Ludzie, przy których robię się malutka.

Przyznam się Wam teraz do czegoś, do czego przyznawać się nie powinnam, bo jest to duża moja słabość i cecha, której najchętniej bym się pozbyła. Może więc dziś, w jakimś ogólnie pojętym rewanżu za dobre rady ciotki Segritty, które wciskam tu lat, to ktoś z moich przemądrych czytelników uratuje mnie przed moją słabością. Bo ja się poddaję. Nie umiem z tym walczyć. Nie mam zielonego pojęcia, skąd to się bierze i jak się tego pozbyć. A trochę głupio to mieć w moim wieku, bo w końcu 32 lata na karku, zaraz będę musiała stać się wzorem dla młodego człowieka, no nie wypada bać się lekarzy, urzędników i pań w dziekanatach.

Właśnie. Mogę sobie być odważną, pewną siebie kobietą, która zdobywa świat, rozmawia rezolutnie z każdym, niezależnie od jego statusu społecznego i stanu majątkowego – a przy pewnych postaciach wymiękam zupełnie. Nie onieśmielają mnie ani pieniądze, ani sława, ani mądrość. Onieśmiela mnie …lekarz i urzędnik. Panią w dziekanacie w sumie mogę pod urzędnika podpiąć.

Wchodzę do gabinetu lekarskiego, płacę za tę wizytę ciężkie pieniądze, teoretycznie powinnam być w pozycji klienta, który „płaci, więc wymaga” i zwyczajnie domagać się obsłużenia na profesjonalnym poziomie, a ja nagle z tego klienta zmieniam się w pacjenta i zaczynam chodzić na paluszkach, przepraszać za zajmowanie czasu, prosić łaskawie o receptę / skierowanie / diagnozę.

Ja akurat korzystam z prywatnej służby zdrowia, ale tak Bogiem a prawdą to nawet korzystając z państwowej, nie domagasz się przecież niczego „za darmo”, tylko za płacone regularnie ubezpieczenie.

Złapałam się na tym, że strasznie mi było głupio zadzwonić do mojej lekarz prowadzącej ciążę (przemiła kobieta, naprawdę! To na pewno nie była więc kwestia złego charakteru lekarza) w sobotę, choć nigdy wcześniej do niej nie dzwoniłam, a sprawa wymagała kontaktu. No przecież za to właśnie jej płacę co miesiąc (a ostatnio co 2 tygodnie), żeby prowadziła moją ciążę. A w to wliczają się nie tylko wizyty, ale też właśnie kontakt w pilnych sprawach – jeśli trzeba, to w soboty, a nawet w niedziele i w nocy. Po to dała mi do siebie numer telefonu. Nie ma nic złego w zadzwonieniu do niej, jeśli tego właśnie potrzebuję. A ja siedzę jak głupia, patrzę w telefon, wybrać numeru nie umiem, a jak już się w końcu dodzwonię, to muszę przebrnąć przez kilka przepraszających formułek, które same wychodzą z moich ust, zanim dotrę do sedna i zadam pytanie. Jak uczennica 3 klasy podstawówki no.

To samo z urzędnikami. Przychodzę do urzędu po jakiś dokument, zmienić coś w danych albo w innej, zupełnie normalnej sprawie, którą mam pełne prawo załatwić w danym miejscu i w momencie spotkania z urzędnikiem zaczynam się płaszczyć jak podwładny albo co najmniej nieproszony gość, którego ów urzędnik może – ale nie musi – obsłużyć. Każde ułatwienie sprawy przyjmuję z głęboką wdzięcznością. Każdy uśmiech odwzajemniam jeszcze szerszym uśmiechem. Każdy dowcip wieńczę zanoszeniem się ze śmiechu, nawet jeśli specjalnie śmieszny nie był. I tak się korzę, daję upupiać, patrząc na siebie z boku i palmfejsując: Matyldo, jesteś już dorosła, podnieś głowę i zachowuj się normalnie do krowy nędznej!

