TOUR D

WSTĘP

Poznałam w Paryżu mężczyznę, który podróżuje w klapkach. Te klapki to właściwie metafora całego stylu podróżowania, kiedy w drogę zabierasz… to, co masz na sobie w momencie podjęcia decyzji. Często jeździł po świecie bez żadnego bagażu, pieniędzy, aparatu fotograficznego i …dokumentów. Po prostu łapał stopa, ruszał na piechotę lub podłączał się pod innych ludzi. Gdy czasem obserwował mnie, jak zapisuję w dzienniku lub na blogu to, co mnie spotkało danego dnia – dziwił się. Dla niego wspomnienia są ważniejsze niezapisane, niezdokumentowane i niezaplanowane. On cały swój czas poświęca na ich PRZEŻYWANIE. Jest jak Alexander Supertramp. I jest tak cholernie inny niż większość z nas.

Lubię dokumentować moje życie. Grunt to dobrać odpowiednie proporcje doświadczania i zapisywania. Czasem podróż tak mnie pochłania, że zapominam ją utrwalić na papierze. Robię tylko zdjęcia, bo piękny moment, miejsce i człowiek warci są przekazania ich dalej. Dziś naszło mnie na odświeżenie w pamięci podróży, jaką odbyłam ponad rok temu. Mam z niej masę zdjęć, ale nie pamiętam już wszystkich nazw miast, w których byliśmy. Za rok będzie jeszcze gorzej. A dziś tak pada i pada… chyba warto zapisać to, co wciąż ożywa, gdy zamknę oczy i pomyślę o „Tour d’Italia”.

Ten wpis będzie pierwszym z dwóch lub trzech wpisów o mojej ubiegłorocznej podróży, którą uważam za najpiękniejszą z dotychczasowych. Matka Rodzicielka uznała, że Was nią zanudzę, więc z góry uprzedzam, że będzie ….nudno, jeśli nie lubicie słuchać o cudzym szczęściu ;) A, i będą zdjęcia!

CZĘŚĆ PIERWSZA

Podróż można łatwo podzielić na etapy. Pierwszy z nich to „Oderwanie się”. Wyruszyłyśmy z Teklą z Londynu, bladym świtem. Prom do Calais, pierwsza francuska cafe creme w jakiejś małej knajpce pośrodku niczego. Kabriolet, słońce, wiatr we włosach. Pierwsze kilka dni spędziłyśmy razem, we dwie, wybierając małe drogi, jeziora i parki. Żadnej pracy, daleko od domu, inny kraj, język i kultura. Noclegi na polach kampingowych. Wiecie, co lubię w podróżowaniu „ziemią”? Łatwiej się oderwać. Samolot jakby teleportuje Cię do miejsca przeznaczenia. Wszystko dzieje się za szybko, nie masz czasu na pożegnanie się z pracą, domem, zmartwieniami. Nie oddalasz się od niczego. Dopiero czas Cię od tego oddala. Czasem wystarczy pojechać na weekend do Kazimierza, by być na wakacjach. A czasem podróż do Australii nie wystarczy, by się wyluzować. Tu z godziny na godzinę, z kilometra na kilometr czułyśmy się bardziej wolne. Nazwałyśmy naszą podróż „tour d’Europe”, choć jechałyśmy zaledwie do Włoch.

przed świtem w Londynie

Północna Francja

Plaża

Potem dojechali towarzysze podróży czyli dwóch chłopaków w oddzielnym aucie. Jeden muzyk, drugi kucharz – czego więcej trzeba do szczęścia? Trasa stała się bardziej zaplanowana. Tak to już jest, gdy się jeździ w grupie. Ktoś by chciał szybciej, ktoś wolniej, ktoś chce odwiedzić to miasto, ktoś inne. Trzeba nadać podróży jakiś rytm, choć obie z Teklą wolałyśmy iść bardziej na żywioł. Między innymi dlatego uważam, że najfajniejsze podróże to te w pojedynkę lub ze sprawdzonym kompanem. Trzy osoby to już tłum. Jedno trzeba przyznać – od tej pory zaczęłyśmy się normalnie odżywiać, bo na palnikach kempinngowych gotował dla nas mistrz patelni po szkole Cordon Bleu. :)

kolacja

jezioro niedaleko Mont Blanc

Alpy

Górskimi serpentynami dotarliśmy wreszcie do Lenno, małej miejscowości przy jeziorze Como, które słynie głównie z tego, że gdzieś przy nim ma swoją willę George Clooney. My jechaliśmy na przyjęcie zaręczynowe, które odbyło się w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Villa del Balbianello – tam w XVIII w. kardynał Angelo Maria Durini podobno trzymał swoją kochankę. Tam też kręcono romantyczne sceny Anakina i Padme w Gwiezdnych Wojnach. Wymarzone miejsce na eleganckie przyjęcie. Wieczór jak z bajki.

Wkrótce pożegnałam się z ekipą i zaczął się kolejny etap podróży – z Mścisławem na lody do Katanii. Koniec z namiotami, polami kampingowymi i eleganckim hotelikiem nad Como. Od teraz śpimy w samochodzie. 

Ale o tym w kolejnym wpisie – chyba że mnie zakrzyczycie, że to nudne i nie chcecie czytać :)

Komentarze do wpisu: 11 Napisz komentarz

  1. Oj dzieje się, dzieje. Zaczynają mnie swędzieć stopy.. Hm. Po angielsku to brzmi lepiej. ;) Po prostu zaraz się wkurzę na te deszcze i wyjadę gdzieś na rok.

Dodaj komentarz