Nie kochasz? Odejdź.

Do związku trzeba dwojga. Ale do rozstania wystarczy jedno. Głęboko w to wierzę i staram się ludziom tłumaczyć, że aby się rozstać, nie trzeba obopólnej zgody. Wystarczy, że jedna strona tego pragnie. Wystarczy, że jedna osoba nie chce rozmawiać i do dyskusji nie dojdzie. Wystarczy, że jedno ma w dupie, by starania drugiej strony nie odnosiły skutku. Krążą co prawda legendy o wybłaganych powrotach i wystaranych jednostronnie miłościach, ale nie wierzę w takie rozwiązania. Prędzej czy później ktoś się w takim związku obudzi i albo dojdzie do wniosku, że nie kocha – albo że nie wystarczy mu uczucie partnera.

Mój przyjaciel bardzo zgrabnie to ostatnio ujął: Jeśli związek trzyma się tylko dlatego, że się bardzo o niego staram i ciągle walczę o to, żeby było dobrze, to wystarczy jeden kryzys; jedno nieuniknione potknięcie, trudności w pracy, choroba lub nawet gorszy dzień, by taki związek runął jak domek z kart. O dobry związek nie trzeba walczyć na co dzień. On powinien stać na mocnych fundamentach i wymagać remontu tylko w momentach kryzysowych. A te kryzysy będą. To pewne.

Jeśli więc czujesz, że Twoja walka o związek trwa już długo. Nie tydzień lub miesiąc, ale rok lub lata. To daj sobie spokój i odejdź. Nie marnuj sobie życia, nie spędzaj lat na byciu nieszczęśliwym. Niezależnie od tego, czy to Ty nie kochasz partnera – czy to on nie kocha Ciebie, przez wzgląd na Was oboje – odejdź. Tak będzie lepiej.

Odszedł do innej kobiety, bo nie mógł wytrzymać z żoną.

Przeczytałam ostatnio zwierzenia pewnego mężczyzny, który zdradził żonę i w długim, emocjonalnym tekście tłumaczy, że to ona była temu winna. Artykuł macie tu (klik) i nosi wdzięczny tytuł „Odszedłem od żony. Dlaczego świat mnie nienawidzi?” aka „Zostawiłem ją dla innej kobiety. Ale to moja żona do tego doprowadziła”. Artykuł nie jest agresywny. Nawet żal się robi tego faceta, bo z tego, co opisuje, jego związek był już martwy od lat i z taką żoną, jak ją przedstawił w tekście, nikt normalny by nie wytrzymał.

W skrócie: po urodzeniu dzieci ona przestała go zauważać, od lat nie uprawiali seksu, ona miała do niego ciągłe pretensje i traktowała go instrumentalnie. Po 10 latach zakochał się w innej kobiecie i postanowił odejść.

Przeczytałam tekst. Biedny facet, pomyślałam. Biedna żona też. Tyle lat tkwili w tym związku, ewidentnie nieszczęśliwi i zamiast się normalnie w którymś momencie rozstać, zmuszali się do bycia razem. Bo dzieci. Bo jest szansa, że będzie lepiej. Bo brak kasy. Bo cokolwiek. Wielka szkoda, że żadne z nich nie miało jaj, żeby to zakończyć. Bo tkwienie w związku bez miłości jest jak chodzenie po polu minowym. Prędzej czy później ktoś się zakocha w kimś innym, kto da mu miłość i czułość, których brakuje w małżeństwie. A z tego już nic dobrego nie będzie, bo któreś będzie miało wyrzuty sumienia, drugie nagle poczuje się oszukane i może nawet pomyśli, że już nigdy z nikim nie będzie szczęśliwe. Może nawet tak się stanie, w wyniku obniżonej samooceny i nieufności będącej wynikiem bycia zdradzonym. No biedni ludzie.

A potem przeczytałam komentarze.

Szukanie winnego

W komentarzach pełno opinii krytykujących żonę – że sama zasłużyła, że straszna, że właśnie przez takie kobiety rozpadają się związki. Ale nie zabrakło też i komentarzy krytykujących męża – że nieudacznik, że próbuje na nią zwalić winę za swoją zdradę. Ci pierwsi nie pomyśleli, że w artykule brakuje zeznań kobiety. A może historia opowiedziana jej oczami byłaby już inna? Może miała powody, by zachowywać się w dany sposób? Może i on miał swoje za uszami? Drudzy zaś zapominają, że każda zdrada ma swoją przyczynę. Nie zdradza się kobiet, które się kocha i z którymi jest się szczęśliwym. Nie skacze się na bok w szczęśliwych związkach (pomijam oczywiście wolne związki i choroby psychiczne. Nie, nie łączę jednego z drugim. Przypadkowo stoją obok siebie ;)).

A czy nie przyszło Wam do głowy, że tu nie ma winnego? Że najzwyczajniej w świecie miłość między ludźmi wygasła? Albo że, zakładając teorię przeznaczenia, nie byli sobie pisani? Ona nie powinna była wyżywać się na mężu, a on nie powinien był zakochiwać się w innej. Ale przecież zarówno wyżywanie się na kimś jak i zakochiwanie w kimś innym nie bierze się z powietrza.

Jeśli w ogóle można mówić tu o winie, to jest ona obopólna. Żadne z nich nie zakończyło tego związku wcześniej.

Co jest gorsze: zdrada czy nieustanne unieszczęśliwianie partnera?

No właśnie. W moralności naszej kultury niewiele jest gorszych rzeczy niż zdrada. A moim zdaniem trwanie w związku bez miłości, wyżywanie się na partnerze i złe go traktowanie jest równie złym uczynkiem. Oba wynikają z braku miłości lub innych poważnych problemów w związku. Obu można uniknąć, jeśli nad związkiem się popracuje – albo, jeśli ta praca nie pomaga – po prostu się ten związek zakończy. Tylko ludziom jaj do tego brakuje i wymyślają mnóstwo wymówek, by tego nie robić.

Na przykład „że dzieci będą przez to cierpieć”. Uwierzcie mi, że dzieci dużo mocniej skrzywdzicie, zapełniając ich rodzinny dom kłótniami, pretensjami, cichymi dniami i zwykłym brakiem szczęścia ich rodziców. Dacie im wzór toksycznego związku, którym możecie zainfekować ich przyszłe relacje.

Albo że nie opłaca się Wam rozstawać, bo długi rozwód, bo wspólny kredyt, bo brak kasy. No błagam. To jest tak niskiego sortu argument, że nawet nie chce mi się go komentować. Nie chce Ci się dążyć szczęścia, bo stracisz pieniądze? Przecież to jest właśnie jedyny cel posiadania pieniędzy – kupować nimi szczęście.

nie krzywdź i nie pozwól innym się krzywdzić

Nie wymagam od ludzi wiele. Nawet czasem się o to spieram z Sebą, bo on twierdzi, że wobec innych powinnam mieć takie same wymagania jak wobec siebie. Ale tak nie jest. Akceptuję fakt, że ludzie są w większości słabi, boją się i popełniają błędy. Nie skreślam ich tylko dlatego, że kogoś zdradzili albo zachowują się jak chujki w swoich związkach. Ich błędy, ich związki, ich życie. Ale wobec siebie i mojego partnera mam wysokie wymagania.

Nie zdradzę człowieka, którego kocham. Nie będę też mu niszczyć życia awanturami, pretensjami lub zwykłym chłodem i wymagam tego samego od niego. Jeśli przestanę go kochać albo poczuję, że on nie kocha już mnie – zakończę ten związek. Niezależnie od tego, czy będą nas łączyć dzieci, kredyty lub mieszkania. Niezależnie od mojego wieku i tego, „czy jeszcze kogoś sobie znajdę”. Odejdę, bo szanuję siebie i mężczyznę, którego wybrałam. I chciałabym, żeby on miał to samo podejście.

A komentatorom internetowym życzę, żeby spojrzeli na siebie zanim kogoś skrytykują. Żeby pomyśleli, czy przypadkiem nie kieruje nimi własna frustracja lub lęk. Żeby nie oceniali każdego na siłę, koniecznie i bezlitośnie – a już na pewno żeby tego nie robili przed poznaniem całego obrazka. Życzę im też, żeby przestali wreszcie szukać winnych – zwłaszcza w sprawach, w których chodzi o emocje. Miłość lub jej brak. Tu nie ma winnych. Miłość, wbrew temu, co się nam wciska do głów od dzieciństwa, nie jest jedna na całe życie. Nie jest nieskończona. Nie jest wieczna. I nie jest taka sama dla wszystkich.

Handlujcie z tym. :)

 

Komentarze do wpisu: 94 Napisz komentarz

  1. ola napisał(a):

    A co do zdrady. Kiedyś rozmawiałyśmy o hipotetycznej sytuacji – facet wraca z imprezy i okazuje się, że całą noc tańcząc, całował się z inną kobietą. Dla mnie była to zdrada, dla Ciebie pretekst do całonocnej namiętności pomiędzy wami. Jak jest teraz, po latach? Coś się zmieniło, czy nadal myślisz, jak wtedy? :)

      1. Agnieszka napisał(a):

        Ale tu chyba nie chodzi już o bycie zazdrosną tylko o wyznaczenie granicy zdrady. Dla mnie to też już całkowite przegięcie, gdyby mój facet całował się całą noc z jakąś laską. To już jest intymna relacja z trzecią osobą, do czego nie powinniśmy się dopuszczać, o ile nie jesteśmy w otwartym związku.

        1. Oczywiście, że wyznaczenie granic jest konieczne. Gdybym partnerowi wyznaczyła granicę pijackiego, jednorazowego całowania jako początek tego, co nazywam „zdradą”, to bym mu tego pewnie tak łatwo nie wybaczyła. Sęk w tym, że to dla mnie nie zdrada. A przynajmniej nie taka, która miałaby zburzyć moją pewność siebie i doprowadzić do zazdrości i awantury.
          Może gdyby to się zdarzyło więcej niż raz, pomyślałabym o tym inaczej. Ale taki jednorazowy, pijacki wyskok, który zatrzymuje się na całowaniu, a facet i tak wraca do mnie… phi.
          Życie jest za krótkie a dobry facet zbyt wyjątkowy, by się przejmować taką pierdołą. :)

        2. Agnieszka napisał(a):

          „Ale taki jednorazowy, pijacki wyskok, który zatrzymuje się na całowaniu, a facet i tak wraca do mnie… phi.”

          Właśnie za takie teksty Cie lubię, Seg :)

        3. A może to jest tak, że nigdy nie byłaś w takiej sytuacji? Tak jak nie byłaś w sytuacji, w której to jedna osoba nawala… zdradza… z głupoty, z lenistwa, a tej drugiej wali się świat i nie sposób go odbudować, mimo późniejszych obopólnych prób.

          Czasami jest łatwo formułować pewne sądy… bo nie jesteśmy świadomi tego, jak bardzo potrafi nas coś zaboleć… wręcz gotowi byśmy sobie rękę uciąć, że nas coś takiego by nie zabolało, że my byśmy w takiej sytuacji odeszli, że tak na pewno byśmy się nie zachowali.
          A człowiek ma w duszy takie zakamarki, których istnienia się nie domyśla nawet. Dlatego często najgorsze cierpienie rozpoczyna się od uczucia… zdziwienia. A więc to tak? A więc o tym słyszałem? A więc jednak nie jestem inny/silniejszy/rozsądniejszy/nie mam tak znakomicie uporządkowanych kryteriów?A więc jednak boli…

          Pewnie ten komentarz niewiele wnosi, ale czuję protest, gdy pewne sprawy są tak upraszczane. I nie lubię dorabiania ideologii do zdrady. Samotna, zaniedbywana kobieta, niedopieszczony, nieszczęśliwy mężczyzna mają tysiące innych dróg. Zdrada i kłamstwo to zawsze świadomy wybór. I nie kryje się tam żadna głębia- tylko bezmyślna ludzka podłość i małość.

        4. Persephonis napisał(a):

          Jak widać, każda z nas ma inną definicją „dobrego, zbyt wyjątkowego faceta” i „pierdoły”. Cóż, każda ma prawo.

  2. Jestem właśnie w takiej sytuacji- kocham, ale on już nie kocha mnie, czy jak twierdzi, nigdy nic takiego nie czuł. I właśnie nie potrafię podjąć decyzji o zakończeniu tego. Chyba jestem za młoda i za głupia. Dziękuję za ten tekst.

    1. Gabriela Staroń napisał(a):

      nie wiem jak mloda jestes, ale radze Ci zakonczenie tego jak najszybciej. U mnie sytuacja wygladala troche inaczej bo to JA przestalam kochac, z tym, ze mialam ku temu milion powodow (imprezowanie z jego strony, unoszenie sie bez powodu, podnoszenie glosu, wyzwiska a pozniej juz krecenie na boku itd). Dzieci nie mielismy, ale bylo wspolne mieszkanie (za granica), wspolne wydatki, rachunki itd. on przymierzal sie do oswiadczyn (rzekomo), a ja zastanawialam czyim zyciem ja zyje i czy rzeczywiscie chce, zeby moje zycie wygladalo tak (lub gorzej) za kilka lat. Klotnie byly na porzadku dziennym, w miedzyczasie poznalam kogs (belga, uczyl mnie online jezyk), ktory pokazal mi lub konkretniej mowiac -uswiadomil mi, ze zaden zdrowy zwiazek nie powinien wygladac jak moj. I rzeczywiscie.. chodzilam zgaszona, niepewna, oglupiala itd. Balam sie jak cholera. Zerwalismy w 3 rocznice. Bylo wybuchowo i dramatycznie – z jego strony. Grozby, szantaze.. olalam cieplym moczem jak on mnie ostatnie 2 lata. Znalazlam dobra prace, wyprowadzilam sie na rok do rodzicow, stanelam na nogi. Razem z Belgiem od roku tworzymy zgrana pare, w zeszlym miesiacu wynajelam sliczne mieszkanie. Obie jestesmy mlode i glupie i wierz mi, im szybciej tym lepiej, nie mozna marnowac tak zajebistego wieku na zlamasow, ktorzy nie moga okreslic sie z uczuciami. Mam nadzieje, ze cie troche zmotywuje. Rozstania sa bolesne, ale do cholery, przed toba jeszce kilkadziesiat lat zycia! ;)

    2. Emilka S napisał(a):

      Tak naprawdę to łatwo wszystkim radzić, ale każdy ma swoje życie, które sam musi przeżyć. Cokolwiek nie zrobisz, potem tego nie żałuj. Sama popełniłam bardzo dużo błędów. Też byłam w sytuacji, w której ktoś już mi powiedział, że nie kocha i postanowiłam walczyć. Miałam nadzieję, że to się zmieni. Teraz nie jesteśmy razem, bo mimo tego, iż udało mi się „dopiąć swego”, okazało się, że kochałam kogoś, kim chciałabym, żeby on był, a nie kim jest teraz. W końcu ktoś musiał podjąć męską decyzję, byłam to ja. Nie chciałam żyć w kłamstwie, które sama tworzyłam. Jednak mimo wszystkich zawirowań, nauczyłam się tak dużo dzięki tej sytuacji, że nigdy nie żałowałam. Chociaż bardzo dużo czasu teoretycznie poszło „na marne”. Nie mam w sobie żalu, chociaż oboje zrobiliśmy sobie dużo złego. Dzięki temu teraz jestem prawdziwą partnerką.
      Podsumowując… Nie ma znaczenia, czy jesteś młoda, czy stara. Jedyna różnica to taka, czy potrafisz podjąć decyzję, której nie będziesz żałować. Cokolwiek się nie stanie, zyskasz bezcenne doświadczenie i bądź z tego dumna. Przeżyj życie po swojemu :)

  3. kasza_b napisał(a):

    A czytałaś ostatni tekst Fabjulus? Bo moim zdaniem ten bełkot z Mamadu to jest po prostu plagiat z Fab. Czy tam inspiracja bo autorka zmieniła 6 lat na 10 i jedno dziecko na 2 ^^

    1. Muka napisał(a):

      Ja to właśnie czytałam chyba wczoraj lub przedwczoraj i też byłam zdziwiona zbiegiem okoliczności. Dwa teksty o tej samej sytuacji, tylko z innej perspektywy. Inna sprawa, że takich sytuacji jest mnóstwo, nietrudno więc, żeby jednocześnie temat został podjęty na kilku blogach.

  4. Katarzyna Miller w swojej książce „Kup kochance męża kwiaty” pisała, że nie ma takich zdrad w związkach, które działyby się tylko z winy jednej strony. Jeśli mąż ucieka w ramiona innej kobiety, to problem leży nie tylko w nim ale w relacji, jaką tworzy ze swoją żoną (inna sprawa, że zamiast zdecydować się na otwarte karty wybiera romansowanie boczkiem, boczkiem). Dlatego taka sytuacja zawsze daje możliwość przyjrzenia się, co szwankowało z obu stron i podjęcia wysiłku, by naprawić związek – po to, by żadna ze stron nie poszukiwała realizacji swoich potrzeb poza nim.
    Nie zgadzam się tylko z tym, by kończyć związek, gdy przestanie się kogoś kochać. Miłość przybiera przeróżne postaci i zmienia się wraz z wiekiem, a jeśli ogień się wypali, to zawsze można go wzniecić na nowo. Wystarczy tylko, by małżonkowie/partnerzy się lubili, szanowali i mieli głębokie postanowienie, że nie odpuszczą. Jeśli tych trzech rzeczy zabraknie, to cóż – lepiej się faktycznie rozstać.
    Nie chcę potępiać/usprawiedliwiać ani zdradzającego męża, ani wyrodnej żony. Przykro tylko czyta się o tym, że znów jakaś para przegapiła miliony momentów na to, by uczynić swój związek lepszym, by go naprawić i scementować i teraz ich relacja przypomina leżące na środku pokoju truchło bez szans na reanimację.

    1. Agnieszka napisał(a):

      Totalnie nie zgadzam się, że nie ma takich zdrad, które dzieją się tylko z winy zdradzającego. Bywają emocjonalne kaleki, partnerzy, którzy nie potrafią pozostać wiernymi bez względu na to jak dobrze by im w tym związku nie było. Może nigdy takiego nie spotkałaś i życzę Ci byś nigdy nie spotkała. Takich osób jest niestety w naszym społeczeństwie sporo, zanim jeszcze wypowiedzą pierwsze „kocham cię” w głowie planują już z kim, kiedy i gdzie będzie pierwszy skok w bok. Potrafią kamuflować się doskonale. Są to zakompleksione, skrzywdzone w dzieciństwie osobniki i nie można ich winy dzielić na pół.

        1. Muka napisał(a):

          Po to, żebym mieć ciastko i zjeść ciastko. Wszyscy znamy takich ludzi: w stałych związkach, gdzie na pozór wszystko jest pięknie, ale oszukują swoją „połówkę” i nigdy nie przestają, bo tak im wygodnie. Z jednej strony chcą mieć kogoś, kto będzie przy nich zawsze, kto ich zna i rozumie, a z drugiej nie umieją odmówić sobie jednonocnych wyskoków z nieznajomymi, bo ich to po prostu kręci. Gdyby tak się w związku umówili – ok. Ale jeszcze nie poznałam osobiście takiej relacji, zawsze jest to ta opcja z kłamstwem. Miałam znajomego, który, niezależnie od momentu związku (i przy każdej partnerce), gdy tylko znalazł się na imprezie bez swojej kobiety, ostentacyjnie podrywał inne kobiety i bywało, że z którąś z imprezy wyszedł. Jednocześnie np. planował zaręczyny.

        2. Ja nie widzę nic wygodnego w ukrywaniu się i posiadaniu kochanek w szczęśliwym związku. Nie wierzę w te szczęśliwe związki, od których uciekają mężczyźni. No nie wierzę. Nie znam takiego.

        3. Agnieszka napisał(a):

          wygodne to może to nie jest, ale dostarcza bardzo dużo emocji.. Ciągłe upewnianie się, że druga połówka nie znajdzie żadnego śladu po zdradzie dostarcza im dużo adrenaliny od której są potem uzależnieni. Wiesz, ja nie uważam że te związki są szczęśliwe, ale trudno mi jest obwiniać za cokolwiek tą zdradzoną osobę, gdy ich partner odwala taką szopkę od samego początku trwania związku. Tu nie ma jakiejkolwiek prawdomówności, szczerości czy szacunku ze strony osoby zdradzającej, więc trudno mówić o tym żeby ten związek był szczęśliwy, ale to oni sami taką drogę sobie wybrali.

        4. Nemesis Nave napisał(a):

          Jak ktoś zdradza partnera, po np 3 miesiącach związku, to trudno mówić, by osoba zdradzona nawaliła (zakładając, że to typowy związek gdzie początki to różowe okulary, serduszka i totalne zakochanie).

        5. Muka napisał(a):

          Kwestia jest chyba taka, że jedna okłamywana osoba jest szczęśliwa, bo myśli, że wszystko jest ok, a dla drugiej szczęśliwy związek to właśnie taki związek – z wyskokami, luźny. Zależy od definicji.

        6. Lidia nas napisał(a):

          A ja nie wierzę Segritto byś była aż tak naiwna jak próbujesz nam wmówić.

        7. Moja postawa to przeciwieństwo naiwności. Nie wierzę w coś, tylko dlatego, ze na to wskazują pozory. Szukam przyczyn, bo wiem, że wszystko ma swoją przyczynę. Ludzie, wbrew pozorom, nie postępują nielogicznie. Czasem sami nie wiedzą, dlaczego tak postępują, ale każde zachowanie ma swoją przyczynę i skutek.

        8. Agnieszka napisał(a):

          Muka – wyjęłaś mi te słowa z ust :) To co mnie totalnie zaskoczyło to fakt, że takie osoby szczerze przyznają że w związkach swoich są szczęśliwi, potrzebują kogoś kto im ugotuje kolację, pójdą z tą osobą do kina, pojadą na wakacje, posadzą drzewo i razem wychowają dzieci, ale w sferze seksualnej jedna osoba im nie wystarcza, nie wierzą w monogamię, ale z drugiej strony chcą mieć tą jedną bliską osobę w domu, kogoś kto wysłucha jego problemów i ugotuje rosół gdy się przeziębi. Wyznają zasadę – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i dopóki ta bliska osoba nie wie o tych wszystkich zdradach to tak, jakby ich nie było

        9. Magdalena Gonerska napisał(a):

          Niestety też znam taki związek, tfu! Jednak dla mnie to już wchodzi w strefę zaburzeń psychicznych, które wykluczyłaś w swoim wpisie (i bardzo słusznie).

  5. Róża napisał(a):

    „Miłość, wbrew temu, co się nam wciska do głów od dzieciństwa, nie jest jedna na całe życie. Nie jest nieskończona. Nie jest wieczna. I nie jest taka sama dla wszystkich.”

    Ta teoria właśnie niszczy wszystkie moje związki. Nie potrafię uwierzyć w to, że coś może trwać wiecznie. Jak coś zaczyna się wypalić, kończę związek. Tylko, czy to jest zdrowe? Czy nie warto czasami walczyć o związek ze wszystkich sił? Łatwiej jest czasami coś skończyć, niż uparcie dążyć do naprawy…

    Właśnie rozstałam się z facetem idealnym, jednak wiem, że odbierał mi to co we mnie najlepsze, dzień po dniu. Kawałek po kawałku. Może gdybym podjęła decyzję o gruntownym przebudowany naszej relacji nie doszłoby do rozstania… Ale czy to byłby ten sam człowiek, którego pokochała? Czy ja byłabym ta samą osoba, którą zawsze chciałam być?

    Może mam problem z samą sobą? Co myślicie?

    1. Nemesis Nave napisał(a):

      >”I nie jest taka sama dla wszystkich.”
      Dlatego sądzę, że owszem – występuje miłość wieczna.

      Niestety, ale wkroczyliśmy w erę „miłości istant”, związków zazwyczaj monogamicznych, ale krótkotrwałych. Wystarczy, że partner ma ambicje na innym poziomie, bądź po wynajęciu wspólnego mieszkania okazuje się, że rozrzuca skarpetki/chrapie, a my wymieniamy w nieskończoność na nowszy model, w poszukiwaniu ideału.
      Piotr K. z Pokolenia Ikea stwierdził, iż zakochujemy się w wyobrażeniu człowieka, a nie w człowieku takim jakim jest. Moim zdaniem jest to prawda. A miłość to coś więcej niż samo zakochanie. Polecam jego ostatni wpis, bo dosyć mocno w sumie jest powiązany z wpisem Seg.
      Oczywiście wykluczamy tu związki patologiczne, bądź z ZUPEŁNIE innym światopoglądem (choć… światopogląd człowieka rzadko zmienia się ot tak).

      1. Morrrigan napisał(a):

        Powiem więcej, wiele ludzi w ogóle nie za bardzo rozumie istotę miłości. Wyróżniono fazy miłości, dokładnie opisano to uczucie, ale każdy interpretuje to na jakieś swoje pokręcone sposoby. Faktem jest, że miłość niejedno ma imię, ale to nie jest tak, że każdy z nas odczuwa inaczej. Wszyscy czujemy to samo, to jest kwestia nazewnictwa. Niektórzy uważają, że kiedy nie ma ognia, gdy seks nie jest taki „żywy” jak dawniej, kiedy wkracza rutyna, kończy się miłość. I rozstają się. To jest błąd! Ogień, to faza zakochania, miłość eros, to pewien etap, który na pewno nie trwa wiecznie, choć na pewno można wiele razy wzniecać ten żar, jeśli się chce. To wymaga jednak wysiłku i zaakceptowania pewnych zmian, np. takich, że nie można w nieskończoność urozmaicać swojego życia, nie da się całkiem zwalczyć rutyny, ciała i dusze też się zmieniają i być może zaczniemy dostrzegać więcej wad niż zalet w partnerze, denerwuje nas, może już nas aż tak nie pociąga… Ale ludzie nie chcą się starać, oczekują, że miłość jest i jeśli to „ten jedyny”, to ona będzie i nie trzeba nic w tym kierunku robić, nie trzeba niczego naprawiać, nie trzeba się specjalnie starać. Ponadto ludzie mają problem z upływającym czasem i to widać wszędzie. Ta nienawiść do rutyny, skąd się ona bierze? Ale to nie znaczy, że miłość nie może trwać wiecznie. Miłość to coś więcej. Przywiązanie to nie miłość? A z której strony? Kiedy nam na kimś zależy, kiedy on sprawia uśmiech na naszej twarzy, jest nam dobrze, mamy oparcie – to jest miłość. Trzeba pogodzić się z przemijaniem, inaczej wszystkie nasze związki będą krótkotrwałe a przynajmniej ich czas na pewno będzie limitowany. Miłość kończy się wtedy, kiedy czujemy, że partner nie jest już dla nas nikim wyjątkowym, kiedy nas skrzywdził, kiedy czujemy niechęć, kiedy nie czujemy potrzeby troszczenia się o niego albo gdy on nie troszczy się o nas. zmiany nie są zwiastunem końca, nuda i rutyna też nie, to nasze długotrwale negatywne odczucia i złe nastawienie powinny dopiero dać do myślenia (pomijając różne nadużycia, przemoc itd., wiadomo, że w takich sytuacjach należy natychmiast się ewakuować).

        1. Bliżej Boga napisał(a):

          Jest „miłość” i Miłośc przez M.
          Koleżanko, ale zrozum, że Miłość nie jest kwestią rozumu, więc to nie znaczenia, że niektórzy nie potrafią zrozumieć „istoty miłości”. Poza tym to, że opisano fazy miłości itd. to nic nie znaczy, naukowcy chcą zbadać coś, co jest poza ich zasięgiem tak naprawdę.
          Mogą badać jedynie jakieś mechanizmy zachodzące w mózgu, reakcje organizmu, poziom hormonów i zachowania jakichś tam ludzi, ale to nie znaczy, że zbadali miłość, bo to bzura i nie wiem, jak możesz tak myśleć, bo są też tacy naukowcy z różnych dziedzin, którzy wspominają o tym, że Miłość to zjawisko nadal tajemnicze. Są osoby, co się szczerze nienawidziły, a potem pokochały albo aranżowane małżeństwa, gdzie wiązali się dla dóbr/statusu/pieniędzy, ale potem pojawiła się między nimi szczera miłość. Są osoby, które były tylko przyjaciółmi, a po czasie zakochali się w sobie lub od razu pokochały. Także tutaj odpada teoria, że faza 1 zaczyna się od zauroczenia, potem zakochanie, romantyczne początki itd. Są ludzie, co od razu się pokochali, pomijając fazy motyli w brzuchu, bo po prostu byli zdolni do Miłości, a nie wszyscy są, także to, że każdy odczuwa tak samo Miłość jest kompletną bzdurą! Niektórzy są niedojrzałymi egoistami i odczuwają tylko chemiczny haj, zafascynowanie/zakochanie (myślę, że to oni uważają, że Miłość zależy od przypadku), a potem, kiedy opada chmura hormonów – nie są zdolni do Miłości.

          Piszesz: „gdy seks nie jest taki „żywy” jak dawniej, kiedy wkracza rutyna, kończy się miłość. I rozstają się. To jest błąd!”
          To naprawdę musiała ich mocna więź łączyć, skoro z takiego powodu potrafili się rozstać (pomyśleć o tym i wprowadzić to w czyn), bo pomyśleli sobie, że to już nie-miłość. Z pewnością musieli „kochać się szalenie” prawdziwą miłością. To ironia z mojej strony ofc.;] Ludzie potrafią przejść poważne kryzysy (np. śmierć dziecka, utrata pracy, choroba, kalectwo i inne), kiedy się kochają i tęsknią za tym drugim człowiekiem, a egoiści niezdolni do uczuć wyższych odpadną na starcie lub gdzieś w środku, bo „zupa była za słona i seks już nie taki jak na początku”. Prędzej czy później wyjdzie ten ich brak – relacja się rozleci lub będa trwać (często ze zdradami w tle), bo kredyty, kasa, inni ludzie, opinia w pracy, dzieci itd. Amen.

    2. JoJo napisał(a):

      Bez uwierzenia w to, że coś może trwać wiecznie, trudno będzie Ci zbudować stabilną relację.

      Piszesz, że rozstałaś się z facetem idealnym, ale czy on faktycznie był taki idealny, skoro czułaś się w tym związku źle?

      A wreszcie, czy podjęłaś jakąkolwiek próbę ratowania tego związku? Szczerą rozmową, podzieleniem się Swoimi wątpliwościami? W każdym związku przychodzi moment jakiegoś wypalenia, ale na pewno warto nad tym tym związkiem wspólnie pracować. Z tego co piszesz wynika, że Ty nie chcesz nad tym pracować, a jak coś się wypala to po prostu to kończysz. Może w takim razie to co Was łączyło to nie była miłość? O miłość powinno się walczyć.

  6. Korowiowa napisał(a):

    Tkwienie w związku, w którym nie ma miłości, albo miłość ta ma charakter jednostronny, to nie tylko marnowanie swojego życia, ale też życia partnera. Obie strony mają przecież prawo do szczęścia. Jeśli taka sytuacja ma miejsce, to niezależnie od tego, jak cholernie trudne jest podjęcie decyzji o zakończeniu związku (zwłaszcza wieloletniego), należy to uczynić. Jeśli nie z szacunku do siebie, to do drugiej strony. Takie decyzje nigdy nie są łatwe (wiem, o czym mówię, bo sama to teraz przerabiam), ale tylko w ten sposób mamy szansę być w życiu szczęśliwi.

    1. artystka napisał(a):

      Albo po prostu, jesli mimo milosci nie mozemy sobie zapewnic szczescia (takie sytuacje tez sie zdarzaja) rozstanie nie jest latwe, ale zdecydowanie lepiej sie rozstac niz tkwic w zwiazku, w kotrym obie osoby rania sie nawzajem.

  7. Ja tylko napiszę że Miłość to nie naiwność, tolerancja, akceptacja, zakochanie, uczucie, wolny związek, współżycie.
    Miłość to DECYZJA, TROSKA o czyjeś dobro. Decyzję podejmuje cały człowiek, a nie tylko jego ciało, popędy, emocjonalność.

  8. Muka napisał(a):

    Wstawiłaś dzisiaj link na fejsa, zobaczyłam, co ludzie napisali pod nim i złapałam się za głowę. Albo „facet-pizda” albo „żona-suka”. Zero opcji pośredniej. I oczywiście zero chęci poznania drugiej strony medalu,. Dosłownie wczoraj czytałam tekst na blogu Fabjulus i moje myśli poszły w tym samym kierunku: nikogo nie obchodzi druga wersja. Ludzie chętnie przyjmują za pewnik, że wina leży po jednej stronie, bo uwielbiają wieszać na kimś psy. Tez mam znajomych, którzy dawno nie powinni być razem, ale tkwią pod jednym dachem, bo: mieszkanie, dziecko, co ludzie powiedzą. Nie obwiniam żadnego z nich, po prostu niepotrzebnie brali ślub.

  9. Zdrada nigdy nie jest czarno-biała. Stoi za nią tyle sytuacji, motywów, niewypowiedzianych, jak i wykrzyczanych słów. W tym temacie nie można niczego brać za pewne i jednoznaczne. Najłatwiej jest osądzić komuś, kto nigdy zdrady nie przeżył. Bardzo mądry tekst.

  10. Kamila Szalas napisał(a):

    Łatwo powiedzieć – „nie kochasz? odejdź”. A jeśli nie wiesz czy kochasz? Masz mętlik w głowie i w końcu zrywasz ale po chwili patrzysz na tę osobę całkiem inaczej i nie chcesz jej stracić? I macie za sobą wiele takich sytuacji, ale jesteście ze sobą długo i myślisz „to minie, już tak bywało i zawsze do siebie wracaliśmy”. I własne niezdecydowanie popycha cię do tak haniebnego czynu jakim jest zdrada na przykład. I okej, zdradzisz. A później cierpisz bo jednak nie tego chciałeś/aś.

    1. Jeśli zdradziłeś to chciałaś to zrobić. To o czym mówisz to przywiązanie, a nie miłość i wynika z tego, że jesteś z kimś związana przez długi czas, że non-stop do siebie wracacie, ale jest to relacja toksyczna, bo skoro się rozstajecie to coś w tym wszytskim nie gra, prawda?
      Widziałem związki, które rozpadały się po 6-8 latach i chwile później te osoby, które od siebie odeszły znajdywały miłość, i są obecnie szczęśliwi w związkach, w których pojawiają się kłótnie, ale przeważa radość i uśmiech. Tam przez lata zastanawiali się czy ślub będzie dobrą decyzją, tutaj tę samą decyzję podjęli w ciągu roku czy dwóch.
      Ale to tylko moje zdanie, łatwiej coś napisać niż się stosować do tego typu rad.

  11. Katarzyna Kuźmińska napisał(a):

    Co za koszmarny bzdurny tekst. Jak w ogóle można propagować takie teorie, chwalić się nimi i nie czuć wstydu, że namawia się ludzi do rozwodów. Ten tekst podniósł mi adrenalinę już po przeczytaniu pierwszych 4 zdań. Przeczytała go jednak do końca bo myślałam, że możne jest to taka prowokacja, a tekst zakończy się zupełnie inaczej. Myliłam się i żałuję, że poświeciłam na jego przeczytanie chociażby minutę. To tekst osoby, która wbrew temu co pisze, nie szanuje swojego partnera. Odejście jest właśnie ukoronowaniem tego braku szacunku. Małżeństwo to struktura trwała i nie ma czegoś takiego jak „nie byli sobie pisani”, bo to ludzie podejmują decyzje i muszą ponosić ich konsekwencje. Odejście od współmałżonka, który nie używa przemocy i nie ma niszczących nałogów jest zwykłym tchórzostwem i wygodnictwem. Jest standardową ucieczką przed ponoszeniem konsekwencji swojej nielojalności. To typowe pójście na łatwiznę. To właśnie propaguje ten tekst.

    1. „Odejście od współmałżonka, który nie używa przemocy i nie ma niszczących nałogów jest zwykłym tchórzostwem i wygodnictwem.”
      Jeszcze jakieś wyjątki? W którym miejscu stoi Twoja granica?

      1. Lidia nas napisał(a):

        Jak to w którym? Moim zdaniem Pani Katarzyna wyraźnie tę granicę wyznaczyła. Czego tu można nie rozumieć?

        1. Czyli jej granicą jest przemoc fizyczna (domyślam się, że tylko fizyczna, skoro wyżywanie się na kimś nie przekonuje jej) i nałogi. Moją granicą jest też przemoc psychiczna. Obie mamy jakieś granice. Ona nie ma nic przeciwko, żeby przeżyć życie, będąc nieszczęśliwą (byle by nie bił i nie pił). Ja wolę być szczęśliwa.

        2. Julita napisał(a):

          Pani Katarzynie chodziło bardziej o dojrzałość w związku… To jest oczywiste, że nigdy w żadnym związku poziom emocji i uczuć nie będzie taki sam jak na początku. Z czasem będzie on słabnął, ale czy to powód, by zostawić tę drugą osobę, bo nagle przestaliśmy odczuwać ten poziom miłość, który odczuwaliśmy wcześniej? Jaki jest sens zostawiać osobę, którą niegdyś się kochało (z którą z jakichś przyczyn postanowiliśmy być), by następnie wkroczyć w inny związek i po jakimś czasie znowu zrobić to samo, bo poziom emocji się zmniejszył i nagle poczuliśmy brak miłości do niej? Idąc tym tropem człowiek nigdy nie byłby w stanie stworzyć długotrwałej relacji, a to właśnie długotrwałe relacje zapewniają nam poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli czujemy, że coś jest nie tak, to trzeba zacząć spróbować tę relację odbudować, a nie wymienić ją na kolejną, która i tak sama w sobie będzie podobna do drugiej. A jeżeli będąc z kimś już teraz twierdzimy, że odejdziemy od tej osoby jak tylko niby przestaniemy ją kochać, to o żadnej relacji prawdziwej miłości nie może być mowy. Miłość jest na tyle silnym uczuciem, że jeżeli jest prawdziwa, to już sama myśl o zostawieniu czy utracie drugiej połówki wywoływać w nas będzie strach… I nieważne jest, czy jest to miłość między partnerami czy miłość rodzicielska. Miłość jest miłością „na dobre i na złe”, chyba że zostają przekroczone ww. granice.

        3. Marta Szatańska napisał(a):

          A czy Seg napisała gdzieś, że brak miłości i spadek emocji, to to samo?

          Dla Ciebie, jeśli partner nie bije i nie pije, to jest cudem natury i należy się go trzymać za wszelką cenę. Nawet jeśli w związku dzieją się inne rzeczy, które UNIESZCZĘŚLIWIAJĄ.
          Czy tylko przemoc fizyczna jest powodem do bycia nieszczęśliwym w związku? Powodem do rozstania?

        4. artystka napisał(a):

          Zauwazcie, ze na uczucie milosci skladaja sie takie czynniki jak namietnosc, intymnosc i zobowiazanie wobec partnera. W roznych etapach zwiazku zmienia sie ich natezenie, jedne slabna, drugie przybieraja na sile i to jest zjawiskiem jak najbardziej normalnym. Wydaje mi sie ze intensywnosc tych uczuc zalezy od tego ile partnerzy wkladaja w zwiazek. Ciezko jest trwac w zwiazku, w ktorym jeden z partnerow zaprzestal dawac, albo gorzej swiadomie manipuluje i robi wszystko, aby druga osoba czula sie nieszczesliwa…

          Natomiast jesli chodzi o granice to jest to pojecie wzgledne, zalezace od danego zwiazku, nie dla wszystkich mozemy dac jedna i ta sama gotowa recepte…
          Znam pary, w ktorych jeden z malzonkow naduzywal alkoholu i dzieki wytrwalosci drugiej osoby udalo sie tej pierwszej z nalogu wyrwac.
          Rozumiem tez, ze w niektoryc zwiazkach po prostu sie nie uklada, z powodu niezgodnosci charakterow czy tez pogladow na zycie. Jesli rozbieznosci sa na tyle silne, ze ciezko dwojgu ludzi w takim zwiazku trwac to naprawde czasem lepiej zawalczyc o wlasne szczescie i przy okazji wyzwolic druga osobe.
          Smutny jest fakt, ze nie potrafimy sie rozstac, bo opinia publiczna, bo wspolne lata spedzone, bo kredyty imeczymy dalej siebie i partnera. Jeszcze gorsze to, ze nie zauwazamy roznic, ktore moga byc destruktywne gdy namietnosc i emocje zwiazane z zamazpojsciem czy przyjsciem na swiat dzieci opadna. Wtedy dopiero niektorzy potrafia przejrzec na oczy…

          Smutne jest tez to, ze wielu ludzi nie dostrzega, ze wraz z wiekiem sie zmieniamy iczasem partner z ktorym bylismy w wieku lat 20 nie bedzie dla nas odopwiednim partnerem dziesiec lat pozniej…

        5. Julita napisał(a):

          Nie, nic takiego nie napisałam. Chciałam jedynie przekazać, że wejście w związek z partnerem następuje na mocy decyzji, dojrzałej decyzji. Czyli jeżeli decydujemy się z kimś być, to jest to nasz wybór, za który w pełni powinniśmy ponosić odpowiedzialność. Od samego początku widzimy, jaką osobowość ma nasz partner. Trzeba być tylko dobrym obserwatorem. Poznajemy nie tylko jego zalety, ale i też wady, i jeżeli podejmiemy świadomą decyzję, że chcemy z nim spędzić życie, to trzeba wziąć odpowiedzialność za swoją decyzję. A jeżeli podjęcie tej decyzji nie zostanie przekalkulowane na chłodno, tylko na podstawie rzekomych motyli w brzuchu oraz złudnej nadziei w to, że uda nam się zmienić jakieś cechy w partnerze, to taka relacja nigdy nie przetrwa, tzn. może i przetrwa, ale wówczas ktoś będzie nieszczęśliwy. Trzeba zacząć odróżniać podejmowanie dojrzałych decyzji od decyzji podejmowanych w jakiejś ułudzie.

        6. „To jest oczywiste, że nigdy w żadnym związku poziom emocji i uczuć nie
          będzie taki sam jak na początku. Z czasem będzie on słabnął”

          Bo kto tak powiedział? Są relacje, gdzie Miłość jest pielęgnowana (nie chodzi o walkę o związek, ani nawet o pracę nad związkiem, czyli coś, co bardziej musimy robić, choć niezbyt nam się chce, jednak czujemy przymus, bo inaczej wylądujemy na ulicy. Tutaj chodzi o łączenie przyjemnego z pożytecznym), dlatego ciągle kwitnie i codziennie kocha się kogoś mocniej, niż kochało się wczoraj. Kłopoty czasem się zdarzają w życiu każdej pary, więc nie zawsze będzie rzyganie tęczą, różowe okulary i amorki fruwające dookoła, co zresztą bardziej pasuje do początkowych fascynacji i zakochania.

        7. Julita napisał(a):

          Otóż to. Wystarczyłoby, abyś uwzględniła całą moją wypowiedź i całe zdanie, a nie tylko jego pierwszą część, gdyż właśnie w tej drugiej części ujęłam dokładnie to, o czym napisałaś. Prośba o czytanie ze zrozumieniem.

        8. Ok, może coś przekręciłam albo Ty niezbyt dosadnie napisałaś. Zdarza się najlepszym. W każdym razie niech będzie, że to był mój błąd. :)
          Ogólnie sama spotykam się z tym, że niektórzy nie rozumieją, co gdzieś napiszę, często przekręcają moje słowa, więc wiem, jak to potrafi być… lekko męczące…
          Pozdrawiam.

    2. Jacek Taktyczny napisał(a):

      Czyli lepiej być nieszczęśliwym do końca życia tylko dlatego, że ktoś tam powiedział, że nie wypada?

    3. #uzunia napisał(a):

      Pani Kasiu a jaki sens ma bycie z kimś kto przestał był dla nas kimś bliskim? Artykuł nie na mawia do rozwodów tylko do zerwania związku w ktorym jedna z osób nie czuje już bliskości z tą drugą. Czy jest sens np. utrzymywać kontakt z kolezaką ,która cie nie slucha i nie interesuje się twoimi sprawami? Prosze sob ie odpowiedziec na to pytanie ,a potem ze zrozumieniem przeczytać post na blogu.

    4. Dorota Rybak napisał(a):

      Pani Kasiu, w tekście ani razu nie pada słowo „małżeństwo” ani „rozwód” :) Owszem, w historii, która ten wpis zainspirowała, chodzi o zakończenie małżeństwa, ale w samym wpisie mowa o związkach – proszę spróbować przeczytać jeszcze raz i tam, gdzie widziała Pani małżeństwo, zobaczyć np. narzeczonych kilka miesięcy przed ślubem (tak, analogiczne sytuacje zdarzają się w związkach niebędących małżeństwami, a ludzie w nich tkwiący nierzadko decydują się na ślub, „bo już tyle lat jesteśmy razem, bo mamy kredyt”) ;) Poza tym sama instytucja małżeństwa też wcale nie jest tak jednoznaczna – my często automatycznie mamy wizję małżeństwa chrześcijańskiego, zawieranego „aż do śmierci”, stąd łatwo wysunąć postulat „odpowiedzialności za swoje decyzje”, ale jeśli ktoś zawiera związek cywilny, to żadnego „do śmierci” nikomu nie obiecuje ;) A jeśli chodzi o odpowiedzialność za partnera i stworzoną rodzinę, to moim zdaniem czasem zainicjowanie rozstania jest najwyższym przejawem wzięcia na siebie tej odpowiedzialności – uparte tkwienie w związku, który wszystkich unieszczęśliwia i nad którym nie jesteśmy już w stanie pracować, to nie odpowiedzialność czy szacunek, ale marazm (moim zdaniem, oczywiście) ;)

  12. Katarzyna Stępień napisał(a):

    Bardzo mi się twój tekst podoba,sama kilka lat byłam w sytuacji kiedy podjęłam decyzję o rozstaniu.To była najlepsza decyzja w moim życiu,nie ja zdradziłam ale zrobiłam wszystko żeby on to zrobił.To było świństwo i wygodnictwo z mojej strony.Mąż nie pił,nie bił,robił wszystko co chciałam,a ja miałam ochotę zrobić mu krzywdę.Nawet kiedy byłam pewna jego zdrady przysięgał że to nigdy się nie powtórzy,że mnie kocha i nie może beze mnie żyć.Teraz jestem sama tak jak chciałam .
    Zdrada jest winą obu stron,nikt w takiej sytuacji nie jest bez winy,często jednak nie chcemy się do tego przyznać.

  13. Morrrigan napisał(a):

    chwileczkę, całkiem niedawno był artykuł kiedy powiedzieć o zdradzie a kiedy nie, i pisałaś tam, że jeśli zdrada była efektem jakiegoś zapomnienia i jeśli nadal się kocha, to nie powinno się mówić. tutaj z kolei piszesz, że kto szczerze kocha i jest szczęśliwy, ten nie zdradza. no, poważna nieścisłość… a to, że każda zdrada ma swoją przyczynę w nieszczęściu w związku, to jest po prostu nieprawda. ileż ja znam związków, które były bardzo szczęśliwe i zostały zakończone przez czyjąś głupotę po alkoholu… nadal obopólna wina? niektórzy po prostu tacy są, nie stworzeni do związków monogamicznych, ale w nie wchodzą, biorą ślub, mają dzieci i podwójne życie przez czasem kilkanaście lat!!! serio nigdy nie słyszałaś o czymś takim? można to usprawiedliwić czymkolwiek innym niż tylko niepohamowaną żądzą faceta do zdobywania? naprawdę nie rozumiem takiego toku myślenia. ja np. uważam, że zdrady nie da się w ten sposób usprawiedliwiać… samo to, że ktoś jest nieszczęśliwy w związku, to owszem jest wina drugiej osoby bądź leży po obu stronach. natomiast kiedy ktoś zdradza (oszukuje) partnera bo ten nie daje mu szczęścia, zamiast porozmawiać i wymusić zmiany czy po prostu zakończyć związek gdy on się nie stara, to winę za nie panowanie nad sobą ponosi wyłącznie zdradzający, to jest nieuczciwość. zdradzający ma powód, ale to nie usprawiedliwia krzywdy, którą on wyrządza. zdrada to zło i nie rozumiem jak w ogóle można to tak usprawiedliwiać, na tej samej zasadzie można usprawiedliwiać przemoc, uderzyłem ją bo mnie denerwowała, uderzyłam syna bo był niegrzeczny i powinien mieć nauczkę… poza tym prezentujesz trochę egoistyczną postawę. w momencie kiedy jedna osoba nagle przestaje kochać (to też musi mieć powód?) ale druga osoba nadal kocha, zakończenie związku to porażający ból dla tej drugiej osoby, nie mniejszy niż zdrada. rozstanie pozwala wyjść z twarzą, ale jest to skrajnie egoistyczne wyjście. od dawna już wiemy, że romantyczna miłość przemija prędzej czy później, zostaje przywiązanie, przyzwyczajenie, niektórych to nie satysfakcjonuje i nie potrafią zaakceptować nieuchronnych zmian, kryzysów. to pójście na łatwiznę. w byciu razem nie chodzi tylko o miłość, ale też o to aby nawzajem się wspierać, w imię zasady „w kupie raźniej”. jeśli ktoś nie stara się, ma gdzieś, pomimo licznych rozmów i ostrzeżeń, to takie coś rozumiem, że jest to toksyczny związek i należy go po jakimś czasie zakończyć. ale ludzie bardzo często rozwodzą się po prostu dlatego, że „wypaliło się”, co to w ogóle znaczy? to straszne gdy jedna osoba kocha i stara się, a druga z tygodnia na tydzień informuje, że „to nie to” myśląc tylko o sobie i swoim dobru. to jest przedmiotowe traktowanie ludzi. przeżyłam to i nie polecam nikomu. włożyłam masę pracy w związek i to, aby uszczęśliwić siebie i partnera, bo wiedziałam, że głównie ja nawalam, przez chwilę było lepiej i dla mnie i dla niego, ale on i tak przekreślił to w jednej chwili, bo „wypaliło się”. najpierw deklarował chęć zmian, dokonaliśmy ich a on zaprzepaścił to. ludzie mają emocje, podejmują decyzje w emocjach niekoniecznie nad tym myśląc, i teraz lansuje się pogląd, że to jest ok, że ludzie się schodzą i rozstają z bylejakich często powodów. wszystko w imię szczęścia jednostki bez myślenia o tej drugiej osobie. tego mi zabrakło w Twoim tekście, moim zdaniem prezentujesz krótkowzroczne myślenie, niby starasz się udowodnić, że nie wszystko jest czarno-białe a sama zapominasz o wielu aspektach tej zawiłej sprawy jaką jest miłość.

    1. A bo widzisz, ja odróżniam zdradę jako całowanie się z kimś po alkoholu lub nawet jakiś pijacki seks, który się raz zdarzył po 10 latach związku – i zdradę jako zakochanie się w innej kobiecie, stałą kochankę lub nawet dzielenie intymności z inną kobietą niż partnerka.
      To pierwsze może się zdarzyć w udanych związkach. To drugie już nie.

      1. Morrrigan napisał(a):

        Większość osób niestety (stety) nie odróżnia :) decydując się na związek monogamiczny (nie jakiś „wolny”), musimy akceptować fakt, że kochamy tę jedną osobę jak również uprawiamy seks z tą jedną osobą. jeżeli przyzwalamy na to, że partner pójdzie czasem do łóżka z inną kobietą (co to ma za znaczenie, czy po alkoholu, czy bez?) bo ona go pociąga ale nie kocha jej, to to już jest wolny związek! ja na wolny związek nie decyduję się, ponieważ nie interpretuję seksu tylko w kategoriach fizjologii i zaspokojenia potrzeb fizycznych. seks według mnie służy pogłębianiu i umacnianiu relacji, niektórzy potrafią z tego zrezygnować i uprawiają go tylko dla przyjemności i nie ma znaczenia dla nich, czy coś ich łączy z tą drugą osobą, jednak warto wiedzieć, że nawet „tylko seks”, jednorazowy wybryk, może zbliżyć ludzi, bo tak działa na nasz mózg (szczególnie kobiecy). seks jest zdradą ponieważ wtedy ludzie mają ze sobą bezpośredni, fizyczny, seksualny kontakt (oparty na pożądaniu, które ma przecież bardzo dużo wspólnego z miłością) i bardzo często wyzwala w człowieku zaangażowanie emocjonalne.

      2. umma napisał(a):

        Nie trzeba być w nieszczęśliwym związku by zdradzać. Jest inny punkt widzenia i zdaza sie zdradzać ludzi których się kocha i z którymi jest się szczęśliwym.

    2. „amo to, że ktoś jest nieszczęśliwy w związku, to owszem jest wina drugiej osoby bądź leży po obu stronach”
      Nie zrozumiałeś mnie. Jak ktoś jest nieszczęśliwy w związku, to źle wybrał, a nie „wina partnera”. To naprawdę niczyja wina, że pewni ludzie są (lub stają się) ze sobą nieszczęśliwi.

      1. Morrrigan napisał(a):

        No, nie zgadzam się. Przykładem jest Paweł z przytoczonego przez Ciebie artykułu, którego unieszczęśliwiała żona. Być może on unieszczęśliwiał również ją, nie można tego wykluczyć. Ludzie się zmieniają czasem po latach, mogą krzywdzić innych. I wówczas to oni ponoszą winę za nieszczęście drugiej osoby. Związek to odpowiedzialność za siebie, za drugą osobę, za rodzinę jeśli się ją z tym człowiekiem stworzyło.

    3. „włożyłam masę pracy w związek i to, aby uszczęśliwić siebie i partnera,
      bo wiedziałam, że głównie ja nawalam, przez chwilę było lepiej i dla
      mnie i dla niego, ale on i tak przekreślił to w jednej chwili, bo
      „wypaliło się”. najpierw deklarował chęć zmian, dokonaliśmy ich a on
      zaprzepaścił to. ludzie mają emocje, podejmują decyzje w emocjach
      niekoniecznie nad tym myśląc, i teraz lansuje się pogląd, że to jest ok,
      że ludzie się schodzą i rozstają z bylejakich często powodów”.

      Czyli wolałabyś, żeby ten twój eks był z Tobą z litości? Z jakiegoś tam niepisanego obowiązku, żeby tylko nie ranić drugiej osoby? Dobrze byłoby Ci z kimś, kto Cię nie kocha, ale lituje się nad Tobą i boi się Twojej reakcji na przykrą prawdę?

      Kurde, na serio?
      Czy to, że ktoś nie potrafi kochać (w tym momencie swojego życia) lub nie potrafił kochać akurat Ciebie (jakieś tam „dopasowanie” intelektualne/emocjonalne/wizualne pewnie też ma znaczenie, jej energia damska współgra z jego męską i te sprawy), bo to oznacza to, że „się wypaliło” – nie jest wystarczającym powodem do odejścia? To jest „byle jaki” powód Twoim zdaniem? O.o

      1. Morrrigan napisał(a):

        W związku jest się odpowiedzialnym za siebie i za drugą osobę. Takie jest moje zdanie. Żeby nie widzieć, jak często ludzie się rozstają z powodów absurdalnych, a’la „bo zupa była za słona”, trzeba być albo ślepym, albo nie mieć internetu a przy tym mieć szczęście posiadania znajomych z rozsądkiem ;). Jeśli jedna osoba przestaje kochać (a kochała wcześniej), to jest ku temu jakiś powód, musi być przez jakiś czas nieszczęśliwa. A wiele można naprawić gdyby tylko się chciało. Jeśli Ty byś się nie wkurzyła, gdybyś się starała dla ukochanego, a on z dnia na dzień powiedziałby Ci spadaj, to ja Cię podziwiam. Moim zdaniem to bynajmniej nie jest fair, kwestia szacunku do drugiej osoby i uszanowania także jej uczuć. Teraz ludzie pędzą przez życie i po prostu im się nie chce inaczej. Szkoda, ich wybór. Nie żadnej litości, nie chodzi o to by się okłamywać, tylko cholera myśleć co się robi, a nie zmieniać decyzje pod wpływem chwili. Nie napisałam tu tego, ale facet potem chciał znów z powrotem do mnie wrócić. Jednak się nie wypaliło. No ludzie drodzy. Natomiast Twoich wypowiedzi nie do końca jestem w stanie zrozumieć. Kierujesz się dziwną logiką. Pozostałych Twoich odpowiedzi nie skomentuję, bo nawet nie wiem gdzie dokładnie kontrujesz moją wypowiedź. Zajrzałam na Twojego bloga i już wiem, że nie ma szans się dogadać. Bo ja uważam, że zdolność miłości to nie jest żaden dar dany nielicznym jednostkom. Prędzej NIEzdolność do miłości cechuje nieliczne jednostki. A emocje słabną z czasem i nie wiem czemu z tym polemizujesz, miłość może jest skomplikowana ale nie takie rzeczy już człowiek rozwikłał. Ma wiele twarzy i choćby nie wiadomo jak o nią dbać, będzie się z czasem zmieniać. Dziwne że nawet kościół (z którym związana przesadnie nie jestem) to wie ale Ty idziesz w zaparte. Przy takiej przepaści nas dzielącej pozwolę sobie zakończyć dyskusję z Tobą. Oczywiście z mojej strony.

        1. Widocznie niczego nie zrozumiałaś z moich postów, a to wielka szkoda, poważnie. Rozumiem, że podchodzisz do miłości jak naukowiec, chcesz analizować i wierzyć w to, co napisze każdy, kto też nazywa się naukowcem. Cóż…Twoje prawo.
          Osobiście: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”.

          „W związku jest się odpowiedzialnym za siebie i za drugą osobę”.

          W Miłości z pewnością jest się odpowiedzialnym, w płytkim związku niekoniecznie, bo ludzie w takich są z reguły po to, żeby tylko z kimś być i nie być samemu. Jeśli ktoś Cię nie kocha, to nie czuje odpowiedzialności. Może mieć lekkie wyrzuty sumienia, a i to niekoniecznie.

          „Żeby nie widzieć, jak często ludzie się rozstają z powodów absurdalnych, a’la „bo zupa była za słona”, trzeba być albo ślepym”

          Ależ ja to właśnie widzę, co pisałam w tym komentarzu dosadnie! :D Problem w tym, że ja rozumiem, iż ten ktoś nie kocha i prawdopodobnie nie kochał wcale, skoro zrywa z błahego powodu. Nie ma żadnej silnej więzi, więc teraz inna osoba może mu świadczyć usługi.

          „Jeśli jedna osoba przestaje kochać (a kochała wcześniej), to jest ku temu jakiś powód, musi być przez jakiś czas nieszczęśliwa”.

          Tylko jaką masz pewność, że naprawdę ta osoba kochała przez duże K, a nie była tylko zakochana w Tobie, a potem jej zakochanie przeszło i odeszła, chociaż Ty się starałaś? Gdzie tu dowód tej rzekomej miłości? Bo ja widzę chemię, która się ulotniła i nic poza tym. Odróżniaj zakochanie/hormonowy szał, zaślepienie/fascynację/głód bliskości/namiętność od Miłości, bo ewidentnie widzę, że tego nie rozróżniasz, co mnie jakoś nie dziwi, skoro patrzysz tylko „po naukowemu” na te sprawy.

          „ale facet potem chciał znów z powrotem do mnie wrócić”.

          Niezdecydowany typ, który sam nie wie, czego chce od życia. To, że chciał wrócić nie oznacza, że kochał, skoro był egoistą i potrafił Cię porzucić, zadając ból… mając w dupie Twoje dobro i samopoczucie.

          „zdolność miłości to nie jest żaden dar dany nielicznym jednostkom.

          Prędzej NIEzdolność do miłości (do człowieka) cechuje
          nieliczne jednostki’.

          Do „miłości” alias zakochania/fascynacji/namiętnych romansów zdolni są raczej wszyscy (a na pewno prawie każdy chce być kochany), ale nie każdy potrafi kochać przez duże K (wspomniana przeze mnie Sztuka). Nie musisz się z tym zgadzać, ale skoro tacy wszyscy miłosierni, to czemu szczęśliwe trwałe związki są taką rzadkością? Tu chyba sama sobie przeczysz.

          „A emocje słabną z czasem i nie wiem czemu z tym
          polemizujesz”

          Ale wieczna Miłość to nie tylko emocje, które z natury są zmienne.
          Różne emocje są często pewnym wyrazem Miłości, ale nie tylko one wchodzą w Jej skład.

          „Choćby nie wiadomo jak o nią dbać, będzie się z czasem zmieniać”.
          Ale pielęgnowana Miłość powinna wzrastać, a nie słabnąć… To jest normalne. Jestem w wieloletnim związku, więc piszę z własnego doświadczenia.

          I nie chodzi mi tu o namiętność (ochota na szalony seks przez 24h na dobę), którą wielu utożsamia z uczuciem wyższym, aczkolwiek jeśli człowiek jest młody i nadal odczuwa popęd seksualny, to i seks będzie (a przynajmniej powinien być) udany, tylko tym razem bardziej idzie się w jakość, a nie w ilość.
          Dodatkowo, jeśli ludzie się rozwijają i ewoluują, to nie ma miejsca na jakąś wyniszczającą rutynę i nudę, bo prawie ciągle się coś dzieje. Oczywiście spokój, leniwe chwile też się docenia.

          To mój pogląd, moje doświadczenia, a inni nie muszą się ze mną zgadzać, skoro widzą sprawy inaczej. :)

        2. Widocznie niczego nie zrozumiałaś z moich postów, a to wielka szkoda,
          poważnie. Rozumiem, że podchodzisz do miłości jak naukowiec, chcesz
          analizować i wierzyć w to, co napisze każdy, kto też nazywa się
          naukowcem. Cóż…Twoje prawo.
          Osobiście: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”.

          „W związku jest się odpowiedzialnym za siebie i za drugą osobę”.

          W Miłości z pewnością jest się odpowiedzialnym, w płytkim związku nie za bardzo, bo ludzie w takich są z reguły po to, żeby tylko z kimś być i nie być samemu. Jeśli ktoś Cię nie kocha, to nie czuje odpowiedzialności. Może mieć lekkie wyrzuty sumienia, a i to niekoniecznie.

          „Żeby nie widzieć, jak często ludzie się rozstają z powodów absurdalnych, a’la „bo zupa była za słona”, trzeba być albo ślepym”

          Ależ ja to właśnie widzę, co pisałam w tym komentarzu dosadnie! :D Problem w
          tym, że ja rozumiem, iż ten ktoś nie kocha i prawdopodobnie nie kochał
          wcale, skoro zrywa z błahego powodu. Nie ma żadnej silnej więzi, więc
          teraz inna osoba może mu „świadczyć usługi”.

          „Jeśli jedna osoba przestaje kochać (a kochała wcześniej), to jest ku temu jakiś powód,
          musi być przez jakiś czas nieszczęśliwa”.

          Tylko jaką masz pewność, że naprawdę ta osoba kochała przez duże K, a nie była tylko zakochana w
          Tobie, a potem jej zakochanie przeszło i odeszła, chociaż Ty się starałaś? Gdzie tu dowód tej rzekomej miłości? Bo ja widzę chemię, która się ulotniła i nic poza tym. Odróżniaj zakochanie/hormonowy szał,
          zaślepienie/fascynację/głód bliskości/namiętność od Miłości, bo ewidentnie widzę, że tego nie rozróżniasz, co mnie jakoś nie dziwi, skoro patrzysz tylko „po naukowemu” na te sprawy.

          „ale facet potem chciał znów z powrotem do mnie wrócić”.

          Niezdecydowany typ, który sam nie wie, czego chce od życia. To, że chciał wrócić nie
          oznacza, że kochał, skoro był egoistą i potrafił Cię porzucić, zadając
          ból… mając w dupie Twoje dobro i samopoczucie.

          „zdolność miłości to nie jest żaden dar dany nielicznym jednostkom.
          Prędzej NIEzdolność do miłości (do człowieka) cechuje
          nieliczne jednostki’.

          Do „miłości” alias zakochania/fascynacji/namiętnych romansów zdolni są
          raczej wszyscy (a na pewno prawie każdy chce być kochany), ale nie każdy
          potrafi kochać przez duże K (wspomniana przeze mnie Sztuka). Nie musisz
          się z tym zgadzać, ale skoro tacy wszyscy miłosierni, to czemu
          szczęśliwe trwałe związki są taką rzadkością? Tu chyba sama sobie
          przeczysz.
          Spotkałam się z wieloma opiniami, również facetów, którzy oficjalnie stwierdzali, że taka Miłość między dwojgiem zdarza się bardzo rzadko.
          Zgadzam się, bo trzeba: być zdolnym do uczuć wyższych + trafić na dość
          dobrze dopasowaną osobę do nas + ta osoba też musi być zdolna do uczuć
          wyższych + Ty powinnaś być w miarę dopasowana do jej „gustu”, oczekiwań i
          nie mieć wad, których ta osoba (każdy człowiek jest nieco inny pod względem charakteru i ma swoje upodobania, bo tak już jest na tym świecie) nie zdzierży, czyli poważnych wad/ułomności charakteru.

          „A emocje słabną z czasem i nie wiem czemu z tym
          polemizujesz”

          Ale wieczna Miłość to nie tylko emocje, które z natury są zmienne.
          Różne emocje są często pewnym wyrazem Miłości, ale nie tylko one wchodzą w
          Jej skład. Tego nie da się opisać żadnymi słowami i zbadać, bo to trzeba
          czuć.

          „Choćby nie wiadomo jak o nią dbać, będzie się z czasem zmieniać”.

          Ale pielęgnowana Miłość powinna wzrastać, a nie słabnąć… To jest
          normalne. Jestem w wieloletnim związku, więc piszę z własnego
          doświadczenia.
          I nie chodzi mi tu o namiętność (ochota na szalony seks przez 24h na dobę), którą wielu utożsamia z uczuciem wyższym, aczkolwiek jeśli człowiek jest młody i nadal odczuwa popęd seksualny, to
          i seks będzie (a przynajmniej powinien być) udany, tylko tym razem
          bardziej idzie się w jakość, a nie w ilość. Dodatkowo, jeśli ludzie się rozwijają wewnętrznie i ewoluują (ludzie też się zmieniają), to nie ma miejsca na jakąś wyniszczającą rutynę i nudę, bo prawie ciągle się
          coś dzieje. Oczywiście spokój, leniwe chwile też się docenia, zamiast
          myśleć: „o Matko, ale nuda w tej relacji!”

          To mój pogląd, moje doświadczenia, a inni nie muszą się ze mną zgadzać, skoro widzą sprawy
          inaczej. :) No i ok, możesz zakończyć dyskusję, skoro chcesz.

          Aktualizacja:
          Poszperałam trochę w necie, żeby mieć jeszcze jakieś argumenty, a nie tylko moje
          „słowo” i znalazłam artykuł o tym, że były robione badania (mi nie są one
          potrzebne, ale „pani biolog” powinna być chyba usatysfakcjonowana?) na parach z 20-30 letnim stażem. Zresztą słyszałam też kiedyś od kogoś, że na takich z 40letnim też. Te badania wykazują to, o czym pisałam wyżej, ale wiem, że zawsze można jeszcze napisać/pomyśleć, że ci naukowcy zostali
          przekupieni, by podali taki wynik.

          „Badania grupy naukowców ze Stony Brook University w Nowym Jorku udowadniają wszystkim zagorzałym racjonalistom, że to, co romantycy od dawna głoszą, jest prawdą.
          Prawdziwa miłość istnieje i trwa nieustannie. Co więcej, towarzyszy jej niegasnące pożądanie seksualne. Badano pary z około dwudziestoletnim stażem. Pokazywano im zdjęcia partnera i zapisywano reakcje, zachodzące w mózgu, za pomocą tomografu. Następnie porównywano te wyniki z obrazami tomografu, wykonanymi na parach, które właśnie się w sobie zakochały. Okazało się, że co dziesiąta para z dwudziestoletnim stażem wykazuje te same chemiczne reakcje w mózgu – co pary w początkowej fazie zakochania. Pary te naukowcy nazwali „łabędziami”, ponieważ ich „mapy miłości” są
          do siebie podobne, to znaczy – wiążą się z jednym partnerem na całe życie.
          Do tej pory uważano, że nasze ciało po pierwszych uniesieniach przyzwyczaja się do partnera, emocje opadają, reakcje chemiczne słabną i miłość przemija. Tam, gdzie kończą się słowa poetów, zaczyna się nasza rzeczywistość. Niektórzy wieszczą, że dzieje się to po 12-15 miesiącach
          związku, inni mówią, że może trwać od trzech do pięciu lat. Niektórzy są zgodni, że po dziesięciu latach nie ma po miłości śladu.

          Wyniki naukowców z Nowego Jorku były tym bardziej zaskakujące – nawet dla nich
          samych. Na początku, kiedy badacze słyszeli od małżonków, że po tylu latach wciąż są w sobie zakochani i szczęśliwi, patrzyli na nich z pobłażaniem. Myśleli, że sami siebie oszukują, wmawiając sobie, że to wciąż miłość. Tymczasem skany z tomografu potwierdzały ich słowa.
          Badania wykazywały przypływ dopaminy, tak jak to zwykle bywa w pierwszej
          fazie związku. A wykresy tomografii nie kłamią. Niepokojące jest tylko to, że wieczna miłość zdarza się co dziesiątej parze. To dość mały odsetek szczęściarzy, którzy doświadczają gorącego uczucia do końca swych dni. Ci, którzy po kilku latach stracili czar pierwszej miłości, mogą zazdrościć tym, którzy wciąż odczuwają to samo. Niestety na wieczną miłość nie ma recepty ani sposobu. Trzeba ją po prostu
          spotkać, chociaż naukowcy twierdzą, że większość może się uczyć od mniejszości (…)”.

        3. Morrrigan napisał(a):

          Niepotrzebnie się produkowałaś. Ja w swoich postach udowadniałam, że miłość romantyczna, długotrwała, mimo że nie zawsze tak samo intensywna, że są wzloty i upadki – istnieje. Trzeba tylko zaakceptować jej indywidualizm, jej zmienność, wielość komponentów. Pary z przytoczonego badania po prostu potrafiły podgrzać naturalnie chłodzącą się z czasem atmosferę na nowo. Bez pracy nie ma kołaczy. Fundamentem miłości nie jest bowiem fizyczność tylko przywiązanie i wzajemna więź (pisałam to) i tylko pary, które w miłości widzą przede wszystkim stabilizację, a nie wieczną przygodę, akceptują jej naturę osiągną taki rezultat. Gorzej z osobami, które lubią pójść na łatwiznę i zmienić na lepszy model. Uważasz, że tacy ludzie nie kochają prawdziwie, ale tak naprawdę tego nie wiesz i nie możesz wiedzieć, to tylko domysły.
          Za to Ty z kolei udowodniłaś (nie tylko tu, ale i w poście niżej) swój brak umiejętności czytania ze zrozumieniem :)

        4. Nie ma sprawy, bo pisanie to dla mnie przyjemność i szybko mi to idzie.
          Moim zdaniem trochę sobie zaprzeczałaś i zaprzeczasz nadal, w dodatku zarzucasz mi brak umiejętności czytania ze zrozumieniem, bo coś tam przekręciłam przy innym komentarzu, ale ok. :D Z moim czytaniem ze zrozumieniem jest wszystko w porządku, zapewniam.
          Sama nie odniosłaś się do wielu moich wypowiedzi w poście wyżej, rozumiem – brak argumentów. Nie zamierzam się więcej wykłócać, ale wykazujesz totalny brak logiki – ktoś kocha prawdziwie, ale wyrzuca do kosza (zostawia ją na pastwę losu) swoją „ukochaną” osobę i po czasie znajduje nową osobę, którą zapewne też śmiertelnie kocha! ;] Tak ją kocha, że z czasem znowu się nią nudzi/coś jej nie pasuje i idzie dalej. Normalnie miłość na zabój, nie ma co. Taką „miłością” można sobie tyłek podetrzeć. Lepiej być uczciwym i szczerze wyznać, że coś się skończyło, zakochanie przeminęło, nie przerodziło się w głębokie „uczucie” wyższe i tyle, zamiast wciskać kit znany np. z filmów: „kocham cię, ale muszę odejść, zasługujesz na kogoś lepszego”.
          Czy to są moje domysły? Nie – ja jestem o tym przekonana! Ktoś w tych komentarzach pod tym postem też napisał, z czym się oczywiście zgadzam: kocha to nie wyrzuci na śmieci z błahego powodu, a nawet w o wiele gorszych chwilach (wspomniane losowe kryzysy np. choroba, kalectwo itd. poważne sprawy). Nie kocha (kochał w stanie początkowego uniesienia, a może mu się tak wydawało – iluzja umysłu) – nudzi się, jest mu źle, nie chce naprawiać, bo mu nie zależy, szuka nowości, zdradza na boku.
          Uwierz, że często czarne jest czarne, a białe jest białe i nie ma co na siłę doszukiwać się szarości.
          Chociaż wiem, że łatwiej się niektórym ludziom oszukiwać, niż przyjąć do wiadomości, że np. 3, 4, 5, 8, 10-letni itd. był farsą (nieraz bardzo przyjemną w tych miłych momentach i uniesieniach, czemu nie zaprzeczam) napędzaną hormonami, które się wypaliły i nic więcej nie zostało, ale jeszcze z przyzwyczajenia, lęku przed samotnością i z powodu wspólnych „spraw” było się razem przez te kilka (czasem i kilkanaście np. toksyczne związki) lat.
          I żeby nie było: nikogo nie atakuję, tylko klarownie wyrażam swój pogląd, który uważam za prawdę uniwersalną, nic nie przekłamuję.
          Ok, napisałam już dość, więc to by było na tyle. Wesołych Świąt wszystkim.

        5. Nie ma sprawy, bo pisanie to dla mnie przyjemność i szybko mi to idzie. Moim zdaniem trochę sobie zaprzeczałaś i zaprzeczasz nadal, w dodatku zarzucasz mi brak umiejętności czytania ze zrozumieniem, bo coś tam przekręciłam przy innym komentarzu, ale ok. :D Z moim czytaniem ze zrozumieniem jest wszystko w porządku, zapewniam.
          Sama nie odniosłaś się do wielu moich wypowiedzi w poście wyżej, ale nieważne. Nie zamierzam się wykłócać, ale wykazujesz lekki brak logiki – ktoś kocha prawdziwie, ale wyrzuca do kosza (zostawia ją na pastwę losu) swoją „ukochaną” osobę i po czasie znajduje nową osobę, którą zapewne też śmiertelnie kocha! ;] Tak ją kocha, że z czasem znowu się nią nudzi/coś jej nie pasuje i idzie dalej. Normalnie miłość na zabój, nie ma co. Taką „miłością” można sobie tyłek podetrzeć. Lepiej być uczciwym i szczerze wyznać, że coś się skończyło, zakochanie przeminęło, nie przerodziło się w głębokie „uczucie” wyższe i tyle, zamiast wciskać kit znany np. z filmów: „kocham cię, ale muszę odejść, zasługujesz na kogoś lepszego”.
          Czy to są moje domysły? Nie – ja jestem o tym przekonana! Ktoś w tych komentarzach pod tym postem też napisał, z czym się oczywiście zgadzam: kocha to nie wyrzuci na śmieci z błahego powodu, a nawet w o wiele gorszych chwilach (wspomniane losowe kryzysy np. choroba, kalectwo itd. poważne sprawy). Nie kocha (kochał w stanie początkowego uniesienia, a może mu się tak wydawało – iluzja umysłu) – nudzi się, jest mu źle, nie chce naprawiać, bo mu nie zależy, szuka nowości, zdradza na boku.
          Uwierz, że często czarne jest czarne, a białe jest białe i nie ma co na siłę doszukiwać się szarości.
          Chociaż wiem, że łatwiej się niektórym ludziom oszukiwać, niż przyjąć do wiadomości, że np. 3, 4, 5, 8, 10-letni związek okazał się być farsą (nieraz bardzo przyjemną w tych miłych momentach i uniesieniach, czemu nie zaprzeczam, poza tym można się czegoś nauczyć na błędach, wynieść naukę na przyszłość itd.) napędzaną hormonami, które się wypaliły i nic więcej nie zostało, ale jeszcze z przyzwyczajenia, lęku przed samotnością i z powodu wspólnych „spraw” było się razem przez te kilka (czasem i kilkanaście np. toksyczne związki) lat. I żeby nie było: nikogo nie atakuję, tylko klarownie wyrażam swój pogląd, który uważam za prawdę uniwersalną, nic nie przekłamuję.
          Ok, napisałam już dość, więc to by było na tyle. Wesołych Świąt wszystkim.

        6. Morrrigan napisał(a):

          Nie brak argumentów – to po prostu brak chęci na prostowanie krzywego,
          na poprawianie nieporozumień, a także brak czasu na rozpracowywanie i
          obalanie steku pokomplikowanych i nielogicznie sformułowanych hipotez
          ściągniętych z księżyca :) Ale oczywiście rozumiem, każdy człowiek szuka
          okazji by się wywyższyć na tle innych, nawet wyciągając pokraczne
          wnioski dopasowane do swojej teorii i oderwane od rzeczywistości, nie
          jesteś tu wyjątkiem :) a więc pozwolę Ci się poczuć tą najmądrzejszą na
          całym świecie ;). podsumuję tylko: miłość jest skomplikowana i trudna,
          miłość to odpowiedzialność, ale wielość jej postaci oraz jej ewolucja
          jest udowodniona. to nie jest dar od bóstwa, to cecha naszego gatunku.
          jeśli ktoś kocha, to NIE POWINIEN zostawiać swojej drugiej połówki, nie
          powinien też krzywdzić. kwestia szacunku. jeśli jednak ktoś to robi, nie
          znaczy to automatycznie, że nie kochał. zresztą to jest całkowite
          odwrócenie tematu. miałam nie dyskutować, wyszło jak wyszło, żałosna ja.
          Dziękuję za niemerytoryczną rozmowę.

        7. Nie uważam się za najmądrzejszą, skąd takie wnioski? To, że mam swoje zdanie poparte doświadczeniem i ogólną wiedzą w tym temacie (muszę też wspomnieć o rozwoju duchowym, który ciężko jakkolwiek zbadać, a jednak to on ma na mnie też duży wpływ, więc pewne sprawy po prostu też „czuję”), to nie znaczy zaraz, że muszę uważać się za najmądrzejszą na świecie, więc nie ironizuj, bo nie ma takiej potrzeby. I nie, nie potrzebuję się tak czuć. :)

          Cechą naszego gatunku z pewnością jest potrzeba bliskości i inne podobne do niej potrzeby, ale nie sama umiejętność kochania Miłością (to ta przez duże M, którą porównuję do Sztuki, bo ona jest czymś „nabytym”, tego się nie da kupić i wyćwiczyć na zawołanie i nie dostaje się w „pakiecie danego gatunku” na start, ale do tego potrzeba czegoś więcej – wymieniłam to na moim blogu, gdzie pisałam o Sztuce i Mistrzu + czegoś, czego nie da się opisać słowami, a przynajmniej ja nie umiem).

          Matka kocha nowo-narodzone dziecko (czyli zanim je w ogóle pozna i jego charakter, który dopiero się ukształtuje z czasem) przede wszystkim dlatego, bo ma instynkt macierzyński, ale nawet on czasem nie występuje lub jest zablokowany/stłumiony, a wtedy taka matka może je porzucić (podobnie jak żona/mąż, który nie kocha, więc zostawia bez większych resentymentów) itd. Chociaż tutaj jeszcze ratuje to, że są więzy krwi, co automatycznie wytwarza więź (choć też nie zawsze na tyle silną, żeby się go nie wyrzec). Dochodzą jeszcze takie aspekty jak kultura, życie w społeczeństwie… co chcę przez to przekazać? Że nie jest czymś całkiem naturalnym i danym na samym starcie to, aby kochać przez duże K (szczególnie „obcą” osobę,”z zewnątrz”, czyli partnera), dlatego tak wiele osób nie potrafi szczerze kochać, co widać również/przede wszystkim w naszych czasach (choć tak było ZAWSZE), kiedy jest tak wiele rozwodów i rozstań.

          Nie wiem, czemu ciągle piszesz, że Miłość to moim zdaniem dar od bóstwa, kiedy nigdzie czegoś takiego nie napisałam! ;)
          Jeszcze dodam to, że jest możliwe, by ktoś mógł szczerze kochać i rozstał się z kimś, ale wtedy, kiedy ten drugi ktoś kochać nie potrafił i nie pozwalał się kochać (przemoc słowna i fizyczna, agresywne wymuszanie czegoś, wieczne dążenie do awantury, liczne zdrady itp.)
          Już jaśniej chyba się nie da.

        8. Lili napisał(a):

          Ciekawy temat trafiłam.

          „jeśli ktoś kocha, to NIE POWINIEN zostawiać swojej drugiej połówki, nie
          powinien też krzywdzić. kwestia szacunku. jeśli jednak ktoś to robi, nie
          znaczy to automatycznie, że nie kochał. zresztą to jest całkowite
          odwrócenie tematu”

          Tak, nie powinien, a jeśli to robi i zostawia drugą osobę, chociaż tamta osoba wcale go mocno nie krzywdziła, a miała tylko jakieś swoje wady (każdy człowiek jakieś ma), to znaczy, iż taka osoba nie ma pojęcia o miłości, a tylko miała związek miłosny, nic więcej, które zapoczątkowało zakochanie, które nie jest niczym wyjątkowym, bo to chemia. To nie jest tylko kwestia szacunku, bo szacunek to podstawa w
          miłości (niekoniecznie w miłostce, bo tam tego najczęściej nie ma), a poza tym można też szanować kogoś, kogo się nie kocha, więc czemu nie potrafią szanować osoby, którą podobno kochali? To są kłamstwa i usprawiedliwienia dla swojego egoizmu. Egoiści nie potrafią kochać, chociaż tak im się może wydawać.
          I ciekawa jestem, czemu niektóre posty są tu skasowane.

  14. qulqa napisał(a):

    Seg jest ateistką. Ma zatem prawo do rozwiązania swojego związku w każdej chwili.
    Większość Polaków to katolicy. Najpierw muszą zatem mieć te białe suknie, gorzko gorzko, tańce do rana – a potem pierwszy kryzys i lądujemy w sądzie. Przepraszam, ale nie toleruję hipokryzji. Jesteś katolikiem, bierzesz ślub kościelny? To pamiętaj słowa ‚aż do śmierci’ i bądź konsekwentny/na w swoich decyzjach. Słowo ‚odpowiedzialność za swoje decyzje’ też istnieje.
    Pamiętaj też o jednym – ‚kochać’ – to czasownik. Nie mityczne hollywoodzkie uczucie, zesłane z nieba, motyle w brzuchu, cudowny seks i nieustanna tęcza za oknem. To codzienne problemy, wspieranie się, wspólne prowadzenie domu i wychowywanie dzieci. Też kłócenie się – ale nie po to, żeby kogoś obrazić i dotknąć, ale żeby wspólnie wypracować kompromis. Bo właśnie tak, wieloletni związek to kompromis i dostrzeganie drugiej osoby w każdym codziennym działaniu. To uważność w stosunku do partnera/partnerki.
    To pisałam ja, ateistka, w kilkudziesięcioletnim partnerskim związku z mężczyzną.

  15. Iza napisał(a):

    Troche sie zgadzam a troche nie :) nie ma sensu w pojedynkę walczyć o związek, bez sensu jest byc nieszczęśliwym z drugim człowiekiem tylko dlatego ze ma sie wspólny dom, kredyt czy inne zobowiązania. Trzeba dać sobie szanse na szczescie i odejść. Ok
    Nie rozumiem tylko dlaczego autor linkowanego artykułu odszedł dopiero jak kogoś sobie znalazł? Dlaczego wczesniej tego nie zrobił skoro był taki nieszczęśliwy?
    Znam takie przypadki. Sa ludzie, ktorzy boja sie byc sami i będąc z kimś rozglądają sie za kimś innym, czesto byc moze odbierając szanse na prawdziwe szczescie tej drugiej osobie.

  16. Małgorzata Siarnecka napisał(a):

    Generalnie się zgadzam, o związek się nie walczy (zwłaszcza w pojedynkę, bo to bez sensu na dłuższą metę), nad związkiem się pracuje. Codziennie, drobiazgami i niezależnie od fundamentów (zgadzam się, że te powinny być trwałe). Niektórzy mylą jedno z drugim. A potem trwają, bo dzieci, bo kredyt właśnie, bo szkoda lat (pytanie których…), bo przyzwyczajenie… Smutne.

  17. Joanna Gancarczyk napisał(a):

    oh, zgadzam się w zupełności. Ponad to obserwuje ostatnio tendencje do zawierania małżestw bez pomyślunku, za parę lat spodziewam się fali rozwodów. Smutno

    1. Alicja Kaczorowska napisał(a):

      Ostatnio?:) Myślę, że kiedyś w większym stopniu zawierano takie małżeństwa, gdyż była większa presja społeczeństwa i każdy miał być taki sam. Jeśli nie jesteśmy w związku/małżeństwie to głównie krytyka spotyka nas od ludzie w średnim i starszym wieku. Teraz żyjemy w czasach, gdy każdy może być kim tylko chce i zwiększa się tolerancja wobec wszystkich subkultur. Promowane jest życie w zgodzie ze sobą, jak w powyższym wpisie, bez oglądania się na innych. Dlatego nie bójmy się takiego życia.. Człowiek jest prawdziwie wolny, gdy żyje wedle własnych wartości i do niczego się nie zmusza.

      I jeszcze jedno odnośnie artykułu- popularnym argumentem przeciwko takiemu „łatwemu” kończeniu związków jest to, że „kiedyś jak coś się psuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało do kosza”. Wedlu mnie jeśli kochamy i jesteśmy kochani to będziemy naprawiać taki związek i nikt go w takiej sytuacji nie wyrzuci tak po prostu. A kiedyś po prostu nie zostawiało się tej drugiej osoby, czasem nawet pozostawiając wszystko tak jak było bez prób naprawy.

  18. Mateusz Rzońca napisał(a):

    W większości się zgadzam. Poza ostatnimi zdaniami. Bo wynika z nich, że żadna miłość nie jest wieczna/na całe życie. Fakt – nie każda taka jest. Ale chyba nie można powiedzieć, że żadna? :)

  19. zolta napisał(a):

    wyobraź sobie, że można zdradzić, ot tak, bez powodu.
    i że do zdrady nie trzeba być w nie wiadomo jak nieszczęśliwym związku.
    cóż, czasami seks to tylko seks.

    1. Tak, można. A oznacza to nic innego, jak brak szacunku do „kochanej” osoby, czyli miłość toksyczna/patologiczna/wpisz co chcesz. No i jak już ktoś zdradzi, bo miał taki kaprys, to związek staje się nieszczęśliwy, więc na jedno wychodzi.

  20. Ja jestem zwolenniczką idei, że związek to praca. Niestety nic się samo nie zrobi. Po kilku latach, jeśli nie pracujemy nad samymi sobą i związkiem to naturalna koleją rzeczy, że jest, że wszystko się sypie. Mam za sobą dużo pracy nad związkiem. Były momenty, że wydawało mi się, że już nie chcę, że jest źle. Wtedy „chcenie” drugiej strony nas uratowało. Dziś jestem szczęśliwa i wiem, że nie mam czego szukać gdzie indziej :)

  21. Przeczytałam ten tekst, bo mój związek rozpadł się parę miesięcy temu. Oboje nie mamy już siły do kłótni. Zostały tylko pretensje, żal, poczucie winy i osaczenia. Oboje jesteśmy tak poranieni tą walką, kilkakrotnymi rozstaniami, że boimy się próbować po raz kolejny. Ja wysiadłam szybciej. On jeszcze mnie prosił o kolejną próbę, ale czułam że nie jestem w stanie. Zaczął się z kimś spotykać, ale bez entuzjazmu. Nie ma tam w każdym razie tego syfu, który pozostał po naszym związku i walkach. Ja wciąż nie potrafię. A z drugiej strony, wiem, że wciąż się kochamy. On mnie, ja jego. Boję się, że będę żałować. Boję się, że miłość mojego życia stanie mi się obca. Siedem lat bliskości przepadnie. Gdybym miała umierać, to przy nim. Nie wyobrażam sobie osoby, z którą mogłabym być, tylko jego. Gdybyśmy tylko mogli jeszcze gdzieś znaleźć wiarę i siłę, żeby zawalczyć znowu i więcej się nie ranić. A wszystko przez nierealistyczne oczekiwania z obu stron… Nie wiem co robić :(

  22. Jessica napisał(a):

    Ja był posiadanie problemy poważny związek z moim mężem i to powodował, że go Wyprowadzam się do mieszkania jego przyjaciela. Wszystko gorzej, ponieważ rozpoczął przechodzenie do barów i klubów ze striptizem często z jego przyjaciół, coraz pijany i mijania się. On zawsze grozi mi na telefon, gdy go nazywać ze względu na wszystkie złe informuje, że jego przyjaciele zostały dając mu. Uwielbiam go i byliśmy razem 8 lat, ale nie może zajść w ciążę i uczył, że to moja wina. Było mi tak smutno i sfrustrowani i może nawet nie jeść na aż pewnego dnia byłem przeglądania Internetu, gdzie widziałem pani świadcząc o rzucającego zaklęcie Dr Ojenga, który pomógł jej przyniósł jej chłopaka do domu za pomocą czaru, więc postanowiłem spróbować w kontaktowaniu się z rzucającego zaklęcie Dr Ojenga za pośrednictwem poczty elektronicznej w greatojenga@yahoo.co.uk i wyjaśnił wszystkie moje problemy, aby go i dr Ojenga powiedział mi, że powinienem nie martw się, że chce mi pomóc rozwiązać moje problemy, mój mąż przyjdzie z powrotem do domu i dr Ojenga również powiedział mi, że on przywrócił moim łonie, Wróć do mnie, aby być w ciąży. On również powiedział mi, że zaklęcie nie jest szkodliwe dla mnie ani dla mojego męża. Postanowiłem poczekać… w 2days, mój mąż był powrót do domu przeprosin, mówiąc był przepraszam za to, co on miał kosztować mnie i teraz jesteśmy szczęśliwe życie razem. . Poszedłem do lekarza sprawdzanie i wyniki wykazały, że byłam w ciąży 1 miesiąc i teraz ja i moja kochanka żyją szczęśliwie z mojej rodziny. Jestem naprawdę szczęśliwy teraz bo nie wiem co powiedzieć już, ale jeśli jesteś tam czytanie tego zeznania i posiadanie ten sam problem z relacji lub mające trudności w ciąży mąż lub chłopak lub problem wszelkiego rodzaju, który jest poza medycznych zasilania prosimy skontaktować się z dr Ojenga na jego e-mail: greatojenga@yahoo.co.uk

  23. Mając moim kochankiem powrotem była największa rzecz, która mi się stało w tym tygodniu, jestem z Miami na Florydzie i nie był wielki czas, od kiedy mój kochanek postanowił zadzwonić do naszego relacjom rzucić .. ale nigdy nie wiedział, że nie było jeden potężny rzucający czar o nazwie E-mail: dreyamumiracletemple@gmail.com~~HEAD=dobj którzy z jego pomocą rzucania zaklęć jest w stanie przywrócić złamaną związek. Muszę powiedzieć, że z pomocą dr.Iyamu moim kochankiem, który był w pośpiechu, aby zakończyć nasz związek okazuje się jedną błagając mnie, żeby go zaakceptować wciąż wydaje się być wszystkim dla mnie cud. Do prawidłowego potwierdzenia tego, co właśnie powiedziałem wszystko po prostu trzeba zrobić, to skontaktować się e-mail: driyamumiracletemple@gmail.com
    i jego numer telefonu komórkowego +2348161551291

  24. nick sample napisał(a):

    Ocean Kredytodawcy i hipoteczne ograniczona do małych i dużych ilości kredytów. Dajemy pożyczki w 2% stopy procentowej, Nasi eksperci ma przyjść z pomocą ludziom w potrzebie pieniędzy i za co stawiamy nasze usługi z korzyścią dla każdej osoby. W celu zwiększenia liczby naszych działań oraz daje możliwość dostarczenia na przypisujemy pożyczek pieniężnych, do każdej osoby niepokój lub trudności finansowych na zakup nieruchomości rolnych, osiągnięć projektowych lub innego projektu budowlanego oraz innego rodzaju. Jeśli naszej ofercie zainteresowania proszę o kontakt us.Email adres; oceanlenders05@gmail.com

  25. tomass napisał(a):

    U mnie to zajęło trochę czasu zanim zrozumiałem, że to nie ma sensu. Męczyliśmy się oboje. Nie jestem pewien czy moja luba mnie przypadkiem nie zdradziła. Nie układało nam się Na siłę próbowałem walczyć, a ona okazała się wampirem energetycznym. Rozstanie początkowo mnie przybiło. Skończyło się na terapii u pana Wichrowskiego z Psychologgii. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że w tamtej relacji nie byłem szczęśliwy.

  26. Sonia napisał(a):

    Miałem problemy z mężem, co doprowadziło go do mieszkania jego przyjaciół. Wszystko stało się gorsze, ponieważ zaczął chodzić do barów i często kręcić kluby z przyjaciółmi, upijać się i gasnąć. Zawsze mnie groził telefonicznie, kiedy go nazywam ze względu na całą złą radę, którą dali mu jego przyjaciele. Kocham go i byliśmy razem przez 8 lat przed nagłą zmianą, nie mogłem zajść w brzuch i dowiedziałem się, że to moja wina. Byłem tak smutny i sfrustrowany, że pewnego dnia przeglądałem Internet i zobaczyłem, że Pani dzieląc się zeznaniem na temat potężnego zaklęcia rzucającego dr Ojenga, który pomógł jej przywieźć chłopaka z powrotem do niej z zaklęciem, więc zdecydowałem się to spróbuj też i skontaktowałem się z pisownią dr Ojenga przez email na adres greatojenga@yahoo.co.uk i wyjaśniłem mu wszystkie problemy, a dr Ojenga powiedział mi, że nie powinienem się martwić, że pomógłby mi rozwiązać moje problemy , mój mąż wróci do domu, a doktor Ojenga powiedział mi, że może też wykonać zaklęcie ciążowe. Powiedział mi też, że czar nie jest szkodliwy dla mnie, ani nie jest szkodliwy dla mojego męża. Postanowiłem spróbować, a ja zrobiłem wszystko, co kazał mi zrobić natychmiast i zrobił dla mnie zaklęcie. 2 dni później mój mąż wrócił do domu i przeprosił, mówiąc, że żałuje za to, co kosztował mnie, a teraz jesteśmy szczęśliwi i żyjemy razem szczęśliwie. Dwa miesiące później zdałem sobie sprawę, że jestem w ciąży. Teraz jestem naprawdę szczęśliwy, bo nie wiem, co mam powiedzieć, ale jeśli tam jesteś, czytając to i mając ten sam problem ze związkiem lub masz trudności z uzyskaniem ciąży męża lub chłopaka lub jakiegokolwiek problemu, który znajduje się poza medyczną moc proszę skontaktować się z dr. Ojengą na jego e-mailu: greatojenga@yahoo.co.uk i być w 100% pewien, że ma rozwiązanie Twoich problemów.

  27. Ewelina napisał(a):

    10 lat znajomości, 6 lat małżeństwa, 2 wyprowadzki. Milion rozmów. Prób naprawiania relacji. Mnóstwo lez. Bezskutecznie. Bo tylko z mojej strony.. mąż nie widział problemu w naszym związku. A raczej jego powolnym rozpadzie… aż do drugiej wyprowadzki, gdzie tak naprawdę z mojej strony uczuć już nie było, poza żalem, rozpacza, smutkiem, rozterka. Wszystko wygasalo długi czas.. a on dopiero otworzył oczy na to co się dzieje i chciał walczyć. Walczy nadal.. w większości szantazem emocjonalnym, że nie potrafi żyć beze mnie i coś sobie zrobi, jeśli odejdę na zawsze. Jak odejść? Kiedy wszyscy wokół widzą tylko jego rozpacz w tym momencie, a ja wciąż pamiętam o nieprzespanych nocach, obojętności, niewinnych flirtach, braku zainteresowania domem, nami, o płaczu, kłótniach, braku współczucia, trzaskaniu drzwiami, braku rozmowy. O mojej samotności w małżeństwie.. o toksycznych relacjach i głupiej próbie ciągłego ich podtrzymywania „bo ślub, bo przysięga przed Bogiem na dobre i na złe”.. nie jestem szczęśliwa. Już dawno nie byłam.. trwałam w tym wszystkim, bo nie miałam odwagi odejść. Zawalczyć o siebie. A teraz nie mam odwagi zakończyć tego formalnie..

    1. Po rozstaniu z pierwszym chłopakiem strasznie się czułam. I zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłam. Przyjaciel powiedział mi wtedy „to oczywiste, że boli. Nie jesteś robotem, tylko człowiekiem, który czuje i współczuje”.
      U Ciebie też ten ból musi wybrzmieć, ale w końcu zelżeje.
      Będzie lepiej, zobaczysz.

Dodaj komentarz