Mentalność bezkredytowa

DSC05074

Towarzystwo ubezpieczeniowe Axa wprowadza do swojej oferty nowy rodzaj ubezpieczenia i w ramach kampanii informacyjnej o tym pakiecie poprosiło kilku blogerów o komentarz. Padło też na mnie i dało mi do myślenia. Na dole tekstu macie banner kierujący do strony dedykowanej ubezpieczeniu. Zajrzyjcie tam, jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej. Bo ja nie będę mówić o ubezpieczeniu, tylko o pewnym sposobie myślenia, który chciałabym w Was zaszczepić.

Kiedyś zrobię listę wartościowych rzeczy, których nauczyła mnie mama, bo jest tego sporo i chciałabym o nich pamiętać, gdy będę wychowywać swoje potomstwo. Jedną z nich jest mentalność bezkredytowa. Wymyśliłam sobie to pojęcie przed chwilą oczywiście, stąd jego niezgrabność. ;) Jest to pewien skrót myślowy, bo nie chodzi tylko o to, że nie lubimy z mamą brać kredytów i się zadłużać generalnie – ale że w ogóle mierzymy siły na zamiary, umiemy oszczędzać i lubimy we własnym zakresie tak dysponować czasem i zasobami, by zawsze mieć coś „na czarną godzinę”. I te zasady mają swoje zastosowanie w różnych dziedzinach życia, nie tylko w tej finansowej. 

Nawet gdy planuję sobie zwyczajny dzień, nie wyobrażam sobie nie uwzględniać pomiędzy spotkaniami i różnymi obowiązkami dodatkowych kliku godzin na coś nieplanowanego, niespodziewane korki, złapaną gumę, telefon od przyjaciela w potrzebie lub po prostu chwilę dla siebie i przyjaciółki, która się właśnie rozstała z chłopakiem i musi teraz, zaraz ze mną porozmawiać. To są w sumie ze dwie, trzy godziny w całym dniu, ale zawsze je mam. I jeśli nic mi wtedy nie wypadnie, mam je na gotowanie, pisanie lub obrabianie zdjęć.

Na takiej samej zasadzie, „na wszelki wypadek” zrobiłam magisterium, bo do dziś jestem przekonana, że mi się ten papier i tytuł do niczego w życiu nie przyda, ale jest zawsze ten 1% ryzyka, że jednak ktoś mnie kiedyś o studia spyta. To samo z ZUSem: ubezpieczeniem w polskiej służbie zdrowia (z której nigdy nie korzystam, bo nie mam czasu i nerwów na to) i składkami emerytalnymi (na emeryturę nie liczę) – mam to, bo nigdy nie wiadomo, czy mi się noga nie powinie dosłownie lub metaforycznie i nie wyląduję w szpitalu lub na starość bez środków do życia.

Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy żyją sobie spokojnie z ogromnymi długami i zamiast coś z tym robić, jeżdżą na drogie wakacje, wydają fortunę w restauracjach i klubach, kupują sobie drogie samochody i ogólnie długi sobie powiększają zamiast pomniejszać. Nie rozumiem, bo ja bym oszalała z niepokoju. Nie umiałabym tak. Może to jest sposób myślenia człowieka bogatego, tak żyć na wysokim poziomie niezależnie od stanu finansów, ale w takim razie ja mam mentalność biedaka i jest mi z tym bardzo dobrze. Gdy nie mam kasy – nie baluję. A gdy mam kasę, to lubię przynajmniej jej część mieć sobie na koncie zamrożoną. Baluję wtedy, gdy mogę sobie na to pozwolić, przy jednoczesnym nieodmrażaniu zaskórniaków. Jest to dla mnie naturalne, bo tak zostałam wychowana.

Matka Rodzicielka potrafiła nam przez rok marudzić, że nie mamy pieniędzy, trzeba oszczędzać, nie wydawać na pierdoły – a potem, po tym roku kupowała nowe auto (bo stare się zepsuło). Za co? Ano właśnie za to, co zaoszczędziliśmy przez 12 miesięcy. Gdybyśmy nie oszczędzali na czarną godzinę, w przypadku awarii samochodu musielibyśmy wziąć kredyt na nowy. Dlatego mam gdzieś tam zakodowane we łbie, że trybu oszczędzania nie stosuje się tylko w kryzysie – ale jest to stan normalny, codzienny, właśnie po to, by wszelkich kryzysów uniknąć. Do dziś mam takie małe poczucie winy z tyłu głowy, gdy kupuję sobie nowe ciuchy częściej niż raz na pół roku. No bo tak szczerze: ani z tych starych nie wyrosłam, ani się nie niszczą tak szybko, ani szafiarką nie jestem, więc po co mi? Kominek oczywiście wyrzuca mi to, krytycznym spojrzeniem oceniając mój ciuchowy wizerunek i styl. No i Fash się czasem wstyd pokazać dwa razy w tej samej sukience, ale oj tam. ;)

Mentalność bezkredytowa to nie tylko nie-wydawanie kasy na pierdoły i oszczędzanie, ale też kupowanie drożej, gdy się to paradoksalnie opłaca. I tego też nauczyła mnie mama. Bluzka może być tania, ale buty… buty mogą kosztować i 500 zł, ale muszą być solidne, wygodne, skórzane, na lata. Samochód – bezawaryjny. Drzwi do mieszkania – mocne. Komputer – najlepszy. I na to pieniędzy nie żałuję, bo wiem, że na tańszym produkcie po prostu dwa razy stracę.

Zachęcam Was do takiego myślenia, nawet jeśli nie zdecydujecie się na moją (podobno ekstremalną) formę. Zabezpieczajcie się na wszelki wypadek. Odkładajcie na czarną godzinę. Zadbajcie o to, żeby było jak przeżyć w sytuacji, gdy stracicie nagle pracę, dopadnie Was choroba, kradzież, pożar lub inne – odpukać – nieszczęście. Z firmą ubezpieczeniową lub na własną rękę, ale zróbcie to. Życie na kredycie jest naprawdę zbyt stresujące.

pomocnaraka_750x200

Komentarze do wpisu: 53 Napisz komentarz

  1. Przybijam piątkę bratniej (czy raczej siostrzanej) duszy! Przez chwilę zastanowiłam się czy istnieje jakiekolwiek prawdpodobnieństwo, żebyśmy współdzieliły Matki Rodzicielki, ale doszłam do wniosku, że to raczej mało prawdopodobne – bo u mnie Ojciec Płodziciel kodował te wartości równie mocno :)

    To już trzecia wzmianka o kampani AXA, na którą trafiłam wblogosferze i zdecydowanie przemówiła do mnie najbardziej. Sprawa wpisana na listę spraw pilnych do przemyślenia.

    1. Ja też właśnie trafiłam już na któryś blog z tą kampanią. Tekst bardzo fajnie napisany, daje do myślenia, faktycznie jeden z lepszych pod szyldem AXA, ale strasznie nie lubię jak kampanie są prowadzone równocześnie na kilku blogach w tym samym czasie – gdzie się nie wejdzie to to samo :P Zdecydowanie wolałabym, żeby firmy jakoś to rozkładały w czasie – np. wpisy na większych blogach raz na dwa tygodnie, a nie wszędzie równocześnie :D

  2. marchwia napisał(a):

    Przez długi czas myślałam o kredycie studenckim, ale na szczęście spóźniłam się z dostarczeniem wszystkich potrzebnych papierów…

    1. Magda Wojtkiewicz napisał(a):

      Akurat kredyt studencki nie jest taki zły, o ile ma się choć minimalne pojęcie o finansach i zamiast zużyć go na wydatki środki się zainwestuje. A nie jest taki zły, bo nie jest oprocentowany. Niestety nie byłam taka mądra na I roku studiów, więc ta szansa mnie ominęła. Więcej o tym pisał kiedyś Michał z jakoszczedzacpieniadze.

  3. Aleksandra Daniszewska napisał(a):

    Ostatnio zaczęłam oszczędzać i muszę przyznać, że jakoś lepiej czuję się z myślą, że mam na koncie więcej pieniędzy niż zwykle :)

  4. agatamusz napisał(a):

    Świetny tekst, Seg. Mam podobne zdanie i jestem wdzięczna Mamie, że takie mi zaszczepiła. Nie nazwałabym tego mentalnością biedaka. :) Ludzie z zestawem dług+egzotyczne wakacje prezentują po prostu życie ponad stan i prędzej czy później i tak będą kiepskie rezultaty tego.

  5. Ja również się zastanawiam, czy współdzielimy MR :) moi rodzice zawsze mnie uczyli, że nie powinnam wydawać wszystkiego, nawet jeśli miałabym zaoszczędzić tylko 5% miesięcznie – ziarnko do ziarnka :) dzięki temu zawsze miałam pieniądze na „czarną godzinę”, na podróże itd. Nie byłabym w stanie zasnąć, gdybym miała 0 zł na koncie, po prostu MUSZĘ mieć oszczędności.

  6. Kamil Nowak napisał(a):

    Najbardziej irytuje jak uzbieram sobie jakąś większą kwotę i kupię nowe auto/komputer/tablet/zrobię remont (o dziwo nie na raty) i od razu wszyscy znajomi: Ty to masz fajnie, tyle kasy zarabiasz, że stać cie na takie drogie rzeczy. I najlepsze, że mówią to ludzie, którzy zarabiają lepiej ode mnie (albo chociaż mają znacznie niższe koszty życia).

  7. Ładne podsumowanie, podoba mi się zarówno twoje, jak i Tomka podejście do współpracy z Axa i całego tego tematu.

    Wciąż mam problem z oszczędzaniem, moim zdaniem zawsze pieniądze były po to, żeby je wydawać, ale ostatnio – właściwie bez jakiegoś wielkiego powodu – przekonuję się, że warto odkładać. I poszukuję świnki-skarbonki, której nie da się otworzyć inaczej, niż poprzez roztłuczenie. Jakby ktoś miał namiary, chętnie się dowiem gdzie taką dostanę.

    Co do kredytów, naprawdę nie chcę się w to bawić. Mam identyczne podejście i wolę na coś poczekać, niż mieć od razu kosztem tego, że przez x lat będzie mi wisieć nad głową jakieś zobowiązanie wobec banku. Naczytałam się o inwestowaniu w aktywa, o tym, że własny dom to nie mogą być aktywa, tym bardziej że dom na kredyt to tak naprawdę nie moja własność. I mi się zakodowało.

    Życie jak w Madrycie nie może być na kredycie.

    P.S. Nie dość, że ciągle te same mordy, to jeszcze wszędzie te same kampanie w blogosferze… Niech to.

    1. Angelika napisał(a):

      Olu, skarbonki ‚puszki’ są do kupienia w sklepach po 4 zł zazwyczaj za 2,99. Są to puszki do których się wrzuca hajsik a jak chcesz wyjąć musisz otworzyć jak konserwę ;) fajny sposób, moja mama wrzuca 5zł zawsze jak ma w portfelu i zawsze ponad tysiaka wyciąga jak się puszka napełni! powodzenia

  8. Harrold napisał(a):

    każda myśląca osoba postępuje w ten własnie powyżej opisany sposób. Szkoda, że w ogólnym spojrzeniu jest ich tak mało… A teraz możecie mnie hejtować :)

      1. Okil Khamidow napisał(a):

        to czemu nie podpisujesz śmieciowych i ocalałego tysiąca nie odkładasz w prywatnym funduszu inwestycyjnym?

        1. Okil Khamidow napisał(a):

          Wiem, ale dalej nie rozumiem Twojego postępowania. Napisałaś „mam to, bo nigdy nie wiadomo, czy mi się noga nie powinie dosłownie lub
          metaforycznie i nie wyląduję w szpitalu lub na starość bez środków do
          życia.” Jak chcesz mieć ubezpiecznie w NFZ, to płać, spoko. Ale po jaką cholerę odkładasz pieniądze w ZUS-ie jak jest tysiące lepszych miejsc, gdzie możesz składować pieniążki, zaczynając od skarpet.

  9. Normalnie jakbyś przepisała to z mojej głowy (wyłączając fragment o sukienkach).

    W pełni się zgadzam. Tylko jak już sobie człowiek oszczędzi trochę przez parę lat i kupi coś porządnego to nagle zyskuje miano najbogatszego =P

  10. Jacek napisał(a):

    Podejście jak najbardziej wskazane w dzisiejszych czasach. Ale powiedz mi jak można uzbierać na mieszkanie, które kosztuje minimum 300 tys? Rozumiem, ze człowiek jest w stanie uzbierać na samochód czy na coś mniejszego ale mieszkanie bez kredytu jest ciężko sobie wyobrazić.

      1. Karolina napisał(a):

        O ile ktoś może znaleźć za granicą pracę w swoim zawodzie i się rozwijać. Wtedy ma po co wracać do Polski. Bo jeśli ma ktoś siedzieć 5-8 lat za granicą wykonując proste prace, to nikt go jako trzydziestolatka bez doświadczenia do pracy nie przyjmie później w PL. Z życia też trzeba coś mieć. W miejscowości skąd pochodzę są całe szpalery pobudowanych domów (wykończonych nawet), które stoją puste. Niektóre już całkiem niszczeją. Postawili je ludzie, którzy pojechali „na kilka lat” zarobić na dom za granicę. W międzyczasie odkryli, że nie tak łatwo jest wrócić, bo nie ma do czego.

        1. Karolina napisał(a):

          No widzisz, Ty nie zamierzasz. Ale mnóstwo ludzi chce wrócić i żyje tą myślą o powrocie do PL, bo tu zostawili rodzinę i przyjaciół. Często też idealizują sobie na emigracji Polskę, myślą, że tam czas stanął w miejscu, a gdy wracają, widzą, że nie było po co i tak naprawdę nie mają swojego miejsca na ziemi. Nie czują się Holendrami czy Brytyjczykami, ale Polakami też już nie.

  11. Też popieram. Całe życie obram się wśród osób spłacających kredyty kredytami. Dwa lata temu powiedziałem STOP. Dzięki temu gdy dostałem pół żartobliwego esa od kolegi, że lecimy na 4 dni na bliski wschód – wyklikałem bilet i miałem wielką przyjemność spędzić każdy dzień za swój własny anie pożyczony 1 tysiąc. Z drugiej strony nie ma co przeginać w drugą stronę. Jedno koło zapasowe wystarczy.

  12. Krzemień napisał(a):

    Bardzo fajny tekst. Zgadzam się w 100%!

    Ja kilka miesięcy temu założyłem sobie drugie konto bankowe, na które przelewam co miesiąc jakąś kwotę. Kartę oraz wszelkie kody dostępu zniszczyłem co by mnie nie kusiło wydawanie tych pieniędzy ;)

      1. Jan Ban napisał(a):

        Nie, chciałem powiedzieć że wraz z pojawieniem się dzieciaków pojawiają się też problemy finansowe. I o ile singiel/ka może sobie pozwolić na stanowisko: dziś nie piję/ nie kupuję tego czy owego/ nie idę tam czy siam/ etc./ bo nie mama kasy, o tyle jako rodzic nie możesz pozwolić sobie na haslo: nie kupię ci nowych kapci., butów, spodni etc bo nie mam kasy. Wraz z dzieciakami rosnie zużycie srodków kosztem odkladania na czarną godzinę. Wtedy kredyt, karta kredytowa, pożyczka od babci/ mamy może być jedyną możliwością żeby wejść w posiadanie czegoś. I dlatego wraz zdzieciakami zmieni się bezkredytowa mentalność blogerki – tak uważam No, chyba że się zarabia dwu- trzykrotność średniej krajowej, i w parcy nikt nie krzywi się że piąty raz w tym roku idziesz na zwolnienie bo dziecko choruje, ale dużo znasz takich ludzi?

        1. Jan Ban napisał(a):

          Zdolność oszczędzania- pożądana cecha, Będę wiernie śledził Twoje e-piśmiennictwo i poczekam kilka lat aż pojawią się Segriciaki na tym światku wraz z całym bagażem nowych (skąd inąd fainych) doświadczeń w prezencie dla mamy i taty. Wtedy nam napiszesz czy zmieniła się Twoja Mentalność Bezkredytowa. Oki?

        2. Jan Ban napisał(a):

          Tak całkiem serio- uważam że filozofia MR , choćsłuszna i niezwykle praktyczna- to nie wytrzyma konfrontacji z obecną rzeczywistością. Oczywiście w kontekście posiadania dzieciaków. Chyba że mąż, partner będzie zarabiał krocie, ale to tylko kosztem życia rodzinnego i kosztem twojej frustracji że go nigdy w domu nie ma- nie znam pracy która przy równych 8-śmiu godzinach pracy zapewnia dobrą pensję, Posiadanie dzieciaków z jednej strony zużywa finanse z drugiej zużywa czas. Oczywiście dasz sobie radę za najniższą krajową, ale kosztem okrojenia jakości życia do niezbędnego minimum. To trochę jak przykrywanie się za małą kołderką- zawsze gdzieś zabraknie. I nici z odkładania dziesięciny w skarpetkę.
          Takie jest moje zdanie, jeśli mi wolno je wyrazić.

        3. MK napisał(a):

          Mój syn ma 6 lat, za żadne szczepienie nie zapłaciłam złotówki.
          Na prywatne wizyty u lekarza (dziecka) wydałam do dziś może z 300 zł.. Chodzimy państwowo i nie narzekam. Przedszkole Państwowe – 250 zł z wyżywieniem za miesiąc . Prywatne ok 100 zł więcej. Mieszkania nowe – 3 tyś/metr.
          Miasto na pomorzu ok 100 ty mieszkańców.
          Bez kredytów. Można? Można.

        4. Jan Ban napisał(a):

          Zarówno ja jak i Matylda mieszkamy w Warszawie- ok 1,8 mln mieszkańców zameldowanych i ok 2.3 do 2,5 mln osób mieszkających.
          Zupełnie inne realia. Ale prośba- poczekajmy, zobaczymy,. Najlepszym sędzią bedzie czas. ;)

        5. gola_pionierka napisał(a):

          Jest dokładnie odwrotnie. Dopóki człowiek jest sam, może się beztrosko zadłużać, żeby kupić sobie kolejną niepotrzebną rzecz. Ale jak jest się odpowiedzialnym nie tylko za siebie, to własnie pojawia się postawa: nie mamy tyle kasy, to nie idziemy do restauracji, nie pijemy kawy na mieście, odpuszczamy sobie kolejne szpilki.I właśnie przy dzieciach pojawia się konieczność oszczędzania i rozsądnego planowania.
          Poza tym to są dwie odrębne sprawy – kupowanie rzeczy niezbednych i spełnianie zachcianek. Mając dzieci, musisz im kupić jedzenie i ubranie. Ale nie musisz kupić większego telewizora i pierdyliarda drogich zabawek, tylko dlatego, że badziewie jest reklamowane w tv.

        6. Jan Ban napisał(a):

          A to nie jest tak że jako singiel bez trwałych zobowiąń nie masz potrzeby zaciągania kredytów (może z wyjątkiem hipoteki) bo zawsze możesz poświęcić kilka weekendów wiecej na pracę lub w razie ” W” przeżyć za stówe tydzień.
          A z tym kupowaniem ” pierdyliarda drogich zabawek ” jest tak: o ile dziecko obejdzie się bez nowego pet shopka ( dla nie wiedzących to taka figurka z wodogłowiem- niedawny hit ) lub innej mega durnrj zabawki, to bez komputera dziecko dziś jest niemal jak analfabeta – socjologowie to chyba wykluczeniem cyfrowym nazywa. Bez nowego tv tez się obejdzie, ale kurtkę musisz mu kupić, i nie może to byc kurtka za 50pln, bo po miesiącu, dwóch musisz kupić kolejną. Oczywiście pamiętajmy że o ile każdy przypadek jest indywidualny , to „fizyka” na każdego dziala tak samo. O ile np. MR chętnie by zostawała z Segriciakami to ciężko zostawić dzieciaka z mamą która mieszka w odleglości100km , lub po prostu nie chce siedzieć z wnukami.

  13. Dominika Chachulska napisał(a):

    Moja kuzynka do dziś się do mnie nie odzywa, gdy prosto w oczy powiedziałam jej, że największą głupotą jest kupienie mieszkania na 40 lat ogromnego kredytu i mówienie o nim „moje mieszkanie”. Wiem, że taki kredyt jest najczęściej jedynym wyjściem dla ludzi młodych, ale nie ma sensu się oszukiwać, że to „moje mieszkanie”, bo „moje” to ono będzie za te 40 lat, a to bardzo długo i wiele może się wydarzyć przez ten czas… Mam identyczne zdanie na ten temat. Nie powiem, ciężko jest przejść obok fantastycznej oferty, wiedząc że na koncie kasę mam i mogłabym z niej skorzystać, nie raz była to dla mnie próba charakteru, ale cudownie jest mieć świadomość, że w razie czego, nie mam się czym martwić. Buziaki dla Ciebie Seg! A baner mi się nie wyświetla bo mam Adblocka (właśnie odkryłam jego kolejną zaletę) :)

  14. Ktoś napisał(a):

    Zupełnie nie rozumiem negacji kredytów. Owszem finansowanie biężących wydatków kredytem jest nierozważne i udarza w naszą płynność finansową i wsześniej czy później skończy się to źle. Jednakże dlaczego mając oszczędności mam je wydać odrazu, wole spłacać coś konsekwentnie i mieć w gotowości pieniądze na czarną godzinę, niż wydać wszystko odrazu.
    Jak kupić samochód lub mieszkanie bez kredytu, nierealne.
    Zważywszy, że gdzieś muszę mieszkać, dlaczego czynsz, który płaciłbym komuś, w tym wypadku nie będzie ratą kredytu hipotecznego.
    Może warto skalkulować koszty kredytu, zwłaszcza przy niskich stopach procentowych jakie są teraz, owszem nie jestem zwolennikiem zadłużania się, ale marzenia trzeba spełniać, a nie każdy zarabia krocie co miesiąc.

    1. frygins napisał(a):

      Uważam dokładnie tak samo.
      Kredyty brane rozsądnie pomagają sfinansować zakup wielu rzeczy bez których albo byłoby to nieosiągalne albo zbyt rozciągnięte w czasie.

  15. cruxinterpretum.blogspot.com napisał(a):

    świetny tekst, co prawda czytałam z tej akcji tylko dwa, ale jeśli mogę zrobić ranking z dwóch, to najlepszy. :)

  16. beautyandblossom napisał(a):

    Ja sie zgadzam ale tylko w czesci. Oczywiscie mowie NIE kredytom konsumpcyjnym i braniu kredytu na spelnianie przyjemnosci typu wakacje, imprezy itd. Na to trzeba oszczedzac. Ale bez kredytow inwestycyjnych nie byloby rozwoju, ani roznego rodzaju firm ani gospodarki czy tez naszego wlasnego. Dlatego jesli np bierze ktos kredyt na studia to ja uwazam ze robi to dla wlasnego rozwoju i z czasem mu sie to zwroci.

  17. Renata Tokarska napisał(a):

    Segritto, wszystko co napisałaś wskazuje, że jest dokładnie odwrotnie niż mówisz na początku: wszak Ty wraz z Mamą nie mierzycie sił na zamiary, lecz właśnie zamiar podług sił :)

  18. Ja bym proponował na początek przypilnować sprzedawców u pośredników, którzy wciskają słynne już dziś polisolokaty od AXA komu popadnie bez elementarnej informacji a nawet okłamując klienta co do warunków umowy.

    Ja za AXA dziękuję!

  19. I ty też z tą AXĄ. Wpis fajny i tylko mogę Ci pogratulować postawy w sprawie oszczędzania na „czarną godzinę”. Jest to bardzo dobre podejście. Klikając w baner AXA nie zaoszczędzimy ani pieniędzy ani stresów! Radzę czytać regulamin jeśli ktoś będzie jednak chciał się na to skusić.

  20. Paula napisał(a):

    Na luksus bezkredytowego myślenia mogą sobie pozwolić jedynie osoby, które mieszkanie dostały w spadku, lub którym kupili je rodzice. Do której kategorii należysz Segritto?

  21. Lech M napisał(a):

    Zgadzan się co do rozsądnego wydawania, ale dodabym do tego rozsądne pozyczanie. Karta kredytowa – bez tego trudno zyć. Nie muszę nosić pzry sobie wiekszej gotówki, mogę cos kupić na internecie. Na dodatek co miesiąc dostaję wykaz tranzakcji a więc wiem na co wydałem pieniądze. Do tego to jest bezpłatny kredyt na 6 tygodni. I tylko jedna prosta zasada – zawsze zapłacić w terminie. Proste.
    Kredyt na zakup mieszkania lub domu. To jest poważniejsza sprawa – równanie jest proste – muszę mieć prace i zarabiać. Ale jeśli stracę na długo pracę, to i tak wszystkie plany zyciowe zostaną postawiione na głowie. Gdybym nie wziął pozyczki na dom , to obecnie, na emeryturze, żyłbym po prostu w biedzie.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz