Rozstania wcale nie są złe!

Jeśli buszujecie czasem po Facebooku, na pewno natknęliście się na taki mem: zdjęcie pary staruszków czule trzymających się za ręce w jakimś uroczym brytyjskim parku. Krąży po sieci od dawna i od dawna wzbudza gorliwy zachwyt.

para

Tysiące lajków i udostępnień, komentarze pełne pochwały dla tego podejścia. Ludzie rozgoryczeni rozstaniami i rozwodami, których dziś jest naprawdę sporo. Skrzywdzeni zdradami i sfrustrowani lekkim podejściem do przysięgi małżeńskiej. Albo nawet tacy bez przejść, młodzi, ale pełni ideałów o wiecznej miłości. Tacy jesteśmy, my, pokolenie uwielbiające ten demotywator – stęsknieni za starymi czasami, gdy pary wytrzymywały ze sobą 50 lat. No to ja bym chciała Wam opowiedzieć o tych wspaniałych czasach.

To były czasy, w których ze względu na konwenanse i wiarę, rzadziej dochodziło do rozstań i rozwodów. Fakt. Małżeństwa tkwiły ze sobą w toksycznych relacjach, w których dominowała przemoc lub zobojętnienie. Żona nie odchodziła od męża, który ją bił, nie tylko dlatego, że nie umiałaby sama się utrzymać i wychować dzieci, ale też dlatego, że „co ludzie powiedzą”. Zdrady były na porządku dziennym. Jak zawsze. Zamiatane pod dywan lub uznawane za naturalne, „bo tacy są mężczyźni”. Panny łapały kawalerów i tylko marzyły o ślubie, bo to jedyna słuszna droga dla kobiety – szybko złapać męża i płodzić dzieci, które ją będą zawsze kochać i zawsze pozwolą kochać siebie. To były takie czasy. Tam się niczego nie naprawiało. Tam się zamykało oczy na kryzysy. Tam się trwało w nieszczęściu w lęku przed ostracyzmem społecznym lub przed jeszcze większym nieszczęściem samotności. A dla mnie człowiek powinien być szczęśliwy i szukać tego szczęścia nawet wtedy, gdy wymaga ono ryzyka. A przynajmniej powinien mieć do tego prawo.

Dobrze, że żyjemy w innych czasach. Dobrze, że się rozstajemy. Dobrze, że mamy odwagę poszukiwać i dojrzewać do innych relacji, nowych związków, zaczynania życia na nowo. Bo dobry związek to nie jest ten, który trwa 50 lat, tylko ten, w którym człowiek jest szczęśliwy, może być sobą, rozwijać się i realizować. Czasem ten rozwój i realizacja sprawiają, że odchodzimy od siebie, bo nagle nie mamy już 20 lat i każde z nas czegoś innego szuka w życiu. Czy rozstanie sprawia, że to był zły związek? Ależ skąd! On był dobry, jeśli podczas jego trwania byliśmy szczęśliwi.

Mam za sobą trzy wspaniałe, szczęśliwe związki. Każdy z nich dał mi coś innego, każdy mnie czegoś nauczył. Z każdym z partnerów mam dobre wspomnienia i mnóstwo pozytywnych uczuć do siebie, nawet teraz, po rozstaniu. Z dwoma jestem w stałym kontakcie i, co więcej, lubię się z ich obecnymi partnerkami, bo kto, kurna, powiedział, że trzeba nienawidzić swoich byłych i ich obecnych partnerów? To jest właśnie to myślenie ze starych czasów: pielęgnować w sobie zazdrość i zawiść. Trzymać się starych uczuć, planów i oczekiwań. A przecież ludzie się zmieniają i naprawdę nigdzie nie mamy w naszym wachlarzu typowych dla gatunku zachowań monogamii aż po grób. Zwłaszcza, że żyjemy teraz dużo dłużej niż kiedyś, gdy człowiek trzydziestoletni to mógł już sobie grób kopać.

