Dwie reklamy leków dziecięcych, które powinny być zabronione.

Wiem, że z czegoś trzeba żyć a biedni producenci leków i suplementów diety też płacą rachunki za prąd i muszą w coś ubrać swoje potomstwo, ale jest pewien poziom przyzwoitości, którego się nie powinno przekraczać. Granica przebiega tam, gdzie jakiemuś dziecku może stać się krzywda. Dlatego uważam dwie aktualnie promowane w telewizji i w radio reklamy za wyjątkowe skurwysyństwo. Reklamują one dwa suplementy diety, które – jeśli działają – powinny być dostępne tylko na receptę. A jeśli nie działają – powinny być w ogóle wycofane ze sprzedaży, bo po co to komu.

Mowa o reklamie środka „Apetizer„, który ma wzmagać apetyt dziecka i sprawiać, że będzie jadło nawet wtedy, gdy nie jest głodne. Oraz o reklamie „Tulleo„, czyli środka, który ma usypiać dziecko, które nie jest śpiące.

Nie twierdzę, że nie ma dzieci, których brak aptetytu lub problemy ze snem nie wymagają farmaceutycznego wsparcia – ale to nie rodzic powinien decydować o takiej konieczności – tylko lekarz. Bo przeciągająca się bezsenność u dziecka lub brak apetytu przy faktycznym zapotrzebowaniu na pokarm to niewątpliwie znak jakiejś choroby i warto poznać jej przyczynę. Leczyć ją. A więc powinno się z czymś takim zgłosić do lekarza.

Zdrowe dziecko nie zagłodzi się na śmierć. Zdrowe, aktywne, wesołe dziecko, które poza brakiem apetytu nie przejawia żadnych oznak choroby najprawdopodobniej po prostu NIE JEST GŁODNE. Ma małe zapotrzebowanie na jedzenie: może w ogóle, bo taki ma metabolizm – może akurat w danym okresie. Zdrowe dziecko naprawdę może przeżyć cały dzień o kromce chleba z masłem, bo tylko na to ma ochotę (Vide mój przykład. Całe dzieciństwo żywiłam się dość marnie chlebem z masłem lub z nutellą oraz jajkami. Żyję. Mam się dobrze. Poza okropnymi poglądami i rosnącym egocentryzmem nie mam żadnych chorób). Następnego dnia zje więcej. Poza tym na pewno sporo pije. A i może jakiegoś cukierka od babci dostaje bez Twojej wiedzy.

Dużo większym zagrożeniem dla dzieci jest otyłość, do której doprowadzają przekarmiający rodzice. Nie pozwalając dziecku poczuć głodu i samodzielnie decydować o ilości zjadanego pokarmu chowamy sobie grubasa, potencjalną ofiarę zawału serca lub cukrzycy. Nie decyduj za dziecko, jak wiele jedzenia potrzebuje. Decyduj tylko, JAKIEJ JAKOŚCI jedzenia potrzebuje, eliminując niezdrowe jedzenie z jego jadłospisu (np. zastąp słodycze owocami lub colę sokiem owocowym i nie stołuj się w fastfoodach, ilekroć wychodzicie na miasto), ale zostaw w spokoju jego apetyt.

Tu już nawet nie chodzi o sam Apetizer, którego działanie wzmagające apetyt jest wątpliwe (to po prostu mieszanka witamin i różnych wyciągów, które mają poprawić trawienie), ale o samą rodzicielską próbę wpychania w dzieci jedzenia. Nie róbmy tego.

Podobnie z tym spaniem. Świetnie opisał to Blog Ojciec, więc nie będę się rozpisywać (w ogóle Bloga Ojca polecam z całego serca, bo fajnie facet pisze o rodzicielstwie). W dużym skrócie: zdrowe dziecko śpi. Prędzej czy później, na dłużej lub krócej, ale zaśnie. Zwłaszcza, jeśli jest zmęczone aktywnym dniem. Albo jeśli po prostu taki mu wprowadziliśmy rytm dnia. Oczywiście będą takie dni i takie sytuacje, gdy to zasypianie się przeciągnie (bo emocje, bo jakiś stres, bo zły sen, bo przeziębienie, bo była drzemka za dnia), ale to nie jest powód, żeby faszerować dziecko farmaceutykami. Jeśli Twoje dziecko ma długotrwałe problemy z zaśnięciem, to zgłoś się z nim do lekarza. Nie zagłuszaj problemu środkami nasennymi, bo to słabe jest.

