Kierunek północ.

Bratysława jest bez sensu. Przyjechaliśmy do hotelu, który wyglądał jak szpital dla bogatych wariatów i można by w nim było kręcić horrory. Panie w recepcji postanowiły nie mieć poczucia humoru a jedna zapomniała się ogolić. Na twarzy. Miasto też nie miało w sobie tej otwartej, uśmiechniętej gościnności do Lublana. A może to ja przyjechałam ze złym nastawieniem…

Jedynym pozytywnym akcentem dnia było spotkanie na starówce najpiękniejszego psa rasy Rhodesian Ridgeback na świecie. Ma na imię Simba, dysponuje własną stroną internetową i przeuroczą właścicielką. Tym, którzy nie mają fioła na punkcie psów wyjaśniam, że RR są absolutnie wyjątkową rasą: były hodowane do polowań na lwy a na grzbiecie mają pas sierści, który rośnie w przeciwnym kierunku.

Najciekawsze rzeczy wydarzyły się już po wyjeździe z Bratysławy. Zatrzymała nas policja a Fashionelka postanowiła to skomentować. Mamy wideo, ale w ramach trollowania Was opublikujemy je dopiero jutro :> No i dla odmiany mieszkamy w cudownym miejscu. Dzięki, Marta, za poratowanie nas w potrzebie!
Na deser zapomniana fotka z Chorwacji. Pozuję ze Stefanem, który już od ponad roku powtarza, że nie lubi fotek.

Premiera wyjątkowego filmu o Peugeot 208

Stajemy się coraz lepsi przed kamerą. Czasem wręcz przeraża nas własna zajebistość. W tym filmie jest wszystko, no… prawie wszystko. Cytujemy Oksanę, tłumaczę  mechanizm działania technologii „stop & start” w naszym autku (o który to mechanizm pytają czytelnicy już od ponad roku!), wymyślamy nazwę dla firmy Kominka i namawiamy Peugeot do wprowadzenia nowego bajeru do auta.
Niestety brakuje Balatonu i Beaty Kozidrak. Ale jest Maja Sablewska, która powinna Wam zrekompensować każde braki.
Enjoy.

Kolaże, kolarze, słodycze i kraj, który siedzi cicho i pięknieje.

Kolaż Fashionelki

Kolaż Fashionelki

Kolarz Segritty

Kolarz Segritty

 Bruno, it was a pleasure meeting you! :*

Opuściliśmy już wyspę Krk i ruszyliśmy, zgodnie z Waszymi sugestiami, do Słowenii. Nie wiem czemu, ale założyliśmy, że będziemy dłuuugo jechać, więc trzymaliśmy się autostrad. Przez to na pewno ominęło nas mnóstwo fajnych, malowniczych miejsc, ale nie ma tego złego – przynajmniej dość wcześnie dotarliśmy do Lublany i miasto zdążyło nas w sobie rozkochać.
Z parkingu wysiedliśmy prosto na jakiś rockowy koncert, potem zobaczyliśmy rzeczkę z mostkami, więc od razu ruszyliśmy wgłąb starówki (to chyba była starówka?). Mnóstwo rowerów, młodzi ludzie piknikujący na trawie, muzyka, klimat Mediolanu i Amsterdamu razem wziętych. No i jeszcze okazało się, że pani w sklepie ze słodyczami (vide kolaż Fashionelki) poleciła nam restaurację Sokol, która jest praktycznie przez ścianę ze sklepem, i którą poleciła nam też czytelniczka. Pięć sekund wcześniej.

Już wiem, że do Słowenii trzeba będzie wrócić na conajmniej tydzień. Tam jest po prostu pięknie i jednocześnie bardzo nowocześnie. Skubani Słoweńcy chowali się w środku Europy już dość długo, czas ich odkryć ;)

W notce u Kominka jest dużo więcej zdjęć z całego dnia. Gorąco polecam tam zajrzeć :)

A na koniec wideo z trasy. Kominek urządził nam konkurs ze znajomości hiciorów BAJMu. Niektórych nie słyszałam już od ponad roku. Enjoy!

„Nie każdy wie” – sceny wycięte.