Dziś możemy w ciągu jednego życia zmieniać się tak dynamicznie, że gdybyśmy poczytali nasze pamiętniki z okresów dzielonych na dekady, zauważylibyśmy, że nasze marzenia i to, co nam sprawia przyjemność, zmieniało się w przepływie tych wszystkich lat. Gdy miałam dwadzieścia pięć lat, nie chciałam jeszcze mieć dzieci, wychodzić za mąż i mieszkać na zadupiu. Chciałam zdobywać świat, uczyć się i poznawać różne kultury. Chciałam szaleć i bawić się, nocować gdziebądź w Paryżu i całować się z przystojnymi Francuzami w gejowskim klubie Queen. Teraz szaleństwem jest wypicie butelki wina z przyjaciółką i pójście spać o pierwszej ;) I nie każdy musi przechodzić taką samą ewolucję, nie każdy musi dokładnie tak samo jak ja się starzeć i zmieniać priorytety. Dlatego nie ma nic złego w tym, że po jakimś czasie (to może być rok, dziesięć lub trzydzieści lat) drogi dwojga ludzi się rozchodzą i oni też postanawiają się rozstać.

Dobrze mieć świadomość, że można.

Że mamy do tego narzędzia prawne i psychologiczne.

Że nikt nie jest niczyją własnością.

Że nikt nikogo nie musi kochać, skoro nie kocha.

I – tak, warto walczyć o związek i aktywnie go naprawiać, jeśli obu stronom na tym zależy. Ale jeśli przynajmniej jedna ze stron już nie chce, to to jest świetny powód, by się rozstać. Serio – świetny. Bo każdy powód do rozstania jest dobry – skoro jest powodem do rozstania.

Jeśli chcesz odejść, bo ona nie zmywa naczyń, to znaczy, że powinieneś odejść. Bo gdybyś ją kochał i był z nią szczęśliwy pomimo tych naczyń, to byś nie chciał z tego powodu odejść. Rozumiesz? Najwyraźniej nie jesteś z nią szczęśliwy. Nie odpowiada Ci. Nie jesteś dojrzały do takiego związku lub po prostu potrzebujesz kogoś innego. Albo potrzebujesz samotności. Tu nie ma złych decyzji.

Zdrada – tak, to jest powód, żeby nie lubić swojego exa. Ale skoro doszło do zdrady, to w związku musiało się źle dziać. Był w jakimś stopniu niewystarczający. I najczęściej to się dzieje właśnie dlatego, że ludzie próbują sobie wmówić, że muszą ze sobą trwać. Że nie mogą się rozstać lub chociażby pójść na terapię par w ramach walki o szczęśliwe partnerstwo. Nie, po prostu ze sobą trwają, ignorując postępujące ochłodzenie relacji, coraz mniejszą sympatię do partnera i kłótnie. Trwają w tym i doprowadzają do zdrady.

Dlatego uważam, że rozstania są dobre. Dobrze, że się rozstajemy, rozwodzimy (szkoda, że to tak długo trwa i takie drogie jest tylko), że mamy odwagę szukać szczęścia i że nie pozwalamy dziś głupim konwenansom i tradycjom trzymać nas w złych relacjach. Bo z dobrych się nie wychodzi.

 

 

Komentarze do wpisu: 32 Napisz komentarz

  1. Obserwuję jak wokół mnie znajome pary rozpadają się z powodów, które ja uważam za głupie – osobiście uważam że trzeba się nie lubić, żeby to czy owo uznać za kość niezgody. I tutaj zgodzę się z demotywatorem. Wielu ludziom po prostu nie chce się ze sobą rozmawiać, ale… to zupełnie tak, jak nie rozmawiało się w związkach z pokolenia naszych rodziców (i pewnie dziadków). I ci ludzie żyją ze sobą, często po dziś dzień, razem, ale osobno, obok siebie, unieszczęśliwiając się wzajemnie (czasami odnoszę wrażenie że uznają, że to uciemiężenie ich uszlachetnia, i tak się męczą ze sobą licząc na… sama nie wiem na co). „My, młodzi” chcemy być szczęśliwi i z takich związków potrafimy się już lepiej wyplątywać, ale mimo to gdzieś z tyłu głowy kołacze mi myśl, że nad związkiem jednak trzeba popracować, nic nie jest podane na tacy. Nie sztuka znaleźć idealnego człowieka i się w nim zakochać. Pokochać nieidealnego – to już coś. I warto, cholera, na prawdę… ale o tym mogła bym dłuuugo pisać :)

    1. Magdalena Jawor napisał(a):

      Właśnie. Nie chodzi o to, by być razem na siłę, wbrew woli własnej i tej drugiej osoby, ale by wkładać w związek pracę. Całe mnóstwo ludzi wnosi do związku jedynie oczekiwania i systematycznie się rozczarowuje, tłumacząc sobie, że „to nie to”, „nie byli sobie przeznaczeni”, „nie zaiskrzyło”. Traktują związek jako łut szczęścia, coś, co nie zależy od nich, tylko od losu/przypadku/przeznaczenia, więc nie biorą za niego odpowiedzialności. Pod tym względem ten mem jest ok – kładzie nacisk na wartość pracy nad związkiem. Drugą stroną medalu jest sugestia, że kiedyś ta praca była czymś oczywistym. Jest ona fałszywa – kiedy nacisk na pozostanie razem był większy, cała masa ludzi uciekała w zdrady i podwójne życie, albo wprost oznajmiała partnerowi, że nic do niego nie czują i są z nim tylko po to, żeby „ludzie nie gadali”. To już jednak zupełnie inna historia.

  2. Seg, nawet nie wiesz, jak bardzo Cię szanuję za ten tekst. Nie lubię tego brandzlowania się głupimi obrazkami, które nie pokazują nawet jednej setnej tego, jakie jest życie ludzkie.

    1. A wiesz, kiedyś widziałam obrazek, który mógłby Ciebie zainteresować. Taka sama para staruszków, czule objęta na ławce i pytanie z zewnątrz, jak to zrobić, żeby być ze sobą całe życie i być tak szczęśliwym jak oni. Najlepsza odpowiedź: „A skąd mamy wiedzieć? Poznaliśmy się miesiąc temu w sanatorium…”

  3. Wolves On The Road napisał(a):

    Rozstania sa dobre! Kiedyś po kilkuletnim związku rozstałam sie z moim obecnym mężem. Wlazła nam z buciorami do związku rutyna ale wciąż utrzymywaliśmy kontakt. Po niecałych 2 latach przerwy zeszliśmy sie, bo zrozumieliśmy ze razem nam było najlepiej :) najlepsza decyzja w życiu!
    Kiedyś trafiłam na faceta który chciał zmieniać mnie… a ja postanowiłam zmienić faceta. Najgorsze co można robic to próbować zmienić kogoś na siłe.

  4. Cieszę się, że i Ty poruszyłaś ten temat. Naprawianie związku – jak najbardziej, pod warunkiem że obie strony tego chcą. Czasem rozstanie to najlepsza rzecz jaką dana para może zrobić. Najlepsza nie tylko dla nich, ale i dla całego otoczenia, nawet (a wręcz: zwłaszcza) dla ich ewentualnych dzieci. Najlepiej bez ociągania, póki jeszcze można zrobić to we względnie spokojnej atmosferze, zamiast potem warczeć na siebie mijając w kuchni i dobijać się wiecznymi pretensjami. Jako dziecko pary, która zwlekała z rozstaniem zdecydowanie za długo, żałuję że takie teksty jak Twój nie pojawiały się częściej te kilkanaście lat temu :)