Na koniec małe porównanie do „dorosłej” sytuacji. Wyobraź sobie, że na spacerze w parku źle stawiasz stopę na kamieniu, przewracasz się i zaczynasz czuć ostry ból w kostce. Co robisz?
– Zgłaszasz się do lekarza, który robi ci prześwietlenie i sprawdza, czy nie ma złamania?
– Próbujesz postawić nogę i po chwili odpoczynku stwierdzasz, że to tylko niegroźne naciągnięcie, więc oszczędzasz nogę, nie robiąc tego, co sprawia ci ból? A może…
– Bierzesz mocny lek przeciwbólowy, czekasz aż zadziała i idziesz dalej, ryzykując dalsze uszkodzenia…?

A może w ogóle odrąbujesz nogę?

Komentarze do wpisu: 45 Napisz komentarz

  1. Ja również nie zgadzam się z tymi reklamami i kiedy pierwszy raz je widziałam aż zawrzałam. Powinno się ograniczać ilość leków podawanych ludziom, zwłaszcza dzieciom, a nie naćpywać je, bo jest problem z jedzenie albo spaniem.

    1. mamaduo napisał(a):

      Mnie irytują obie reklamy i to bardzo – mam dziecko które nie czuje głodu i które przez wiele lat cierpiało na zaburzenia snu, poza tym nie rośnie – no i opinia otoczenia jest taka ze po co chodzę do lekarzy, stosuję specjalistyczna dietę, itp. Ja po prostu wymyślam i utrudniam sobie i jemu życie zamiast kupić trzy cudne syropki i go uzdrowić. Tej reklamy na wzrost juz nie ma ale to tak do kompletu…

  2. Kompletnie nie rozumiem wpychania dzieciom jedzenia. Żyjemy w kulturze, w której nagradza się jedzenie – „dojedz ziemniaczki, to dostaniesz czekoladkę”, co jest absurdem. Dlaczego nie nagradzamy dziecka za to, że potrafiło ocenić, że już wystarczy? To jest bardzo ważna umiejętność. A posiłkowanie się prochami, żeby wepchnąć w nie jeszcze więcej, powinno być karalne.

  3. Reklama Apetizera wywołuje we mnie takie same odczucia. A gdy słyszę, że w tej buteleczce zamknięta jest czysta natura, to krzyczę do telewizora. O syropku na zasypianie nie słyszałam. Na szczęście…

  4. Pomijam kwestie karmienia, głodzenia i snu. Nie mam dzieci, więc przecież nie wolno mi się na ten temat wypowiadać. Dziwi mnie i irytuje… nie, nie irytuje- wkurwia, to, że tego typu reklamy nie są jeszcze zakazane. Dorośli niech sami siebie trują czym chcą, ale podawanie dzieciom jakiegokolwiek leku (czy nawet suplementu) powinno być kontrolowane przez lekarza.

  5. Kiedyś, kiedy przyznałam się, że moje dziecko ma takie i takie problemy i lekarz przepisał taki to a taki lek [głównie w celu pomocy tym matkom, które mają problemy z nadwrażliwcami, adehadowcami i głównie po to, żeby podkreślić, że pewnych rzeczy nie należy bagatelizować, tylko iść do lekarza] dostałam masę wiadomości, czy ten lek da się kupić bez recepty, bo dziecko mamusi biega i kładzie się spać o 22 i ona już by chciała mieć wolny wieczór… Ręce mi opadły, bo ja za wszelką cenę staram się leki ograniczyć, pomóc dziecku funkcjonować bez wspomagaczy i mi się to udaje, a jeśli mi się udaje, to powinno się udać prawie każdemu ze zdrowym dzieckiem, chyba że faktycznie jakiś poważniejszy problem, ale no kurde… bo biega do 22? To go nie kładź na drzemkę w ciągu dnia, przeorganizuj mu dzień, zrób coś najpierw! Ale nie, to za trudne, łatwiej nafaszerować i mieć spokój :) Do tej pory nie mogę się z tego szoku otrząsnąć, bo kiedy tłumaczyłam, że wciskanie dziecku leków na receptę non stop to nie jest dobry pomysł i że ja wolę się przemęczyć, przegadać, pokombinować, samej uspokoić, niż wykorzystać całą dawkę tylko po to, żeby sobie serial obejrzeć, to dostawałam zwrotne info: a zostało ci trochę tego leku? Może byś mi wysłała na spróbowanie? Od tamtej pory nie poruszam na blogu problemu adhd, bo nie mam siły walczyć z [tak, powiem to]: głupimi rodzicami :)

