Jak ewoluowała moja miłość do kawy

W dzieciństwie nie lubiłam smaku kawy. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, nie dziwię się, bo ja wtedy smaku kawy po prostu nie znałam. W domu pijało się tylko dwa rodzaje – rozpuszczalną lub plujkę. Ta pierwsza nie smakuje jak kawa. Ta druga jest przeraźliwie gorzka i wchodzi w zęby. Wiedziałam jednak, że picie kawy jest takie powszechne, takie rytualne, takie codzienne, poranne, na ból głowy, na senność, na wszystko, więc w którymś momencie zaczęłam ją pić. Więcej w tym było gry niż szczerości, ale człowiek w wieku nastu lat jest głupi i jeszcze nie czuje, że jakaś dziwna mieszanka w saszetce „3w1” ma niewiele wspólnego z tym, co cywilizowany człowiek nazywa kawą. Niemniej pozwoliły mi te saszetki spędzić kilka spływów kajakowych w urokliwie pretensjonalnym stylu, gdy codziennie rano głośno oznajmiałam otoczeniu, że „bez kawy to w ogóle niech nikt do mnie nic nie mówi…”, po czym łapałam się za głowę, siadałam przy plastikowym stoliczku, nastawiałam czajnik na gazowy palnik, czekałam aż zagwiżdże, po czym robiłam sobie kawę 3w1 do metalowego kubka, który dawał mi poczucie, że jestem już bardzo dorosła w wieku 16 lat. Bo piję kawę.

5K6A9854-web

Prawdziwym przełomem w moim życiu było odkrycie espresso. To był moment, w którym odkryłam, że kawa potrafi być smaczna. Nie zawsze, bo ekspres ekspresowi nie równy, no i ważny jest rodzaj kawy, którego użyjesz, ale to i tak nieporównywalnie lepszy smak od kawy rozpuszczalnej lub przegotowanej plujki. Z braku dobrego ekspresu w domu lub w szkole mogłam pić taką kawę ze świeżo mielonych ziaren jedynie w knajpach, co zdarzało się rzadko, gdyż miałam typowy budżet studencki i każde przekroczenie progu restauracji lub kawiarni powodowało u mnie potliwość dłoni oraz nerwowe macanie się po kieszeniach, czy aby na pewno stać mnie na coś do picia. Brałam zawsze cappuccino, chyba że byłam we Francji, wtedy zamawiałam cafe creme. A potem piłam tę kawę godzinę oczywiście. I zawsze wyjadałam łyżeczką piankę.

W Polsce nazwy kaw to odrębna historia, bo tu się wszystko inaczej wymawia i znaczy co innego niż na przykład we Włoszech. Napisałam o tym krótki przewodnik kiedyś, gdybyście byli zainteresowani kawowym nazewnictwem.

Potem przyszły czasy względnego dobrobytu, bo zaczęłam pić kawę z french pressa i dolewać do niej różne pyszności w stylu likier waniliowy lub Baileys. Kawa ze spienionym mlekiem i Baileysem właśnie stała się na tyle moją kawą, że w knajpach podawali mi ją na zasadzie „to, co zawsze”, a nawet w kilku miejscach wprowadzono do menu „cafe Segritta”, z czego do dziś jestem dumna.

5K6A9860-web

Kilka lat temu pojechałam z Mścisławem we wspaniałą podróż po Włoszech. Samochodem przemierzyliśmy cały kraj aż do Sycylii i w miedzyczasie stawaliśmy w różnych miejscach, miastach i kawiarniach, szukając kawy idealnej do knajpy, którą Mścisław planował otworzyć, ale która niestety nigdy nie wypaliła. Long story. Sęk w tym, że naprawdę wypiliśmy wtedy w słonecznej Italii hektolitry różnych kaw. W pięknych filiżankach, cudownych wnętrzach, za różne pieniądze i serwowane przez cały przekrój włoskich kelnerów. I wiecie co? Najlepszą kawą była ta, którą wypiliśmy gdzieś w Kalabrii, w małej, przydrożnej kawiarni z brudnymi oknami, plastikową zasłonką przy drzwiach wejściowych i z równie brudnymi i plastikowymi stolikami w „ogródku”, w którym usiedliśmy zmęczeni podróżą i przeokropnym upałem. Nazwy tej kawy już nie pamiętam, ale ochrzciliśmy ją „Karoseria”, bo jakoś tak nam to ładnie i włosko brzmiało. Kawa była przepyszna i kosztowała chyba 1 euro.