Dziś pada okrutnie – a jak wszyscy wiemy już od ponad roku, gdy pada, blogerzy się nie nudzą, tylko wymyślają, kleją i siedzą na kolarzach… ekhm… nad kolażami. Tak więc Fashionelka robi kolejne najpiękniejsze fotomontaże (tribute to Michal Rafalik) na świecie…

…a ja przejrzałam materiały wideo do „Nie każdy wie” i zlepiłam je w mały making-of. Balaton. Enjoy. :)

Tak powinno wyglądać popołudnie każdego człowieka

Już od ponad roku mam prawo jazdy i wciąż uwielbiam prowadzić, ale czasem prowadzenie może być upierdliwe, bo np. nie można swobodnie zdjęć robić, skupiać się na pięknych widokach albo spać na tylnym siedzeniu. Dziś Kominek był za sterem a ja włączyłam sobie mode-japończyk i fociłam wszystko jak szalona. Mieliśmy co prawda jeden stresujący moment, gdy nasz szanowny kierowca wysiadł z samochodu bez pewnej obowiązkowej czynności, ale na szczęście fashionelkowe „nie ma ręczny. nie ma ręczny. nie ma ręczny!” uratowało sytuację, bo bohatersko zaciągnęłam hamulec, zanim widowiskowo stoczyliśmy się w czeluści chorwackiego kanionu.
Ale i tak było pięknie :)

malownicze miasteczko wspinające się po skale

Fashionelka kasuje zdjęcia, na których jej nie ma

Kupcie sobie bańki mydlane. Odmłodniejecie o kilkanaście lat.

Eliza "Gorące Wargi" Wydrych

Fajnie by było mieć taki widok z toalety...

Kominek kusi kluczykami. Grzecznie odmawiam.

oj tam podatki. Są wakacje. :)

No i jaki inny fotograf wydobędzie z niego tyle ciepła? No żaden inny.

Driving Miss Segritta

Kominek włamał się na czyjś taras.

Przerwa w ciężkiej, stresującej i wyczerpującej pracy blogera

Peugeot Polny - nowo odkryty gatunek czworokołów.

Nasze dzieciątko staje się kobietą. Ach.. to taki wzruszający moment.

Jedyny słuszny styl podrurzowania

Uwielbiam podróżować samochodem. Dużo bardziej niż samolotem lub autokarem. Ma się wtedy tę wolność, można jechać gdzie się chce, zatrzymać w dowolnym miejscu, zboczyć z trasy lub zupełnie ją zmienić. No i jest jeszcze element oddalania się od domu. Z każdym kilometrem schodzi stres, problemy robią się coraz bardziej nieostre i mamy czas na płynne wślizgnięcie się w skórę wagabonda.

Ale to nie samochodem się podróżuje. Podróżuje się ludźmi. Tymi, z którymi się jedzie i tymi, których się spotyka. To oni dają nam energię, oni decydują o tym, gdzie się śpi, co się je i z kim się całuje. To oni dają nam wspomnienia, bo przecież nie będziemy po latach opowiadać historii, jak to jedliśmy śniadanie w hotelu – tylko opowiemy o:

  • recepcjoniście w hotelu w Siofok, który o 5 rano otworzył nam drzwi i z uśmiechem powiedział, że mają wolne pokoje, ale jak tylko chcieliśmy je wykupić, zatrzymał nas słowami „computer says nooo”, uśmiechając się jeszcze szerzej.
  • barmanie z hotelu Europa, który godzinę ręcznie wyciskał mi soczek z pomarańczy do szklanki, bo zażyczyłam sobie świeży.
  • nieziemsko przystojnym Chorwacie, którego spotkałam na stacji benzynowej o 4 rano i który na moje pełne zachwytu „dzień dobry” odpowiedział „kocham cię”.
  • kelnerze z restauracji z wyspy Krk, który podał mi popielniczkę do stolika w strefie niepalącej i tylko przyłożył palec do ust, żebym się nie wygadała managerowi.
  • pani z kawiarni na Węgrzech, która powiedziała, że urocza mała filiżanka do espresso nie jest na sprzedaż, ale mogę ją zabrać, żeby mieć miłe wspomnienia z jej ojczyzny.
  • dziwnym panu z brzuszkiem, który dwie godziny pił z nami tokaja nad brzegiem Balatonu, nie odzywając się ani słowem, poza radosnym „na zdrowie!” co 15 minut.