Nie wiem, czy to wynika z naszego systemu edukacji i stada sfrustrowanych nauczycieli – „profesorów”, którym po studiach nie wyszło, więc zostali nauczycielami i teraz gnębią dzieci, próbując nimi podbudować swoje poczucie własnej wartości. Albo to jakaś socjologiczna czkawka postkomunistyczna…? Bo chyba nie jestem jedyną, która ma z tym problem. Nie jestem też jakoś specjalnie nieśmiała lub niepewna siebie. Sami lekarze i urzędnicy to też często normalni, fajni ludzie.

Kto mi wyjaśni ten fenomen?

 

Komentarze do wpisu: 48 Napisz komentarz

  1. Alicja napisał(a):

    Mnie boli wkladana do szuflady 100 nieopodatkowana przez lekarza, a opodatkowana przeze mnie. Swoja drogą, mnie ciekawi troche inna reakcja. Jak zachowuje sie pracownik Urzędu Skarbowego, kotry idzie do lekarza i spotyka sie z taka sytuacja? Ja tez nie potrafie poprosic o rachunek, chociaz uwazam święcie ze powinnam dostać

    1. Anka napisał(a):

      Raczej normalnie ;) Urzędnicy US to też ludzie ;) Chociaż miałam koleżankę, która przy każdym płaceniu w taksówce żądała rachunku a po wyjściu z niej z dużą przyjemnością teatralnie go wyrzucała ;)

  2. Ja mam to samo u mechanika – zauważalnie się kurczę, kiedy zaczyna mi opowiadać o panewkach, zaworach, kołach dwumasowych i innych śmieciach i do tego w taki sposób, że wstydzę się swojej niewiedzy, bo przecież każdy prawdziwy facet powinien na samochodach się znać. A ja taki nieprawdziwy widać i maleję w oczach.
    Ale kiedyś mu powiem „panie, wali mnie to – tu się wsiada, tu się kręci, reszta mnie nie interesuje”. Jeszcze nie wiem kiedy, ale powiem.

    1. Marta Tempes napisał(a):

      U mechanika taka odzywka to nienajlepsze rozwiązanie. Przy następnej wizycie okaże się, że niezbędna jest wymiana tego, tamtego i jeszcze jednego. Ja najchętniej wysyłam do mechanika tatę ale kiedy raz musiałam załatwić coś sama mądrze przytakiwałam i udawałam, że wiem o czym do mnie mówi :P Wydaje mi się,że lepiej takim panom nie okazywać niewiedzy bo zaczną to wykorzystywać…A może to tylko utarty schemat.

      1. Ja najczęściej wysyłam MałąŻonkę, ale nie zawsze chce jechać, chociaż Jej ściemnianie panów usmarowanych nieźle wychodzi, dodatkowo jest trochę pokrzywdzona w pionie i pewnie w nich wzbudza uczucia ojcowskie. Z kolei do biur i urzędów idę ja, bo tak się do nich promiennie uśmiecham, że zawsze załatwię to, po co przychodzę. :)
        Ale jak już na tego mechaniora trafię, co mi mówi o jakiś cudach w aucie, to jakoś mi głupio nie wiedzieć. A to przecież powinno być naturalne – „panie, nie wiem, ja tym tylko kieruję”.

      2. Anka napisał(a):

        Dokładnie. U mechanika staram się używać duużo tych samych skomplikowanych słów co on. Za to jak jeździłam jeszcze ze starym autem do przeglądu to pod koniec było już na blondynę… „ojej… to to jest kółko i sie kręci?” ;P Ale ostatnim razem nawet to juz nie pomogło i pełgeocik poszedł na żyletki ;(

  3. Nie wiem dlaczego tak jest, ale też to mam. Sama jestem z rodziny lekarskiej, więc w otoczeniu doktorów znajduję się non stop, a i tak mam zawsze problem z wykręceniem numeru. Zawsze przepraszam i tysiąc razy dziękuję, aż samej siebie mam serdecznie dość.

    Może to sposób wychowania, może normy, które obowiązują w naszym społeczeństwie, a może wiedza, że nasz los po prostu w dużej mierze od tych osób zależy? Urzędnik, jak ma humor może odmówić i to my mamy problem. Lekarz może zrobić nam krzywdę, a nauczyciel się wyżyć. Niewielki nasz wpływ na to.

