Tych pięciu cech powinnaś bezwarunkowo wymagać od swojego mężczyzny

Trzepnęło mnie ostatnio. W tych wszystkim moich rozważaniach na temat związków skupiam się ciągle na jakimś podziale obowiązków domowych, na udanym seksie, na relacjach z byłymi i generalnie nad szlifowaniem czegoś, co w standardzie jest dobre. A kilka rozmów z ostatniego miesiąca uświadomiło mi, że mam koleżanki – całkiem fajne, normalne dziewczyny – które mają problem z podstawami. Z tym na przykład, że facet ją uderzył. Ale spoko, nie że bije, tylko raz, może dwa, z plaskacza, to przecież nie bicie. I to nie są wcale dziewczyny z patologicznych środowisk. Nie. One po prostu miały pecha trafić w młodości na złego mężczyznę i teraz, po pięciu, dziesięciu latach związku nie wiedzą nawet, że może być inaczej. Pozwólcie więc, że wam coś wytłumaczę. I nawet jeśli Ciebie, droga czytelniczko, to akurat nie dotyczy, to uwierz mi – w Twoim otoczeniu mogą być kobiety, które wcale nie martwią się, że facet nie przepuszcza ich w drzwiach – tylko z tym, że czasem nazwie je „szmatą”. Bo na przykład założyła bluzkę z większym dekoltem albo uśmiechnęła się do kuriera w drzwiach.

Dlatego właśnie, z myślą o takich kobietach, opiszę teraz standard, który nie podlega negocjacjom. Standard mężczyzny. W sumie jest on niezależny od płci, ale jako że czytają mnie głównie kobiety, to właśnie faceta chcę opisać i cechy, bez których ani rusz. Nie zbudujesz związku z kimś, kto tych cech nie ma. I nie że „większość spełnia”. Nie. Ma mieć wszystkie te cechy i uciekaj od każdego człowieka, który nie zaliczy choć jednego punktu.

I choć wiem, że sformułowanie „prawdziwy mężczyzna” jest dość wyświechtane; że jest najczęściej seksistowskim narzędziem do kategoryzowania ludzi; to w tym przypadku się nim posłużę bezczelnie, z pełną odpowiedzialnością, bo dla mnie facet, który nie spełnia poniższych wymagań nie jest po prostu prawdziwym mężczyzną. Jest podróbką mężczyzny. Karykaturą mężczyzny. I może zniszczyć życie tobie i waszym dzieciom.

1. Prawdziwy mężczyzna nie bije.

Nie bije, a więc nie tylko nie wali pięścią, pasem czy kijem. Nie bije też „z plaskacza”, nie zamachuje się w ramach groźby, nie straszy, że uderzy. Nie bije ani ciebie, ani swoich dzieci. Jedyne klapsy, jakich się dopuszcza, to te w łóżku, podczas seksu, jeśli i ty je lubisz. Ostatni raz bił się w podstawówce, podczas treningu sztuk walki albo wtedy, gdy ktoś go zaatakował pierwszy na ulicy. Ale nigdy, przenigdy nie bije pierwszy, nie bije słabszych i nie używa przemocy jako argumentu w dyskusji. Niezależnie od tego, jak go wkurzysz, jak bardzo jest pijany i czy „sama nie zaczniesz”.

2. Prawdziwy mężczyzna szanuje cię.

Nigdy nie nazwie cię szmatą, kurwą i dziwką. Nigdy nie zwyzywa cię od kretynek lub idiotek. Tak, nawet wtedy, gdy sama zrobisz coś kretyńskiego lub idiotycznego, on cię tak nie nazwie, bo cię po prostu szanuje. Prawdziwy mężczyzna sprawia, że czujesz się silna – a nie pracuje nad tym, byś „zdała sobie sprawę”, że jesteś słaba. To dotyczy też waszego otoczenia: a więc nigdy nie będzie cię obrażał, strofował i upokarzał przy innych ludziach, bo powinno mu zależeć na tym, aby otoczenie myślało o tobie dobrze. Przy prawdziwym mężczyźnie czujesz się lepiej, a nie gorzej, niż przy innych ludziach.

3. Prawdziwy mężczyzna nie szantażuje.

Nie będzie groził, że zabierze dzieci, jeśli czegoś nie zrobisz. Nie zmieni zamków, gdy wrócisz późno z imprezy. Nie zniszczy ci komputera, nie zabierze pieniędzy, nie będzie sabotował twojej pracy. Nie powie, że cię zostawi, jeśli nie poddasz się aborcji lub jeśli się jej poddasz. Pamiętaj, że nawet w związku jesteś autonomiczną jednostką, która ma swoje prawa. Prawo do decydowania o swoim życiu, własności, pracy i ciele. Wiem, że obecny rząd w naszym kraju próbuje ci to ostatnie prawo odebrać, ale jest to fundamentalne prawo człowieka i będziemy o nie walczyć do końca.

4. Prawdziwy mężczyzna nie wykorzystuje dzieci, przyjaciół i rodziny do manipulowania tobą.

Nie mówi dzieciom źle o ich własnej matce. Nie nastawia ich przeciwko tobie. Prawdziwy mężczyzna kocha swoje dzieci i wie, że manipulowanie waszą wspólną więzią jest straszną krzywdą dla nich i dla ciebie. Prawdziwy mężczyzna nigdy nie będzie wydzwaniał po twoich znajomych i rodzinie, opowiadając im o tobie złe rzeczy, obrażając cię, zdradzając im twoje intymne sekrety lub zmyślając.

5. Prawdziwy mężczyzna dba o swoją partnerkę.

Nie, nie chodzi o to, żeby ciągle cię adorował i kupował ci biżuterię. Mam teraz na myśli taką zwykłą empatię i czułość, jakich powinnaś oczekiwać od swojego partnera. To znaczy, że jeśli umarł ktoś ci bliski, straciłaś pracę lub poważnie chorujesz, to on bierze to pod uwagę i daje ci ciepło i zrozumienie, których potrzebujesz. Gdy jesteś w ciąży, nosi za ciebie ciężkie rzeczy i pomaga ci w założeniu skarpetek. Gdy masz depresję, pilnuje, byś się rano umyła, ubrała i wyszła z nim na spacer. Gdy w twoim życiu wydarzy się coś strasznego, umie przytulić i porozmawiać z tobą, byś poczuła się lepiej. To jest standard. Bez tego ani rusz.

Nie musisz być z nikim w związku. I, co najważniejsze, nie musisz być w związku ze złym człowiekiem. Jest na świecie mnóstwo, naprawdę mnóstwo fajnych facetów. Mają różne wady, jak każdy, ale reprezentują standard, który powinien być dla ciebie podstawą.