  5. aaaaanaaa napisał(a):

    Rozstania nie są złe, ale złe jest publiczne obrzucanie się błotem po rozstaniu oraz próby oskubania partnera w trakcie rozwodu. Świetnie, że ludzie potrafią przerwać niesatysfakcjonujący związek, ale szkoda, że spora część nie potrafi zrobić tego w kulturalny sposób. Absolutnie nie mam na myśli tego, że trzeba tłumić emocje czy kochać się po rozstaniu, ale o taką ludzką przyzwoitość, żeby mimo tych złych emocji nie być „chujem” dla drugiego człowieka – kiedyś bliskiego. Dlatego bardzo razi mnie opowiadanie wszystkim wkoło o intymnych szczegółach związku, robienie z partnera najgorszego ścierwa, a jeśli związek był formalny to straszna jest walka pt. „puszczę go/ją z torbami!”

  6. Ech, znam ten twój pogląd z wcześniejszych wpisów i nie zgadzam się :) tzn. ja widzę jednak dużą wartość w trwałości relacji. Pewnie, ze nie za wszelką cenę, myślę, że jest pewien etap związku, kiedy rozstanie jest jak najbardziej ok – tzn na początku. Dla mnie ślub to jest bardzo spoko sprawa bo jasno określa granicę – angażujesz się albo nie. Ale nie musi być ślub, czasem czuje się, ze związek wszedł na wyższy poziom przez zamieszkanie razem czy moze cos innego.
    W każdym razie – kreślisz idealną sytuację, w której obie strony znajdują sobie nowych partnerów z którymi są szczęśliwsi – trochę czuję tu mit o czekającej gdzies drugiej połówce. ;) niestety nie zawsze tak jest. Często porzucone osoby mają duży problem, żeby wejść kolejny raz w relację, bo związek to jednak taki poziom intymności, którego nie da się osiągać ot tak, z coraz to nową osobą.
    W ogóle dla mnie małżeństwo to trochę taka deklaracja „jesteśmy rodziną” tak jak jest się rodziną z mamą czy bratem. A żeby „zerwać” z mamą i znaleźć sobie nową potrzebne są naprawdę grube powody. Cieszę się tez, ze powszechnie kobiety jednak nie stwierdzają „nie jestem szczęśliwa w macierzyństwie, odchodzę, dziecko”.
    Potrzebna nam jest stałość. Ja widzę związek jako pewien taniec dwóch osób, gdzie jedna osoba wpływa na drugą. Często jest tak, ze ktos kto jest w toksycznym związku będzie tworzył podobny z kimś innym, bo tak wpływa na ludzi, takich sobie partnerów dobiera. Zamiast rzucać kolejne osoby i myśleć że gdzieś tam jest ktos kto mi bardziej spasuje, warto pomyśleć o co mi chodzi i popracować z tym związkiem który jest. Dla mnie rozstanie zawsze będzie zostawiało dziury.
    Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby kurczowo trzymać się kolesia z ktorym się bylo na jednej randce, tak jak napisałam uważam, ze spoko jest na początku byc krytycznym i nie raz i nie dwa stwierdzić ze nic z tego nie będzie – bo tak jet, czasem roznimy się za bardzo. Ale na pewnym etapie zaangażowania po prostu potrzebujemy kogoś, kto z nami będzie na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie.

    1. Patrycja Śliwerska napisał(a):

      Zgadzam się. Wychodzę z założenia, że postanowiłam sobie być z mężem szczęśliwa już do końca życia i pracujemy nad tym, żeby tak było. Jednak należy też wziąć pod uwagę sytuacje, kiedy partner po ślubie zmienia swoje zachowanie (nawet lata po ślubie). Jeśli Partner przestaje Cię szanować (uzależnienia/przemoc/zdrady/wyzwiska) to z szacunku do samego siebie, po próbach naprawienia problemu, należy się rozstać. Dla siebie i ewentualnych dzieci. Niech wiedzą, że takie zachowanie nie jest normalne i nie może być tolerowane. I nie ma znaczenia, czy Partner to kobieta, czy mężczyzna. Jeśli nie ma w drugiej osobie woli walki o związek, to nie ma sensu się „dusić”.

