Mała, lokalna trattoria

DSC04329

Godzina 17, umieramy z głodu, bo nie jedliśmy nic od śniadania. Niestety restauracja, którą nam polecano, jest wciąż zamknięta. Kiedy oni, na Bug, kończą tę siestę?! Idziemy więc ulicą Via Roma, omijając tandetne bary szybkiej obsługi i plastikowe kawiarnie dla turystów. W końcu skręcamy w jedną z bocznych uliczek, gdzie rankiem odbywał się targ. Tu nie ma już żadnych turystów i żadnych elegancików. Sami lokalesi, sprzątający stragany i krzyczący coś do siebie. Don Pedro wchodzi do rzeźnika, by kupić butelkę wody. Sklep wygląda jak taki stereotypowy mięsny z portu a owłosiony, półnagi pan z wielkim tasakiem odkraja jakiejś mammie kawał wieprzowiny. Zanim wychodzimy, podchodzę do sprzedawcy i pytam po włosku, bo tu nikt nie mówi po angielsku: Dove posso mangiare qualcosa buona adesso? Oznacza to (albo przynajmniej mam nadzieję, że oznacza, bo w końcu włoskiego nie znam ;)) „gdzie mogę teraz zjeść coś dobrego?”.

Pan kiwa głową, ale zamiast mi odpowiedzieć, daje znać ręką i prowadzi nas w tym swoim umazanym krwią fartuchu gdzieś w boczną uliczkę, pomiędzy ludźmi, w zaułek, stare, obdrapane drzwi, za którymi ustawiono kilka prostych stolików.

Nigdy w życiu byśmy tu nie trafili sami z siebie. To bardzo lokalna trattoria prowadzona przez całą rodzinę. Mamma gotuje, córka zbiera zamówienia, małe dzieci plączą się pod nogami, sąsiedzi wpadają na wino. Ściany są całe w zdjęciach właścicieli, kopiach zdjęć starego Palermo, plakatach Marylin Monroe i jakichś włoskich piosenkarzy. Wnętrze urządzone prosto, tanio, ale w tak cudownym, klimatycznie rodzinnym stylu, że już wchodząc wiemy, że będzie ciekawie.

Zamawiam tradycyjne przystawki, specjalność lokalu i spaghetti carbonara. Do tego karafka białego wina.

Nigdy nie jadłam gorszej carbonary. Rozgotowany makaron, biały, mdły sos, niedosmażony boczek, wszystko bez smaku, papkowate. No sama robię lepszą, a dobrej nie robię.

Tym samym chciałabym wszem i wobec obalić mit, że jak Cię lokales prowadzi do uroczej, schowanej w zaułku knajpki prowadzonej rodzinnie i nieobecnej w przewodnikach – to to nie zawsze będzie posiłek stulecia. Czasem to będzie papka bez smaku.

Komentarze do wpisu: 12 Napisz komentarz

  1. Weronika napisał(a):

    Rzeczywiście jest trochę lepiej. Coś więcej niż słodkie pierdnięcia o czerwieni ust i gołej dupie na balkonie. Jeszcze tylko to zdanie po włosku… Czytelnik miał być pod wrażeniem Twojej sprawnej pamięci? A może to taki kulawy zabieg wzbogacający obraz o dźwięk?

    Wolę codzienną Segrittę, z którą zgadzam się lub nie, ale od której nie mam mdłości, jak po takich „impresjach”.

    1. Weroniko, obawiam się, że już od jutra znowu będzie mdło, nudno, bez sensu, z próbami zaimponowania Ci (które oczywiście prześwietlisz swoim genialnym umysłem), kiczowato i w ogóle tak, że wstyd będzie Twe piękne oczy częstować taką papką. Sugeruję więc, byś w ramach unikania miernoty wyszła z tego bloga i po prostu na niego nie wracała. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich. :*

      1. Weronika napisał(a):

        Segritto, trudno. Dopóki świetnie się bawię prześwietlając swoim genialnym umysłem Twoją gimnastykę nie mam zamiaru wychodzić. Czekam z niecierpliwością na kolejną, oby smaczniejszą, papkę:-*

Dodaj komentarz