Podobną przygodę zdarzyło mi się przeżyć na Gwadelupie, podczas mojej pierwszej wspólnej podróży z obecnym narzeczonym – a wtedy przyjacielem – Sebą. Jakaś nadmorska mieścina, upał, mała kawiarnia z kolorowymi, plastikowymi obrusami na stolikach (co z tym plastikiem i dobrą kawą ciągle mam?!), staruszkowie siedzący obok i plotkujący o trwających właśnie wyborach do gwadelupiańskiego samorządu. I ona. Kawa. Pyszna, głęboka, wspaniała kawa, którą nam wtedy podali w małych filiżankach. Dzień lub dwa dni później zakochałam się w obecnym ojcu mojego dziecka. To mogła być ta kawa… ;)

5K6A9816-web

Czasy, gdy ekspres był urządzeniem dla wybranych i dla gości restauracji na szczęście minęły. To wciąż towar luksusowy, ale już ani tak drogi – ani mało dostępny. Coraz więcej domów ma w kuchni takiego cudotwórcę, który może za dotknięciem magicznego przycisku wyczarować ulubione espresso lub latte macchiato, ze świeżo mielonych ziaren. Przetestowałam ekspres Philips Saeco Incanto HD8917/09, który pozwoli nam w domu uniknąć kłótni o zmywanie… Bo choć french pressy potrafią zrobić naprawdę niezłą kawę, to zawsze jest po tym sporo zmywania i trzeba oddzielnie oczyścić spieniacz do mleka. A tu… nie trzeba czyścić, nie trzeba co chwila odkamieniać, nalewasz wodę i mleko, wsypujesz ziarna i jednym przyciskiem po prostu robisz sobie rano kawę przepyszna kawę jak z kawiarni. Taką jak lubisz. U nas to oznacza espresso dla Sebastiana i latte macchiato dla mnie.

Dla mnie w ogóle korzystanie z ekspresu do kawy w domu to nowość i jaram się samym faktem, że maszyna robi kawę za mnie – ale ci, którzy mieli już okazję testować różne ekspresy, mogą docenić kilka sprytnych elementów stylowego Saeco Incanto HD8917: trwały ceramiczny młynek opatentowany przez Saeco, który pozwala wydobyć prawdziwy smak i aromat ziaren; pięć różnych stopni mielenia ziaren, by uzyskać pożądaną moc kawy; filtr wody Aquaclean pozwalający uniknąć odkamieniania aż do momentu zaparzenia aż 5000 filiżanek (jeśli wymienia się filtry zgodnie ze wskazaniami urządzenia); szybkie gotowanie wody dzięki szybkiemu bojerowi; dwie komory spieniające mleko w karafce którą łatwo można schować do lodówki i cena niezwalająca z nóg. A całe urządzenie pięknie pasuje do kuchni, zwłaszcza, że można wybrać też wersję czarną (HD 8916/09), tytanową (HD8922/09 Deluxe oraz HD8918/41) lub srebrny Deluxe (HD 8921/09). No generalnie bajka i czego tu jeszcze od ekspresu do kawy chcieć. Może tylko tego, żeby był w różowe jednorożce i mówił do Ciebie głosem Barrego White’a. Philips, przemyślcie to. Barry genialnie pasuje do kawy.

5K6A9820-web

5K6A9842-web

5K6A9831-web

5K6A9863-web

Wpis powstał we współpracy z marką Philips


Komentarze do wpisu: 5 Napisz komentarz

  1. Jadwi // Random Travel Stories napisał(a):

    Mój facet jest z Kolumbii, czyli jednego z top producentów kawy na świecie i generalnie kraju, gdzie kawa jest dobrem narodowym – tylko zamiast Starbucksa mają tam Juan Valdeza, który zresztą też już rozpoczął ekspansję po świecie ;) Jego zdaniem Włosi w ogóle się nie znają na kawie, a żadne espresso nie umywa się do tinto campesino. W każdym razie ciekawie jest zapoznać się z ichnimi rodzajami kawy, bo są zupełnie inne niż te znane w Europie :)

  2. Ja kawowy świat cały czas odkrywam, a samą kawę piję od nieco ponad roku. Wprawia to niektórych w wielkie zdziwienie, jak ja mogłam całe życie bez kawy. Nie wiem. :) Ale może to dlatego, że za dzieciaka wyjadałam ziarna kawy z dziadkowego młynka i mi kofeiny aż do teraz starczyło.
    Wariacje ze spienionym mlekiem i dodatkami pod postacią likierów uwielbiam.

  3. Pionierka napisał(a):

    Musiałabym sprobować, ale od kiedy pijam w pewnej uroczej, bielanskiej kawiarni tzw. alternatywy to kawa z ekspresu mnie tak bardzo nie zachwyca. Wyciągnij Sebę do Czytelni w al. Zjednoczenia, najwyżej zakochasz się drugi raz :)

Dodaj komentarz