W poszukiwaniu inspiracji

Czasem, gdy siedzi się głęboko w jakimś temacie i głowi nad rozwiązaniem problemu przez długi czas, warto się wyłączyć, zdystansować i nawet fizycznie oddalić – by spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. 

Taką funkcję pełni u mnie właśnie wyjazd do Krakowa. Od początku miesiąca głowię się nad remontem S35. Kombinuję, jak zaplanować układ mieszkania, martwię się o koszty, szukam wykonawców. A do tego ciągle wpadają mi jakieś wyjazdy, blogowe zlecenia i spotkania. Gdy nawet mam ten spokojny dzień w Warszawie, kiedy nic nie muszę zrobić, jakoś nie mogę się skupić i skoncentrować na remoncie i przeprowadzce. Tyle jeszcze decyzji do podjęcia. Tyle rzeczy do zaplanowania. Grudzień już za chwilę a ja wciąż czuję się jak dziecko we mgle.

W czwartek wsiadłam w Tosię i postanowiłam się wyłączyć. A nic tak nie wyłącza jak kilkugodzinna jazda samochodem.

Do Justynidesa dotarłam w nocy. Od razu siadłyśmy do wymyślania logo dla Segritty, bo przecież w grudniu startuje nowa strona, w której nie będzie ani jednego rurzowego piksela. Nie wiem, czy pokazywać Wam teraz pomysł, na który wpadłyśmy… Oj tam. Pokażę. Może coś mi podpowiecie. Jesteśmy teraz na etapie rozkminiania, jak to ładnie narysować w jakimś programie graficznym. Bo teraz mamy tylko szkic, taki mglisty koncept, który trzeba zrobić wektorowo w czerni i bieli. I z góry uprzedzam, że szczegółowośc logo jest zamierzona. Ma być właśnie takie, oldskulowe, z tą kobietą, podwiązką i dwoma brytanami u boku.

Następnego dnia odwiedziłyśmy Grybów. Rodzinne miasto Justynidesa, w którym robię pewien tajny projekt. Jedyne miasto w Polsce, gdzie budują publiczne jackuzzi. Miasto Ernesta, człowieka – historii, z którym spotkałyśmy się w knajpie założonej przez Mieszka I, którego matka urodziła się w Grybowie i prowadziła tu salon piękności dla pudli.

Jackuzzi w Grybowie
Ja, Ernest i Justynides w knajpie, w której Mieszko I zjadł pierwszego pieroga.
Jezioro Rożnowskie. Miejsce, gdzie kończy się mapa świata i zanikają tekstury.

W końcu wróciłyśmy do Krakowa i zamelinowałyśmy się u Mścisława, przy kominku, whisky i pierniku od mamy Justynidesa (pani Mamo, jest pyszny! :*). No i tu, zupełnym przypadkiem powstała koncepcja zrobienia u mnie w łazience lustra z lampkami dookoła (jak w charakteryzatorni gwiazd) i znalazłam pana do pomocy w remoncie (bo u Mścisława pięknie się spisał przy naciąganiu ścian).

No. A teraz siedzimy z Krizem w Alchemii, piszemy internety i robimy casting na dzisiejszą ekipę imprezową. Będziemy żulować na Kazimierzu. :)

 

Komentarze do wpisu: 8 Napisz komentarz

  1. Z tego co oczy me, już niemłode zresztą, się dopatrzyły, widzę, że nawet bociek na Ciebie czekał, mając za nic wędrówkę swych braci ku południu. Choć przyznać muszę, że na takiego nieruchawego dość wygląda. Chyba, że zamarł w bezruchu na widok Segritty.
    Internety zdecydowanie potrzebują, aby je pisać, bo co jeśli o nich zapomnimy? Tysiące ludzi we mgle albo we noc zbłądzą, szukając po omacku swych przeznaczeń.
    Logo wydaje się być ostrym, potrzebnie lub nie, z pewnością ma w sobie coś co uwagę przykuwa i o posłuszeństwo prosi, w świetle fetyszy kilku. Oryginalne, bez zdania jednego, o dwóch nie wspominam.
    P.S.
    Inspiracja sama przyjdzie, szukać jej nie trzeba, to zwodnica jest niepyszna i grymaśna.

    Howgh!

Dodaj komentarz