Ludzie są w podróży najważniejsi, więc proście ich o ogień, pytajcie o drogę, dowiadujcie się, którą restaurację polecają i którędy najlepiej dojechać do kolejnego miasta. Podążajcie za nimi a nie za gps-em, bo gps-y się psują. Już od ponad roku.

Z kamerą wśród Węgrów

Niewielu podróżników miało szczęście trafić na kulturę nieznaną, zapomnianą przez świat i internety. Zwykle odkrywali je na krańcach świata, gdzieś w bezkresnych lasach Amazonii albo na pustyniach Afryki – ale ekipie programu „Nie każdy wie” udało się taką odnaleźć na starym kontynencie, tuż pod naszym nosem. Gdyby nie to, że się trochę zgubiliśmy w podróży, nigdy nie odkrylibyśmy kraju, o którym żadne z Was nie uczyło się w szkole…

 Zapraszam na najnowszy odcinek naszego programu.

3 bloggers 1 car

Wprowadzę Was w temat bardzo szybko. Trzech blogerów, jedno auto i gps. I to dopiero początek. (tu macie oficjalną informację o kampanii)

Kominek jest fantastycznym kierowcą – tak powiedziałby Węgier, ale to znaczyłoby coś zupełnie innego. Dlatego od kiedy siadłam za sterem samochodu, bardzo niechętnie wracam na miejsce pasażera. Poza tym, nie oszukujmy się, prowadzenie zawsze jest lepsze od siedzenia po prawej, dłubania w nosie i patrzenia, jak wyprzedzają nas rowery.

Gdy na Krakowskim Przedmieściu wsiadaliśmy we trójkę do nowiutkiego Peugeot 208, mieliśmy plan dojechać gdzieś w okolice Krakowa lub Katowic. Ale droga nas poniosła i w końcu o świcie dojechaliśmy nad …Balaton. Pamiętam, jak w nocy co chwila Kominek pytał, czy nie jestem zmęczona. Nie byłam. Może to pierwszy dzień, nasza towarzyska mieszanka miały taki na mnie wpływ, ale czułam się jak na podróżniczym haju, pijana podróżą, krwistym księżycem i Bohemian Rhapsody w głośnikach. Dopiero po dojechaniu na miejsce, stojąc na własnych nogach, poczułam zmęczenie. Podróż jest jednak najpiękniejszym narkotykiem :)

Widok z okna hotelu "Europa"

Fashionelka nie ogarnia tego brodzika.

Na śniadanie słodki i zdrowy, świeżo wyściskany barman.

Jesteśmy tu we trójkę, więc zachęcam Was do śledzenia naszej podróży też:

na blogu Kominka i na jego profilu fejsbukowym,
na blogu Fashionelki i na jej fanpejdżu
oraz na moim fanpejdżu.

Staramy się być ba bieżąco, ale nie zawsze jest czas i internet. Ach… życie blogerów jest takie ciężkie. ;)

Nie wracam do restauracji z obowiązkowym napiwkiem

Takie knajpy się zdarzają, ale trochę zaskoczyło mnie, że słynna restauratorka Magda Gessler też wprowadziła u siebie tę poronioną zasadę. No i choć jej restauracje cieszą się dobrą renomą, już do nich nie przyjdę.

Zawsze płacę napiwek. No, chyba że kelner mnie wyjątkowo źle potraktuje albo przypadkiem nie mam przy sobie gotówki. Ale to się rzadko zdarza, bo wychodząc jeść na miasto zawsze zakładam, że muszę wziąć jakieś drobne. Zależy mi na tym, żeby ludzie mnie obsługujący przy stoliku poczuli się docenieni. Ciężko pracują, doradzają mi, przynoszą mi jedzenie i sprzątają po mnie – a ja nie ufam, że właściciel knajpy odpowiednio ich za ten wysiłek wynagrodzi, więc zawsze dostają ode mnie 10% z rachunku. Czasem więcej, jeśli wyjątkowo fajnie mnie potraktowali, byli mili, uśmiechnięci i szczerzy (czyli np. nie prezentowali okropnego zwyczaju chwalenia absolutnie wszystkiego z menu, bo „u nas wszystko jest pyszne”). Nawet gdy płacę kartą, zostawiam dodatkową gotówkę, bo nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale większość kelnerów i barmanów woli dostać napiwek do ręki a nie doliczać go do transakcji kartą.

Mimo wszystko jednak wkurza mnie jak nic, jeśli ten napiwek jest automatycznie doliczany do rachunku. No zaraz. Przecież w napiwku chodzi o to, że klient dodatkowo chce wyróżnić/nagrodzić fajną obsługę, która i tak dostaje normalną pensję, czyż nie? Bo jeśli nie, to ja nie chcę wspierać takiego pracodawcy moimi pieniędzmi.

I nie oszukujmy się – informacja o doliczanej opłacie „za serwis” zawsze jest gdzieś na marginesie, małym druczkiem. Nie chcę być skazana na konieczność doszukiwania się jej za każdym razem, gdy wchodzę do nowej knajpy. Spodziewam się takich cen, jakie podane są przy daniach w menu. Jeśli restauratorowi brakuje kasy na wynagrodzenie dla obsługi, niech podniesie ceny potraw o 10% a nie oszukuje klienta. Bo dla mnie to jest zwykłe oszustwo – tak, jakby w sklepie osiedlowym były podane ceny netto, do których przy kasie dodatkowo kasjerka dodawałaby kwotę podatku VAT.

 

Adam Mickiewicz to męska cipa!

Ćwiczę pudelkowe tytuły. Ale spokojnie. Będzie na temat.

Kwitnie bez, kwitną kasztany, to musi oznaczać, że są matury. Zwłaszcza, że Matka Rodzicielka wciąż przeżywa maturalny stres, mimo że już odpoczywa na emeryturze. Nauczyciele tak już mają. Do tematu matur przyjdzie mi jeszcze wrócić, jak sama będę miała bachory, ale nawet teraz gdzieś mi się w okolicach maja odbija Mickiewiczem, Kochanowskim i Norwidem. Takimi licealnymi, nie uniwersyteckimi. Bo przecież zupełnie inaczej ich analizowałam w szkole średniej i na studiach. W LO idzie się wg schematu, przeważnie zniechęcając 90% uczniów do wielkich dzieł naszej polskiej literatury. Na hasło „dziady” przeciętny nastolatek reaguje alergicznie, bo nikt nie pozwolił mu myśleć i mieć własnego zdania. Był klucz do analizy. No jak można ludziom dawać klucz do analizy ja się pytam. Nie ma przecież czegoś takiego jak jedna właściwa interpretacja utworu. Są ich setki. I wszystkie są właściwe. Nie ważne, „co autor miał na myśli”. Ważne, o czym myślisz Ty, czytelniku.

Miałam to szczęście, że MR od zawsze umiała mi pokazać głębię literatury i tak sprzedać np. wspomniane „Dziady”, że się w nich zaczytywałam, analizowałam krytycznie, emocjonalnie albo jak zagadkę, w której zaszyfrowano jakiś niedostępny dla niewprawionego czytelnika przekaz. Pisać o nich mogłabym godzinami, ale dziś skupię się na jednym, małym wątku. Nie bez przyczyny w końcu zaliczam ten wpis do kategorii „męsko-damskie„.

Na głowie ma kraśny wianek,
W ręku zielony badylek,
A przed nią bieży baranek,
A nad nią leci motylek.

Jeśli jedynym, co Ci przychodzi na myśl, czytając te słowa, jest piosenka Kazika, to wytłumaczę, o czym najpierw napisał Adaś:

W czasach pogańskich Słowianie mieli taki piękny zwyczaj obchodzony wiosną i jesienią. Nazywał się „Dziady” i polegał na próbie skontaktowania się z duszami zmarłych. Adaś pisze o takim rytuale, w którym ludzie pomagają zagubionym duszyczkom dostać się do nieba. Duszyczki z różnych powodów pozostają wciąż w czyśćcu i proszą żywych o pomoc w zbawieniu. Jest sobie Józio i Rózia. Dzieci, które umarły, zanim skosztowały cierpienia, dlatego nie mogą się dostać do nieba. Jest Widmo złego pana, duch dziedzica wsi, który źle traktował chłopów, kazał ich karać chłostą, odmawiał pomocy głodnym i skazywał ludzi na śmierć. No i wreszcie – pojawia się duch dziewczyny, Zosi.