  4. Marta Tempes napisał(a):

    Wczoraj chłopak mi wysłał obrazek, na którym było napisane: „Moje koleżanki wychodzą za mąż i rodzą dzieci a ja odczuwam lęk przed zamówieniem pizzy przez telefon”. Skomentował to słowami: „Popatrz, ktoś zrobił obrazek o Tobie” a ja nie mogłam nawet zaprzeczyć. Nienawidzę dzwonić do nieznajomych, i bez znaczenia czy to lekarz, pani z dziekanatu czy wspomniana pizzeria. Zawsze przed takim telefonem układam sobie w głowie scenariusz rozmowy- co ja powiem a potem kilka alternatywnych rozwinięć rozmowy. Masakra jakaś. Co ciekawe, nie mam tej obawy przy kontakcie bezpośrednim.

    1. O, też to miałam! Pół życia, albo i dłużej. Z czasem przeszło i dziś już właściwie nie mam z tym problemu, ale jeśli trafię na linii na jakiegoś gbura, to stare lęki wracają i zaczyna mi się plątać język. Tak więc nie jesteś sama :)

    2. Anka napisał(a):

      Baaaardzo późno pojawił się w moim domu telefon (taki zwykły od TPSA ;)) I miałam tą fobię masakryczną ;) Do momentu gdy nie zatrudniłam się w firmie w której raz na jakis czas musiałam robić masowe akcje faksowe i telefoniczne pt „kup Pan misia” ;)

  5. Agnieszka M Sikorska napisał(a):

    Myślę że tu chodzi o to że pomimo nawet sympatii do danej osoby, boimy się takich ludzi, którzy mają nad nami jakąś przewagę „z urzędu”, prawnie czy zawodowo, doświadczeniem, wiedzą.. czyli mają nad nami jakąś władzę, i gdyby chcieli to mogą nam zaszkodzić, BO MOGĄ, i są usprawiedliwieni przez prawo, przepisy, wspomniane doświadczenie, naszą niewiedzę lub bezsilność.. i jeśli im się nie spodobamy to możemy mieć baaaardzo pod górkę przy wypełnianiu papierów w dziekanacie, załatwieniu recepty, czy napluciem do pizzy albo naprawionym silnikiem ale złośliwie uszkodzonym np. filtrem paliwowym czy czymś.. bezsilność i przymus zaufania obcej osobie (zaufanie z powierzeniem życia włącznie).. to chyba najbardziej denerwuje w takich sytuacjach

  6. Anna napisał(a):

    Segritta ;) Ja była urzędniczka odczuwam wielkie onieśmielenie przed znanymi i poważnymi blogerami, włączając w to Ciebie. Bo są tacy cool, a ja jestem taka malutka. Także widzisz…każdy ma swoje lęki i nie sądzę żeby to miało cokolwiek wspólnego z dorosłością. Osobiście uważam, że to jest świetne i słodkie, że każdy ma jakiegos bzika. Dzięki temu jest ciekawiej ;)

  7. Emilia Kuligowska napisał(a):

    Mam tak samo jak Tyyyyyyyy! I też jestem na co dzień wygadaną osobą, odważną w kontakcie bezpośrednim, zawsze łatwo nawiązuję znajomości i w ogóle się nie wstydzę siebie i swoich wpadek, a często nawet celowo się z nich śmieję z nowo poznanym rozmówcą. A przez telefon? Umarł w butach. Jeśli dodatkowo tej mojej rozmowy z urzędnikiem/lekarzem/pizzerią ktoś słucha (nawet ktoś z najbliższych) to czuję się, jak w tym śnie, kiedy idę nago do szkoły. A poza tym krępują mnie wizyty u lekarzy, takie rozbierane. Broń Buk dlatego, że wstydzę się swojego ciała – ot, jest jakie jest, ale jest moje. Boję się zwykle tego, że zrobię coś głupiego, ośmieszę się czymś co powiem, jakimś niezdarnym ruchem. I choć zawsze sobie powtarzam – 26 lat na tym świecie żyjesz dziewczyno i jeszcze nie narobiłaś sobie aż takiego wstydu, to przy nowej sytuacji – nowa trema. A potem przeżywanie po pięć razy, co zrobiłam, co powiedziałam, jak zrobiłam, jak powiedziałam itd…

