Mali sportowcy

Jest taka wzruszająca reklama, która zrobiła karierę w sieci i wycisnęła łzy z milionów oczu na ziemi.


A ja, oglądając ją, widzę zupełnie nie to, co wzrusza. Widzę dziecko budzone o świcie, bo musi iść na trening. Dziecko pozbawione dzieciństwa, ciągle zmęczone, z zaplanowaną już przez mamusię przyszłością. Przypominają mi się programy o pięcioletnich „miss” w Stanach, których mamy zawsze marzyły o zostaniu królową piękności i teraz przebierają swoją małą córeczkę, malują ją, upinają jej włosy, zabraniają jeść, każą się uśmiechać na scenie – by poprzez dziecko zrealizować własne ambicje. Podobnie jest z młodymi muzykami, szachistami.. generalnie tam, gdzie jest sport, konkurencja, zwycięzcy i przegrani – tam najwięcej widać ambitnych rodziców, którzy nie mają oporów, by swojemu pięcioletniemu dziecku nie pozwolić na zabawę na podwórku tylko wysyłać je na ćwiczenia. Codziennie. Godzinami.

Rolą rodzica nie jest tylko rozpieszczanie. Doskonale wiem, że powinien również nauczyć dziecka systematyczności, dyscypliny, silnej woli. Chciałeś chodzić na karate? Bardzo dobrze. To teraz przynajmniej przez ten rok będziesz chodził, czy Ci się chce czy nie chce, bo się już zapisałeś a ja już zapłaciłam. Ale czasem rodzice nie podejmują decyzji na rok. Podejmują je na całe życie dziecka. Gdy ma 5 lat posyłają je na lekcje skrzypiec. Każą ćwiczyć po kilka godzin dziennie. Zabraniają gry w siatkówkę, kosza czy cokolwiek innego, co może uszkodzić palce. Moje dziecko będzie skrzypkiem. Albo baletnicą. Męczące treningi, dieta, brak czasu na przyjemności.

Przecież są takie sporty, w których trzeba zacząć bardzo wcześnie, by coś osiągnąć. Są takie zawody, które wymagają poświęcenia od najmłodszych lat. No i jakże to osiągnąć, nie tracąc dzieciństwa? Czy moje dziecko będzie kiedyś miało do mnie pretensje, że nie mogło się bawić z kolegami w piaskownicy, tylko musiało ćwiczyć? A może będzie miało pretensje, że nie zmuszałam go do systematycznego treningu i w rezultacie nie dałam mu żadnego kapitału na przyszłość?

Wciąż widzę w tej reklamie ambicję matki. Ale może się mylę. Jak myślicie?

Komentarze do wpisu: 50 Napisz komentarz

  1. Kij ma dwa końce. Są popaprani rodzice, którzy realizują swoje niespełnione marzenia poprzez dziecko. Z drugiej strony widziałam i znam z bezpośrednich opowieści mnóstwo dzieciaków, które uwielbiają trenować i same się do tego garną. Mimo wszystko uważam, że Isia nie żałuje tych codziennych treningów ;)

  2. Cóż prawda w tym jest bez wątpienia, jednak są dzieci, które to lubią po prostu, albo może tylko myślą, że lubią bo tak wmawiają im rodzice? Wiem jedno jak miałam 5 lat byłam na przesłuchaniu w szkole muzycznej, powiedzieli, że mam talent i to najlepszy czas na zaczęcie nauki.. (tak cholernie tego chciałam!) ale moi rodzice jakoś nie mieli czasu by mnie tam prowadzać.. no i cóż, mam do nich żal. Mój szwagier natomiast na siłe był pchany do szkoły muzycznej, nienawidził jej i co z tego, że ma papier.. jak do pianina nawet nie podchodzi? ;)

  3. Powiem Ci ze swojego doświadczenia. Mam 20 lat. Rodzice nigdy nie zapisali mnie na żaden trening, nie uczyłam się grać na jakimś instrumencie i teraz bardzo tego żałuję. Mając 8-10 lat, nie wielu nas ma swoje hobby i pasje, więc moim zdaniem rodzic powinien dać szansę swojemu dziecku spróbowania różnych rzeczy, a ono samo zdecyduje, czy to mu się podoba, czy nie. Dzisiaj jest zdecydowanie za późno, żebym zaczęła trenować siatkówkę (kocham ten sport, a mając 180 cm wzrostu, jakieś szanse bym miała), grać na pianinie (chociaż, jak już będę piękna i bogata, to na pewno się zapiszę na lekcje gry) lub robić wiele innych rzeczy. Jak dla mnie, powinno się zachęcać dzieci, a kiedy one wykazują predyspozycje do czegoś, to trzeba je wspierać i mobilizować, żeby coś osiągnęły.