Jest oczywiście wiele innych powodów, dla których można lub wręcz powinno się zakończyć jakieś związki, ale ta powyższa piątka to jest absolutna podstawa. Z innymi problemami można czasem podjąć decyzję, że będziemy nad nimi pracować. A bez tych pięciu po prostu nie ma mowy o związku. Jeśli Twój facet cię bije, obraża lub szantażuje, to nie masz nad czym pracować. To po prostu nie jest związek. Nie próbuj go zmieniać. Odejdź. Zostaw. W razie problemów lub po prostu lęku przed ewentualnymi problemami zwróć się o pomoc do specjalizujących się z tym organizacji (Ogólnopolska Niebieska Linia dla ofiar przemocy w rodzinie: 801  12 00 02).

Komentarze do wpisu: 78 Napisz komentarz

  1. O_l_l_i_e napisał(a):

    Podobają mi się te rozwinięcia. Bo często to jest tak, że w rozmowie jest „Ale on mnie szanuje!” (trochę analogicznie do tych wszystkich dyskusji np. okołofeministycznych, „Ale mnie dyskryminacja nie dotyka!”), a jak się podpyta, albo nawet zwyczajnie posłucha, to okej, może Ci facet nigdy nie powiedział, że jesteś do niczego, ale każdym możliwym zachowaniem – wyśmiewaniem przy dzieciach, obgadywaniem z nimi/kolegami/innymi członkami rodziny za Twoimi plecami, mówieniem, że „Ty jesteś od dbania o dom”, akcentowaniem, że on zarabia, że bez niego byś sobie nie poradziła I TAK DALEJ, I TAK DALEJ – dosłownie wszystkim wysyła taką informację w świat każdego dnia. I, niestety, ale ona tak samo oddziałuje na Ciebie (czy jesteś tego świadoma, czy nie) i Twoją psychikę, jak słowa wypowiedziane wprost.

  2. Równie dobrze można powiedzieć że prawdziwa kobieta nie uderzy, będzie szanować i dbać. To po prostu świetna lista dla każdego kto jest w związku, bez względu na płeć 😉 z drugiej strony straszny jest fakt, że takie listy muszą powstawać i trzeba stałe przypominać że ludzie zasługują na bycie traktowanym jak… Ludzie.

      1. Balbina Gęś napisał(a):

        Z tego tekstu wynika, że para sportowców i zarazem osób o agresywnym, dominującym usposobieniu, która lubi dać sobie w mordę i czule powyzywać się na dobranoc, nie będzie prawdziwa. Irytują mnie takie teksty. Jeżeli obie strony pozwalają i zgadzają się (nawet pasywnie, cichym przyzwoleniem) na pewne zachowania to jest to wyłącznie tylko ich sprawa, a co nie jest zabronione to jest dozwolone. Miłość i związki mają różne oblicza, niektóre tak kuriozalne, że autorce nie mieściłoby się w głowie. I wcale nie umniejsza to związku jako takiemu.

        1. Balbino, ja wiem, że to trochę takie szukanie na siłę sytuacji, w której moje założenia nie mają sensu i właściwie przy każdej radzie, każdej analizie można taką sytuację znaleźć. Ale obie wiemy, że nie o to chodzi w tekście. Jeśli jakaś para lubi się prać po pyskach i w niczym im to szczęścia nie mąci, to niech sobie tak żyje. Ale w większości przypadków, i to w takiej przytłaczającej większości, przemoc jest nierówna i jedna strona jest ofiarą agresji drugiej.

        1. Bo to byłoby przekroczenie granic obrony koniecznej. No, chyba że kobieta jest silniejsza… ale wtedy ja bym raczej na jego miejscu uciekała, a nie biła w odpowiedzi. Tak czy siak, bicie w odpowiedzi jest naprawdę słabym wyjściem z problemu. Jeśli kobieta cię bije, zostaw ją w cholerę.

        2. Dawid napisał(a):

          Przykro mi Seg, ale nie sądziłem, że masz tak mocno ograniczone myślenie. Przemoc to przemoc! Nieważne czy fizyczna czy też psychiczna. Nie da się też wymiernie ocenić kto jest tak naprawdę silniejszy. Jak podejdzie do mnie na ulicy ktoś „słabszy” i zacznie mnie bić po twarzy to mam po prostu „zostawić go w cholerę”?

  3. ‚Nie zmieni zamków, gdy wrócisz późno z imprezy. Nie zniszczy ci komputera, nie zabierze pieniędzy, nie będzie sabotował twojej pracy.’ < O__o
    Myślałam, że to tylko w 'Trudnych Sprawach'.

  4. amintia napisał(a):

    To nie jest kwestia, jak to często nazywamy, bycia „prawdziwym mężczyzną”, bo tak samo uważam, że nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa kobieta”. To jest po prostu określenie, którego nauczyliśmy się używać wobec mężczyzn.

    100% zgadzam się z tym, o czym napisałaś w artykule, jednak nie zgadzam się ze zastosowanym nazewnictwem.

    Dlaczego nie ma i nie spotykamy się z definicją określenia „prawdziwa kobieta”?

    Określenie „prawdziwy mężczyzna” jest nieprawdziwe w swej istocie i uważam, że jest szkodliwe, bo niesie ze ze sobą automatyczną ocenę kogoś jako przedstawiciela swojej płci. To musi być naprawdę niewdzięczne uczucie dla mężczyzn być w ten sposób ocenianym. Mężczyźni nauczyli się obawiać określenia „prawdziwy
    mężczyzna” i słusznie, bo to powoduje, że podważa się ich przecież
    naturalne poczucie, że są prawdziwymi mężczyznami.

    Szczerze oburzyłabym się, że ktoś oczekuje ode mnie, żebym była
    „prawdziwą kobietą”, bo przecież jestem prawdziwą kobietą i nie mam, co
    do tego żadnych wątpliwości. Tak samo jak każda z nas czuje, że jest prawdziwą kobietą, tak samo
    każdy mężczyzna czuje, że jest prawdziwym mężczyzną. Nie można im tego
    odebrać. Oni muszą wiedzieć, że to nie jest etykietka, która może zostać
    im przypisana, bądź odebrana przez kobietę. W ten sam sposób żaden
    mężczyzna nie może powiedzieć, że jestem lub że nie jestem prawdziwą
    kobietą. Mając piersi i mając macicę jestem prawdziwą kobietą i nie ma ten temat jakiejkolwiek dyskusji.

    Wyśmiałabym każdego kto, by mi nakazywał podążać za koncepcją
    „prawdziwej kobiety”. Jestem prawdziwą kobietą bez różnicy, co się komu
    może uroić, bądź wydawać. Tak samo uważam do tematu powinni podchodzić
    do mężczyźni. Problem leży gdzie indziej.

    To nie
    jest tak, że każdy z nas jest tylko albo kobietą albo mężczyzną. Jest
    się przede wszystkim człowiekiem i o tym zapominamy. W powyższym poście
    rozliczasz mężczyznę, ale z bycia w porządku, dobrym, myślącym o innych
    człowiekiem, czyli po prostu dorosłym człowiekiem.

