej :)

  11. Ślub? A po co? Nie jest do niczego potrzebny. A wesele i te inne bzdury to strata pieniędzy. Nie stać mnie, a nawet gdyby było mnie stać, to i tak bym nie chciała. Nie cierpię być na widoku.
    Mój wymarzony ślub to urwać się na chwilę z pracy we wtorek przed południem, wziąć ślub tylko przy świadkach i wrócić do pracy. 10 minut i spokój.
    Jeszcze większą bzdurą jest branie ślubu i rodzenie dzieci po to, żeby nie być samotnym na starość. Jak słyszę ten debilny tekst ” Kto ci na starość szklankę wody poda” to mi się nóż w kieszeni otwiera. Powiedzcie mojej matce, że mąż i dzieci to opieka na starość…

  12. Jak się ma fajnych i oddanych znajomych to ślub można zorganizować w plenerze prawie za free. A myślę, że każdy takich ma i wystarczy sobie o nich przypomnieć. A ślub katolicki oczywiście podbija cenę wysoko, dlatego przestańmy go w końcu brać bo boga żadnego nie ma i kropka. Ale i tak z tą wiarą-niewiarą jest już coraz lepiej i coraz mniej ludzi bierze śluby pod krzyżem z powodu presji rodzinnej i „bo co ludzie powiedzą”. A tu mój wpis sprzed paru tygodni, który pokazuje że jak najbardziej się z Matyldą zgadzam: http://www.looqash.com/2012/10/dylematy-slub-czy-wolny-zwiazek.html Sorry, więcej nie będę.

  13. a ja będę staromodna..i nie modna…wierzę w Boga a ślub to dla mnie nie tylko papierek, magia i td. To jak każdy widzi ‚ten dzień’ to indywidualna sprawa. Jeden chce wielkie wesele, huczne z oczepinami a drugi skromny obiad – jest mi to obojętne, najwazniejsze żeby każdy robił to co chce :) co do samego ślubu..mnie trochę martwi to wyzwoleńcze podejście, brak stabilności, tak na prawdę ludzi enie zdają sobie sprawy z konsekwencji życi ana tzw. kocią łapę..dopóki się jest młodym i zdrowy to jest na rękę…problemy zaczynają się gdy życie daję w tyłek. Teraz jest moda na niedojrzałość i poczucie wolności, nie w modzie jest poczucie obowiązku i odpowiedzialnośc. Jak już mówiłam jest niemodna. Dobrze mi z tym.

  14. W Szwecji, którą jedynie Norwegia przebija w ilości singli i nieślubnych dzieci – weekendy wyglądają tak:
    W mieszkaniu bądź domu są jego dzieci z poprzednich kopulacji, jej dzieci z poprzednich zbliżeń i ich wspólne dzieci. I często najchętniej pozbyli się by tych dzieci podwożąc do ich kolegów i koleżanek ze szkoły.
    Jeśli to jest odpowiedź na pytanie Quo Vadis Świecie, w kontekście zaślubin i przyjęcia odpowiedzialności, to zaprawdę powiadam Wam, to jedna wielka Czara Goryczy i Rozczarowania, która stoi za progiem bram Waszych i czeka aż się z niej, ktoś napije.
    Pewnie, że najlepiej być singlem, nie wiązać się, odpowiadać tylko za siebie, promienieć swym egoizmem i zmanierować się po kilku latach*

    *uwaga nie dotyczy pasztetonów i mastodontów fizycznych i intelektualnych, ci chcieliby usidlić współspacza lub współspaczkę, im w singlowaniu dobrze nie jest, to jest ich wyrok.

    Howgh

  15. Ja brałam ślub dwa lata temu i przyznaję, że zawsze marzyłam o białej sukni, kwiatach itd. ale nie dlatego brałam kościelny ślub – chciałam po prostu uczcić moment, w którym zaczynaliśmy razem nowy rozdział naszego życia i podzielić się tą radością z rodziną. Nie wszystkie pary mieszkają razem przed ślubem, nie wszyscy po komunii przestają chodzić do kościoła, nie każda kobieta łapie faceta by zabrać mu pół majątku. Generalizowanie w takich sprawach jest bez sensu, a niektórzy po prostu nie przyznają się, że marzy im się piękny bal w białej sukni i ślubowanie przed ołtarzem, bo to jest niemodne, poza tym uzależnianie się i przywiązywanie do faceta jest niefeministyczne, a feminizm też jest teraz modny. Dlatego wszystkim życzę życia według własnych zasad – szanujmy swoje wybory. Nie podążajmy za modą, ale kierujmy się sercem we wszystkim.

  16. My wzięliśmy czysto ateistyczny ślub w USC.
    Biała kiecka? Miałam czarne spodnie :-)
    Setka gości? Byliśmy tylko my + świadkowie :-)
    Balanga do rana + poprawiny? Nic z tego, był obiad + szampan bezalkoholowy*
    * Do ślubu szłam z brzuchem. Drugim zresztą. Przy pierwszym dziecku (ani tym bardziej przed) nie mieliśmy potrzeby hajtania, niestety polskie przepisy, służba zdrowia + niemożność uregulowania wszystkich interesujących nas kwestii notarialnie, sprawiły, że po zapłaceniu 84zł haraczu i 40zł za obrączki (obie)*, podpisaliśmy papier.
    *dobrze że obrączki były tanie, bo szybko swoją zgubiłam ;-)

    1. Chcialabym zrozumiec motywacje ludzi, dla ktorych slub to czysta formalnosc obowiazkowo jednak przypieczetowana tym slawetnym obiadem dla rodziny, moze Ty wiesz o co chodzi?

  17. Nie wiem co jest pod prad w opisywanym przez Ciebie przypadku Zielaka. Wiele osob tak robi. Postawa postepowa to byloby wziecie slubu w codziennych jeansach i podjechanie pod urzad w drodze s supermarketu do fryzjerw, a nie jakiws suknie slubne, gowna na glowe i obiad dla 20 osob. Skoro to tylko formalnosc ulatwiajaca sprawy urzedowe to nikt s okazji zalatwiania sprawy w urzedzie nie zwoluje obiadu w restauracji dla najblizszych i nie zaklada stroikow na fryzure

  18. Chciałabym jeszcze w ostatnim słowie określić swój stosunek do poruszanego tu tematu. Otóż ja wziełam ślub koscielny 20 lat temu. Bardzo skromny, aczkolwiek nie dlatego, ze aż tak jestem przeciwna hucznym weselom. Po prostu nie było nas stać na wielką fetę, pewnie gdybyśmy mieli wówczas wiecej kasy, byłoby i wystawniej. Ale nie mieliśmy.Nie mielismy też żadnej zdolnosci kredytowej wiec zapozyczanie się też nie wchodziło w grę. Nie byłam równiez w ciąży. ślub był dla nas ważny wyłącznie ze wzgledów religijnych, ale było to również nasze swięto i swiętowaliśmy w gronie wszystkich swoich przyjaciół i kilku osób z rodziny na tyle na ile nas było finansowo wówczas stać. Miałam sliczną skromną białą długą sukienkę, choć trudno byłoby cos tak prostego nazwac sukną ślubną. Wyglądałam w niej jednak pięknie :)

    Natomiast ślub kościelny? To faktycznie byla tylko i wyłacznie formalność.Załatwiona cztery lata po ślubie,okupiona karą finansową za zwłokę i własciwie trudno to nawet nazwać ślubem cywilnym, po prostu rejestracja małzeństwa w USC w jednym i drugim kraju. Bez żadnej imprezy, bez gowna na głowie i bez obiadu w restauracji. Bo cywilny to faktycznie tylko i wyłącznie, dla nas, konieczna do regulacji wielu spraw formalność i w życiu nie robiłabym z tego swięta. Dlatego naprawdę nie mam zaufania do ludzi, którzy twierdzą, ze ślub to bzdura, ale robią z tego ślubu cywilnego (bo kościelny oczywiście jest passe) uroczystość, a potem się obnoszą że nie robili wesela tylko obiad w restauracji (i oczywiscie nie był to bar mleczny, tylko najdroższa knajpa w powiecie hehe )

  19. Miesiąc miodowy też się skończy, więc może niech Zielak składuje pieniądze w skarpecie, a potem mi odda. A co do ateistów, co zrobili sobie bierzmowanie i ślub kościelny, bo rodzina, to pachnie mi to wymyślonym przez Ciebie przypadkiem. Jeżeli jednak znasz takich ludzi, to jest ciekawy na jakich podstawach ich ateizm jest zbudowany.