    1. Barbara, piszesz, że powinni dawać możliwości próbowanie wszystkiego. Z tym się zgodzę. Ale nie powinni już od kołyski (no, od przedszkola) przywiązywać Cię do siatki lub przykuwać do pianina. Bo to w ich mniemaniu powinnaś robić.
      A chyba raczej o to chodzi Seg.

      1. No ja wiem, że zmuszanie dziecka do czegoś, czego nie lubi jest straszne. Ale chyba wolałabym, zapisać je np. do szkoły muzycznej, żeby się nauczyło tej gry na pianinie, dostało papierek i koniec przygody z muzyką, niż żeby kiedyś miało mi powiedzieć, że nie pomogłam mu w rozwijaniu jego pasji. W wieku 25 lat może nie będzie chciało grać, ale za parę lat, siądzie przy pianinie, przypomni sobie stare czasy i pomyśli ” nie zostałem pianista, ale miło teraz pograć dla siebie i moich dzieci”.

      2. Ale w dzisiejszych czasach jeśli chcesz dać swojemu dziecku szansę na to aby było ono wybitne w jakiejkolwiek dziedzinie to powinno zacząć one jak najwcześniej trenować czy się uczyć. Zresztą tu odniosę się do mojej działki czyli sportu. Te pierwsze treningi z dzieciakami nie mają nic wspólnego z wylewaniem siódmych potów czy uczeniem je szeroko pojętej techniki. Na początku jest zawsze na przykład zabawa z piłką czy inne gry i zabawy z elementami sportu. Najważniejsze wtedy jest to, żeby dziecko generalnie zaraziło się sportem a czy to będzie taka czy inna dyscyplina to już jest sprawa drugorzędna.

        1. a po cholere ma byc wybitne nadludzkim wysilkiem? Jak ktos jest predysponowany do jakiejs dziedziny, to dla niego ‚praca to zabawa’, bawiac sie uczy, i robi to po prostu wydajniej od innych, ktorzy, zeby mu dorownac, musza wysilac sie z calej mocy, a po co? Mam znajomego, noga ze wszystkich ‚normalnych’ przedmiotow szkolnych, a geniusz mechaniki samochodowej, w wieku 12 lat naprawial wysokocisnieniowe systemy hydrauliczne koparki wielkiej jak dom, ba, sam nawet te koparke obslugiwal, kopal nia torf na torfowisku. Jak inni dostaja czesc samochodowa do rozpoznania na warsztatach w samochodowce i czesto jej nie rozpoznaja, on potrafi powiedziec z jakiej marki, nawet z ktorego rocznika jest to czesc. I nawet co jest w niej zepsute. I po co meczyc innych, zeby mu dorownali, jak ich to nie bawi?

      3. E, Paganiniemu ojciec nie dawał kolacji, jeśli nie nauczył się kolejnej sztuczki na skrzypcach. I jak skończył? Sława, koks i dziwki :D

    2. Moze troche nie na temat, bo juz nie o dzieciach, ale kto wiekszemu dziecku albo doroslemu zabroni uprawiac jakis sport albo uczyc sie grac na instrumencie? A ze wynikow turniejowych nie osiagnie – i dobrze, bo wyniki turniejowe osiagaja cyborgi. Rozne dzialalnosci maja sluzyc rozwojowi, znajdowaniu przyjemnosci z robienia badz uprawiania jakiejs dyscypliny, a nie tylko wtedy, gdy jest sie na najwyzszym podium. Bo to chore. Czujesz, ze masz do czegos smykalke – zacznij to robic, niezaleznie od wieku. Moze byc wspomoc Uniwersytety trzeciego wieku, bo w Polsce wiele o nich nie slyszalem.