      1. A nie no, pewnie. Nie mówię o patologii, ale Segritta chyba też nie. Zresztą, tak samo jest dla mnie zrozumiałe, że ktoś zrywa stosunki z bratem, który go okrada czy z ojcem psychopatą.Nie chodzi o to,żeby być z kimś za wszelką cenę, ale według mnie zbudowanie dobrej relacji, otworzenie się przed kimś, wymaga jednak pewności, że następnego dnia mój chłopak nie postanowi jednak szukać szczęścia gdzie indziej ;)

  7. Mam takie samo zdanie. Rozwiodlam sie 2 razy, z bylymi mezami mam swietny kontakt. Obecnego i wreszcie odpowiedniego partnera poznalam majac 38 lat i jestemy z soba 7 lat, z perspektywa „do konca” ;) Niestety ludzie nie potrafia sie ladnie rozstawac. Nawet jak rozstanie nie odbylo sie z powodu jakiejs patologii, bicia itp, to jest to zawsze dramatyczne, niedobre, pelne goryczy, kobiety limituja dostep do dzieci na zlosc) itp.

  8. Morrrigan napisał(a):

    Ogólnie się zgadzam, że lepiej się rozstać niż trwać mimo wszystko, ale jak można nazwać udanym związek, nad którym nie warto było pracować? Rozumiem akceptować niepowodzenie, ale robić z niego sukces? Nie kupuję tego.

  9. Rozumiem, czemu ludziom podoba się ten obrazek. Ty też wiesz. Choć mierzi mnie słowo „wytrzymali”. Matka Polka cierpiętnica pięćdziesiąt lat z jednym chłopem. I znów, jak co rok, on się upije na Wigilię, a ona te pierogi miliony pierogów pozlepia i ugotuje w wodzie osolonej łzami. Niektórzy lubią być nieszczęśliwi. Nie przeszkadzajmy im.

    1. Magdalena Jawor napisał(a):

      Ja w pełni rozumiem, że twój post to ironia, ale jednak napiszę, że nikt nie lubi być nieszczęśliwy. Większość ludzi marzy o tym, że spotka kogoś, kto uczyni ich życie szczęśliwym i z kim będą mogli się zestarzeć, stąd popularność tego mema. Seg wzięła jednak problem ze złej strony – spójrzmy na partnera jak na samochód. Jeśli jest ładny i jeździ bez zarzutów, to nie ma sensu go zmieniać – to oczywiste. Natomiast jeśli coś zaczyna w nim niedomagać – trzeba się pochylić nad problemem. Jeżeli nagle zdajemy sobie sprawę, że albo ktoś sprzedał nam bubla, w którym pada wszystko, albo kupiliśmy pierdzikółko licząc na sportową jazdę – zmieniamy samochód bez żalu, kupujemy właściwy i jest ok. Kiedy jednak okazuje się, że systematycznie psujemy drugi, trzeci i dziesiąty samochód w taki sam sposób, to warto pomyśleć, czy problemem rzeczywiście jest nasz pech do kupowania pojazdów, czy błędy w użytkowaniu, które złomują najlepsze maszyny. Tu nie chodzi o to, by jeździć dławiącym się rzęchem i udawać, że to ferrari – tu chodzi o to, by zastanowić się, czy to nie nasze obchodzenie się z autem zamienia każde ferrari w rzęcha. Bo jeśli to przeoczymy, będziemy wydawać fortunę i tracić czas, a efekty wciąż będą tymczasowe.