Zosia była pasterką i umarła bardzo młodo, w wieku dziewiętnastu lat. Zosia nie może pójść do nieba, bo …nie chciała wyjść za mąż. Tak. Była najpiękniejszą dziewczyną w wiosce, chłopcy dawali jej gołąbki, wstążki, własne serca – a ona ich nie chciała i dlatego nie mogła pójść do nieba. Serio.

Oleś za gołąbków parę
Chciał raz pocałować w usta;
Lecz i prośbę i ofiarę
Wyśmiała dziewczyna pusta.

Nie wiem jak Wy, ale ja tu widzę kobietę, która nie chce się prostytuować – a Adaś nazywa ją pustą! No przecież gdyby chciała pocałować Olesia, to by pocałowała. A jak nie chciała, to co, ma się zmusić, bo jej coś dał?Potem dowiadujemy się, że o serce Zosi zabiegali też Józio i Antoś, ale pasterka się z nich śmiała i „chociaż piękna, nie chciała zamęścia”. „Żyła na świecie; lecz, ach! nie dla świata!”. Dziś każdy ojciec by o takiej córce marzył. Dziecko, baw się, ale nie puszczaj. Maturę zrób, studia skończ. A potem, jeśli prawdziwie się zakochasz, żyj sobie z facetem długo i szczęśliwie. Różnice czasów? Być może. Kiedyś piękna dziewczyna miała obowiązek wyjść za mąż, oddawać się za wstążki, poświęcać mężczyznom i żyć dla nich? Być może.

rys. J. Schmeller

Ale ja tu głównie kompleksy Adasia widzę. Nie oszukujmy się. Adaś był nieudacznikiem. Niespełnione miłości, ucieczka w literaturę i filozofię, wrażliwe serce. Nie tylko z Marylą mu nie wyszło i na pewno nie jedną kobietę, która go nie chciała, mógł oskarżyć o to, o co oskarżył Guślarz Zosię. Bo tak jest najwygodniej. Do dziś tak sobie faceci tłumaczą niepowodzenia miłosne. Nie chciała mnie? A to na pewno pusta jest i nie docenia prawdziwej miłości. Dała kosza? Każdemu by dała kosza. Bo to latawica jest i nie wie, że w życiu trzeba się poświęcać ludziom. Nie kocha? Jak to nie kocha! Toż to grzech! Do nieba jej nie wpuszczą za karę.

Fajnie jest być pisarzem. Można sobie stworzyć świat, w którym panują wymarzone dla autora reguły, sumienie sobie można bohaterem wyszorować a nawet pobzykać można, jeśli w realu seksu brakuje. Bez ironii to piszę. Tworzenie jest naprawdę piękne. Tyle że pisząc, ujawniamy nasze słabości, bo moja analiza to pikuś w porównaniu z tym, co przyszli psychologowie zrobią z Adasiem, wielkim polskim poetą.

Piszę o tym wszystkim nie po to, by zmieszać naszego wieszcza z błotem, ale żeby pokazać tym kilku licealistom, którzy mnie może czytają, że warto literaturę analizować krytycznie. Nie ma co traktować naszych wieszczy jak autorytetów moralnych, przypisywać im wszechwiedzę i mądrość życiową. Oni tez byli ludźmi – i to najczęściej ludźmi słabymi, bo wrażliwymi. Wariatami bywali. Alkoholikami. Nieudacznikami, kablami, plotkarzami i Coelhami. Mają prawo się Wam nie podobać. Macie prawo stawiać odważne, sprzeczne z teorią akademicką tezy. Możecie też rozumieć ich twórczość zupełnie inaczej niż nauczyciel.

Piszę o tym też po to, by uzmysłowić facetom (ale przecież nie tylko facetom, bo laski też mają tendencję do wyzywania facetów od chujów tylko dlatego, że nie byli panną zainteresowani), że nikt nie ma obowiązku kochać. I żadna kobieta nie ma obowiązku dać dupy dlatego, że postawiłeś jej drinka albo być z Tobą dlatego, że Ty ją kochasz.

Jestem pasterką Zosią. Całuję tylko tego, kogo chcę całować. A jak się tak w życiu zdarzy, że nikogo całować nie będę chciała, to bez wyrzutów sumienia zestarzeję się jako stara panna i z przyjemnością sobie polatam nad ziemią w moim staropanieńskim czyśćcu. Deal with it, Adaś.