      1. Zaprowadzenie dziecka na trening, a później kontynuowanie tego nie ma na celu od razu wychowywania „sportowych cyborgów”. Sport uczy bardzo wielu rzeczy takich jak dyscyplina, zaangażowanie, dążenie do celu, praca w grupie, samodzielność. I nawet jeśli dane dziecko nie zostanie wybitnym sportowcem to te cechy przydadzą mu się na całe życie i to nie tylko w tej dziedzinie. Wiek 15-16 lat to już w dzisiejszych czasach moim zdaniem trochę za późno na taką naukę. Oczywiście jest ona możliwa ale jest ona znacznie trudniejsza niż w późniejszym okresie.

        Poza tym jak już jesteśmy przy sporcie to na wszystkich trenerach czy opiekunach ciąży znacznie większa odpowiedzialność niż się wielu osobom wydaje. Między innymi dlatego, że oni nie tylko wychowują przyszłych wyczynowych sportowców ale także kibiców, sponsorów czy tez po prostu ludzi, którzy w dorosłym życiu nie będą stronić od zwykłego ruchu w postaci roweru czy biegania dla własnego zdrowia. Jakie są tego korzyści w szerszym znaczeniu chyba nie muszę tłumaczyć.

  4. Jak się wszyscy w koło tą reklamą zachwycali, ja się zastanawiałam czy wszystko ze mną w porządku…
    Bo mam właśnie identyczne odczucia.
    Ja już jestem mamą. 5latki . I cholera, nie mogłabym jej budzić dzień w dzień o 5tej. Narażać na ból, kontuzje, ciągłe zmęczenie…Nie mogłabym wskazać jej jedynie słusznej drogi którą już teraz ma podążać. Nie mam do tego prawa. Musi sama zadecydować.

      1. Dlatego staram jej się pokazywać wszystko juz teraz. Trochę popływała, trochę potańczyła, fakt, fałszuje strasznie więc na śpiew ją nie ciągnę.. Aktualnie szybko biega (głównie jak coś zbroi) i maluje, ładnie. Więc od września będzie szkółka plastyczna. Pozostaje mieć nadzieje, że się zdecyduje wcześniej niż przed 20tką.
        I kierować, nie narzucać:)

  5. Co człowiek to przypadek i nie ma najmniejszego sensu to generalizowanie. Poza tym bardzo wielu wybitnych sportowców po latach wspomina, że ktoś ich na te pierwsze treningi prowadzał pomimo, że oni za bardzo nie chcieli. Później jednak weszło im to w krew i sami robili to z radością. Duża też część z nich np zaczynając jeden sport przerzucała się później na inny w którym byli znacznie lepsi.

    A tak poza tym to wolę, żeby rodzice starali się namawiać swoje dzieci do sportu bardzo mocno niż mieli je zostawiać same sobie przez telewizorem/komputerem.

  6. To bardzo zależy. Ja miałam tak, że mama w wieku 5 lat popchnęła mnie w taniec towarzyski, a ja tupnęłam nóżką i powiedziałam, że nie… No to odpuściła :) A po 2-3 latach sama do niej przyszłam i powiedziałam, chcę tańczyć :) No i wtedy faktycznie, pilnowała mnie, szykowała na treningi, ale też bardzo wspierała. Są więc też normalne mamy co jak dziecko powie nie, to odpuszczają.

  7. Zgodzę się z p. Moniką. Zależy jak na to spojrzeć. To prawda, że rodzice często próbują (za pomocą lub z pomocą dzieci) spełnić swoje niespełnione ambicje, przy okazji je krzywdząc. Według mnie działa to trochę na zasadzie błędnego koła. Dorośli w dzieciństwie nie mieli albo okazji albo warunków , by móc urzeczywistnić swoje skryte marzenia i teraz, chcą to zrekompensować swoim maluchom – często wbrew ich woli. Niewykluczone, że również dzieci tych dzieci powtórzą te same błędy. Mimo iż takich przypadków jest wiele, są też wyjątki od reguły. Przykładem są moi rodzice, którzy nigdy nie próbowali narzucać mi swojej woli, nigdy nie zmuszali mnie do robienia czegoś, czemu i tak bym się sprzeciwił. Wiadomo, że w pewnych kwestiach dziecko nie może zabierać głosu, ale co mi zawsze imponowało, to to, że zawsze chcieli i mieli czas ze mną rozmawiać i to na każdy temat. Uważam, że w dzisiejszym, zaganianym świecie, jest to niezwykle potrzebne. Może właśnie dlatego, dzieje się tak, jak się dzieje. Rodzice są zapracowani, gonią za każdym groszem, stawiają swoją karierę na pierwszym miejscu i zapominają często, o zwykłych przyziemnych sprawach i koniec końców o swoich dzieciach. A że ten brak czasu, starają się im jakoś zrekompensować, to kupują im drogie prezenty, wysyłają na różne dodatkowe kursy i zajęcia edukacyjne, co w wielu przypadkach nie jest im wcale potrzebne. Dzieci (szczególnie te małe) potrzebują usłyszeć każdego dnia ciepłe słowo, dostać buziaka od mamy czy taty, otrzymać od nich tą chwilę rozmowy, czy nawet posłuchać czytanej na dobranoc opowieści o „Krasnoludkach”. To dla wielu dorosłych może wydawać się niczym, przy czym dla dzieci jest to klucz dla dalszego (właściwego) umacniania więzi rodzinnych: matka – syn, ojciec – córka itp.

