Wrocław – Warszawa

Kocham mój kreatywny GPS, który mnie dobrze zna i wie, że lubię się bujać po małych miejscowościach, które brzmią jak nazwy chorób wenerycznych. 

Tak właśnie jechałam do Wrocławia i tak z niego wracałam – omijając główne trasy na Warszawę, na których jest więcej fotoradarów niż BAJMu w Złotych Przebojach i nie spotkasz żadnej TIRówki, bo i TIRów brak. Nie zmieściłyby się.

Dzięki GPS-owym kreatywnym pomysłom przeżyłam w mojej samochodowej karierze piękne chwile. Np. wjechałam w pole buraków, jadąc z Wawra na Ursynów. Albo na mazurach spotkałam stado jeleni gdzieś w leśnym skrócie do Olsztyna. To fajne jest. Wczoraj zaś miałam szczęście jechać w śnieżycy z Wrocławia do Łodzi, mijając tak urocze miejscowości jak Różdżały, Rossoszyca i Dzierzązna. Zajął mi ten wrocławsko-łódzki odcinek 4 godziny, ale było pięknie.

A zaczęło się od tego, że telefon kazał się kierować w stronę księdza.

Komentarze do wpisu: 13 Napisz komentarz

  1. Ja kocham moją MARYSIĘ – nawigację :). Raz mnie tak poprowadziła jak wracałam z Ostrowca Św., że jak zobaczyłam leśniczówkę z przybitym przepięknym porożem i początek lasu to się lekko zaniepokoiłam, ale jechałam dalej jak wskazywała:), wyjechałam w wymarłą wieś – zobaczyłam piękne stare chałupy jakie kojarzą mi się z Wyspiańskim ;) Ciut bardziej się zaniepokoiłam :), ale jej ufam i jechałam dalej. Piękne stawiska z szumiącą trzciną też na tej trasie się znalazły – ogólnie zafundowała mi piękną krajoznawczą wycieczkę :) Maryniu ajlowiuuuuu :)

  2. Kiedyś jechałam do znajomych mieszkających tuż pod Wrocławiem. Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle wokół mnie zrobiło się zupełnie ciemno i znalazłam się na jakimś polu. Okazało się, że jestem całkiem niedaleko ale niestety żadnej prowadzącej pod ten adres ulicy już nie było. Musiałam sporo się najeździć aby do nich w końcu trafić. Od tej pory nie ufam już żadnemu GPS-owi.pozdrawiam

  3. Kiedyś, bardzo dawno temu, może z pięć lat temu, a może jeszcze dawniej, napisałaś cudną notke o tym jak ze znajomymi jechałaś gdzieś ciemną nocą i gps wyprowadził Was prosto na jakieś krzaki, czy jezioro i… kazał jechać dalej :) Pamiętasz? Tę podróż? Tę notkę? potrafiłąbyś mi pdać linka do niej? To jeden z trzech tekstów Segritty, które zapamiętałam z tych zamierzychłych czasów. Wtedy na Twojego bloga wchodziło się z Polecanych u Kominka na Blox-ie. Ech, historio, historio…

  4. Natomiast jadąc kiedyś z Krakowa do Gorlic, gps poprowadził nas przez miejscowości typu Gwoździec i Zdrowaśmaryja, trasą zaledwie o 20 cm węższą niż rozstaw zewnętrznych krawędzi opon (dzięki czemu udało się jechać po drodze pięcioma – sześcioma centymetrami każdej gumy :)), natomiast mój tata, który z Krakowa do Gorlic jeżdzi od 50 lat i zna każdy kamień na tej trasie i wszelkich jej wariantach, po prostu nie uwierzył, że taka droga istnieje :) By może do dziś sądzi, że to wszystko zmyśliliśmy. :)

  5. Oj tak, zdjęcie z drzewami miażdży! Nazwy miejscowości brzmiące jak choroby weneryczne również ;-)

    Ja kiedyś przejeżdżając przez miejscowość Zgon (moja dziewicza jazda autem po odebraniu plastiku) koniecznie musiałam się zatrzymać na papierosa!

Dodaj komentarz