  6. Na takich produktach przemysł farmaceutyczny wyhoduje sobie kolejne pokolenie lekomanów. Pracowałam w aptece – porażka ludzie codziennie po coś przychodzą i leczą się sami bez konsultacji z lekarzem, a prośby o leki na receptę bez recepty to istna plaga! Gorzej, że dla dzieciaków też kupują tonami suplementy i obowiązkowo przy każdej wizycie lizaki witaminowe, które składowo nie różnią się niczym od tych dostępnych w marketach, poza ceną, bo przecież apteczne!

    1. Niestety, ale ludzie lecza sie sami bo trzeba albo fortuny albo końskiego zdrowia do walki z NFZtem żeby się zobaczyć z lekarzem. Ale owszem, zgodze się, że sporo ma tu do rzeczy pospolita głupota i niewiedza ;)

  7. Sara Bob napisał(a):

    Wiele reklam leków dla dorosłych też powinno być zakazanych. W ogóle ktoś powinien się tym tematem szerzej zająć, ale niekt tego nie zrobi, bo widocznie firmy farmaceutyczne posmarowały komu trzeba. Takie samo zdanie mam o pożyczkach chwilówkach, też powinien być kategoryczny zakaz reklamowania.

  8. Te reklamy wzbudzają we mnie tak negatywne odczucia, że wielokrotnie powtarzane w czasie edukacji kursy i spotkania antynarkotykowe nie dały takiego efektu. Nie mam dzieci i mieć nie będę, ale zawsze sobie myślę, że w sytuacji, gdy dziecko nie chce spać, trzeba najpierw przeanalizować, co się takiego dzieje, a potem ewentualnie mu pomóc jakimś naparem z ziół czy innymi sposobami naszych babć (pomijając trzymanie główki nad kuchenką gazową i napoje z makówek – pomysły matek z grudnia ’90). Ale najważniejsze to BYĆ przy dziecku czy innym członku rodziny, który ma problemy, a nie pozbywać się problemu farmaceutykami. Tworzyć granicę z własnego lenistwa i głupoty, która oddzieli cię od problemów.

    Jestem zielarskim świrem, a te syropki są niby oparte na naturalnych wyciągach, ale cała idea radzenia sobie z problemem jest wyciągnięta ze świata lekomanów. Nie zgadzam się na taką fuzję – udajemy, że radzimy sobie naturalnie, a naprawdę wypaczamy ideę. Leczenie ziołami czy też doraźne radzenie sobie naturalnie z problemami wymaga zastanowienia się, skupienia na drugim człowieku, przeanalizowania problemu, a nie zalania go przesłodzonym klajstrem z ekstraktami i innym syfem.

    Jeszcze jedna kwestia nie daje mi spokoju: dziecko tak traktowane to idealna kanwa pod zaburzenia odżywiania. Co sie kryje za tym, że podajesz dziecku ten syrop? Jakie emocje próbujesz mu nim zastąpić i jakie mu dajesz? Z czym potem będzie kojarzyć się mu jedzenie, jeśli ciągle będziemy wysyłać mu komunikat, że je za karę – gdy nie chce, to trzeba, a gdy je za dużo, to nie wolno (i trzeba się chować…). Chyba łatwo sobie wyobrazić, do czego to prowadzi.

    Seg, dobrze, że o tym piszesz, bo masz duży zasięg i może trafi to gdzieś dalej niż do osób, które się z Tobą zgadzają <3

  9. Zgadzam się w 100%!
    Ja od zawsze byłam przewrażliwiona na punkcie wciskania w dziecko jedzenia, bo nie uważałam tego za konieczne (na szczęście przekazali mi to rodzice). I teraz naszej córce, która ma 2 lata, zdarzają się dni (nawet kilka pod rząd), kiedy nie je obiadu, albo w ogóle cały dzień wsuwa chrupki chleb lub kajzerkę. Ale pilnuję, żeby piła i się tym nie przejmuję.
    I prawdą jest to, że zdrowe dziecko nie ma prawa się zagłodzić.

    A co do tego syropu na sen, to brak mi słów. Niedługo rodzice zaczną dzieciom dawać leki uspokajające, bo za długo płaczą.

