Blogerskie spotkania

Siedzę właśnie w przepięknym … cholera, jak to się nazywa… taki wewnętrzny ogródek w hotelu… w Erice na Sycylii. Dzwony biją, kwiaty pachną, nogi bolą od chodzenia i po raz pierwszy od wyjazdu otacza mnie boskie WiFi, pewnie dlatego, że jestem tak wysoko. No właśnie, te wakacje są też przy okazji wakacjami od internetu, o który tutaj o dziwo trudno – a jak już jest, to nierzadko bardzo słaby. Na tyle słaby, że nie mogę się zalogować na fejsa lub wejść na swojego bloga. Robię więc to, co mogę robić offline, czyli fotki i filmy.

Na co dzień jednak ten internet jest wszędzie i gdy jestem w Polsce, od razu odbieram wszelkie wiadomości – czy to mailowe czy fejsbukowe. Błyskawicznie wiem, co się dzieje, jestem w kontakcie z przyjaciółmi i innymi blogerami. Czasem to się łączy :) Tak jednak, jak nie umiałabym żyć jedynie online, zwiedzając Sycylię tylko w filmach, książkach lub na google maps, tak i ludzi trudno poznać tylko internetowo.

Pamiętam pierwsze spotkania blogerów. To było wiele lat temu, bo 5 lat to na blogosferę „wiele”. Banda przypadkowych ludzi w różnym wieku i o różnych sferach zainteresowań spotykała się w jakimś miejscu i szukała wspólnych tematów. Łączył nas tylko internet, a jednak to wystarczało, by się dogadać. I nawet jeśli ktoś w sieci był ostry – na takich spotkaniach panowała atmosfera życzliwości. Bardzo to było fajne, tak poznać w realu kogoś, kogo się zna tylko z tekstów na blogu. Albo kogoś, kto zna Ciebie, choć nigdy się na żywo nie spotkaliście. Potem wielokrotnie się jeszcze widywaliśmy, w różnym składzie przy różnych – mniej lub bardziej formalnych okazjach. Ale jedna reguła zostaje ta sama: jeśli kogoś poznasz na żywo, nawiązuje się między Wami jakaś nić …życzliwości, lojalności, jak zwał tak zwał. Dopiero poznawszy kogoś w realu, staje się on Twoim znajomym – a do znajomych ma się większy szacunek niż do ludzi z internetu i więcej się im wybacza. Są od tego oczywiście niechlubne wyjątki, ale nie zawracajmy sobie nimi głowy :)

W poniedziałek spotkaliśmy się w multikinowym Somersby Estate w składzie Fash, Kominek, Tucholski, Opydo, Gonciarz i ja. Dostaliśmy bilety do kina i kupony na Somersby – i umówiliśmy się dwie godziny przed seansem. Upłynęły błyskawicznie. Jest tyle tematów do przegadania, tyle historii do opowiedzenia i w sumie tak rzadko się widujemy, że wykorzystaliśmy to spotkanie na wzajemny update – zarówno zawodowy jak i prywatny. Nic nie równa się spotkaniom na żywo i żadna rozmowa na fejsie tego nie zastąpi. Nie mówię, że spotkania na żywo są „lepsze”. Są po prostu inne i dają coś, czego nie da nawet cała noc spędzona na skajpie. Taka luźna myśl na dziś :)

DSC03500

DSC03504

DSC03502

DSC03531

DSC03529

Komentarze do wpisu: 4 Napisz komentarz

  1. K. napisał(a):

    ehh..a ja właśnie jutro jadę w góry do hotelu z magicznym wifi jednak bez urządzeń z których mogłabym z niego korzystać… tydzień bez internetu…dobrze że napisałaś ten tekst dziś;) Udanej podróży ;)

Dodaj komentarz