    Ja jako kobieta przede wszystkim dążę do tego, by być dorosłym człowiekiem. Ewentualnie można to określenie zastąpić sformułowaniem „dorosła kobieta”. Jedyne, co można mi zarzucić, to kiedy nie zachowuje się jak
    człowiek dorosły, czyli gdy nie jestem odpowiedzialna za samą siebie,
    gdy nie dbam o dobro bliskich mi ludzi, gdy nie widzę konsekwencji
    swoich czynów.

    Zachowanie, któremu powszechnie nadajemy etykietkę bycia „prawdziwym
    mężczyzną”, w rzeczywistości polega na byciu człowiekiem dorosłym.

    Każdy z nas musi na własną rękę stać się dorosły.

    I to jest to, czego panowie nie robią i przed czym uciekają, a my kobiety patrzymy na to na co dzień.

    I myślę, że w ogólnej masie to mamy do zarzucenia mężczyznom, że nie są dorośli, jako ludzie, i że nie chcą się tym zająć.

    Co oczywiście nie oznacza, że my jako kobiety jesteśmy aniołami zesłanymi z nieba. Też musimy zająć się sobą i przyjąć oraz przepracować, że jesteśmy zbyt uzależnione od mężczyzn. Bo same im pozwalamy na wszystko, co potem urasta do rangi problemów wskazanych w artykule. Pierwotną przyczyną tego wszystkiego jest to, że zdecydowana większość z nas jest niedokochanymi dziećmi naszych rodziców i szukamy tej miłości u swoich partnerów. Jednak tą miłość, której tak wszyscy szukamy, i kobiety, i mężczyźni, jesteśmy w stanie znaleźć tylko w sobie. Miłość i szacunek do siebie trzeba poszukać w samym sobie. Nikt inny nam jej nie da, bez różnicy jak bardzo byśmy tego chcieli. To czego nie otrzymaliśmy w dzieciństwie, czyli bezwarunkową miłość, musimy dać sobie sami w dorosłości. Wtedy będziemy w stanie stawiać zdrowe granice w naszych relacjach międzyludzkich i tworzyć takie, w których nie ma przemocy czy braku szacunku.

    Gdy mężczyzna pokocha siebie i uszanuje siebie, wtedy nie będzie w akcie desperacji i poczucia braku miłości podnosił ręki na kobietę.

    Gdy kobieta wpierw pokocha siebie i uszanuje siebie, wtedy nie będzie w akcie desperacji i obawie, że zostanie sama, zgadzać się, żeby ktoś podnosił na nią rękę i po prostu odejdzie od mężczyzny, który teraz będzie musiał zastanowić się nad sobą i w końcu popracować nad tym, z czego wynikają jego problemy.

    Problem, który wywołałaś do tablicy ma głębsze podłoże, a ma wszystko do czynienia z naszym poczuciem własnej wartości i to po obu stronach.

    1. Nemesis Nave napisał(a):

      Zgadzam się z Tobą odnośnie nazewnictwa, aczkolwiek – jasne, że używa się określenia „prawdziwa kobieta”! Od żartobliwego „… ma krągłości”, przez „… jest dobrą matką/potrafi gotować”, po „…zadba sama o siebie”. Wszystko zależnie od światopoglądu osoby używającej tego zwrotu.

    2. anusza napisał(a):

      Nie czytałam całości – odniosę się tylko do nazewnictwa: a czy nie oceniamy w ten sam sposób kobiet, nazywając je np. „kobieta z klasą”? To nazewnictwo niesie ze sobą – moim zdaniem – mnóstwo pozytywnych cech w domyśle i oczywiście ocenę.

    3. Morrrigan napisał(a):

      Trochę to moim zdaniem czepialstwo. Ja się osobiście takimi rzeczami nie przejmuję. Kobieta to kobieta, mężczyzna to mężczyzna. Kobieta bez makijażu, w dresie, z małym biustem, z petem w ustach i rzucająca kurwami co sekundę to nadal kobieta. Mężczyzna bijący żonę to nadal mężczyzna. Mimo, że tak uważam niespecjalnie ugodziło mnie sformułowanie prawdziwy mężczyzna, szczególnie że wymagania do uzyskania tego statusu są niewysokie i w pełni od mężczyzny zależne. Trzeba mieć dystans do świata. I faceci i babki czasem popełniają błędy, dają dupy po całości albo nie wpisują się w kanony i trzeba z tym żyć. Podsumowując nomenklaturę mam gdzieś

  5. Agnieszka Krupińska napisał(a):

    Też mnie razi użycie w tym tekście sformułowania „prawdziwy mężczyzna”. Nie lepiej by było napisać Twój mężczyzna? Wszystko co napisałaś to sama prawda. Tylko, że najtrudniejsze właśnie jest przestać siebie oszukiwać i przejrzeć na oczy… Czytam sporo komentarzy różnych mamusiek na blogach parentingowych od których mi skóra cierpnie. Mimo przepuszczenia ich przez filtr „to tylko opinia jednej strony”, obraz tatusiów, mężów, po prostu partnerów wyłania się z tego przerażający…

  6. Atta napisał(a):

    W moim otoczeniu spotykam tego typu kobiety, które uważają, że trafiły na prawdziwego mężczyznę, bo on utrzymuje całą rodzinę (czyli nie dość, że zaradny, to jeszcze przywozi spory „pinondz”), wzbudza respekt „na dzielni” (bo jest takim „męskim” typkiem), a później w środku nocy trzeba wzywać policję, bo ten jakże „prawdziwy” mężczyzna katuje swoją partnerkę.

    A te kobiety zamiast wynieść się od dziada, to nawet policji nie otworzą drzwi, bo jeszcze by „ukochanego” zabrali na przesłuchanie :/

    Jak słyszę, że mężczyzna bije kobietę to nie myślę o tym, jaki z niego „twardziel”, tylko jak bardzo musi być słaby, skoro nie potrafi rozmawiać i uważa przemoc za jedyny sposób stawiania na swoim.

    Wystarczy przeczytać „Ojca Chrzestnego” – Vito, Michael i Sonny – nie byli święci, ale nigdy żaden z nich nie podniósł ręki na kobietę. Kobiety się szanowało i to nie podlegało dyskusji. Przerażające, jak wielu mężczyzn tego nie potrafi i jak wiele ich partnerek na to pozwala.

        1. anusza napisał(a):

          Bo może w ksiażce nie uderzył – ja jej nie czytałam, mówię o filmie. Uderzył swoją żonę (nie pamiętam imienia). Pod koniec, jak chciała go zostawić i zabrać dzieci. Pokłócili się i wtedy ją uderzył…

  7. Tego potrzebowałam chyba. Moj maz spełnia wszystkie, a ja się cały czas waham czy wypada go biednego misia zostawić czy tez to będzie świństwo. Chyba to sobie wydrukuje i będę czytać w chwilach słabości. Dzieki!

