Polska jest kobietą.

Wiecie, czemu feminizm jeszcze działa i jeszcze walczy, pomimo że w kwestiach formalnych mamy już prawie pełne równouprawnienie? Też mnie to kiedyś zastanawiało, gdy sobie żyłam w mojej bańce mydlanej nowoczesnych, otwartych światopoglądowo ludzi. O co te feministki jeszcze się biją? 
No i teraz widać, o co.
O to, żeby kobieta przestała być postrzegana przez pryzmat ciała. Żeby przestała być żywym inkubatorem, chodzącą pokusą dla mężczyzn, która tylko marzy o tym, żeby ktoś ją „chciał”. I „brał”. I żeby potem nie musiała nosić w sobie i rodzić dziecka z gwałtu albo decydować się na donoszenie płodu z poważnymi wadami rozwojowymi. Walczą też o to, żeby jej życie nie było traktowane jak życie drugiej kategorii wobec ciąży, która jej zagraża. I właśnie o to walczą kobiety w Czarnym Proteście. O prawo do życia i decydowania o własnym ciele. A potem wychodzi sobie taki pan Paweł i mówi: 
Trzeba było zdawać sobie sprawę, komu się dawało to ciało i kiedy się dawało, i jak się dawało, że się nie rozleciało.
I nie jest to pan Paweł spod budki z piwem, tylko Paweł Kukiz, poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej. W tym samym kraju dzieci uczą się religii w szkołach w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Między innymi z tych zajęć wynoszą pseudowiedzę o planowaniu rodziny, którą świetnie ilustruje wypowiedź pana Henryka, który tak komentuje ciąże w wyniku gwałtu:
Jest to bardzo bolesna sytuacja. Fizjologia, która jest narażona na tak ogromny stres, działa w sposób przeciwny możliwości zapłodnienia.
Takie bzdury wygaduje jednak nie pan Henryk spod budki z piwem, ale arcybiskup Henryk Hoser. Publicznie. Dzieci na lekcjach religii zaś uczą się, że antykoncepcja jest grzechem, a życie ludzkie zaczyna się już od połączenia komórki jajowej z plemnikiem, przez co każde przerwanie tego procesu jest w istocie morderstwem.
Paweł Kukiz uważa, że seks polega na tym, że kobieta komuś „daje”. Kościół uważa, że życie i zdrowie kobiety jest mniej ważne od życia zarodka, który jeszcze nie wykształcił nawet mózgu. Kobietom odmawia się prawa do publicznego karmienia piersią, bo pierś to dla wielu ludzi symbol seksualny, którego w innej funkcji widzieć nie chcą. A z drugiej strony widzą go przecież ciągle w filmach, na reklamach, plakatach, obrazkach i lubią go wykorzystywać do sprzedawania produktów lub idei.
Kobieta, w mniemaniu wielu ludzi w Polsce, nie ma prawa do decydowania o swoim ciele. Ma o nie dbać, ma być ładna, ma być seksowna, ale nie za bardzo odkryta, ma to ciało pielęgnować dla mężczyzny, od dziecka się ją uczy, że to najważniejsze. Podobać się, dawać mężczyźnie, zachodzić w ciążę, rodzić i wychowywać. To ma być jej cel. 
Daisy Edmonds, ośmioletnia Angielka nie kryje irytacji (klik po wideo), gdy wchodzi do lokalnego Tesco w Swindon i widzi napisy na koszulkach w dziale dla chłopców i w dziale dla dziewcząt.
38E931C900000578-0-image-a-32_1475140113783 38E9323000000578-0-image-a-33_1475140118384
Nie rozumiem, dlaczego w ogóle ubrania dla dziewcząt i chłopców są podzielone. Uważam, że powinny być wystawiane razem – mówi – „Think outside the box”, to znaczy: szukaj przygód, niech nic cię nie powstrzymuje, realizuj marzenia… a „HEY” (tu Daisy wskazuje koszulkę z działu dla dziewcząt): co to w ogóle ma znaczyć? To w ogóle mnie nie inspiruje. Co niby jest fajnego w „HEY”. Nie rozumiem tego. 
Ja też tego nie rozumiem. Nie rozumiem, czemu w dzisiejszych czasach są oddzielne działy z ubraniami dla dziewczynek i dla chłopców w wieku, w którym ich ciała się praktycznie od siebie nie różnią (nie pod względem, który jakkolwiek wpływałby na krój, kolor i fason ubrania).
A tu już nasz ogródek. Strona z oferty Tchibo Polska:
14468617_10210946043990236_8763324273668634345_o
Bo wszystkie dziewczynki chcą być księżniczkami, a chłopcom pisane jest zdobywanie wszechświata.
To jeszcze jeden przykład. Ot takie typowe okładki periodyków dla dziewczyn i chłopców:
2016-09-21T11-50-39-066Z--1280x720.today-inline-vid-featured-desktop
Przepraszam, że pozwolę sobie na wyrażenie emocji, ale no ja pierdolę! Nic dziwnego, że potem takie dziewczynki, od małego indoktrynowane i uczone, że mają być tylko ładne, nie wyrastają na silne kobiety, które mogłyby pełnić ważne funkcje w biznesie, polityce lub nauce. Trudno jest się przebić przez tę propagandę. Trudno jest po tym wszystkim coś w życiu ważnego zdziałać, gdy się człowiekowi od dziecka układa w głowie, że musi swój dzień spędzać na goleniu nóg, wyrywaniu brwi, malowaniu się, kupowaniu ubrań, układaniu włosów, sprzątaniu domu, gotowaniu, rodzeniu dzieci i marnowanie swojego cennego głosu wyborczego na Korwina. Bo tak wychowujemy sobie pokolenia dziewcząt. A potem próbujemy te ich archaiczne, barbarzyńskie funkcje cementować jakimiś strasznymi projektami ustaw zaostrzającymi prawo antyaborcyjne i wypowiedziami polityków oraz kleru, dla których jedyną słuszną rolą kobiety jest siedzenie w domu i rodzenie dzieci.
Mdli mnie od tej narracji. Rzygać się chce, gdy się czyta wypowiedź pisarza Jacka Piekary o Dorocie Wellman:
Do aborcji potrzebne jest zapłodnienie. Do zapłodnienia potrzebny jest seks. Dobrze wiedzieć, że Dorocie Wellman nie grozi aborcja. 
Posłużę się tu cytatem z Kasi Czajki, wspaniałej blogerki kulturalnej, która tak opisała niektóre reakcje na Czarny Protest:

Chcąc poniżyć kobiety często odwoływano się do ich wieku i urody – jeśli ciało nie jest atrakcyjne wartość kobiety – która tylko ciało „wynajmuje”spada. Twój strajk nie jest ważny bo jesteś starsza, grubsza, brzydsza. Nie spełniasz swojej roli, więc nie możesz dyskutować. Gdybyś zaś spełniała nie miałabyś potrzeby dyskusji, bo przecież miałabyś co trzeba – zainteresowanie mężczyzn (jedyny cel jaki można ci postawić). Podobnie narracja o gwałcie – gwałt staje się specyficzną nagrodą za atrakcyjność. „Nikt jej nawet nie zgwałci” to obraza – nie spełniasz nawet tego warunku, żeby ktoś cię wykorzystał z użyciem przemocy. Znów wracamy do ciała, najważniejszej monety przetargowej.

Walczmy wszyscy wspólnie o prawa kobiet w Polsce. Bo nawet jeśli jesteś mężczyzną i teoretycznie protest kobiet nie jest Twoim protestem, to musimy wszyscy razem przeciwstawić się tej chorej retoryce, która dotyka ponad połowy obywateli tego Kraju. Czarny protest nie jest próbą wywalczenia prawa do aborcji w każdym przypadku. Jest głosem sprzeciwu wobec traktowania kobiety jako żywego inkubatora. Jest walką o jej życie, jeśli ciąża mu zagraża. Jest walką o jej godność, gdy została zgwałcona. Jest walką o to, by mogła decydować o SWOIM ciele tak, jak to może czynić mężczyzna. I Polska JEST krajem świeckim. O jego prawach nie może decydować wiara i zabobon. Nie możemy pozwolić na to, by przedstawiciele jakiejkolwiek religii mieli więcej do powiedzenia w kwestii prawa niż naukowcy, psychologowie i lekarze. Bazujmy na faktach. Na badaniach. Na tym, co wiemy. I wychowujmy kolejne pokolenia kobiet na ludzi, a nie na lalki, które składają się tylko z ciała, które w dodatku nie należy do nich.

Komentarze do wpisu: 44 Napisz komentarz

  1. Kade Ne napisał(a):

    Jestem zniesmaczona całą tą sytuacją – niestety ustawa antyaborcyjna i czarny protest boleśnie obnażyły stosunek części (?) mężczyzn do kobiet. Już szczególnie uderzyła mnie wypowiedź Piekary, którego książki czytałam i lubiłam, a teraz nie wiem, czy będę miała ochotę jeszcze po nie sięgnąć. Podobny ton miała wypowiedź Pospieszalskiego.
    Albo Ziemkiewicz, równie światły pisarz, wrzucający zdjęcie modelki w bieliźnie w zwiazku z czarnym protestem. Niesmaczne to wszystko. I boli.

    I niestety przypomina mi się wtedy ta kampania:

  2. Mój ulubiony internetowy pojazd w tym temacie: ‚nawet kijem bym jej nie tknął’. Często od spasionego pana Romana w stronę jakiejś 438762 razy bardziej atrakcyjnej celebrytki.

    Pan Jacek, pan Henryk, pan Paweł i nawet pan Roman są po prostu na uprzywilejowanych pozycjach i nie chcą ich stracić. A w momencie, kiedy panie Kasia, Basia, Dorotka i Romanowa ‚własna’ Grażynka dojdą do wniosku, że może niekoniecznie trzeba się wartościować i kierować swoim życiem pod kątem tego, co sądzi o niej najbliższy XY, właśnie to nastąpi.

  3. Olga Ga napisał(a):

    Ale i ile kobiet nie ceni się, uważa poddaństwo mężczyznom i KK za coś oczywiste, nie walczą, „bo jeszcze im się w głowie nie poprzewracało, nie będą mordować dzieci”.
    Nawet u mnie w rodzinie – babcia, ciotki, kuzynki – rzucają tekstami „Polska to kraj chrześcijański, komu nie pasuje niech się wynosi!”, „jak zgwałcona urodzi to na pewno pokocha, dziecka nie da się pokochać”, „ciąża pozamaciczna? a mogłabyś żyć z świadomością, że zabiłaś dziecko???”. Pewnie, lepiej, żebym umarła i uczyniła starszą córkę sierotą.

  4. Zgadzam się z tym co napisałaś. Ale jesteś dorosła i wiesz w jakim kraju żyjesz. Tu się nie zmieni to, o czym napisałaś w ostatnim akapicie. A co do tego jak są wychowywane dziewczynki – sorry, a kto je tak wychowuje? kosmici? Popatrz na młode kobietki jak wściekle szukają chłopa w zazwyczaj podobnym celu i ogniskuja swoje życie wokół tego jednego. To się skądś bierze, A wolność? owszem. Jestem za. Jak tylko znajdę jej przejawy natychmiast się podzielę tym faktem.

  5. A nawet jeśli wyszłyby na ulice walczyć ogólnie o prawo do aborcji w każdym przypadku, to co w tym złego? Bo gwałt lub kalectwo to jeszcze jakieś wytłumaczenie do decydowania o swoim ciele, a zwykła niechęć do dzieci i zawodność antykoncepcji już nie? Moim zdaniem to chore, że żyjemy w kraju w którym decydują o nas, tak jak już powiedziałaś, ludzie kierujący się religią zamiast nauką, a winę za nieletnie ciąże ponosi nie brak edukacji, lecz „seksualizacja” młodzieży. Oglądałam ostatnio debatę polityczną w której edukacja seksualna w szkołach została określona jako „demoralizująca”. No normalnie witki mi opadły…..
    Sam zakaz aborcji na życzenie jest bzdurny, bo co – w moralności obcej mi osoby to złe i nie mam na to emocjonalnego wytłumaczenia? Zamiast zakazywać może zacznijmy jednak edukować społeczeństwo i nie będzie z tym problemu…..

  6. Morrrigan napisał(a):

    Dobrze napisane. Przyznam że jako mała dziewczynka nie przejmowałam się tym, czy moje zabawki czy ubrania są chłopięce czy dziewczęce, zupełnie nie grało to dla mnie roli, bo miałam w porządku rodziców, którzy nie ograniczali w żaden sposób moich wyborów mówiąc „nie możesz tego mieć, to dla chłopców”. Mam sporo dystansu do tego, uważam że w ogóle rodzice nie powinni zwracać na to uwagi. Jednak skoro nadal takie działy w sklepach funkcjonują, to najwidoczniej część z nich uwagę na to zwraca, a to może dziecko skrzywdzić. Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na różne portale kobiece w internecie – codziennie pojawia się na nich kilka artykułów w stylu „jak zadowolić faceta” „dlaczego robisz sobie krzywdę nie nosząc obcasów” (sic!), „męskim okiem: tych ubrań lepiej nie zakładaj!”, „najstarsza dziewica na świecie” (kiedy w końcu straci cnotę?), „cechy kobiety idealnej” (spoiler: zadbana, wykształcona, dobrze gotuje, sprząta i robi loda) itp. Moim zdaniem to skandaliczne…
    Mam tylko jedno ale. Nie wiem czemu czepiasz się religii w szkole i tego, czego dzieci się tam uczą. Na religii nauczane są zasady wiary katolickiej i jeśli ktoś tych zasad nie wyznaje (jest niewierzący) to przecież nie musi posyłać dziecka na te lekcje. Antykoncepcja to grzech, a aborcja to morderstwo dla katolików więc nic dziwnego, że na religii tego się uczy.

    1. Bo po raz kolejny to religia katolicka jest wywyższana i nauczana w szkołach. „Religia” powinna być lekcją nauczającą o wszystkich religiach – o podobieństwach w nich, różnicach, jak powstawały i jak umierały religie. Dlaczego na lekcje religii nie wpuszcza się świadków Jehowy, nie zaprasza buddystów? Dlaczego ta katolicka religia ma swój czas w szkołach, a inne nie? Powinny być szkółki niedzielne – kto by chciał to posyłałby dziecko na naukę religii do szkółki w niedzielę, żeby się przed mszą czegoś o tej religii nauczyło. Nie w ciągu tygodnia, w szkole.
      Będąc na mat-infie miałam dwie godziny religii tygodniowo i jedną godzinę informatyki. Tak samo było z geografią czy fizyką. Zastanawiałaś się, który z tych czterech przedmiotów jest najmniej ważny dla maturzystów, gdy próbują się nauczyć do matury jak najwięcej? A jednak tych godzin jest dwa razy więcej w programie niż z innych przedmiotów.

      Chodziłam do szkoły jeszcze kilka lat temu. Przez całą moją edukację chodziłam na lekcje religii. W liceum chodziłam już tylko z wygody. Katechetka wpisywała oceny za nic, a przynajmniej nie musiałam czekać dwie godziny, żeby skończyć lekcje o 16:00. Religia lub etyka były już obowiązkowymi przedmiotami. W szkole było spełnione minimum siedmiu osób, które nie chciały chodzić na religię, więc miasto przysyłało nauczyciela etyki. Dwa razy w tygodniu, o godzinie 15:20, mimo, że cała szkoła lekcje kończyła o 14:35. Religia była najczęściej w środku zajęć, więc jeśli nie chciało się mieć dwóch wolnych godzin w ciągu dnia, to szło się na religię. A nie tak to powinno być.

      1. Morrrigan napisał(a):

        Trudno się z Tobą nie zgodzić, niemniej uważam że to temat na zupełnie inną rozmowę. W kwestii tego czy dziecko chodzi na religię czy nie rodzic ma pełną decyzyjność, z tego powodu nie rozumiem krytyki tego CZEGO się tam uczy. Można po prostu zwolnić dziecko. Sama bym swojego dziecka nie posłała i nie podoba mi się pomysł religii w szkole, ale nic na to nie poradzę, a już na pewno nie zamierzam krytykować programu nauczania religii, skoro mam z nią tak niewiele wspólnego.

        1. A nie uważasz, że w szkole w ogóle nie powinno być czegoś takiego jak religia? Że szkoła to nie miejsce na nauczanie o jakichś wierzeniach? (no, chyba że obiektywnie o róznych religiach). Tak samo jak lekarz nie powinien przepisywać modłów lub homeopatii – tak w szkołach nie powinno się uczyć czegoś, co nie ma nic wspólnego z nauką.

  7. Mam dwóch synów. Nie są uczeni, że bycie księżniczką jest fajne. W naszym domu nie jest tak, że Pani Matka podaje swoim mężczyznom pod nos, a potem po nich sprząta. Ich rolą nie jest bycie dzielnymi i nie płakanie.
    Ale wiecie co? I tak tym nasiąkają! Ze szkoły i przedszkola przynoszą idiotyzmy o tym, że różowy jest dziewczyński i chłopcy nie mają długich włosów. Muszę im przypominać, że ich tata jeszcze niedawno miał długie włosy i owszem, mężczyżni jak najbardziej noszą sukienki (patrz ksiądz w szkole).
    A ponieważ na lekcjach religii ilość idiotyzmów mnoży się jak króliki, to zwyczajnie na nią nie chodzą. Jako jedyni. I w ten sposób zmuszają nauczycieli do myślenia, co powiedzieć 7 latkowi, gdy ten ogłasza głośno na lekcji: „boga nie ma” :)

      1. A według mnie nie. To oczywiste, że 7 latek powtarza to, co słyszy w domu. Mając niewierzących rodziców (czyli nas) dodatkowo kwestionujących zastane status quo, siłą rzeczy to powtarza. Równie „mrożące w żyłach” są dla mnie stwierdzenia 7 latków, o tym, że pan bóg mieszka w niebie. To ta sama sytuacja, tylko słowa inne :)

        1. Mnie zawsze takie słowa kojarzyły się z kimś ekstremalnie skrzywdzonym przez los, z kimś będącym na takim „etapie”, że już nawet przestał wierzyć. Czasem ludzie w chwilach zwątpienia czy desperacji wypowiadają tego typu zdania. Dlatego, jak napisałaś, że takie coś mówi dziecko, no to trochę krew mi w żyłach zmroziło, że czego ono musiało już doświadczyć, że już w tak młodych wieku zwątpiło. :( A czy Bóg ma stały adres zameldowania, to nie wiem – są takie rzeczy, które dla nas, zwykłych śmiertelników, są nie do zbadania. Jeżeli Bóg jest energią, to jest wszędzie.

        2. „Nawet”? Po prostu nie został nauczony wierzyć. Lub został nauczony wierzyć w co innego. Gdyby Ciebie powołano na świat w innym czasie i kręgu kulturowym, z równym przekonaniem wygłaszałabyś poglądy o istnieniu Zeusa/Thora/bożka najbliższego zagajnika/nieistnieniu żadnych sił nadprzyrodzonych i możliwe, że o Bogu przez duże B ani podobnym koncepcie byś przez całe życie nie usłyszała. Co to ma wspólnego ze zwątpieniem? ;)

  8. Niby racja, ale z drugiej strony głupio by wyglądało: dla małych astronautek i małych książąt. Pózniej z takiego księcia bawiącego się lalkami wyrasta zniewieściały laluś – tak też można na to spojrzeć. Kobiety muszà być bardziej męskie, bo współczesni faceci zajmują się dobieraniem garderoby.

    1. „Głupio by wyglądało”, bo do tego jesteśmy przyzwyczajeni kulturowo. Czy nie lepiej pokazywać obu płciom fajne wartości, takie jak ambicja, chęć rozwoju, otwartość?

      1. Coś w tym jest. Mam wrażenie, że kultura nie jest do końca sprawiedliwa dla nas, kobiet. Więcej się od nas oczekuje: że będziemy zawsze ładnie wyglądać, ładnie się zachowywać, umieć ogarniać cały dom i jeszcze do tego w ostatnich latach wymaga się od nas również zaradności i umiejętności radzenia sobie z każdą sytuacją. A faceci mogą sobie być astronautami i bujać w obłokach, bo kulturowo postrzegani są jako duże dzieci i jakby więcej im wolno.

        1. Magdalena Jawor napisał(a):

          Eee… nie?
          Od mężczyzny oczekuje się, że będzie obrońcą swojej rodziny, że będzie pewny siebie, przebojowy i zaradny. Kiedy trzeba – dominujący, by zaraz potem przejść w łagodnego i czułego. Że będzie niezależny i będzie miał swoje pasje, ale że większość czasu poświęci partnerce i rodzinie.
          Nie mówię, że któraś płeć ma lepiej, albo że te wymagania są bezpodstawne. Pragnę tylko zwrócić uwagę, że to co mówisz nie jest prawdą, a kultura nie jest niesprawiedliwa tylko względem kobiet. Gdy poczytasz 9gaga albo inne portale opanowane przez nastolatków od razu zauważysz, jak oni czują się ze swoją rolą płciową. Ile jest tam żali typu „nieśmiała kobieta – słodziak, nieśmiały facet – nieudacznik”, „atrakcyjny facet – bogaty, przebojowy, z poczuciem humoru, popularny i wysportowany, atrakcyjna dziewczyna – w miarę szczupła i niezbyt wredna”, „kobieta spoliczkuje faceta i nikt nie zwróci na to uwagi – facet spoliczkuje kobietę i każdy ma go za zwyrola”. Mężczyźni, zwłaszcza dziś, także czują się dyskryminowani i warto raczej walczyć o godne traktowanie każdego zamiast licytować się, kto ma gorzej.

    2. A czemu chcesz zamienić te ubrania? Dlaczego nie może być dla małych astronautek i małych astronautów? A z tym zniewieściałym lalusiem…mój wujek też nie posłał mojego kuzyna do szkoły muzycznej mimo, że jako dziecko przejawiał ogromny talent bo nie będzie z niego „pedała robił”.

  9. WojciechK napisał(a):

    Hmmm… czyli tobie sprzedawca w sklepie z ubraniami każe pokazać akt urodzenia i zabrania kupować ubrań dla dziewczynek, ponieważ masz syna (i vice versa) powołując się na klauzurę sumienia? Jakoś nie widziałem odgórnego nakazu kupowania ubrań zgodnie z płcią. Mój syn ostatnio zażyczył sobie kasę fiskalną oraz lalę (sorry, dzidzie) i jakoś mi to sprzedali. A żyje w głównym bastionie katotalibanu w Polsce. A teraz wyobraź sobie sytuacje, że masz „płód z poważnymi wadami rozwojowymi” i chcesz płód usunąć, a twój facet/mąż/konkubent chce tego dziecka i chce się nim zająć mimo wszystko. I co wtedy? Moje ciało – moja decyzja?

    1. Morrrigan napisał(a):

      Możecie się śmiać ale moim zdaniem to są akurat całkiem do rzeczy argumenty.

      Choć z tymi ubraniami to chyba chodzi o to, że one coś sugerują i zmieniają podświadomość dziecka, a rodzice też chętnie swoje dzieci szufladkują. To chyba takie samonapędzające się koło: ubranka i zabawki w sklepach dla chłopców (pokazują siłę, ambicję, mądrość) i dziewczynek (podkreślają niewinność, słodkość, urodę) wywołują wrażenie w rodzicach, że takie właśnie ich dzieci powinny być, więc rodzice przekazują te wzorce dzieciom – od chłopców wymagają twardości i odwagi, od dziewczynek posłuszeństwa i skromności. A dzieci niekoniecznie muszą być z tego powodu szczęśliwe.
      Ale inna sprawa że te stereotypy nie biorą się znikąd.

  10. Agnieszka napisał(a):

    Dziwnym dzieckiem byłam. Bawiłam się lalkami, czytałam national geographic a teraz, jako dorosła osoba, ubieram się na czarno (bez żałoby, po prostu lubię kolor czarny) i koszulki pulp fiction.

  11. Milena Rybińska napisał(a):

    Ależ Seg – żadne zaskoczenie, który Pan spod budki z piwem opowiadał by takie niedorzeczeństwa? Żaden z prawdziwych specjalistów od życia nigdy by nie popełnił tak absurdalnej wypowiedzi.

    Tak sobie też czytałam artykuł i przypomniała mi się jedna z imprez typu bal przebierańców na levelu wczesna podstawówka. Byłam szeryfką (starszy brat, ah ten recykling) i mimo że zwykle identyfikowałam się raczej z wróżkami i księżniczkami to pamiętam że byłam szalenie dumna z bycia właśnie nią. W końcu o wróżki i księżniczki to się na tej stali nie nie sposób było nie potknąć. No ale ale, bal trwa, szaleństwo, impreza, te klimaty – i nagle słyszę:
    – Nie możesz być kowbojką. Nie ma dziewczyn kowbojek (to kolega z klasy, z tego co pamiętam to w przebraniu pirata z wąsami dorysowanymi kredką do oczu)
    – A niby dlaczego nie? Jak chcą to mogą być. Zresztą ja jestem szeryfką.
    – …

    No nie mógł tego przeboleć. W żaden sposób. A przeboliwał dość głośno w gronie kolegów.

    Niby mnie ten zarzut nie zaszokował, niby nieszczególnie uraził. Właściwie byłam zdziwiona.

    Ale jednak pamiętam do dziś a to było już z 15 lat temu.

    Aha i zdziwiona nadal jestem.
    Nawet teraz bardziej, bo coraz wyraźniej widzę, że to nie tak że mówienie innym ludziom, kim mogą być a kim nie to tylko taka podstawówkowa faza była.

  12. Absolutnie popieram protest przeciwko ordo iuris, ale projekt „ratujmy kobiety” jest jak zażyczenie sobie mercedesa pod choinkę i awantura o to, że się nie spełniło. Jak wyciąganie ręki do ujadającego psa i dziwienie się, że odgryzł. Jak wiara w to, że Sejm działa dla obywateli, a nie dla swojego elektoratu. Największą bekę z kobiet mają twórczynie tego projektu. Podajmy konserwatystom liberalną ustawę i patrzmy jak 200 000 podpisów ląduje w koszu.

    W 1993 roku, gdy (uwaga!) wprowadzono ordo iuris, obywatele zebrali 1,7(!) miliona podpisów za organizacją referendum w tej sprawie. Nie tyle wniosek wylądował w koszu, co nawet go nie rozpatrzono. Tematem aborcji żonglowano jeszcze w 1996, 1997, 2001, 2002, 2004, 2005… Cytat z „tygodnika przegląd” – Listopad 2006:

    „Konserwatyzm dołów będzie się tylko pogłębiał, a poparcie dla lewicy słabło. Niezadowolenie znajdzie upust w sympatii dla ruchów faszyzujących i pomysłów w duchu „rewolucji moralnej”, która wymiecie lewicowych pragmatystów. Gorzej, że stracą na tym kobiety – najwięcej te, które nie dowiedzą się nawet o możliwości wyzwolenia od patriarchalnych schematów.”

  13. Dzięki za ten tekst – przeczytałam z wypiekami na twarzy. Wiem że powstał dawno, ale jest wciąż prawdziwy, wciąż aktualny, wciąż ma moc. Otóż to, kobieta nie jest lalką, a jej ciało jest JEJ ciałem, a ona sama to coś więcej niż to ciało. Kiedy ludzie słyszął że jestem feministką patrzą na mnie w ten specyficzny sposób: „idiotka…”, ale mam to gdzieś. Boli mnie jedynie kiedy same kobiety kopią nam grób swoimi gadkami jakoby feminizm był seksizmem, a wyznawczynie tej ideologii mają źle we łbach. Ech…:/ Kiedy ten kraj dorośnie?

  14. jest jeden aspekt gdzie mężczyźni nie mogą w Polsce decydować o swoim ciele, z tego co pamiętam nie ma legalnej wazektomii. A to przecież najlepsza metoda antykoncepcyjna.

    1. Ann napisał(a):

      Źle pamiętasz. Akurat wazektomia w Polsce jest legalna i od kilkunastu lat dostępna praktycznie w każdym większym mieście.

  15. Kinga Maciejek napisał(a):

    Ten tekst niestety opiera się głównie na stereotypach i powszechnie powtarzanych kłamstwach. Ten najgorszy to, że Kościół kiedykolwiek stawia dziecko nad kobietą! Never! Kobieta zawsze ma prawo się leczyć. Kobiety w ciąży są z powodzeniem leczone przy np. chorobach nowotworowych i to z uwzględnieniem tego, że ich ciele jest drugi człowiek i trzeba dobrać leczenie tak, żeby mu nie zaszkodzić, polecam wywiad: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20199288,onkolog-nie-widzialem-na-onkologii-cudu-i-walcze-z-tymi-co.html
    A jeśli leczenie miałoby zaszkodzić dziecku, to i tak według Kościoła kobieta ma do niego prawo. W przypadku ciąży pozamacicznej można ją usunąć, bo to jest konieczne dla ratowania życia kobiety.
    Nie podoba mi się również zestawienie Kościoła z zakazem publicznego karmienia piersią. Może nie jest to wprost powiązane, ale konstrukcja tekstu sugeruje, że Kościół ma coś do publicznego karmienia, a to nieprawda. Sam papież Franciszek zachęcał kobiety to karmienia w kościele.
    Zakaz aborcji nie bierze się z zabobonów, tylko z nauki właśnie. Wystarczy zrobić USG, żeby nie mieć wątpliwości, że tam jest mały człowiek. I nie da się inaczej wskazać początku ludzkiego życia niż moment poczęcia.
    I przypominam, że kobieta decyduje trochę wcześniej – gdy decyduje się na stosunek seksualny (oczywiście poza wypadkiem gwałtu), bierze na siebie też konsekwencje w postaci ewentualnego dziecka. Szkoda tylko, że partnerzy tych kobiet nie raz tych konsekwencji na siebie nie biorą…

Dodaj komentarz