    1. A propos lekarzy – opowiem Ci historyjkę, to przestaniesz się wstydzić. Jakiś czas temu mój mężczyzna miał mi zagencjanować ranę na nodze. I zakończyło się zabawą, której szczegóły przemilczę, ale po której pozostały mi na brzuchy wypisane cyrylicą na fioletowo antyrosyjskie hasła. Następnego dnia w pracy poczułam się tak tragicznie, że od razu mnie odesłali do lekarza. mam Ci pisać, jak się czułam, jak musialam koszulkę podciągnąć? :)

      1. Borze, Pionierko, to jest takie przeboskie <3
        "Jakiś czas temu mój mężczyzna miał mi zagencjanować ranę na nodze. I zakończyło się zabawą, której szczegóły przemilczę, ale po której pozostały mi na brzuchy wypisane cyrylicą na fioletowo antyrosyjskie hasła"
        Kocham! :D

  8. Mogę Cię przeszkolić. Jestem wybitnie asertywna, a niektórzy twierdzą, że roszczeniowa, bo śmiem twierdzić, że mam prawo żądać, że lekarz wpuści do gabinetu mnie, jeśli jest moja kolej, a nie przedstawiciela firmy farmaceutycznej z prezentacją. Ale w zamian nauczysz mnie zamawiać pizzę przez telefon, ok? :)

    1. Ennka napisał(a):

      Jeju, nie znoszę rozmawiać przez telefon jeżeli chodzi o załatwienie czegoś/dopytanie/ustalenie/dostarczenie. Siedzę jak głupia z tym telefonem, układam w myślach co mam powiedzieć, biorę trzy głębokie wdechy i dzwonię. I drogi są dwie: albo jak słyszę rozmówcę to tracę orientację i zaczynam się jąkać albo zaczynam trajkotać jak najęta i nie dopuszczam biednego człeka po drugiej stronie do głosu. Ja kończę wyłuszczać sprawę, a pan/pani ma dopiero okazję odpowiedzieć na dzień dobry ;)

    2. Nigdy nie zadzwoniłam po pizzę. Nigdy. Portale do zamawiania on-line sprawiły, że zaczęłam jadać pizzę w domu, po 24 latach życia (no, oczywiście jadałam wcześniej, ale tylko wtedy, kiedy ktoś zamówił). Raz się odważyłam i… rzuciłam słuchawką po „halo” (do dziś mi wstyd, a napisałam sobie na kartce wszystko, co mam powiedzieć, adres, telefon, nawet jak się nazywam). Wszędzie indziej dzwonię – z oporami, mówiąc nieskładnie, ale skoro muszę…

      Aha – koleżanki z pracy już wiedzą, że jak dzwoni mój telefon stacjonarny, to trzeba przyciągnąć do siebie rozmowę, zapytać o co chodzi i wtedy mnie dopiero zmusić do podniesienia słuchawki ;)

      1. nieobiektywniej napisał(a):

        Czasami mam taką blokadę mając zamówić pizzę przez telefon, że szukam czegokolwiek on-line, byle tylko nie musieć rozmawiać. Odzywa mi się w głowie głos ‚co sobie pomyśli rozmówca – że jestem taka leniwa, że nie chce mi się obiadu zrobić w domu / przyjechać samej po pizzę’. W sumie dowóz jedzenia to element ich pracy, ale i tak się krępuję, że kogoś „fatyguję” swoim zamówieniem…

  9. Ania napisał(a):

    Pojechałam w sobotę na usg jamy brzusznej. 50 km od domu, na czczo, opieka nad trojka dzieci na ten czas zorganizowana. Przyjeżdżam, latam dookoła, w końcu znajduje budynek, wpadam spóźniona 4 minuty z pełnym pęcherzem i… dowiaduje sie, ze pan doktor właśnie wyszedł!! Naczekał sie juz! Byłam tak wściekła, ze wywaliłam pani w rejestracji co myślę, o takim braku szacunku do pacjenta. W drugiej placówce tej przychodni wielokrotnie czekałam na lekarza lub na wizytę powyżej pół godziny. Kazałam natychmiast napisac na kartce nazwisko lekarza i adres e-mail dyrekcji. Pani była zszokowana moim wybuchem, zadzwoniła do lekarza z prośbą, by wrócił, na co wystarczajaco głośno, by usłyszał powiedziałam, ze nie życzę juz sobie, zeby mnie zbadał. Napisałam skargę zaraz po wyjściu.