      1. A co jeśli ktoś lubi po prostu raz na jakiś czas zmienić samochód?
        Albo jeśli, mieszkając w Kairze, będzie potrzebował innego auta niż na czas trzyletniego mieszkania w Oslo?
        Albo jeśli po prostu po dziesięciu latach z Toyotą postanowi, że teraz chce spróbować Citroena?

        1. Magdalena Jawor napisał(a):

          (Wyłączając język samochodowy) Jeżeli ktoś lubi co jakiś czas zmienić partnera, powinien uczciwie mówić to na początku każdego związku. Jeśli ktoś zmienia partnera czasowo, bo np. zmienia się tryb jego pracy, czy cokolwiek, też nie wydaje się traktować związku poważnie. I… to też jest OK, jeśli obydwoje partnerów podchodzi do siebie w taki sam, luźny sposób, i dla drugiej osoby nie będzie to życiowa tragedia. A zmiana partnera tylko dlatego, żeby spróbować czegoś nowego… Dlaczego nie zaproponować partnerowi, by zmienił się razem z nami, i nie zacząć czegoś nowego razem?
          Jeżeli zerwanie nie jest pochodną kryzysu, to rozumiem, że związek był raczej luźny i mało obiecujący. Szanuję takie podejście i uważam że FWB jest świetnym układem… ale natura większości ludzi sprawia, że bardzo się do swoich partnerów przywiązują, zwłaszcza, jeśli ich kochają i dbają o związek. Większość ludzi (cały czas zaznaczam, że nie każdy – rozumiem to) chce czuć się w związku bezpiecznie, a jak czuć się bezpiecznie ze świadomością, że partner może w każdej chwili stwierdzić, że chce pójść na żywioł i nas opuścić, jakbyśmy się nie znali? Stąd marzenia o zestarzeniu się razem – przeważnie ludzie nie zaczynają związku „na poważnie” (ślub czy zaręczyny) mając na uwadze, że będzie to tylko kolejne doświadczenie w życiu, tylko licząc, że znaleźli swoją „drugą połówkę”, którą będą kochać i z którą spędzą życie. Jeśli umówimy się na ten „poważny” związek, to zerwanie z partnerem może być dla niego traumą, nie mniejszą niż śmierć rodzica czy dziecka. Przykład z życia znanej mi pary: ona odeszła od niego po 25 latach związku, gdy dzieci się usamodzielniły. Dla niej była to bomba, nowa jakość życia, a on przypłacił to ciężką depresją i załamaniem nerwowym. Prosił partnerkę, by dała mu szansę, obiecywał zmienić w sobie cokolwiek, czego ona sobie zażyczy. Ona odmówiła, twierdząc, że nie chce żadnych zmian, tylko nowego partnera. Dla mnie to było ekstremalnie nie w porządku – opuścić najbliższą osobę, nie pozostawiając jej żadnego wpływu nas sytuację, i zostawić ją kompletnie zdewastowaną. Dlatego też uważam zerwanie ze względów niekryzysowych za OK, jeżeli drugi partner też jest na tak. Jeżeli nie, to jest okazaniem zupełnego braku szacunku dla drugiej (w dodatku teoretycznie najbliższej) osoby i braku odpowiedzialności za swe decyzje.

          .

        2. aaaaanaaa napisał(a):

          Ludzie to nie samochody i moim zdaniem, podejście typu: „znudził się, wymieniam”, nie jest dojrzałe. Absolutnie nie jestem fanką trwania w nieudanych związkach, ale kończenie związku z powodu chęci zmiany na nowszy model jest przedmiotowym traktowaniem drugiego człowieka. Oczywiście zależy to jeszcze od charakteru związku, jeśli to luźny związek, ok, ale tak jak ktoś niżej napisał – jeśli związek jest na poważniejszym etapie, to rozstanie z powodu chęci przeżycia wrażeń, wydaje mi się słabe…