        1. Mju napisał(a):

          Znam to, moja siostrzenica miała momenty w swoim życiu, że jadła tylko ryż lub makaron (ew. świeże ogórki)… W sumie dalej potrafi to jeść, ale jednak przegryzie czymś jeszcze (dlatego na obiad rzadko ma dodatek suchego ryżu czy makaronu, bo wtedy ignoruje inne produkty na talerzu tylko prosi o dokładkę tych pierwszych :D )

        2. U nas jest to sporadyczne i często wiąże się ze złym samopoczuciem czy chorobą. Ale dzieci tak mają, kilka ładnych lat temu, mój brat przez tydzień jadł tylko rosół (śniadanie, obiad i kolacja) i nic innego nie chciał tknąć, a po tygodniu przeszło ;)

        3. Mju napisał(a):

          To u mojej siostrzenicy (ma już 6 lat) wiąże się to z OGROMNĄ miłością do takich mdłych, bezsmakowych produktów, dlatego ona w ogóle nie szaleje za potrawami mocno przyprawionymi. Ale zdarza się różnie, przecież i dorośli miewają takie dni :)

  10. Dagmara Górzkowska napisał(a):

    Nie jestem jeszcze rodzicem, ale zgadzam się w stu procentach. trasznie irytują mnie znajome mamusie i tatusiowie, którzy traktują swoje dzieci jak porcelanowe filiżanki (w stylu „nie skacz, bo się przewrócisz i zrobisz sobie kuku”), bądź – co gorsza! – zmuszają dziecko do siedzenia przez telewizorem całymi godzinami, żeby i oni mogli sobie podsiedzieć w spokoju. A później się dziwią, że jest już północ, a dziecko rozpiera energia.
    Ja, jako dziecko miałam wciąż pościerane kolana, biegałam po lesie, jak zgłodniałam to przybiegałam do domu. I jak widać przeżyłam i wyrosłam „na ludzi” ;)

  11. Reklamy tego typu to istna plaga. Jednak jeszcze bardziej mnie przeraża olbrzymi popyt na te wszystkie specyfiki. Jak ma funkcjonować organizm człowieka, kiedy od małego będzie faszerowane wszystkim, co tylko możliwe?
    Odnośnie suplementów dla dorosłych mam podobne odczucia. Gdybyśmy tak mieli to wszystko jeść, to bym nam dnia nie starczyło – Pigułka na wzrok, włosy, trawienie, kości, niedobory magnezu, bezsenność, zgagę, etc.

    1. Lidia Jaryszew napisał(a):

      akurat niedobór magnezu to częsta przypadłość, niestety pierwiastek ten wypłukuje się kawą i herbatą ;) i trzeba go uzupełniać, ale o kant rzyci są te reklamowane, to fakt ;)

  12. Trochę poza tematem, przypomniała mi się sytuacja. Na basenie, znajoma z dwójką dzieci w wieku 7-10, oboje co najmniej o kilka kg za dużo. Dzieciaki bawią się w basenie, a ona do basenu… z jajecznicą :) cóż, otyłość u aktywnych dzieci sama z siebie się nie bierze.

  13. Ta reklama od samego początku wzbudza we mnie niesmak. Głównie przez powody, o których wspomniałaś. Jednak dla mnie problemem jest też utarty schemat: człowiek najedzony-człowiek szczęśliwy. Każdy z nas na samym początku je tylko dlatego, że jest głodny. Później gubimy tą umiejętność. Jemy, bo dorośli nas nauczyli, że jedzenie to też rozrywka, sprawia przyjemność. Dziecko smutne? Niech zje czekoladę. W końcu mama także sięga po coś słodkiego, gdy jest smutna. Uczmy dziecko, że jedzenie jest nam potrzebne. Wyjaśniajmy, że dzięki owocom może skakać, biegać i bawić się bez ograniczeń. Dziecko ma problemy ze snem? Zanim sięgniemy po suplementy i zaciągniemy dziecko do lekarza, zastanówmy się ile czasu przebywa na świeżym powietrzu. Zero aktywności fizycznych? Przed snem pozwalamy grać na komputerze? Też miałabym problemy ze snem, gdyby nagle ktoś mi wyłączyć PS i kazał iść spać. Szkoda, że zwykłe, racjonalne myślenie czasem przychodzi nam z takim trudem.

  14. No wlasnie wiekszosc ludzi bierze lek i idzie dalej. Niestety. Wystarczy popatrzec na to ile sie w Polsce sprzedaje lekow bez recepty.