  8. Jest dobrym stwarzać dziecku różne możliwości rozwoju i wspomagać jego determinację – jeśli tego CHCE i robi to, bo to LUBI. Chorym jest zabierać mu dzieciństwo w imię realizowania własnych ambicji – „mnie się nie udało zostać muzykiem, ale moje dziecko nim zostanie”.
    Ja patrzę na swojego syna i obserwuję co mu sprawia radość – tak rozumiem swoją rolę, żeby umożliwić mu zostanie kimkolwiek zechce być.
    Film fajny jest, nie widać na nim matki wymuszającej na dziecku treningi choć tego nie chce. Trochę kłuje w pierś mnie jako ojca pokazanie że tylko matka się liczy dla dziecka..

  9. Słuchajcie, raczej nie da się inaczej, jak robić coś kosztem czegoś. Tak było, jest i będzie. I dotyczy to wielu sfer życia. Mogą to być małe wyrzeczenia, czasem niezauważalne, albo duże, ale zawsze. Dzieci mające dzieciństwo, które nie poświęciły nic dla czegoś większego, za parę lat mogą się obudzić z poczuciem niespełnienia, bo np. grały w kosza tylko na podwórku, są w tym bardzo dobrzy, a przecież „gdyby rodzic mnie zapisał to mógłbym być dzisiaj drugim Gortatem”, albo mieć niedosyt, bo nie rozwinęły żadnej pasji, umiejętności, nie są w czymś najlepsi, do niczego nie przynależą i tego nic im nie zrekompensuje, bo ten czas wolności minął i koniec. A dzieci, które poświęciły dzieciństwo, beztroskie ganianie po podwórku, po to by zrealizować jakiś talent, pasję, mogę się obudzić z ogromnym żalem do rodziców za te lata ciężkiej pracy i braku beztroski, ale osiągnięcia i uznanie rekompensują bardzo wiele, i sądzę,że gdyby zapytać Agnieszkę Radwańską czy Justynę Kowalczyk, czy wolałyby mieć beztroskie dzieciństwo, czy te sukcesy na koncie – odpowiedź byłaby jedna..

    Ja wolę, aby moje dziecko miało kiedyś do mnie żal za to, że dążyłam aby się w czymś zrealizowało, niż żeby powiedziało, że nie chciało mi się dbać o jego rozwój i talent.

  10. PS poza tym myślę, że dziećmi czasem trzeba pokierować, wskazówki i zaangażowanie rodziców też dają poczucie bezpieczeństwa. A zrezygnować z czegoś czego się nie lubiło można zawsze. Nadrobić przepuszczonych lat, niekoniecznie.

  11. Jak dla mnie to, co wyprawiają niektórzy rodzice podpada już pod przemoc psychiczną.
    Życzę siły wszystkim dzieciom, żeby miały odwagę tupnąć nogą i powiedzieć nie – i nie oberwać przy tym fizycznie ani psychicznie.
    Moja mama na przykład do teraz wypomina mi cztery „zmarnowane” lata przymusowej nauki gry na keyboardzie – którego prawie od początku nie znosiłam, i do dzisiaj nie tknę nawet długim kijem :)

  12. Do dziś żałuję, że kiedy byłam dzieckiem moi rodzice nie pomyśleli o tym, żeby zapisać mnie na jakieś zajęcia dodatkowe. Dlatego swojemu synkowi proponuję różne formy aktywności, ale równocześnie do niczego go nie zmuszam. To ma być dla niego pasja, a nie przykry obowiązek.