      2. No jasne! Ale właśnie, że jakaś część ludzi wybierze kogoś najgorszego dla siebie z wszystkich możliwych opcji do wyboru. To jak kupić parolitrowego jeepa a pozniej nudzić, że dużo pali i części drogie. I jeździć tym jeepem i marudzic i nie dostrzegać, że w gruncie rzeczy to fajne auto i że je lubimy. A jak nie mamy kasy to może na pieszo trzeba pochodzić? Jest wiele opcji. Najgorsza to tkwić w beznadzei i być nieszczęśliwym ( na wlasne życzenie ) i nie chcieć nic z tym robić. Ze strachu, z lenistwa, bo już ileś tam lat minęło i po co cokolwiek zmieniać…

  10. W pełni popieram i rozumiem. Jeżeli którakolwiek ze stron nie jest szczęśliwa, to znak, że coś po drodze nie zgrało. Nie ma co naprawiać na siłę. Chociaż oczywiście, jeżeli oboje partnerzy chcą – warto wysilić się trochę i wspólnymi staraniami naprawić co się da. Problem jest jeszcze taki, że niewielu ludzi potrafi rozstać się z godnością i tak „po ludzku” bez prania brudów i obrzucania się winą. Do tego potrzebna jest chyba ogromna emocjonalna dojrzałość. Szkoda, że niewiele osób potrafi przyjąć, że jeżeli kiedykolwiek kochało się i szanowało swojego partnera, trzeba pozwolić mu odejść i szukać szczęścia tam, gdzie faktycznie może je znaleźć.

  11. Ja mam trochę problem z tym, żeby tak entuzjastycznie podchodzić do rozstań.
    Być może dlatego, że lata mnie nauczyły że wiele rozstań dzieje się w podobnym momencie relacji. Kiedy jedna strona dochodzi do momentu problemu i nie chcąc się z nim mierzyć przestaje być szczęśliwa bo ją problem mierzi i stopuje. I widzi ten problem w drugiej osobie. A potem jest w kolejnym związku, ten się rozwija, kwitnie, wszsystko jest super a potem znów. ten sam moment „nie jestem szczęsliwy/a” czas z tym skończyć i poszukać na nowo. I przyglądasz się tej osobie od kilku lat i widzisz, że jej zwiazki są zawsze takie same, tak samo się zaczynają, tak smo kwitną i w tym samym momencie wiedną. I ta osoba krzywdzi kolejnych ludzi bo „już nie jest szczesliwa a ma do tego prawo” i nie dostrzega, że to szczęście kończy się w konkretnym momencie.

    Ja może i jestem ze starej szkoły że trzeba naprawiać bo widziałam dziadków, którzy potrafili się kłocić doprowadzać do łez, ale również ogromnie cenić, szanować, przepraszać i przyznawać że gdzieś popełnili bład, przyjaźnić się mimo, że z wiekiem pewne cechy uwypuklały się bardziej i bywały trudniejsze do znoszenia.

    Więc zawsze jak myślę o rozstaniu to myślę sobie tez na ile to „moje prawo do szczęścia” nie jest zwyczajnym tchórzostwem by przełamać, że coś nie jest piękne, kolorowe, motylkowe i takie euforyczne. Na ile nie jest niechecią by zrozumieć, że relacja między ludzmi – zwłaszcza wieloletnia – to wszystkie odcienie tęczy, z czarnym i szarym łącznie. I czy przypadkiem nie jest tak że poddajemy się bo jest czarno i mam prawo do szczescia bo uważamy błędnie, że zawsze trzeba być szczęsliwym.
    a może to mój pesymizm mi podpowiada, że szczeście nie może istnieć notorycznie na tym samym poziomie i potrzebuje wyrównania. I to wyrównanie to nie zawsze jest moment w ktorym trzeba się rozstać ale ten w którym podejmie się próbę walki mimo, że druga strona wygląda, że nie chce albo ja przestałam się czuć szczęśliwa.

  12. Pionierka napisał(a):

    Myślę, że kiedyś też były związki dobre i złe. I teraz tak samo część ludzi trwa w złych związkach, bo wcale nie tak łatwo jest się rozstać. Wiem coś o tym, bo moje dwa poważne związki to ja zakończyłam i wiem jaka to była trudna decyzja. Ale z perspektywy czasu wiem, że te decyzje były dobre.

  13. MarysiaOsa napisał(a):

    Moi dziadkowi obchodzili ostatnio ze sobą 60 rocznicę ślubu. Dziadek jest trudny. Uparty i zawsze wie najlepiej. Jak coś się stanie to „wina babki”.

    Babcia powiedziała mi szczerze jedną rzecz. Gdyby za jej młodości czasy były inne, to by go zostawiła. Teraz już jest za stara. Było to przy okazji jak przyszłam babci pokazać pierścionek zaręczynowy. Powiedziała, że gdyby cokolwiek się działo (a życzy mi jak najlepiej, żeby nie było), żebym nie bała się odejść. Kocham ją bardzo mocno.

  14. Wydaje mi się, że problem tkwi również w tym, że obecnie zbyt lekkomyślnie oceniamy jakieś uczucie jako miłość do grobowej deski (i nie dotyczy to tylko nastolatek). Zakochujemy się, są wszystkim znane motylki w brzuchu, jesteśmy rozemocjonowani i myślimy, że tak już będzie zawsze. Wobec tego podejmujemy pochopną decyzję o związaniu się z drugim człowiekiem na zawsze – zaczynamy mieszkać razem, formalizujemy związek itp. Jednak okazuje się, że „na zawsze” okazało się być „na chwilę” i jest wielka tragedia bo już jest jakieś zobowiązanie, bo już życie poukładało się wspólnie i jak tu się teraz odłączyć. A rozstanie to nie koniec świata. Z każdego związku można coś wynieść.

  15. Nemesis Nave napisał(a):

    To ja pójdę jeszcze dalej: wszelkie konwenanse to kiepska sprawa. Mi nie podoba mi się między innymi to, że w naszym społeczeństwie niemonogamiczne związki są piętnowane. Jest to również poniekąd hipokryzja bo raz – zdrady są „dopuszczalne” społecznie (właśnie te klasyczne „faceci tak już mają”), dwa – aktualnie króluje monogamia seryjna, więc twierdzenie, że nie można kochać więcej niż jednej osoby jest zabawne.
    „Problem” nieco inny, acz sprowadza się do tego samego co rozpady związków – zaglądanie ludziom do łóżka, ocenianie ich „moralności” przez pryzmat ideałów jakie aktualnie ma większość.

  16. To zdjęcie wzbudziło taki odzew, ponieważ ci staruszkowie po 50 latach idą trzymając się za ręce. A wiele par będzie po takim stażu małżeńskim siedzieć na skrajnych końcach kanapy. Czasami pi dużo krótszym stażu. Byle dalej od siebie i siebie nie dotknąć. Tęsknimy za okazywaniem czułości i takimi relacjami między partnerami jak na zdjęciu.

  17. Mam dokładnie takie samo zdanie jak Ty. Nie często tu zaglądam, ale zawsze trafie na wpis taki jaki sama bym napisała (nie te same słowa, ale ta sama myśl – mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi:)) Rozstania są dobre, lepiej żyć samemu szczęśliwie niż razem nieszczęśliwie. A to, że teraz jest więcej rozwodów… no właśnie kwestia obyczajów. Kiedyś nie wypadało, religia nie pozwalała, nie było właściwie innej opcji. Znam wiele małżeństw koło 60 gdzie każdy żyje własnym życiem, śpią w osobnych pokojach… mam nadzieję, że za kilkanaście lat to się zmieni ludzie będą łączyć się w nowe pary, albo żyć szczęśliwie samemu.

Dodaj komentarz