  10. Miałam podobnie, ale przetrenowałam takie sytuacje. Zamawianie pizzy nie stanowi już dla mnie problemu, pań w dziekanacie w sumie nigdy się nie bałam, bo często gęsto wiedziałam więcej od nich co się dzieje na uczelni pokazując im palcem gdzie prawdopodobnie znajduje się papierek, po który przyszłam. Do urzędów wchodzę z nastawieniem pozytywnie roszczeniowym, nie wliczam w to skarbówki, tam jakoś zawsze mi słabo :P Jedyną słabostką są jeszcze panie rejestratorki w przychodniach, to przy nich właśnie zaczynam się płaszczyć jak Ty, a dziwne, bo moja mama jest jedna z takich pielęgniarek-rejestratorek, więc powinna być to dla mnie sytuacja sprawdzona. Najodważniejsza zaś jestem wobec konsultantów telefonicznych. Brak jakiejkolwiek logiki jak widać :) A skąd to się bierze? Może stąd, że w Polsce dzieci generalnie wychowuje się na służalcze pionki służące społeczeństwu i systemowi? Może dlatego, że nauczyciel dla naszych rodziców był niczym półbóg i, chcąc nie chcąc, taka postawa została wpojona też i nam? Nasz naród zawsze czuje się gorszy wobec innych nacji, generalnie chyba gdyby postawić nas w licznej grupie osób to jakieś 90% czułaby się gorszą jednostką od całej reszty wokół. Podejrzewam, że może to też być problem z systemem właśnie – NFZ państwowy, uczelnie państwowe, MPK, ZUS, UM, wszystko. A skoro państwowe to ważniejsze ode mnie, a nie ukrywajmy, że przecież w sumie to prawda, że to my napędzamy te wszystkie przybytki dobroci wymienione powyżej, za każdego z nas są pieniążki i zupełnie podświadomie stawiamy siebie niżej w hierarchii, pomimo płaconych podatków i ubezpieczeń.

  11. hmm… dziwne to, ale możiwe, że się z tego wyrasta (?). jak byłam mała, a nawet jeszcze w liceum, byłam chorobliwie nieśmiała – do tego stopnia, że wywołana do odpowiedzi robiłam się czerwona, jak burak, a na nosie miałam kropelki potu. a później chyba już na studiach przestałam być taką ciapą – być może po spotkaniu osoby, która bardzo podbudowała moją pewność siebie, w sumie sama nie wiem. a może sama do tego doszłam – polecam wyobrażenie sobie, że osoba, z którą rozmawiasz, właśnie siedzi na klopie, albo jest naga hihiih. teraz gadam jak psychiczna ze wszystkimi – począwszy od prezesów firm,różnych przystojniaków, a skończywszy na panach z serwisu, czy żulmenach spod bloku. zadaję im pytania i słucham – bo jest duże prawdopodobieństwo, że każdy z nich wie coś, czego ja nie wiem i to jest fajne. nie udaję, że coś wiem, tylko pytam i dialog sam się dzieje. w niedzielę zbeształam lekarza, co mi robił łaskę, jak z chopem byłam w szpitalu (żyje…), jak wrócili z RTG, to już nie byłam miła, tylko on był ;) polecam.