  20. Ja bym zrobiła tak jak koleżanka Zielak .Za zaoszczędzone pieniądze pojechałabym z mężem w podróż życia do Ameryki Poł , tudzież gdziekolwiek i wzieła ślub u jakiegoś katolickiego misjonarza , najlepiej nad brzegiem Ołszeanu:)

  21. Ja tam jestem wielką fanką wychodzenia za mąż około 25 roku życia :) Jestem z podkarpacia, moi rodzice mają tradycyjne podejście, czyli na spółkę z teściami fundują mi wesele, a ewentualne prezenty od gości zabieramy my z małżonkiem na poczet wspólnego życia. Ślub to piękne wydarzenie i nie rozumiem, czemu miałabym kręcić nosem, że to mi „niczego nie gwarantuje”, „że dobrze jest jak jest”. Poza tym, jestem osobą wierzącą i praktykującą, dlatego też ma znaczenie dla mnie inny wymiar ślubu, ten duchowy i religijny. Nie wyobrażam sobie bycia „konkubiną”. Nie kojarzę również tego postępowego podejścia wśród kobiet, o którym piszesz Segritto. Żadna z moich koleżanek nie jest przeciwna zamążpójściu. Jeśli zaś chodzi o mężczyzn, to moi znajomi zgodnie twierdzą – „co to za jełop, co ma problem z poślubieniem miłości swojego życia” i żaden się nie zająknie nawet o kwestiach finansowych. Ja rozumiem, że nie każdego stać na wyprawienie wielkiego wesela, ale rozprawianie o „oddawaniu żonie połowy majątku”?

      1. :) zdarza się i tak, dla ukochanego oddałabym i majątek. A troskliwa i kochająca żona warta jest każdych pieniędzy. Co do ślubnych wymówek facetów, to jeszcze napiszę tylko, że według mnie absolutnie każda kobieta mająca na swej drodze faceta, który nie jest gotowy na małżeństwo / nie potrzebuje papierka / przerażają go kwestie finansowe ze ślubem związane / nie wierzy w śluby powinna uzmysłowić sobie, że ten oto facet praktycznie na 100% kiedyś w swoim życiu będzie żonaty. Tylko nie z nią.

  22. No nie wiem, nie wiem…mój ślub był fantastyczny. Nie było wiochy ani pompatycznej nudnej „imprezy”. Było super. Byliśmy mokrzy od tańców do różnorakiej muzy, głównie lata 80-te. Nareszcie mogłam zebrać w jednym miejscu wszystkich, których kocham i lubię czyli moja przeogromna wesoła rodzinę, przyjaciół i „kumpli z podwórka”. Nikt się nie urżnął, a było co pić, nikt (no może prawie nikt) nie siedział jak smętna dupa za stołem, wszyscy mieli gęby uśmiechnięte a ja nigdy się tak nie ubawiłam. Mąż na początku cierpko traktował temat wesela a po imprezie znajomych zachęcał, ze jak człowiek chce to potrafi zorganizować fajną imprezę.
    A samo małżeństwo? To faktycznie indywidualna sprawa. Mi było potrzebne. Bez ślubu czułabym sie niestabilnie. I nie chodzi tu o majątek bo oboje jesteśmy gołodupcami, ale o pewne zobowiązania. No i poza tym dziecko. Chciałam abyśmy byli rodziną w pełnym tego słowa znaczeniu (podług mnie oczywiście), z tym samym nazwiskiem. Lubie poukładane życie. I dobrze mi być Żoną mojego Męża. On tez wygląda na zadowolonego.

Dodaj komentarz