  15. Czytałam kiedyś, że wiele złego wyrządziły łatwo dostępne środki na potencję, bo mężczyźni, którzy mieli faktycznie problemy wymagające leczenia (przez lekarza, a nie suplementami) odkładali decyzję o pójściu do lekarza w czasie niekiedy nawet o kilka lat. W tym czasie „leczyli się” suplementami i lekami dostępnymi bez recepty, wierząc w ich moc, a faktyczny problem tylko się pogłębiał. Obawiam się, że to dotyczy nie tylko środków na potencję, biorąc na własną rękę leki na wątrobę, na zasypianie, na krążenie, na serce (!) i podając je dzieciom bez żadnej konsultacji z lekarzem wcale sobie nie pomagamy.

  16. -Kochanie, nasz syn pobił kolegę w przedszkolu. Teraz ten kolega leży w szpitalu.
    -Musi się przeciesz chłopak wyszumieć
    -I nie dojadł obiadu dzisiaj
    -Dzie on jest?! Jak ja mu zaraz wpieprzę!

  17. motylica_watrobowa napisał(a):

    Jestem farmaceutą i za każdym razem jak widzę takie reklamy, to mnie krew zalewa. Większość takich kwiatków jest z ogródka Aflofarmu… Te rownież. Osobiście radzę dokładnie czytać skład ich specyfików.
    Odchodząc trochę od tematu tych supli – wg prawa reklama nie powinna być skierowana do dziecka, często jednak, gdy czekam z synem na Pingwiny, na Pulsie w bloku reklamowym reklamy zachecają: „poproś rodziców, aby ściągnęli dla ciebie aplikację transformersów na telefon”. I gdzie tu kontrola?

  18. Wartość rynku suplementów diety jest szacowana obecnie na 2,5 mld złotych. Polacy pokochali suplementy, mimo że te nie mają nas leczyć, a po prostu wspomagać. Po co więc zbilansowana dieta, po co zdrowszy tryb życia. Lepiej walnąć fajka i browar po czym zagryźć go tabletką super magnezu na wszystko. Właśnie! Magnez! Dziś już nie ma jednego! Teraz zależnie od płci, masz swoją dawkę. Ba! Zależnie od wieku! Koncerny doskonale zdają sobie sprawę, że Polacy to lekomani i wymyślają im co chwila „lekarstwa” szyte na miarę.
    Jak widać, nie ominęło to też dzieci. Nie chce żreć tony pyrków i do tego drugiej tony buraczków? Napchaj je Apetizerem czy innym badziewiem. Nie może spać, bo jest nawalone cukierkami i Colą po uszy? Daj mu Tulleo! Za chwilę będą suplementy dla dzieci, które aż nadto chcą biegać po dworze, a nie jak rówieśnicy, siedzieć przed kompem. Dla przeciwwagi opracujemy też suplement i dla tamtych! Siedzi za dużo przed kompem? Na bank za mało witamin, a w efekcie tego energii! Właduj dziecku tabsa! Zadaje za dużo pytań? Zapchaj buzię suplementem!
    Niestety do póki Polacy będą chętnie wierzyli we wszelkie reklamy, a potem kupowali te wszystkie lekopodobne produkty, dopóty rynek będzie rósł i co chwila będą pojawiać się nowe produkty. Na wszystko.

  19. Polacy wszystko łykną, ale w USA robią jeszcze lepsze biznesy i to nie tylko na suplementach :) Poo Pourri, to dezodorant do… kupy, którego sprzedaż sięgnęła kilkunastu milionów sztuk.

    Hasło reklamowe:
    „If Your poo stinks, use this”

    1. Mju napisał(a):

      W sumie to nie taki zły pomysł. Trzeba spryskać muszlę przed wypróżnieniem się, co w tym złego? Jedni pryskają odświeżaczem do powietrza po fakcie (który potem krąży w całej łazience, podłoga się lepi, na nas też trochę spada), a inni pryskają przed. Ja tam wolałabym by pachniało pomarańczami a nie kupą, gdy ja, mój chłopak lub jacyś goście wyjdą z łazienki ;)
      W żaden sposób nie łączy się to z faszerowaniem dzieci niepotrzebnymi suplementami czy biznesem farmaceutycznym w USA (o którym świetny – jak zwykle – materiał przygotował Jon Oliver https://www.youtube.com/watch?v=YQZ2UeOTO3I )

  20. Moim zdaniem w ogóle powinno się zakazać reklam suplementów diety. Tych na długie paznokcie, ciężkie nogi, duże uszy i mięciutkie futerko. Przecież to większy ogłupiacz niż telenowele.

  21. Niedługo wymyślą syropek dla dziecka które nie ma ochoty się bawić, żeby wyszło na podwórko i żeby przypadkiem za długo rodzicom na głowie nie siedziało… głupota… a ten apetizer to już mnie wszędzie prześladuje!

  22. Ja bym to jeszcze porównał do świecącej czerwonej lampki kontrolnej w samochodzie, zaslaniamy ją i jedziemy dalej ;) producenci niestety mają gdzieś nasze dzieci

  23. Myślę, że dla bardzo dużej ilość ludzi te dwie reklamy właśnie są mocno kontrowersyjne. Gdy pierwszy raz usłyszałam o Tulleo, o mało nie spadłam z krzesła – jak można w ogóle propagować takie środki :( miejmy tylko nadzieję, że na tych dwóch się skończy…

  24. amik napisał(a):

    Niedlugo na wszystko beda srodki, a i nabywcy sie znajda. Dopoki sa ludzie, ktorzy to kupia, beda to produkowac… Nie jestem matka, ale przerazaja mnie takie reklamy. Choc nie wiem, co straszniejsze, same reklamy, czy to, ze ktos moglby to naprawde wpychac w dziecko?

  25. Iza O. napisał(a):

    W przedstawionych reklamach – szkodliwe brednie. Mnie rozwaliła jeszcze reklama Orange, którą przyuważyłam w weekend. Kożuchowska jako Matka Polka dostaje dzieci sąsiadki pod opiekę (czy jakoś tak – raz widziałam, więc wybaczcie nieścisłości). Sąsiadka wraca po jakimś czasie, a tam same aniołki – jedno dostało w łapę tablet, drugie, telefon, trzecie przed TV, czwarte w necie. A wszystko w jednym korzystnym abonamencie. No ludzie!

    1. Karolina Stopyra napisał(a):

      Też mi ręce opadły, kiedy zobaczyłam tę reklamę przypadkiem przechodząc obok jakiegoś tv. BRRR

  26. Mnie ostatnio ostatnio zjeżył się włos na głowie po wysłuchaniu opowieści znajomej, która jest farmaceutką i nagminnie (!) klienci proszą o środki uspokajające dla dzieci, bo np. planują imprezę ze znajomymi. I to nie są odosobnione przypadki, że rodzice podają pokruszone tabletki swojemu dziecki do jedzenia. A rynek tylko odpowiada na potrzebę. Smutne i przerażające zarazem.

    1. Dominika Pastuszak napisał(a):

      O matko, aż mi się przypomniało jak niedawno (z tydzień temu) poszłam do apteki plastry kupić. Stoi przede mną takie małżeństwo, koło 50 lat i prosi coś na pohamowanie apetytu dla dziecka. Dziecko kilka lat. Je bardzo dużo chałwy. Ciągle tylko tę chałwę by jadło, panie, jak tak można! Grube będzie. Pani farmaceutka tłumaczy, że skoro dziecko je tylko chałwę i dużo chałwy, to należy iść z dzieckiem do lekarza po skierowanie na badanie, bo chałwa zawiera bardzo ważne aminokwasy, których widocznie dziecku brakuje. Baba się kłóci, facet stoi i cierpliwie czeka, w końcu zrezygnowana farmaceutka proponuje brom, zastrzegając, że można przyjmować go nie za długo, więc da tylko blister. Kolejna masakra, bo jak to tak mało?! Stałąm tak z 20 minut, zdążyła zwolnić się pięcioosobowa kolejka w kasie obok, kupiłam plastry, idę w stronę wyjścia, parka zbiera się do płacenia, aż babka wypala na koniec: „a te cukierki (jakiejś tam firmy) na gardło, to one smaczne są?” Aha. W tym momencie już całkiem zwątpiłam.

  27. str napisał(a):


    ja po tej reklamie zaczęłam bojkotować tymbark, gdyby to jeszcze była reklama soku a nie zwykłego napoju pseudoowocowego.

  28. Zuzanna Wierzbicka napisał(a):

    Żeby tylko takie suple… moja mama uczy w podstawówce i jakieś dwa lata temu był przypadek (starsze klasy), że matka dziecku „sesję” podawała…

Dodaj komentarz