  12. miśka m napisał(a):

    Jako córka lekarki uważam, że twoja nieśmiałość to miła odmiana, po zachowaniu niektórych pacjentów którzy potrafią dzwonić o godzinie 6 rano w sobotę, że ich synek od trzech dni ma katar…

  13. Ja staram się być uprzejma w stosunku do urzędnika, lekarza, wiem, że raczej wtedy więcej się dowiem, czy sprawniej coś załatwię niż będąc arogancką… ani lekarze ani urzędnicy mnie nie onieśmielają, a wiem, że ich praca jest potrzebna i momentami trudna, więc po co ja swoją postawą mam im jeszcze coś pogarszać… Nie uważam, że będą miła staję się malutka i Ty tego też tak nie musisz odbierać. To raczej wyraz pewności siebie i docenienia swojej wartości, której nie trzeba udowadniać traktując innych z góry.
    A co do pań z dziekanatu, to ja w przeciwieństwie do większości ludzi na moim roku, oraz jako starosta grupy mialam z nimi dobre układy. Na koniec studiów, gdy pytałam, co by chciały kwiaty, czy czekoladki ode mnie, jedna z nich odpowiedziała, że życzyłaby sobie więcej takich żaków jak ja … oj wtedy pamiętam, że miło to było usłyszeć.

  14. Ja tam nie wiem… ale ja jestem taka miła do każdego… albo prościej mówiąc normalna, czyli zachowuję się normalnie do różnych ludzi bez znaczenia kim są, bo skąd oni wiedzą kim ja jestem? To tylko imię i nazwisko a każdy siebie nosi w środku. Myślałam że napiszesz, że prz tym pisarzu, przy tym biznesmenie jestem malutka, bo ma w sobie nie tylko mądrość i inteligencję, którą ja też mam, ale doświadczenie i świetny stosunek do życia i ludzi, tak przy kimś takim czuję ja się malutka, ale przy nikim innym. Ale to kwestia chyba ułożenia tego sobie w głowie i zachowywania się normalnie :-) pozdrawiam ps. Napisz co tak był za problem, bo zaciekawilas w zasadzie tym pewnie wszystkich i teraz jestes nam to winna :-P

  15. Ja mam bardzo podobnie. Jak idę do jakiegokolwiek urzędu to mam lęk, że coś nie w tą rubryczkę, co trzeba wpiszę i mnie zaraz aresztują na dożywocie. A jeśli ktoś przez moją potrzebę jakiego śkwistka będzie musiał coś zrobić to mam wyrzuty sumienia. O dzwonieniu do ekipy remontowej nawet nie wspominam :)

  16. Gosia napisał(a):

    Tego się nie boję ale mam inny, głupi strasznie lęk. Nie lubię nieznanych mi miejsc. NIGDY nie pójdę na basen czy siłownię, których nie znam. Muszę wiedzieć gdzie jest szatnia, toaleta, sala. Może to głupie ale zawsze boję się, że się zgubię, wejdę nie tam gdzie trzeba i w stroju kąpielowym zamiast w stronę basenu pójdę do męskiej przebieralni :D Myślę, że Twój lęk jest całkiem normalny i nie masz czym się przejmować. Ja akurat uwielbiam załatwiać sprawy. To co masz u lekarza to chyba „syndrom białego fartucha”. Co ciekawe takie lęki może wywoływać u nas nawet zapach miejsca do którego idziemy, ale to musi być zakorzenione chyba już w dzieciństwie. Może jako dziecko obserwowałaś rodziców w takich miejscach, widziałaś, że są nerwowi i się udzieliło? Podobno wszystkie reakcje obronne organizmu tworzą się w dzieciństwie. Kto wie ;)

  17. Nowa Czytelniczka napisał(a):

    Od małego moje koleżanki to właśnie mnie wysyłały do zwalniania z lekcji, kupowania biletów, czy właśnie zamawiania pizzy. Dzięki temu same załatwianie spraw w urzędzie czy wizyta u lekarza mnie nie stresuje, zwłaszcza jezeli czekam ponad godzinę w kolejce. To jest ich praca, w ramach której mają zająć się mną jak należy, odpowiedzieć na każde moje pytanie i za którą otrzymują pieniądze, która pochodzi z moich podatków. Myślę, że takie postrzeganie lekarzy i urzędników pomoże wyzbyć się strachu przed kontaktem z nimi.

    Nie lubię tak jak Ty dzwonić do lekarza w weekend czy po godz. 19, bo sama cenię sobie czas wolny po pracy. A juz całkowicie stresuje mnie, że sama mogę coś źle zrobić. Kiedyś zadzwoniłam do kosmetyczki, że spóźnię się 5 minut. Trochę się ze mnie śmiała, ale też pochwaliła, bo często zdarzają się klientki, które nawet nie uprzedzają, że rezygnują z wizyty.

  18. Zuza napisał(a):

    Mnie rozmowa z jakąkolwiek infolinią przyprawiała o jąkanie się i zamarzanie mózgu. Wyleczyłam się poprzez dorywcze pracowanie w jednej z takich firm. Kilkadziesiąt rozmów dziennie z obcymi ludźmi może każdemu pomóc. A dodatkowo miałam poczucie empatii do tego przez co przechodzą:)

  19. 100krotna napisał(a):

    Ja też jestem nieśmiała w takich sytuacjach, ale wiem, och, tak bardzo wiem, z czego to wynika: nienawidzę, od dziecka o coś prosić, ubiegać się. Wizyta u lekarza sprowadza się dla mnie do proszenia o coś (recepta, skierowanie, badania, wyjaśnienia, L4).

    Jeżeli jestem w stanie załatwić sobie coś sama, to robię to sama. U lekarza i urzędnika nie jestem w stanie (chociaż powoli staję się dużo mniej nieśmiała w urzędzie – staram się traktować urzędnika podobnie jak każdą inną osobę pracującą w usługach – bardzo grzecznie, ale też stanowczo – i nie dam się spławić)

    U lekarza, oprócz „przychodzenia z prośbą” i „zdania się na łaskę”, bo tak to zwykle odczuwam – dochodzi jeszcze dyskomfort związany z potrzebą obnażenia się (wstydliwe dla części osób), zwiększonego kontaktu fizycznego i często też fizycznie nasza pozycja też nie pomaga. Ekstremalnie trudno z ginekologiem, siedząc półnago, okrakiem na fotelu, rozmawiać jak równy z równym, to już według mnie trzeba być mistrzem pewności siebie.

  20. Alexandra napisał(a):

    Na mnie tak działają też wykładowcy… nie ważne czy ostry czy na luzie, starszy czy praktycznie w moim wieku. Zawsze czuję się przy nich jak dziecko w podstawówce, tłumaczące się z nieodrobionej pracy domowej. A koledzy z roku potrafią iść z takim na fajkę i rozmawiać o… chyba wszystkim :D

    1. ulciakk napisał(a):

      Wykładowcy (nie tylko młodzi) też czasami się stresują – patrzy na nich z sali 50 zdziwionych twarzy, po których nie widać, czy cokolwiek rozumieją. A może to jakoś inaczej im wytłumaczyć? A co jeśli nikt nie załapie tematu? Dlaczego nikt nie odpowiada na proste pytania – nie wiedzą, czy się boją? Zwłaszcza, jak na zaocznych średnia wieku grupy znacznie przekracza wiek prowadzącego. Wiem co mówię ;)

  21. To niestety postkomunistyczne dziedzictwo :) Miałam to również w bardzo
    silnym stopniu dopóki nie wyprowadziłam się z Polski. Kocham ten kraj bo
    to mój kraj ale tylko u nas jest takie nastawienie właśnie do
    urzędników, lekarzy itp. Mnie to bardzo denerwowało i chciałam się
    pozbyć tego onieśmielenia, bo to tacy sami ludzie jak my. Teraz mieszkam
    dość daleko od Polski i tutaj jest zupełnie inaczej – tutaj lekarze
    traktują ciebie jak ósmy cud świata bo są świadomi że masz 20 innych do
    wyboru. Czyli tak właśnie jak piszesz – ty jesteś klientem, płacisz i
    wymagasz. Ja jestem zdania że każdego trzeba traktować z szacunkiem ale
    jeśli jedna rzecz mnie właśnie bardzo denerwowała to to: ” panie
    doktorze” wypowiadane z namaszczeniem i wchodzenie do gabinetu, gdzie za
    biurkiem siedział bardzo zajęty ów pan doktor z ponurą miną a człowiek
    wręcz przepraszał, że przeszkadza. Ale można się pozbyć tego nastawienia
    – mi się udało :)

  22. Olga napisał(a):

    Hipoteza 1: Może po prostu jesteś dobrze wychowaną, kulturalną osobą, która nawet jak płaci to nadal pozostaje uprzejma i nie chce sprawiać innym kłopotów. Może zauważyłaś, że czasem Ty też „dajesz ciała” albo bierzesz kasę za tekst, który jest „daleki od ideału i może nawet nieco poniżej standardu” i może dlatego, że masz inny poziom empatii, nie nie jesteś taka asertywna, jakbyś sobie tego życzyła. Hipoteza 2, jest taka, że to sytuacje asymetrii władzy – lekarz i urzędnik są w lepszej pozycji niż ty jako petent i pacjent. Postępujesz racjonalnie starając się zjednać ich przychylność, będąc miłą i uprzejmą. To co spowodowało Twój wpis to dysonans pomiędzy tym, co głosi paradygmat demokratycznej gospodarki rynkowej/neoliberalnej: usługi publiczne w tym opieka zdrowotna powinny działać na zadach rynkowych: płacę to wymagam, a tym co obserwujesz: nie działają ze względu właśnie na tę asymetrię (oczywiście są kraje gdzie działają lepiej i gdzie gorzej). Pozdrawiam i życzę dobrego porodu i macierzyństwa

  23. Sylwia Kubryńska napisał(a):

    „czy to wynika z naszego systemu edukacji i stada sfrustrowanych
    nauczycieli – „profesorów”, którym po studiach nie wyszło, więc zostali
    nauczycielami i teraz gnębią dzieci, próbując nimi podbudować swoje
    poczucie własnej wartości” – tak.

    1. Emilka S napisał(a):

      Osobiście uważam, że obwinianie za wszystko nauczycieli to trochę ignorowanie problemu. Jeśli miałaby to być ich wina, to jak wytłumaczyć to, iż do szkoły w przeciągu kilkudziesięciu lat chodzi naprawdę dużo dzieci, a tylko niektóre mają ten problem. Poza tym często nauczyciele, jak lekarze, dostają w kość od systemu.
      Program jest taki, że ci ludzie mają na głowie wyniki, papiery, zamiast faktyczną misję nauczania, nie ma środków często nawet na ksero, klasy są za duże (jak można pracować indywidualnie, jeśli podczas 45 minut ma się przekazać materiał na 60, a w klasie jest 30 uczniów).
      Często też rodzice nie chcą współpracować z nauczycielami i obniżają ich autorytet poprzez kąśliwe uwagi wygłaszane przy dzieciach. Niestety, widziałam to na własne oczy, kiedy sama zajmowałam się zuchenkami.
      Dzieci są zdane często same na siebie, naprawdę bardzo dużo z nich ma niedobór przytulania (!), poza tym z każdej strony słyszą coś innego. Myślę, że z tego mogą się brać problemy. Te dzieci, których rodzice rozmawiali ze mną dużo na temat zainteresowań i zachowań swoich pociech, zrobiły naprawdę mega postęp – to wszystko przez wspólny front. Dziecko czuje się bezpiecznie – wszyscy mówią tak samo, ufa wszystkim swoim opiekunom – bo widzi, że i oni sobie ufają, a dzięki temu nabiera odwagi.

  24. balazza blog napisał(a):

    Trzeba chyba na siłę uczyć się asertywności. Ostatnio zostałam paskudnie potraktowana w prywatnym gabinecie – wyszłam i pierwszy raz w życiu napisałam skargę. Otrzymałam przeprosiny, zaproszenie na darmową wizytę i zostałam, dla odmiany, obsłużona przemiło. Wystarczyło tylko zwrócić uwagę na chamstwo. Darmowa wizyta trochę mnie peszyła, bo wolałabym zapłacić za usługę, ale miało to być zadośćuczynienie, więc już nie wydziwiałam. Zostałam za to przez całą rodzinę pochwalona za asertywność. I czuję się znacznie lepiej, że nie dałam sobą poniewierać.

  25. Uśiwadomiłam sobie, że ja też to mam – szczególnie w urzędach i szpitalach. Nie chodzi o bycie miłą (z tym już się pogodziłam – wystarczy mi, że jestem miła i asertywna) – tylko o pewną uniżoność, która wcale nie jest mi potrzebna – ale tak jakoś nawykowo – wychodzi.

Dodaj komentarz