  13. Nie jestem może przykładem wybitnego olimpijskiego treningu, ale mam za sobą dzieciństwo wypełnione dużą ilością zajęć „profilujących” (tak, że czasem byłam poza domem przez 12h, a w wakacje często wyjeżdżałam na różne warsztaty). Muszę powiedzieć, że zupełnie nie żałuję tego okresu i jestem wdzięczna rodzicom, że ciągali mnie po chórach, szkołach muzycznych i innych podobnych instytucjach. To nie prawda, że takie dziecko pozbawiane jest dzieciństwa – miałam dużo znajomych (choć głównie tych z mojego środowiska) i znajdowałam czas na zabawę. Nie mogłam co prawda grać w koszykówkę (nikt mi tego specjalnie nie zabraniał, ale sama zdawałam sobie sprawę, że jeśli złamię sobie nadgarstek, to nie zdam egzaminu), ale za to mogłam muzykować, grać na kompie i uprawiać mniej inwazyjne sporty na podwórku. Dziś – prócz tych „profilowych” umiejętności – mam dobrze wykształconą pamięć słuchową, potrafię w miarę zorganizować sobie czas i mimo wrodzonego lenistwa nie straszny mi nawał obowiązków (nawet wtedy znajduję czas na zabawę).
    Jak mawia chińskie przysłowie: „nie masz czasu – dołóż sobie obowiązków”
    Jak mawia mama mojego miłego: „kto dużo umie, nie zgubi się w tłumie”
    Jak mawiam ja: pod warunkiem, że rodzice nie świrują – ich obowiązkiem jest rozwijać talenty dziecka.

    1. A przez „świrowanie” rozumiem szkolenie dziecka dla sukcesów, a nie dla rozwoju ich talentów. Tym się różnią treserki małych miss od mam stojących z metronomem przy sfrustrowanym graniem dziecku.

    2. Nie dość, że ruda, to jeszcze mądrze gada.
      Prawie się zakochałem ;)
      A tak serio to cholernie trudno jest rodzicom rozróżnić świrowanie od wspierania i ja to rozumiem. Na serio warto być świadomym rodzicem. Świadomy siebie.

  14. Mnie się wydaje, że to trzeba bardzo dobrze znać swoje dziecko.. Bo jeśli młode ma do czegoś talent, to trzeba je wspierać, czasem nawet troszkę przymuszać, ale w ostatecznym rozrachunku osiągnie coś wielkiego. Tym bardziej że teraz jest o wiele więcej możliwości rozwoju.

  15. Nie. Po tysiąckroć nie. Na twarzach tych matek nie ma szczęścia, z powodu sukcesu ich dzieci. Na twarzach tych matek jest satysfakcja ze swojego sukcesu. A cena, zajebiście wysoka, jest płacona przez dzieci. Jasne, że jeden rodzic na sto trafi ze sportem tak, że będzie to pasja jego dziecka. Tylko, że 99 dzieci na sto będzie zmuszanych do czegoś, nie rozumiejąc po co. Małe dziecko nie ma ambicji, by być wielkim, to zawsze jest wybór rodzica.

    Jeżeli ktoś mi mówi, że ma pretensje do starych, bo go nie dość zmuszali do czegoś i przez to coś się stało, to ja się wtedy zapytam: Kto kieruje twoim życiem, ty, czy rodzice ?

    Jest ogromna różnica, między wspieraniem dziecka w rozwoju, a zmuszaniem go do niego. Jest milion definicji sukcesu. Dla mnie będzie nim, gdy mój mały ateista sam będzie potrafił znaleźć swoją drogę. Czy zostanie mistrzem olimpijskim, czy po prostu wartościowym człowiekiem, nieważne. Ja jestem od tego, żeby je wspierać, uczyć, motywować i kochać. I puścić wolno. Tylko tyle i aż tyle.

    Nie ma rodziców idealnych, dlatego każde dziecko, każdy człowiek, ma o coś do swoich rodziców pretensje. Pytanie czy pilnujemy je za mało, czy za dużo, nie ma sensu – ono równie dobrze może tego nie zauważyć i mieć zniszczoną psychikę przez coś zupełnie innego. Ważne jest, żeby nie przenosić na dziecko własnych ambicji, bo to zawsze niszczy, zamiast budować. Jeżeli rodzic ma choć cień wątpliwości, czy chce osiągnięć dla dziecka, czy dla siebie…

    Jest tylko jedna rzecz, która nagradza rodzica za jego trud. Wdzięczność dzieciaka. Jeśli to dla kogoś za mało, niech lepiej zainwestuje w gumiaki.

    1. Do moich rodziców pretensje mam tylko i wyłącznie o mokasyny na pierwszą komunię zamiast plastikowych lakierek :) Tak, moi rodzice nie trafiali ze sportem, kiedy miałam 5 lat, tata marząc o drugiej Graff zapisał mnie na tenis, wytrzymałam jakieś 2 lata – odpuściłam. Czułam, że to totalnie nie dla mnie, więc i rodzice specjalnie nie zmuszali, choć kilka razy pytali, czy jestem tego pewna. Paradoksalnie, po 15 latach baaardzo żałowałam tej decyzji. Później była moja fanaberia – konie. Wytrzymałam jakieś 3 lata, ale to też nie było dla mnie. Przez całe lata mama namawiała mnie na taniec w zespole ludowym, zapierałam się wszelkimi dostępnymi kończynami, płakałam, nie chciałam. Po 6 latach tańca, kiedy lekarz powiedział mi z powodu kontuzji: koniec z tańcem, też płakałam, ale dlatego, że nie wyobrażałam sobie bez tego życia. Do czego dążę? Nawet jeśli rodzice nie do końca trafią z dyscypliną, czym skorupka za młodu nasiąknie… Skończyłam jako instruktor fitness ;) Czyli coś im się udało. A ja mam najbardziej satysfakcjonującą mnie pracę świata :)

        1. Z tańcem mama trochę mnie przycisnęła, mimo moich szaleńczych protestów – jak się okazało, słusznie ;)

  16. Opiszę na swoim przykładzie. U mnie był to j. angielski. W latach 90 w małym miasteczku możliwości nauki były bardzo nauki. A tu proszę – własny tata był w USA przez kilka lat po czym powiedział mojej 6-letniej wersji, że będzie mnie uczył.
    I nie lubiłem tych lekcji. Że zamiast iść z kolegami na podwórko, muszę siedzieć przez godzinę i się uczyć. Że nie mogę nie zrobić zadania domowego, bo to własny ojciec będzie mnie sprawdzać. W gimnazjum wysłał mnie do większego miasta, żeby zrobić FCE. Myślałem sobie „Po co mi to?”. A teraz – jestem studentem, pracuję jako lektor angielskiego w szkole i uczę dzieciaki. I wiecie co? BARDZO to lubię. Lubię to w jaki sposób język obcy przydaje mi się na co dzień. Byłem na wyprawie autostopowej i angielski nie raz uratował mi dupsko i w gruncie rzeczy umożliwił całą wyprawę. Za rok jadę do Stanów na miesiąc, zwiedzać. Spełniam swoje marzenie. A wszystko dzięki determinacji taty.

  17. Szkoda, ze nikt nie zastanawia sie nad tym, co dzieje sie z psychika tysiecy dzieciakow, ktore mimo dlugich lat ciezkich treningow tak naprawde nie osiagnely niczego, bo zawsze byl ktos lepszy i szybszy, ulamek procenta sportowcow dostaje medale olimpijskie, to samo w kazdej innej dziedzinie

  18. Córka mojej sąsiadki była posyłana na treningi gimnastyki artystycznej i niestety teraz ma duże problemy zdrowotne. Dziewczynka jest jeszcze mała i warto teraz zadać sobie pytanie, po co to komu? Podobno sama chciała uczęszczać na takie zajęcia, ale już sam fakt, jaki to skutek przyniosło…Były to godziny zajęć na sali gimnastycznej, wylane poty, brak czasu dla rówieśników i mnóstwo wyrzeczeń – to można, a tamtego nie można, teraz nie, potem tak. Ja wiem, że dziecko musi mieć jakieś hobby, jakąś pasję, tylko czy nie może przeżyć najpierw tego dzieciństwa? Na takie rzeczy ma jeszcze czas – nie wiem, gimnazjum, liceum…Po co zaczynać tak wcześnie? Nie rozumiem tego i chyba już nie zrozumiem.

    Pod uwagę trzeba też wziąć fakt iż jest to sport, a więc trzeba liczyć się z kontuzjami i taka sytuacja była prędzej czy później do przewidzenia. Szczególnie w tak młodym wieku. Są jeszcze bezpieczniejsze formy spędzania wolnego czasu – skakanie w gumę,rower, rolki, pływanie, nauka gry na instrumencie, harcerstwo…Zawsze można znaleźć coś odpowiedniego do wieku. Sam nie mam jeszcze dzieci, ale na pewno wybrałbym dla nich coś optymalnego, coś na co same by wybrały i coś co nie stanowiłoby dla nich żadnego ryzyka.

    1. To się nazywa urok Facebook’a. Oglądałem mecz, usiadłem przy komputerze i nie zauważyłem, że ktoś inny wylogował mnie z FB i wszedł na swoje. Czy mogę jakoś usunąć powyższy wpis albo czy można zmienić autora na mnie? :) Jak coś mogę wstawić to jeszcze raz, ale z moim „podpisem”.

      1. Tak wciągnąłem się w pisanie, że nie zauważyłem, że piszę nie ze swojego konta, u mnie wszyscy domownicy korzystają z mojego laptopa, mimo iż mają swój komputer :/

        1. Ja mam założone hasło i nie o to tu chodzi. Po prostu zostawiłem włączony FB, poszedłem oglądać mecz, a w tym czasie jeden z domowników, w tym wypadku moja mama, wylogowała mnie i zalogowała siebie. A że ja nie zwróciłem na to uwagi, to kliknąłem tutaj na „Log in with Facebook” i zacząłem pisać. No nic mniejsza z tym, mam nauczkę, następnym razem będę pamiętał, żeby się wylogować :D

  19. Uważam, że Polakom przydałoby się kilka filmików edukacyjnych (wskazujących do czego nie przymuszać własnych dzieci), puszczanych w formie reklamy. Może wówczas część społeczeństwa by się ocknęła i spojrzała obiektywnie na ten problem. W naszych mediach wciąż brak „mądrych spotów reklamowych”, niosących ze sobą jakikolwiek przekaz. Może więc czas na zmiany?

    Pojawiają się już rządowe reklamy o przeciwdziałaniu przemocy fizycznej i psychicznej, o piratach drogowych i skutkach ich bezmyślnej jazdy, czy o przeciwdziałaniu korupcji. Minuta czasu antenowego zawsze się znajdzie.

  20. Ok, jestem aktualnie na etapie „I just want to be perfect” (piękne gify z „Black Swan” internety porobiły, piękne) i wydaje mi się, że więcej racji mają te, załóżmy, że to dobre określenie, psycho-matki. Założenie jest dobre, z wykonaniem gorzej – stąd przedrostek ‚psycho’. Rodzic powinien wiedzieć lepiej, pokazać dziecku jak najwięcej możliwości (taniec, sport, języki, sztuka), zainteresować dziecko światem, troszkę nawet to zainteresowanie wymuszając – zostawiając mu pewien zakres swobody, ale nie na tyle duży, by opcja „popacze tępo w telewizor” wchodziła w grę.

    1. Właśnie mi się przypomniało jak mnie mama targała na wystawy do muzeów – dla mnie tragedia i rozpacz, ogarniałam w 5 minut i siadałam na ławce. Ale ona, cholera, znowu miała rację :)

  21. A mi ta reklama wyciska łzy z oczu. I widzę na niej zarówno ambicję matki jak i szczęście człowieka, który wie że dobrze „zainwestował” w dzieciństwie.
    To tak naprawdę właśnie od rodziców zależy, czy mu to umożliwią czy nie – przecież 5-cio latek nie ma na tyle doświadczenia żeby podejmować dojrzałe decyzje i mądrze wybierać, właśnie po to ma rodziców. I strasznie trudno znajdować w sobie cały czas motywację do ciężkich treningów – do tego potrzebni są również rodzice. Ambitni rodzice – to skarb, jeżeli są na tyle mądrz, ze widzą talenty i predyspozycje dziecka i potrafią je wydobyć. Wiadomo, ze jest i druga strona medalu – przerost ambicji rodziców, którym samym w życiu się nie udało …
    Sama odkąd pamiętam trenowałam (niestety rodzice twierdzili, że sport to czysta fanaberia i powinnam się zająć czymś pożytecznym) i niczego nie żałuję, może tylko tego, że nie miałam wtedy przy sobie kogoś mądrze ambitnego, kto pokierowałby rozwojem.
    W moim przypadku zmęczenie i ból mięśni sprawiały wręcz przyjemność – a osiąganie celu/zwycięstwo to uczucie które rekompensuje wszystko, kto raz tego zaznał będzie wiedział o czym mówię :)

  22. Seg, ja osobiście – z perspektywy czasu – trochę żałuję, że moi rodzice nie wprowadzili surowszej dyscypliny. W dzieciństwie i młodości interesowało mnie mnóstwo rzeczy. Trenowałem dżudo, pływanie, chodziłem do szkoły muzycznej, pisałem opowiadania i nawet wygrywałem w jakichś tam konkursach literackich. Mogę wymienić jeszcze pół tuzina innych pasji. Niestety mój słomiany zapała powodował, że po roku, dwóch, trzech wszystko zarzucałem. A żeby osiągnąć jakiś rezultat, niestety potrzeba systematyczności i długotrwałej pracy. Moi rodzice mieli podejście: chcesz, to sobie chodź do tej szkoły muzycznej, nie chcesz, to nie chodź, Twoja brocha. I nie wiem, czy im dziękować, że dali mi wolność i swobodę wyboru, czy mieć pretensje o to, że nie byli czasem bardziej wymagający, bardziej stanowczy. To już teraz nie ma znaczenia. Ale fakty są takie, że na gitarze gram słabo, dżudo oczywiście zapomniałem totalnie, a do pisania nie mam weny. Na basen czasem chodzę, ale trochę mnie to krępuje, bo się roztyłem i nie czuję się komfortowo, paradując w kąpielówkach. A słomiany zapał, który w dzieciństwie się zakorzenił, dalej jest moim nieodłącznym towarzyszem. Więc sam już nie wiem, co gorsze – utracone dzieciństwo czy sielanka, ale brak życiowej pasji?

  23. Hmmm, fajnie, że napisałaś ten tekst, bo ciekawe jest jak różnie ludzie patrzą na to samo. Ja akurat od 2,5 roku jestem mamą i patrze na te reklamę zupełnie inaczej.
    Widzę dziecko pełne zapału i chęci do tego co robi (sportu), wiercące dziurę matce od miesięcy żeby zapisała je na zajęcia z gimnastyki i mamę która daje z siebie wszystko żeby dziecku dać TO CZEGO ONO PRAGNIE.
    Nie widzę tu mamuśki, która wymyśliła sobie, że córa będzie gimnastyczką i ma w dupie to jakim kosztem to się odbędzie.
    Wręcz przeciwnie, myślę że ta kobita jest styrana, bo ona przez trening „smarkuli” musi wstać jeszcze wcześniej, przygotować cholerne śniadanie i kanapki dla śpiącego w tym czasie męża i może młodszego potomstwa?
    Musi przygotować strój, dowieźć dziecię na trening, pomóc mu się przebrać, w międzyczasie zrobić zakupy, przemyśleć kwestię obiadu, odebrać latorośl z treningu, ugotować obiad, nastawić pralkę, wyjść z psem, upiec ciasteczka do przedszkola dla najmłodszego, bo jakiś festyn tam wymyślili, odkurzyć, rozwiesić pranie, zrobić kolację, zmyc naczynia, umyć dzieciaki, położyć spać, przejrzeć i popłacić rachunki przez internet, rozmrozić mięso na jutrzejszy obiad, uprasowac ciuchy na kolejny dzień i tak koło 23:30 ma wreszcie odrobinę wolnego czasu na przyjemności.
    Jej życie osobiste, potrzeby, hobby, pragnienia (książki, zumba, zakupy z koleżankami, lekcje muzyki/malarstwa/angielskiego, itp nie istnieją lub są mało ważne, bo potrzeby domu i dzieci są ważniejsze.
    Ona czasem się wkurza, rzuca mięchem pod nosem zgłuszona szumem odkurzacza, ale robi to bo najbardziej na świecie kocha nie książki, zumbę czy malowanie ale SWOJE DZIECIAKI.
    I wypluje sobie flaki żeby tylko ONE były szczęśliwe.
    Wśród swoich dzieciatych znajomych mam tylko właśnie takich utyranych rodziców, których życie to ciągła logistyka. Jak to zrobić by dzieci dotarły na basen, rytmikę, hiszpański, karate i tańce.
    A ich dzieci tylko krzyczą: Mamo proszę, chcę tańczyć jak Szakira, Mamo ja uwielbiam pływać, Tatusiu ale Kornelka i Amelka tez uczą się hiszpańskiego…
    Mówię ci to ta matka w tej reklamie ma przerąbane ;D
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz