Nie spodziewałam się, że macierzyństwo będzie takie łatwe

Zanim urodziłam syna, usłyszałam chyba setki razy, że będzie ciężko i sama zaczęłam w to wierzyć. A tak naprawdę z byciem mamą jest trochę jak z prowadzeniem samochodu. Jako mała dziewczynka podziwiałam mamę, która potrafiła jednocześnie kierować, operować pedałem gazu, sprzęgła, hamulca i jeszcze zmieniać biegi i włączać kierunkowskazy- a potem błyskawicznie sama się tego nauczyłam i teraz prowadzę auto mechanicznie, zupełnie o tym nie myśląc. W przeciwieństwie jednak do prowadzenia auta, macierzyństwa nikt nie musiał mnie uczyć.

Nie czytam poradników, nie konsultuję się z psychologiem, nie dzwonię z każdym kichnięciem do lekarza. Mając zupełnie  w dupie wszelkie tabelki rozwojowe i mądre porady mądrych ludzi, wychodzę z założenia, że dopóki ja i dziecko jesteśmy szczęśliwi – wszystko robię dobrze. Nie wiem, skąd się tego nauczyłam, ale od początku wiedziałam najlepiej, jak opiekować się moim dzieckiem i jeśli pojawiały się jakieś trudniejsze momenty, to tylko dlatego, że ktoś mi się wpieprzał w moje macierzyństwo ze swoimi „powinno”, „nie powinno”.

Na przykład z tym karmieniem piersią, najpierw położna w szpitalu powiedziała, że dziecko powinno jeść co 3 godziny, nawet w nocy i dlatego przez kilka pierwszych nocy mordowałam się, budząc śpiącego Conana na karmienie, co skutecznie uniemożliwiało mnie i jemu wypoczęcie. Potem zaś przeczytałam gdzieś, że dziecko może jeść nawet 18 razy na dobę. Nasze 21 razy na dobę nie mieściło się w tabeli, więc próbowałam na siłę zredukować liczbę karmień dziennie, co oczywiście poskutkowało rozdrażneniem Conana i moim stresem. W momencie, w którym odpuściłam i zaczęłam go karmić na żądanie te 21 razy na dobę, nagle wszystko się uspokoiło. Przy kolejnym dziecku będę wiedziała, żeby nie słuchać się położnych, poradników i innych mam – tylko siebie i dziecka.

Wiem, kiedy kąpać moje dziecko i nikt mi nie wmówi, że powinnam to robić codziennie. Kąpię dwa razy w tygodniu lub wtedy, gdy się ubrudzi. Nie, nie śmierdzi. Nie, nie ma wysypek. Nie, nie ma w związku z tym żadnych problemów, więc po co miałabym robić to częściej? Jedyną regularną kąpielą jest ta wykonywana przez MR, z którą widzimy się raz w tygodniu.  Bo lubi to robić. :) Czuję, że tak jest najlepiej.

Wiem, kiedy moje dziecko powinno iść spać i jest to dokładnie wtedy, gdy tego chce. Moje dziecko samo decyduje, kiedy jest śpiące i jedyne, co ja mogę wtedy zrobić, to mu ten sen umożliwić. Nie wprowadziliśmy żadnego „rytmu dnia”, żadnego rytuału usypiania. Po prostu, naturalnie, Conan usypia gdzieś między godz. 21 a 22 a budzi się około 8 rano. Niezależnie od tego, czy kładziemy się z nim, czy go usypiamy czy nie, czy jest włączony telewizor i światło, czy są goście, czy jesteśmy na spacerze (tak, spacerujemy często wieczorami). Tam mamy. Czuję, że nie ma w tym nic złego.

Conan czasem kicha, czasem ma czkawkę, czasem ma taki dziwny, jednodniowy katarek. Czasem płacze i jest rozdrażniony, czasem jest jakby zamyślony i poważny. Nigdy nie trwa to długo, więc się nie martwię. Bardzo często obcy (i nie tylko obcy) ludzie zwracają mi uwagę, że jest za lekko ubrany, ale ja wiem, że nie jest mu zimno. Po prostu to wiem. Słucham się jego nastroju, obserwuję jego ciało, kolor jego skóry, czuję temperaturę skóry i po tym oceniam sytuację. Nie słucham w tej kwestii obcych ludzi, tylko własnego instynktu i samego dziecka. Czuję, że tak jest najlepiej.

Nie wiem, jak to będzie w przyszłości. Nie wiem, jak to by było bez pomocy mamy i Seby. Nie wiem, czy z dwojgiem dzieci jest zupełnie inna historia… Wiem, że spodziewałam się, że będzie trudno – a nie jest wcale. Mój instynkt, hormony, geny… cokolwiek to nie było… załatwiło sprawę i po prostu wiem, jak być mamą.

Ty też wiesz.

Komentarze do wpisu: 65 Napisz komentarz

  1. Miałem w szkole kolegę, syna psycholożki, który szczerze wnerwiał całą klasę. Był jakiś taki nieprzystosowany do życia, dziwny. Zawsze zachodziłem w głowę, jakim cudem akurat on, wychowywany przez pompatyczną panią psycholog, jest taką pierdołą? To a propos tego, o czym piszesz – patrzeniu w tabelki, naśladowaniu mądrych głów i paranoicznym wczytywaniu się w poradniki. Mam wrażenie, że mama mojego kolegi była właśnie tego typu osobą

  2. Anna napisał(a):

    Nawet nie wiesz jak mi tym tekstem pomoglaś. Za kilka dni moja godzina zero i takie słowa rozsądku i optymizmu sprawiają, że czuję się spokojniejsza. Dzięki ;)

      1. Anna napisał(a):

        No właśnie. Już mnie uszy bolą od tych opowieści jakoby moje życie miało się przeistoczyć w orkę na ugorze, mózg nigdy nie wrócić do formy, a sen pozostanie jedynie odległym wspomnieniem… chcę wierzyć, że będzie fajnie ;)

  3. Dziękuję Ci za ten tekst. Czytam go z tygodniową Zosią na kolanach. Zosia też nie mieści się w tabelkach – właśnie zjadła któryś-nasty dziś posiłek, z pewnością nie „przepisowy” co 3 godziny. Wczoraj od położnej (!) usłyszałam, że za dużo, za często, nieksiążkowo, źle. Zredukować, skrócić, uregulować. A ja chociaż wiem, że Zosia szczęśliwa, wyspana, spokojna i najedzona – to ta cholerna niepewność zostaje. Bo jak się moje „wiem”, „czuję” itd do mądrych tabelek i ekspertów?
    Więc dzięki. Dobrze wiedzieć, że nie tylko my takie nietabelkowe :)

  4. Luiza Benedyktowicz napisał(a):

    Mamy termin na marzec i wciąż myślałam sobie „jeszcze czas, żeby się nad tym zastanowić i wszystko poukładać”. A teraz, po przeczytaniu tego tekstu jestem pewna, że do niczego przygotowywać się nie musimy bo wszystko przyjdzie samo, instynktownie. Dziękuję.

    1. Też rodziłam w marcu, tego roku :) przygotowałam się, kupiłam książki, jedną nawet przeczytalam i okazało się, ze moje dziecko nijak do tego nie przystaje. Dokładnie tak jest, nie ma nad czym rozmyślać, wszystko przychodzi samo od pierwszego oddechu :) powodzenia :)

  5. Zawsze mi się wydawało, że macierzyństwo będzie łatwe, że właśnie „będę wiedziała”. Jeszcze nie mam dzieci, ale ostatnio się naczytałam w Internecie tyle strasznych rzeczy, że już serio się trochę przeraziłam. Dzięki za ten tekst, bo pozwala mi wierzyć dalej w to co myślałam kiedyś. Choć może lepiej nastawić się na najgorsze, żeby być w przyszłości mile zaskoczonym? ;)

    1. Joanna Leśniak napisał(a):

      Nie zapomnij, że jak wpiszesz w googlach ból brzucha to Ci znachorzy wmówią, że masz raka i został Ci tydzień. ;D Ja sie nastawiałam na najgorsze. Nie jest tak źle. Każde dziecko jest inne ale dasz rade. Wystarczy tydzień, dwa aby nauczyć sie znaków jakie dziecko nam wysyła.

  6. tyszka napisał(a):

    Nawet nie wiesz jak bardzo się ciesze, że podobnym czasie urodziłyśmy dzieci. Wszystkie moje myśli w tym temacie przelewasz na „papier”.
    Mnie jeszcze śmieszy to ciągłe porównywanie dzieci przez matki/babcie/każdego. Ja kompletnie nie mam presji kiedy moje dziecko zacznie siadać/chodzić/mówić. Nawet nie znam norm kiedy to powinno nastąpić.
    Na szczęście jestem trochę z boku, bo mój maluch jako wcześniak rozwija się trochę inaczej, więc zawsze jakoś zbywam temat :)

  7. Joanna napisał(a):

    Od kiedy mamy Alę, doszlam do wniosku, że caly swiat jest przewrazliwiony na punkcie skarpetek u dziecka. Niezaleznie od pogody. Obcy ludzie podchodzili w lecie i mowili, ze koniecznie trzeba skarpetki zalozyc. A jak na poczatku pazdziernika, córa „poszla” do chrztu w samej sukience, bez butow, bez rajstop, to do tej pory mamy wypominane. A Ala spala elegancko i nawet sie nie zajaknela. O co chodzi z tymi skarpetkami?

    1. Joanna Leśniak napisał(a):

      Moja mama urodziła mnie i mojego brata zimą. I ma hopla na punkcie ciepłego ubierania. Ja jej mówie ” Mamo ale mój syn urodził sie w maju! Nie będę go ubierała na cebule!” I tak walczyłam z Babcią. Co przychodziła latem do nas to mu ubierała skarpetki i przykrywała kocem. ;D

  8. Joanna Leśniak napisał(a):

    Mówili:
    * „Zobaczysz jak to jest być Matką, jak syn zacznie ząbkować” – ma już 3 ząbki i nic… cisza, zero gorączki, płaczu…
    * „będzie wstawał 10 razy w nocy! Śpij razem z nim bo się nie wyśpisz” – kąpie go o 19-19.30 śpi od 20 do 5-6 rano i też go nie budzę.
    * „Jedz to, nie jedz tego bo będzie miał kolki!” – jem ogólnie wszystko na co mam ochotę. Owszem truskawkami się latem nie objadałam, kalafiorem czy innymi kolko-pędnymi tudzież uczulającymi warzywami/owocami.Tu moja położna miała racje -„Nie objadaj się, a częstuj się. Możesz jeść wszystko”. Tymek nie miał jeszcze kolek.
    * „Poród jest straszny! Natną cię jak kurczaka!” – albo ja jestem twarda albo sama już nie wiem. Ciąże przeszłam super lekko. Nie wymiotowałam od nudności, troche zgag, spuchnięte stopy i +13kg. Nie miałam skurczy dlatego podawali mi leki rozkurczowe. Niestety syn źle na nie zareagował i zakończyło sie cc.
    Jeśli chodzi o rytm dnia to syn jakoś tak sam wpadł w rytm. Je o 5-6, 9,11,14,17,19-20. Ma 6 mies. 9kg, 80 cm i jest ruchliwym zdrowym chłopcem. A i przestrzegam przed gadaniem typu „ale on wielki!” A jaki ma być jak jego rodzice mają po 180cm :P:) W naszych rękach jest okruszkiem.

  9. Małgośka Skrzypińska napisał(a):

    Te wszystkie dobre rady, które słyszę codziennie są tak irytujące, ze wątroba się przewraca. Mój syn po pierwszym miesiącu życia zaczął przesypiać całe noce. Wybudzanie dziecka w nocy na karmienie – próbowaliśmy raz i stwierdziliśmy, że nie ma sensu, jak się obudzi to je, a jak nie to nie je. Przybiera na wadze, więc jest ok. Małego ubieram tak jak siebie. A wszystkie komentarze, ze mu zimno mam gdzieś, bo wiem jak się potrafi drzeć gdy mu na prawdę zimno. Poza tym gdy go teraz włożę w kombinezon, to nie wiem jak bym miała go ubrać gdy przyjdą mrozy? Kąpać też nie kąpiemy codziennie, bo po co?
    Miło się czyta kogoś, kto ma rozsądne i normalne podejście do macierzyństwa.

  10. Jak miło przeczytać tak pewną siebie szczęśliwą mamę szczęśliwego dziecka :). Bo ja Ci wierzę, że to, co czujesz jest najlepsze dla Twojego dziecka. Uściski dla Obojga :)!

  11. Agnieszka Łabędzka napisał(a):

    jak najbardziej zgadzam się z tym, że najlepiej robić to, co czujemy, a nie, co nakazują mądrości. Dobre rady są rzeczywiście wkurzające, to prawda. I tutaj pełna zgoda.

    Jednakowoż dla wielu kobiet macierzyństwo jest ciężkie, bo:
    – niektóre dzieci nie śpią od 21 do 8, bez znaczenia, czy są goście, czy światła. Są dzieci, do których trzeba wstawać co 2 godziny. Nie śpią same, ba nie śpią nawet OBOK matki. Muszą na.
    – niektóre dzieci parzą wszystkie powierzchnie płaskie, włącznie z wózkiem, łóżeczkiem, leżaczkiem etc.
    – niektóre dzieci są takie, że o 21 nie idzie się na spacer, choćby się bardzo chciało, tylko marzy o tym, by po prostu zasnąć na chwilę.
    – niektóre dzieci nie potrafią zająć się same sobą i potrzebują ciągłej interakcji np. w zabawie.

    I nie, nie są chore i zaburzone.
    Nigdy nie spotkałam matki, która powiedziała, że macierzyńśtwo jest trudne, bo nie wie, jak często zmieniać pieluchę, kąpać dziecko albo dawkować syrop.
    Trochę naiwny ten wpis i przede wszystkim, arogancki w tonie „skoro ja tak mam, to dlaczego inne kobiety narzekają?.”

    1. Barbara Grodzicka napisał(a):

      Zgadzam się z Twoim komentarzem w 100%. Odniosłam wrażenie, że Autorka posta stawia się trochę ponad innymi matkami, które histeryzują/panikują/i marudzą tylko, że takie to macierzyństwo ciężkie. W swoim środowisku też słyszałam podobne opinie, głównie od mam których dzieci są po prostu aniołkami, ojciec nie ma problemu z przewijaniem czy zabawianiem bobasa, a babcia jest zawsze obok i nie forsuje swoich metod wychowawczych. W praktyce dla niektórych z nas, macierzyństwo to naprawdę szkoła życia, w której nauka wiąże się z obitym tyłkiem i psychiką, zerwanymi kontaktami i wieloma łzami, skrzętnie ukrywanymi przed światem „bo matce nie wypada”.

      PS. Idealne, śpiące i współpracujące dzieci też się psują… ;)

      1. Justyna napisał(a):

        Szkoła życia, to jest dobre określenie mojej historii. I chociaż nie zamierzam się żalić, bo kocham swoje dzieci i wiem, że mam szczęście, to bywały dni kiedy wyłam z bezsilności i bezradności. Moje dzieci wymagały atencji, naraz, w tej chwili, już. Obydwie. A ja sama. Babć jak na lekarstwo, mąż w pracy głównie. Ale ten czas minął i jest coraz zabawniej, milej, a i dają kawę wypić :) Ludzie widząc bliźniaki są bardzo życzliwi i o dziwo „dobre rady” pojawiają się rzadko. Nie mniej, macierzyństwo choć piękne, ma swoje ciemne strony, które faktycznie ciężko ująć w kilku słowach.

        1. To prawda. Masz rację i sama tez to przeżywałam.
          Teraz myślę jednak, ze kiedyś dużo rzeczy nie zauważałam a i teraz zapewne niewiele widzę ale teraz, z perspektywy czasu, patrzę już zupełnie inaczej na życie. I czasami mi szkoda, że zamiast cieszyć się dziećmi zawsze czyli i wtedy gdy było one jeszcze małe, myślałam już o tym jak dorosną.

        2. Justyna napisał(a):

          No tak, dopada nas nostalgia, pamiętamy tylko te dobre rzeczy. O złych się raczej zapomina. Gdzieś z tyłu głowy wiem, powtarzam sobie, ciesz się nimi, ciesz się chwilą. I cieszę! Tylko czasem rzeczywistość sobie pogrywa, a ja, biedny żuczek, nie umiem przyjąć jej z otwartymi ramionami.

        3. Bo niczego nie zrobisz na siłę.
          Musisz najpierw zastanowić się nad sobą i dojść do ładu ze swoją własną osobą.
          Wtedy wszystko pójdzie o wiele prościej :)

        4. Justyna napisał(a):

          Chyba nie do końca się rozumiemy. Nie mam problemów ze sobą, nie mam depresji, kocham swoje dzieci, nie użalam się nad swym losem:) Po prostu jakby to powiedzieć… padam czasem na ryj i się podnieść nie mogę :))

  12. Jakoś tak koncepcja kontinuum przyszła mi do głowy po przeczytaniu tego tekstu
    J. Liedloff mówiła, że to strasznie dziwne, że matki czytają poradniki dot. dzieci napisane przez mężczyzn, których nigdy nie spotkały. Mówiła, że gdyby to powiedziała Indianom z którymi życia w amazońskiej dżungli, nigdy nie zyskała by ich szacunku. Wiedza dot. rodzicielstwa jest w nas zakodowana, dzięki temu przetrwał nas gatunek. Musimy tylko w siebie uwierzyć.

    1. Problem w tym, że jest też coś takiego jak „dobór naturalny”. I nędzna pociecha dla mamy, która np. z głupoty zagłodzi swoje dziecko, że to było dobre dla przetrwania gatunku.

  13. Mi z czasem też przyszła taka pewność siebie, żeby zupełnie nie sugerować się tym co mówią inni. Dzisiaj pierwsze pól roku życia mojego dziecka, po którym byłam strzępkiem nerwów, wyglądałoby zupełnie inaczej.

  14. Lena Sobe Mach napisał(a):

    Jak czytam Ciebie mam wrażenie, że czytasz w moich myślach. Nie cierpię mądrych rad odnośnie czapki, kąpania i sposobów karmienia („zacznij karmić go raz dziennie butelką, żebyś miała spokój” grrrrr). Synek jest szczęśliwy, w ogóle nie choruje a nie mamy 25 stopni w domu a raczej poniżej 20 :D. Dzięki za ten wpis.

  15. „Dziękuję wszystkim życzliwym babciom, ciociom i sąsiadkom, które pouczyły mnie, jak mam karmić, ubierać i wychowywać moje dziecko” – said no one ever ;) Podkreślania, żeby mieć w nosie nieproszone rady nigdy dość. Duży problem – dla mnie – polega na tym, że retoryka „wiesz najlepiej, jak być mamą” została w dużej mierze zawłaszczona przez a) fanatyczki rodzicielstwa bliskości, które owszem, jak najbardziej, zalecają słuchanie instynktu, ale ten instynkt to zawsze musi podpowiadać bardzo określone praktyki. Jak instynkt mówi ci, że nie musisz karmić piersią/nosić/spać z dzieckiem, to, no… hm. NIe, w sumie niemożliwe, pewnie ktoś cię zmanipulował, zastanów się jeszcze raz ;) b) fanatyczki „natury” w ogóle, które zachęcają do różnych niebezpiecznych praktyk. (Używam żeńskich form, bo przewaga kobiet w tych grupach jest przygniatająca, mężczyźni występują w roli naukowych (pseudo-)autorytetów na ogół.) Na obie grupy uważałabym jeszcze bardziej niż na ciocie od „na pewno jest głodny” itp. ;)

  16. Ula Dunaj napisał(a):

    Kurczę, a ja wcale nie określiłabym siebie jako zosiasamosia, oczywiście, że obserwacja Maleństwa była dla mnie najważniejsza, ale nie zbagatelizowałabym przy tym roli położnej i doświadczonych przyjaciółek – mam. Po prostu wszystko sobie wyważyłam. Poza tym, ustalenie rytmu dnia było moim zdaniem najlepszym, co mogłam zrobić, owszem, kosztowało sporo wysiłku, ale do dziś (syn ma 14 miesięcy) mamy bardzo przewidywalny rytm dnia. A tak z ekstremalnej strony – mój pediatra chętnie opowiedziałby kilka historii rodziców nie mających pojęcia o opiece nad noworodkiem i nie przyjmujących żadnych porad. Przeważnie kończyło się to szpitalem. Konkludując – nie negujmy roli wszystkich naprawdę życzliwych osób. Co innego, głupiutkie uwagi o skarpetkach, co innego cenne porady dotyczące w ostateczności zdrowia dziecka.

    1. Dorota napisał(a):

      Położna mówi to co uczyli ją w szkole medycznej 20 lat temu. Teraz standard WHO mówi o karmieniu na żądanie i tak też radzą położne „młodszego pokolenia” ;)

  17. A ten pogląd o karmieniu co 3 godziny, to były jeszcze do niedawna oficjalne zalecenia, wbijane do głów uczniów uczelni medycznych, zapisane w jakiś mądrych dokumentach, poradnikach, czy cokolwiek, nie pamiętam już co, to było…

    1. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Mam duże dzieci. Karmiłam je piersią na żądanie a nie o jakiś tam wyznaczonych godzinach. Natomiast słyszałam taki pogląd, że co trzy godziny powinno się karmić niemowlaki ale wtedy, gdy są karmione butelką. Po prostu trafiłyśmy na inne położne i na inne informacje :)

        1. Rozumiem.
          Moja dobra koleżanka jest lekarką. Wiele razy z nią dyskutowałam i na tematy medyczne też :)
          Ale czasami wiedza to jedno a życie to drugie. Ja też uczyłam się na studiach wielu rzeczy, których nigdy w życiu nie wykorzystałam. To samo mogę napisać o „każdej innej szkole”.. Szacuje się, że najwyżej 30% tego czego się uczymy jest nam w życiu przydatne. Ja nie wiem czy czasami nie mniej.

        2. Ja się zgadzam jak najbardziej! I także z tym, że takie zalecenia są bez sensu. Ba, obecnie są już inne – karmienie na żądanie.
          Toteż właśnie ten pogląd o trzech godzinach – to nie był jakiś głupi wymysł – tylko oficjalne zalecenie, które już się zmieniło. Bo tak jak mówisz, to czego się uczymy to jedno… Zycie to drugie.

        3. Masz rację :)
          Zresztą nauka co chwila przeżywa :kryzys”, bo okazuje się , że wszystko się zmienia.
          I to co naukowcy „dziś” dowiodą jutro może okazać się nieprawdą :)

  18. Z tym karmieniem maluszków są dwie szkoły:
    – „na żądanie” w tym pojęciu rozumiemy, że dziecko je częściej niż co 3 godziny
    – co 3 godziny – jeśli nie budzi się częściej niż co 3 godziny, wtedy jest zalecenie, żeby maluszka wybudzić.

    Z tym wybudzaniem dla Was brzmi kontrowersyjne. Tylko z praktyki wiem, że są maluszki, które na karmienia się nie budzą. Zaczynają szybko tracić na wadze i rozpoczyna się cała kaskada problemów. Dlatego jednym potrzebne jest wybudzanie, a innym nie. Jedne dzieci jedzą bardzo często w dzień, a dłuższe przerwy mają w nocy. Każde dziecko jest inne. Dlatego sytuacja karmienia powinna być rozpatrywana indywidualnie.

    Pewne reguły mają nam ułatwić życie… Choć czasem utrudniają. ;-)

  19. Ja wiem, że wiem. Ale im bliżej rozwiązania, tym więcej doradców i wątpliwości, czy napewno sobie poradzimy. Dzięki za ten tekst, bo taki głos rozsądku był mi bardzo potrzebny.

  20. Edyta Ppp napisał(a):

    A ja nie myślałam, że będzie tak ciężko :( moje dziecko jedyne co robi regularnie, to ryczy i jęczy/marudzi, wypatruję kiedy opieka społeczna wjedzie mi na chatę :P najpierw czekałam, aż będzie miała 3 miesiące, bo mówili, że będzie lepiej. Było faktycznie przez miesiąc, potem do jęczenia w dzień doszło nie spanie w nocy, budzenie się średnio co 1,5h . Teraz- 5 miesięcy- jest etap, że oprócz marudzenia/jęczenia/płakania dochodzi okazywanie złości jeżeli nie ma czego chce, a chce żeby trzymać ją na kolanach, bo sama jeszcze nie siedzi, a bardzo by chciała, zapomnieć można, że poleży na macie i pobawi się zabawkami, nie ona musi siedzieć i jak nie spełnisz jej żądań to ryk. Także spędzam dnie na słuchaniu jej ryku i marudzenia, bo jednak muszę czasem posprzątać, zrobić obiad, zjeść coś, zrobić siku, ect. I szczerze mam już dość.

  21. Yennefer napisał(a):

    Byłam strasznym niejadkiem do piątego roku życia. Moja waga nieznacznie tylko przesuwała się z wiekiem, za niemowlaka niemal cały czas spałam, gdy nadchodził czas karmienia. Matka moja wręcz płakała nade mną myśląc, że zaraz umrę z głodu na jej rękach. Kiedy inne dzieci na spacerze wychylały butlę 0.5l, to u mnie przyniesienie niemal całej, nietkniętej zawartości buteleczki 200ml było normą. Lekarka mówiła – kobieto nie denerwuj się, zdrowe jest, waga w normie, niech nie je jak nie chce. Wszystko było w porządku.

    Do momentu, w którym matula zaczęła pozwalać ciotce na dokarmianie biednego niejadka.
    Do tej pory zmagam się z 20 kg nadwagi.

  22. Najlepiej jest słuchać siebie … poza tym gdyby chcieć słuchać innych to i tak nie wiadomo by było kogo, bo przeważnie jest tak, że ile osób, tyle opinii … Fajnie, że u Ciebie jest łatwo. Pamiętam jak moja Kinia przez prawie rok w nocy budziła się non stop, a ja jak kładłam się spać o 4 nad ranem, to było dobrze… teraz za to mogę pospać, nawet do 10 w weekend. :)

  23. Szerokim łukiem omijałam blogi parentingowe, zlewałam tę tematykę totalnie, uważając, że nigdy mnie to nie zainteresuje. Czytałam sobie Seg, która jest ode mnie starsza, mądrzejsza i (uff) wolna od pieluszkowych tematów. I wtedy okazało się, że Seg jest w ciąży. I pojawił się Conan. I pojawiły się pieluszkowe tematy…
    I pojawiło się TEŻCHCENIE…

    Damn You, Seg!

  24. Bardzo dobre podejście do życia z dzieckiem. Chociaż ja już wiem, że powiedzenie „małe dzieci, mały kłopot” jest prawdziwe. Życie z nastolatkiem to jazda bez trzymanki, a za chwilę z dwoma. Muszę to jakoś przeżyć, ale bez Mariusza nie dałabym rady.
    Pozdrowienia dla Conana i Sebastiana.

  25. Sto lat temu kobiety nie miały poradników i innych dóbr, w które inwestują dzisiejsze matki. Miały instynkt macierzyński, który (choć dziś tak ochoczo tłumiony) posiada każda z nas… Dzięki Tobie stanowczo utwierdziłam się we własnych przekonaniach odnośnie macierzyństwa, które w moim przypadku wciąż jest dalekosiężnym planem, ale jednak planem.

    1. Dokładnie tak.
      Ale dziś chyba głównie media uczą nas jak żyć i np. pokazują przykłady „idealnych” matek i nie tylko.
      Ale kto jest idealny? Czego my w końcu od siebie wymagamy? :)
      Instynkt macierzyński to najważniejsza sprawa w podejściu do własnych (w końcu) dzieci.

  26. Meru napisał(a):

    Genialny tekst, całe to macierzyństwo przede mną i z każdej strony atakują mnie slogany jak to będzie ciężko i trudno na początku. Powoli chyba faktycznie zaczynam w to wierzyć, ale po tym tekście mam świadomość, że nie bez powodu to mi natura dała możliwość zostania matką, bo ja po prostu będę wiedziała jak nią być. Ja, a nie wszystkie ciocie klocie z sąsiedztwa. Dzięki :)

  27. Gosia Bernacka napisał(a):

    Ten tekst trafia w sedno! Wow, dawno nie przeczytałam czegoś tak mądrego na blogu. I też chcę być taką mamą! :D

  28. Kasia napisał(a):

    Oh, chciałabym się przyłączyć do chóru kobiet rozumiejącego dzieci – pomocy!! :( Mam 24 lata, nie mam dziecka i na razie nie planuję. Tak się złożyło, ze byłam najmłodsza w rodzinie, więc żadnego dziecka nigdy „nie bawiłam”. Nie mam do nich podejścia za grosz, nie wiem nic o opiece. Nie wiem kiedy wprowadzać pokarmy stałe, ile może dziennie spać, jakie olejki dolać do kąpieli oraz w jaką pogodę i miesiące chodzić na spacery – a moze nie chodzić wcale? Myśl o tym jak jestem „lewa” w temacie niestety powoli napawa mnie przerażeniem, nie widać chociażby iskier instynktu. Na razie więc wykażę się samozachowawczym i zabezpieczę na możliwość macierzyństwa :) Pozdrawiam i zazdroszczę wszystkim zdolnym w temacie kobietom :)

  29. Kinga Zielińska napisał(a):

    Wszystkim mamom polecam książkę: Zatrzymać dzień, bo to niezwykła
    opowieść wzbudzająca pozytywne emocje. Dobra, bo: krótka i przyjemna ;)

Dodaj komentarz