    1. Świństwem, robionym samej sobie, jest trwanie w takim związku. Ja Cię bardzo dobrze rozumiem, przemocowi partnerzy pochłaniają uwagę, pożerają poczucie własnej wartości, odwracają kota ogonem i sprawiają, że wątpisz w swoje zdrowe zmysły. Trudno od nich odejść. Ale z czasem jest jeszcze gorzej. Zadzwoń pod numer, który podała Seg, mnie kontakt z Niebieską bardzo pomógł zatroszczyć się o siebie.

  8. Morrrigan napisał(a):

    Mała poprawka – projekt ustawy mający zakazać aborcji nie tylko nie jest autorstwa rządu, nie tylko nie podlegał jeszcze żadnemu głosowaniu, ale również jest dopiero w fazie zbierania podpisów. To projekt obywatelski. Niezależnie od tego, po której stronie barykady jesteśmy, starajmy się nie przekłamywać rzeczywistości. Jestem całkowicie przeciwko tej ustawie, a także nie podoba mi się obecny rząd, jednak fakty są takie, że nie ma on póki co nic wspólnego z ustawą (oprócz kilku parlamentarzystów wyrażających swoje zdanie na ten temat), która wywołała takie moim zdaniem nieuzasadnione poruszenie. Ponadto uważam, że mężczyzna będący ojcem dziecka tudzież wczesnego zarodka również ma pewne prawo sprzeciwu w sytuacji, gdy kobieta chce się poddać aborcji, bo nie może być tak, że ciążą na nim ojcowskie obowiązki egzekwowane prawnie, zaś brak jest praw. Osobiście jestem rodzinną osobą, gdybym wpadła (pomijając sytuacje wspomniane w obecnej ustawie regulującej kwestie aborcji – wówczas nie wiem co bym zrobiła) niemal na pewno donosiłabym ciążę, choć nie oceniam postępowania innych kobiet z góry. I z uwagi na to jestem w stanie postawić się na miejscu mężczyzny, który pragnie dziecka i jest przeciwny aborcji, a którego potencjalny potomek miałby być usunięty. Nie jest to sprawa czarno-biała, uważam że kobieta w związku stałym i szczęśliwym powinna podjąć decyzję z partnerem o ile nie zachodzi żadna z okoliczności z obecnej ustawy. Sama kiedyś pisałaś, że ludzie się schodzą i rozchodzą i nie można nikogo zmuszać, aby pozostał w związku wbrew sobie. Dlaczego więc teraz piszesz, że mężczyzna nie może zostawić kobiety w takiej sytuacji? Tak jak wspomniałam – nieplanowana ciąża to niekoniecznie jest dylemat tylko kobiety.

    1. seba napisał(a):

      Matylda nigdzie nie napisała, że nie ma prawa zostawić. Ma!!!! Nie ma prawa tylko szantażować. Mówi : w takiej sytuacji, przy takiej twojej decyzji już nie mogę z tobą być. Odchodzę. Żadnego szantażu. Ona ma czystą sytuację.

      1. Amdarel napisał(a):

        „Odchodzę. Co prawda mamy wspólny dom, samochód, dziecko z pierwszej ciąży, ale odchodzę i zaczynam wszystko od zera spłacając oczywiście ciągle nasze kredyty tylko dlatego, że nie mam prawa stawiać żadnego ultimatum w sprawie decyzji która w oczywisty sposób dotyczy nas oboje i podjęcie jej samemu jest wyjątkowym egoizmem. No ale Twoja czysta sytuacja jest najważniejsza”

        Ta….

        1. seba napisał(a):

          Dokładnie tak. Kredyt, serio? Dzieci to też kulawy argument. Są świadkiem przemocy i będą to przenosić na swoje życie. Nie dość że robisz krzywdę sobie to jeszcze swoim dzieciom. Poza tym moje doświadczenia podpowiadają mi że przemoc nie zaczyna się po dziesięciu latach. Można było podjąć taką decyzję przed dziećmi i kredytem.

        2. Morrrigan napisał(a):

          To nie jest takie proste. Naprawdę. Życie niektórych ludzi to meandrująca rzeka a problemy znikają i pojawiają się w ciągu sekund. Akurat tutaj mówimy o kwestii aborcji, na którą jedna osoba z pary nie zgadza się. To trochę inna sytuacja niż ta gdzie ewidentnie ktoś jest ofiarą. Niemniej dylemat jest ogromny i przeraża mnie trochę takie myślenie zero-jedynkowe, jest dobrze jesteśmy razem, jest gorzej rozstajemy się i nie ma problemu. Najczęściej jest problem. A Twoje doświadczenie niestety nie da się dopasować do realiów życia wielu ludzi. A nawet gdyby tak było, że wszystko da się przewidzieć, a rasowego wykolejeńca zawsze poznać na pierwszy rzut oka przed rozpoczęciem wspólnego życia, to nadal ludzie mają prawo do błędów. Matylda zresztą w swoich tekstach też często moim zdaniem wpada w pułapkę uproszczeń i utopii, że związki są łatwe, nie kochasz – odejdź, szczęśliwi ludzie się nie zdradzają i tym podobne. Niestety wszystko bywa o wieeele bardziej skomplikowane. Wiele ludzi (jeśli nie wszyscy) w takie pułapki wpada bo każdy z nas patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń i każdy myśli własnymi kategoriami. Ale im więcej poczyta się cudzych historii tym bardziej człowiek zaczyna się gubić, rozmyślając „a co ja bym zrobił w tej sytuacji?”. Mi osobiście właśnie takie eksperymenty myślowe (liczne) otworzyły oczy.

      2. Morrrigan napisał(a):

        Dosyć to płynne… Wiadomo że groźby to nic fajnego, to brak szacunku do drugiej osoby, jednak poza samym stylem wypowiedzi (zamiast wykrzykiwać „zostawię cię jak to zrobisz!” powiedzieć właściwie to samo tonem oznajmującym) nic się nie zmienia i kobieta stoi przed takim samym dylematem. W tekście zresztą to o czym mówisz, moim zdaniem nie jest widocznie zaakcentowane.

  9. Amdarel napisał(a):

    Bardzojednostronne spojrzenie na związek, które utwierdza kobiety w narracji
    że… im wszystko wolno i wszystko się należy. Od nich zaś niczego nie wymaga. A robi to w kilku punktach:

    1. „Ale nigdy, przenigdy nie bije pierwszy, nie bije słabszych i nie używa przemocy jako argumentu w dyskusji. Niezależnie od tego, jak go wkurzysz, jak bardzo jest pijany i czy „sama nie zaczniesz”

    Wszystkook i w pełni popieram, gdyby nie 3 słowa po „czy”. Bo są kobiety które nadużywają przemocy
    – szturchają mężczyzn, sprzedają plaskacze, biją po głowie (o gorszych rzeczach nie wspominając). Istnieje zjawisko przemocy domowej skierowanej wobec mężczyzn którzy są w wyjątkowo złym położeniu bo z jednej strony całe społeczeństwo śmieje się z nich gdy się skarżą rodzinie czy policji („Co z ciebie za facet co z własną kobietą nie potrafi sobie poradzić”) i jednocześnie chce ukamienować jeśli facet zacznie się bronić. Jeśli w takim związku są dzieci – to facet ma przesrane bo matka musiałaby być zdegenerowaną ćpunką żeby sąd przyznał
    dzieci ojcu, przez co tkwi w tym związku ze strachu że jak odejdzie to będzie widywał dzieci raz na rok.

    Serio odbieramy facetowi jakiekolwiek prawo do samoobrony tylko dlatego że osobą atakującą jest kobieta?

    2.
    „Nigdy nie zwyzywa cię od kretynek lub idiotek. Tak, nawet wtedy, gdy sama zrobisz coś kretyńskiego lub idiotycznego, on cię tak nie nazwie, bo cię po prostu szanuje. ”

    Pokaż mi choć jeden trwający dłużej niż 10 lat związek w którym nie było wyzwisk i kłótni.
    Są niezwykle trwałe i kochające się pary które po prostu ze względu na „włoski” temperament często wyzywają się i kłócą ale jednocześnie nigdy nie obrażają się za słowa.

    3. „Nie powie, że cię zostawi, jeśli nie poddasz się aborcji lub jeśli się jej poddasz. ”

    Zaraz zaraz… a czy dziecko to nie jest przypadkiem wspólna decyzja? Czy wychodzenie z założenia że należy ona w 100% do kobiety a facet ma się jej bezwarunkowo podporządkować i zostać z tą kobietą niezależnie od
    wyznawanych wartości nie jest robieniem z niego jakiegoś niewolnika?

    4. „Gdy masz depresję, pilnuje, byś się rano umyła, ubrała i wyszła z nim na spacer. ”

    Gdy masz depresję to Cię powinien przede wszystkim wyciągnąć do psychiatry i psychoterapeuty, a nie na żaden spacer. Serio nie mylmy poważnej choroby z przejściowymi stanami smutku, melancholii, chandry itp.

    1. Morrrigan napisał(a):

      Masz wiele racji, ale z drugiej strony ten tekst z założenia skupia się na jednej stronie tego konfliktu damsko męskiego. Gdyby chcieć poruszyć jeszcze sprawę mężczyzny jako ofiary przemocy, to tekst byłby za długi moim zdaniem. Wiadomo, że kobiety mają trochę za uszami, jednak może „nie wszystko na raz”. Może w przyszłości powstanie tekst z „drugiej strony”, na razie bym nie demonizowała

      1. Amdarel napisał(a):

        Właśnie o to chodzi, że tekst skupia się na tym jak być „prawdziwym facetem” a nie po prostu dobrym partnerem. Bo gdyby napisać że żadna ze stron nie ma prawa uderzyć drugiej poza „ostrą grą” podczas seksu to bym się zgodził w 100%. Nieważne czy jesteś kobietą czy mężczyzną, czy masz okres, PMS, ulubiona drużyna przegrała mecz, druga osoba obejrzała się za ładnym tyłkiem itp. Nie masz prawa podnieść ręki na drugą osobę – kropka. Podobnie jak z tym że żadna strona nie ma prawa szantażować czy upokarzać drugiej osoby zwłaszcza przy innych. Ale nie, zamiast tego mamy takie kwiatki jak wstawka o tym że facet nie ma prawa uderzyć kobiety nawet gdy „ona zacznie” (co tylko umacnia kobiety w przeświadczeniu że są nietykalne nawet jak same faceta szarpią, spoliczkują, drapią i okładają), czy że facet ma „trwać jak skała” niezależnie od humorów czy egoistycznych zachowań jakie same przejawiają. Takie swoiste furtki że niby kobiecie wolno więcej bo… jest kobietą. A „prawdziwy facet” ma to zaakceptować i już.

        Później mamy wykwit dziewczyn które same uważają że same nie będą się zmieniać ani o jotę, ale to facet ma się w 100% zmienić pod nią.

        1. seba napisał(a):

          Jeśli kobieta Cię uderzyła to po prostu mówisz że jeśli się to jeszcze raz powtórzy to odchodzisz i jesteś w tym konsekwentny. Jeśli rzuca się na Ciebie z nożem to masz prawo oczywiście się bronić. Obezwładniasz ją, zabierasz nóż i dzwonisz na policję. Jeżeli ona jest trójboistką a ty informatykiem i Cię bije to też odchodzisz… Mam wrażenie że szukasz usprawiedliwienia dla męskiej przemocy.

        2. Amdarel napisał(a):

          Nigdy w życiu nie uderzyłem kobiety (no chyba że liczyć przepychanki w czasach przedszkola i wczesnej podstawówki) – nie szukam więc usprawiedliwienia. Ale są sytuacje gdzie sprawy nie są takie 0-1. Twoje podejście jest wyjątkowo naiwne – nie zawsze łatwo jest odejść. Bo wspólny kredyt na mieszkanie, samochód, dzieci itp. Co wtedy? Niestety o ile dziś już przyzwolenie na przemoc wobec kobiet jest coraz mniejsze to przyzwolenie na przemoc kobiet wobec mężczyzn jest ogromne. Ba nawet się nie uznaje tego za przemoc bo przecież to tylko plaskacz czy kilka zadrapań.

          Kilka dni temu widziałem chociażby nagranie na YT jak facet jadący autobusem przypadkiem wpadł na kobietę gdy szarpnęło pojazdem. Dostał od razu w pysk. Będąc złośliwym przecisnął się tak by być teraz przed kobietą i gdy ona wpadła na niego oddał to samo co od niej otrzymał w identycznej sytuacji chwilę temu. Potępisz faceta i będziesz bronić kobiety?

          Żeby nie było kolejnego argumentu ad personam (widziałem wypowiedź w powiadomieniu na mailu przed wyedytowaniem :>) – nie, nie rekompensuję tu sobie osobistych doświadczeń w żadną stronę.

        3. ‚Potępisz faceta i będziesz bronić kobiety?’ < No, ja w tym wypadku tak, nawet nie odwołując się do płci. Pierwsza osoba postąpiła źle, ale w jakimś stopniu pewnie bezmyślnie i instynktownie, a druga ustawiła się z premedytacją (i jak sam napisałeś, złośliwie) w takiej sytuacji, żeby mieć pretekst do uderzenia tej pierwszej. Oczywiście, że oceniam ją jeszcze gorzej.

        4. Amdarel napisał(a):

          „Postąpiła bezmyślnie i instynktownie”? Nie sądzę. Bo gdyby tak było po sekundzie nastąpiłyby przeprosiny. Instynktownie to reaguje ktoś kto z automatu uderza z łokcia gdy ktoś go zaskoczy od tyłu i zaraz zrywa się do przeprosin jak zobaczy że ten ktoś nie miał nic złego na myśli. W przypadku wspomnianej kobiety uderzenie nastąpiło dlatego, że myślała że może. Że jak ją coś urazi, coś nie podpasuje to ma prawo faceta spoliczkować. I społeczeństwo takiemu myśleniu kobiet przyklaskuje. Facet zaś celowo chciał pokazać że to działa w 2 strony i atakując kogoś trzeba się liczyć z tym że odda.

          I nie chodzi tu przekroczenie granic obrony koniecznej. Bo przecież nie wszyscy faceci i nie wszystkie kobiety „leja jak popadnie”. Facet który uderzy kobietę otwartą pięścią w policzek też nie zagraża ani jej życiu ani zdrowiu (no chyba że kobieta ma 1,50 w kapeluszu a facet proporcje Pudziana). Za to wkracza w jej przestrzeń osobistą, poniża, upokarza. I to samo robi kobieta która używa rękoczynów wobec mężczyzny. Ale nikt nie powiedziałby, że kobieta która w odpowiedzi na plaskacza zdzieli faceta „przekroczyła granice obrony koniecznej”. I to nie dotyczy tylko związków ale i losowych sytuacji z innymi kobietami. Ba, kobiety nie są jedyną grupą społeczną wśród których jest wiele jednostek które uważają, że mają ‚immunitet’, ale same mogą szafować przemocą. Zdarzyło mi się być np. świadkiem jak w tramwaju starszy facet wymachiwał laską szturchając co chwilę młodego chłopaka którego się o coś czepiał. Ludzie nie reagowali. Ale jak chłopak nie wytrzymał wyrwał mu tą laskę i powiedział coś w stylu „Odczep się dziadek bo Ci w końcu oddam” (język wygładzony) to nagle wielkie poruszenie, że grozi się przemocą starszej osobie. Żeby daleko nie szukać wystarczy spojrzeć na zachowanie starszych ludzi na różnego rodzaju prawicowych marszach – wobec policji, dzienikarzy czy protestujących z przeciwnej strony. I uchodzi im to płazem bo „to starsi ludzie”. A gdyby (z odpowiednią delikatnością tak by krzywdy nie zrobić) zgadnąć kilku na 48 i wlepić później dużą grzywnę to na drugi raz zastanowili by się zanim kogoś uderzą czy coś zniszczą.

          Sytuacje są różne i o ile z wielu można wyjść tak by „nie oddać” to oczekiwanie od faceta, że będzie przed okładającą go kobietą albo uciekał albo to znosił jest nie na miejscu. Sam jako osoba niepełnosprawna (czyli też „słabsza” fizycznie) nie wyobrażam sobie by cokolwiek mnie usprawiedliwiało przed tym żebym latał za ludźmi z łapami myśląc że mi wolno bo przecież ja „się złożę” jak mi oddadzą.

        5. Tak, sądzę, że postąpiła bezmyślnie i instynktownie. Może myślała, że zrobił jej to na złość, specjalnie i tak, pewnie myślała, że może. Oczywiście, że oceniam to źle (zwłaszcza, że nie przeprosiła). Gdyby on się wtedy odruchowo odwinął, na podobnej zasadzie, widziałabym to w podobnym świetle. Ale aranżowanie nowej sytuacji, żeby ‚móc’ jej przyłożyć uważam za małpią złośliwość i uważałabym tak samo niezależnie od płci zaangażowanych osób.

          Natomiast ‚immunitet’ jest oczywiście normą kulturową, jednak chyba nietrudno się domyślić, czemu bicie kobiet, starszych ludzi i ogólnie słabszych uchodzi za mniej szlachetne niż podskakiwanie Pudzianowi. I nie, to nie oznacza, że tym pierwszym ‚wszystko wolno’ ani że się nie należy przed nimi bronić. Tylko nawet sama kwestia ‚wystarczającej obrony’ jawi się trochę inaczej, kiedy masz przed sobą kogoś, kto rzeczywiście stanowi dla Ciebie zagrożenie, niż kiedy wiesz, że jesteś w każdej chwili w stanie położyć napastnika jednym prawym prostym.

        6. Amdarel napisał(a):

          To zrobiła to bezmyślnie i instynktownie czy myślała że zrobił jej na złość? Bo to są 2 wykluczające się wytłumaczenia.

          No widzisz a ja uważam, ze to osoba inicjująca przemoc (jeśli oczywiście rozważamy odpowiedź na takiej samej płaszczyźnie – nie skopanie kogoś do nieprzytomności za popchnięcie) zasługuje na potępienie bardziej niż osoba która „odda”. Ciekaw jestem czy gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie (tj facet się odwinął z liścia jako pierwszy a kobieta oddała po chwili) też byś ją bardziej potępiała?

          Oczywiście, że w sytuacji kiedy laską okłada Cię 75 latek nie ma zagrożenia takiego jak gdy okłada cię 20-letni dresik. Co nie znaczy że powinna taka osoba czuć się bezkarna – a niestety często tak jest. Przemoc domowa (od której zaczęliśmy) to jednak znacznie częściej kwestia szargania czyjeś strefy osobistej, poniżania, upadlania, odbierania godności niż faktycznego zagrożenia życia lub poważnego uszczerbku na zdrowiu. Odbieranie komuś prawa do obrony przed tym tylko dlatego, że robi to osoba fizycznie słabsza i posiadająca „kulturowy immunitet” jest niesprawiedliwe. Zobacz jakich sformuowań użyłaś – „bicie kobiet i starszych ludzi”, „podskakiwanie Pudzianowi” – żadna z tych kwestii nie jest odzwierciedleniem odpowiedzi na czyjąś agresję fizyczną tylko jej rozpoczęciem. W tym jednak problem, że właśnie tak się często rozpatruje tą kwestię – automatem uznaje faceta za agresora nawet jeśli tylko się bronił i to adekwatnie do siły z jaką atakowała go strona słabsza np. kobieta.

        7. Pewnie w ułamku sekundy zaklasyfikowała to jako atak/napastowanie/złośliwość i uderzyła bez specjalnego dumania (i utrzymała to przekonanie do chwili potem, ew. sobie zracjonalizowała, żeby nie musieć widzieć swojej winy i nie przepraszać). Oceniam źle. Jego oceniam gorzej. Jak pisałam, nie odbieram nikomu prawa do obrony. Uważam ją za odpowiednią reakcję na agresję fizyczną. Tylko że facet z Twojej opowieści się nie bronił.

          Co do zasad ogólnych – tak, uważam, że jest potrzeba, żeby przemoc wobec grup osób słabszych była szczególnym kulturowym tabu. Będę (w ujęciu ogólnym, mogą zdarzyć się wyjątki) gorzej oceniać 20-latka, który uderzy staruszka, mężczyznę bijącego kobietę, zdrowego, który uderzy kalekę, etc. niż vice versa. Ale tych drugich oczywiście też potępię, jeśli dopuszczą się przemocy.

          ‚Przemoc domowa (od której zaczęliśmy) to jednak znacznie częściej kwestia szargania czyjeś strefy osobistej, poniżania, upadlania, odbierania godności niż faktycznego zagrożenia życia lub poważnego uszczerbku na zdrowiu.’ < Ja się odniosłam tylko do anegdoty z tramwaju ;) Słabo się znam na przemocy domowej, ale wydaje mi się, że chociaż Twoje argumenty dot. poniżania i naruszania strefy osobistej są istotne, to kwestia uszczerbku na zdrowiu jak najbardziej istnieje (i że jednak statystycznie dotyka on znacznie częściej kobiet). Generalnie, jeśli którakolwiek ze stron dopuszcza się przemocy domowej, IMO powinien to być natychmiastowy deal-breaker dla tej drugiej, niezależnie od płci.

        8. Amdarel napisał(a):

          Jeśli utrzymała to przekonanie albo postanowiła nie przepraszać to winna jest napaści. A osobę która atakuje pierwsza zwykle uznajemy za agresora prawda? Ponownie poproszę o odwrócenie sytuacji – czy gdyby facet w „ułamku sekundy zaklasyfikował to jako atak/napastowanie/złośliwość” też byś to oceniła dokładnie tak samo? Czy kobietę która by stwierdziła „no chyba żart” i oddała po chwili (nie jako odruch) tez uznałabyś za kogoś kto postępuje gorzej?

          Widzisz a ja będę oceniać tych ludzi tak samo (dalej zakładamy przemoc taką jak z przykładu w tramwaju albo autobusie czyli bez stałego uszczerbku na zdrowiu – rozważamy sam czyn a nie jego siłę). Bo to co robisz to jawna dyskryminacja. I to niestety promowana – nie wiem czy wiesz w takiej Brazylii dla przykładu mężczyźnie za przemoc domową wobec kobiety grozi większa kara niż kobiecie za przemoc wobec mężczyzny (zakładamy taki sam stopień uszczerbku na zdrowiu fizycznym i psychicznym poszkodowanego). Odpowiedzenie przemocą o takim samym natężeniu albo lżejszym (weźmy tego przysłowiowego plaskacza który realnej krzywdy poza sińcem raczej nikomu nie zrobi niezależnie od tego czy jest kobietą/mężczyzna/osobą starszą czy na wózku) jest bardziej naganne od przemocy pierwotnej tylko jeśli osoba zaczynająca z jakiegoś powodu nie uznajemy za w pełni świadomą konsekwencji swoich czynów – dla przykładu dziecko czy osobę niepełnoprawną intelektualnie. Jeżeli uznajemy że kobieta ma w 100% takie sama prawa jak mężczyzna to i wypadałoby żeby obowiązki także. Na każdym kroku walczymy z twierdzeniem że kobiecie czegoś nie wypada i uprzywilejowaniem mężczyzn, ale jednocześnie uznajemy za naturalne że zostawiamy jej wszystkie przywileje. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka.

          Wbrew pozorom przemoc kobiet wobec mężczyzn to nie jest jakiś znikomy procent. Statystyki i ekstrapolacje na podstawie dostępnych danych (bo to strasznie rzadko jest zgłaszane) mówią raczej o stosunku 60/40. Zamiast tego traktuje się to jak 99/1. Widziałaś kiedykolwiek kampanię medialną skierowaną do mężczyzn jako ofiar przemocy domowej?

          Oczywiście w części przypadków występuje „tłuczenie” takie że faktycznie jest to już zagrożenie dla życia i zdrowia. Tutaj tym bardziej nie ma litości i napastnika nie powinno się już zostawić tylko doprowadzić do więzienia. Oczywiście tutaj przewagę fizyczną mają mężczyźni. Specjalnie wyłączyłem jednak te przypadki z 3 powodów. Po pierwsze dlatego że Segritta skupiła się na tym że „nie bije” znaczy nie tylko „nie okłada pięściami, pasem, kijem” więc to uznajemy za oczywiste. Po drugie dlatego, że chciałem pokazać pewnego rodzaju podwójne standardy dla reszty zachowań które są agresją fizyczną tyle że taką nie powodującą uszczerbku na zdrowiu czy nie będącą zagrożeniem. I po trzecie żeby dyskusja skupiła się nie na ewentualnych konsekwencjach czy twierdzeniu że silniejszy może uszkodzić bardziej itp. ale na samym akcie naruszenia nietykalności cielesnej jako takim.

        9. „Jeśli utrzymała to przekonanie albo postanowiła nie przepraszać to winna jest napaści. A osobę która atakuje pierwsza zwykle uznajemy za agresora prawda?”

          Jeśli kobieta poczuła się molestowana, bo np. przy okazji (choćby całkowitym przypadkiem) jego ręka wylądowała na jej tyłku, albo zwyczajnie poczuła się zaatakowana fizycznie to w jej oczach to mężczyzna był atakującym. A osobę która atakuje pierwsza zwykle uznajemy za agresora prawda? Skoro w jej przekonaniu doszło do agresji i utrzymała to przekonanie to czemu miałaby przepraszać napastnika?

          I tak, postępowanie mężczyzny, w tym przypadku, trzeba ocenić gorzej. Kobieta postąpiła odruchowo, a on z pełną premedytacją.

        10. Amdarel napisał(a):

          Nie, nie szukam pretekstu. Nie mam też 5 lat. To są argumenty ad
          personam którymi „dowalacie” tylko dlatego, że zaoferowałem punkt
          widzenia inny od ogólnie przyjętego.

          Owszem uderzenie
          kogokolwiek, zwłaszcza osoby słabszej jest obrzydliwe. Tu nie ma
          wątpliwości. Ale nie można usprawiedliwiać czegoś co nazwałbym syndromem
          ratlerka. Niby mówicie że każda agresja jest zła, ale dziewczę z
          przytoczonej sytuacji próbujecie usprawiedliwić na wszystkie strony –
          instynktem, poczuciem zagrożenia, przekonaniem o molestowaniu itp. Ona
          waszym zdaniem miała prawo do nieuzasadnionej agresji fizycznej z samego
          faktu, że jest kobieta (stroną słabszą) i zdzieliła mężczyznę. Bo w
          odwrotną stronę to już „dziwne i obrzydliwe”.

          Specjalnie nadałem
          pewien kurs temu „eksperymentowi myślowemu” żeby wykluczyć różnicę
          wynikającą z zagrożenia zdrowia czy życia a skupić się na czynniku
          pomniejszych agresji fizycznych które naruszają godność i poczucie
          nietykalności. Takie same niezależnie od wieku czy płci. Ale nie – i tak
          na siłę wynajdujemy argument o tym że skoro facet jest silniejszy
          fizycznie to różnicujemy potępienie. Zauważcie że całość dyskusji o
          agresji fizycznej zaczęła się od tego, że w tekście Segritty od razu
          przeszła do form agresji fizycznej typu „plaskacz” czy zamachnięcie się,
          a i tak to facet potraktowany jest tam jako jedyny (!) winny w wypadku
          gdy kobieta sama zacznie. Czyli logika pt. „Mogę go szturchać,
          policzkować, drapać bo jestem słabszą kobietą, ale jak chociażby
          zagrozi, że w końcu odda to jest damskim bokserem i rozpad związku to
          jego wina”. Serio?

          Wprowadzamy równouprawnienie jednostronnie. Z jednej strony twierdzenie że kobieta może robić wszystko co facet, żądanie parytetów czy dzielenia obowiązków domowych pół na pół, z drugiej zaś
          gdy to wygodne usprawiedliwianie nieuzasadnionej przemocy fizycznej bo
          „mogła się poczuć zagrożona”, większe zrozumienie dla kobiety która się załamie/zachoruje niż mężczyzny itp. Jeśli chcemy specjalnego traktowania
          proszę bardzo – wróćmy do czasów przedwojennego podejścia do roli
          kobiety i mężczyzny. Kodeks Boziewicza wyraźnie stwierdzał, że kobiety
          niezależnie od tego co uczyni wyzwać na pojedynek nie można – bo nie ma
          ona zdolności honorowej jako „impropre au duel”. Ale jednocześnie dając jej pewne przywileje nie uznawano za we wszystkim równej mężczyźnie.

        11. „Nie, nie szukam pretekstu. Nie mam też 5 lat. To są argumenty ad
          personam którymi „dowalacie” tylko dlatego, że zaoferowałem punkt
          widzenia inny od ogólnie przyjętego.”

          Proszę wskaż mi gdzie ja stosowałem argumenty ad personam?

          „Niby mówicie że każda agresja jest zła, ale dziewczę z przytoczonej sytuacji próbujecie usprawiedliwić na wszystkie strony – instynktem, poczuciem zagrożenia, przekonaniem o molestowaniu itp.”

          Czy mam rozumieć, że w sytuacji gdyby córka ci powiedziała, że autobus szarpnął, a ona poczuła rękę na tyłku i odruchowo odwróciła się i zdzieliła faceta z liścia to zrobiłbyś jej wykład, że nie powinna na to zareagować i że w tym przypadku to tak naprawdę ona jest winna nieuzasadnionej agresji?

          „Ona waszym zdaniem miała prawo do nieuzasadnionej agresji fizycznej z samego faktu, że jest kobieta (stroną słabszą) i zdzieliła mężczyznę.”

          Ale jakiej nieuzasadnionej? Przecież ona nie zdzieliła go bo naszła ją akurat taka ochota. Jej reakcja była odpowiedzią na pewne zdarzenie. Być może była ona nadmierna i być może sama doszłaby, po czasie, do takiego wniosku, a może gdyby o całym zdarzeniu komuś opowiedziała to ta osoba by jej to uświadomiła. Nie zmienia to jednak faktu, że w chwili zdarzenia, z jej strony, była to instynktowna reakcja na działanie drugiej osoby, natomiast w przypadku faceta było to z premedytacją zaplanowane działanie.

          „Zauważcie że całość dyskusji o agresji fizycznej zaczęła się od tego, że w tekście Segritty od razu przeszła do form agresji fizycznej typu „plaskacz” czy zamachnięcie się, a i tak to facet potraktowany jest tam jako jedyny (!) winny w wypadku gdy kobieta sama zacznie. Czyli logika pt. „Mogę go szturchać, policzkować, drapać bo jestem słabszą kobietą, ale jak chociażby zagrozi, że w końcu odda to jest damskim bokserem i rozpad związku to jego wina”. Serio?

          No właśnie, że nie. Zauważ, że cała sprawa zaczęła się od tego, że według Segritty gdy wystąpi taka sytuacja to kończysz związek bo: „Jeśli Twój facet cię bije, obraża lub szantażuje, to nie masz nad czym
          pracować. To po prostu nie jest związek. Nie próbuj go zmieniać. Odejdź.
          Zostaw.”

          Innymi słowy jeśli zdarza się taka sytuacja to odchodzisz. Jeśli facet stosuje jakąś formę przemocy – odchodzisz. Na tej samej zasadzie jeśli szturcha, policzkuje, drapie cię kobieta – odchodzisz. Jest działanie, jest kara. Jeśli facet odejdzie od kobiety bo ta użyła agresji fizycznej to karą dla niej będzie zakończenie związku z osobą, którą (zakładamy) kochała albo która ją tylko utrzymywała. Następnym razem może się zastanowi zanim podniesie na kogoś rękę. Gdzie ty tu widzisz przyzwolenie na przemoc ze strony kobiet?

        12. ‚Nie, nie szukam pretekstu. ‚ < Szukasz, choć oczywiście w czysto teoretycznej strefie (nie, nie sugeruję, że chodzisz po mieście i rozglądasz się, kiedy 'możesz' przywalić jakiejś kobiecie).

          ' Ona
          waszym zdaniem miała prawo do nieuzasadnionej agresji fizycznej z samego
          faktu, że jest kobieta (stroną słabszą) i zdzieliła mężczyznę.' < Nie napisałam ani razu, żebym uważała, że miała prawo, wprost przeciwnie, kilkakrotnie podkreśliłam, że postąpiła źle. I że ten gość postąpił jeszcze gorzej, ponieważ… a zresztą, to jest w moim pierwszym komentarzu na ten temat.

          'Zauważcie że całość dyskusji o
          agresji fizycznej zaczęła się od tego (…)' < W tekście, ktory ja czytałam, jest napisane, że nieodwoływanie się do przemocy to standard postępowania nie uzależniony od płci. Być może Ty komentujesz jakiś inny artykuł.

          A stwierdzenie, że argument o większym zagrożeniu ze strony faceta jest na siłę, jest, no… Rozumiem, że mamy przestać mówić chłopcom 'nie wolno bić kobiet' i zacząć 'mierz plaskacza tak, żeby jej nie wybić zębow?' 'Popchnij tę starą raszplę, ale tak, żeby nie upadła, bo się połamie'? Wobec strony silniejszej są większe wymagania odnośnie samokontroli i tyle. I nie, to nie oznacza, że wobec strony słabszej wymagań nie ma. Ale jednak bardziej zależy mi, żeby sąsiad wyszkolił swojego rottweilera niż ratlerka. I skoro idziemy już tym tropem, tak, rozumiem, że ratlerek w pewnych sytuacjach poczuje się bardziej zagrożony i może nawet skłonny do ataku niż rottweiler.

          tl;dr: Nieuzasadniona przemoc jest chujowa w dowolnym wydaniu. Lwia większość przemocy jest nieuzasadniona. 'Uzasadnienie' dla osoby silniejszej fizycznie i stanowiącej większe zagrożenie zaczyna się później niż dla osoby słabszej. Jak ktoś stosuje przemoc domową, należy go zostawić.

        13. Przyznaję, że gdyby facet uznał wpadnięcie na niego w tramwaju przez kobietę za napastowanie albo napaść, uznałabym to przede wszystkim za dziwne. Ale tak, wciąż bym oceniła gorzej od niego osobę (w tej odwróconej sytuacji – kobietę), która zainicjowała drugą rundę przemocy – podkreślmy, nie ‚broniła się’ – drugi raz, z premedytacją.

          Choć nie ukrywałam w poprzednim komentarzu i nie ukrywam teraz, że facet, który uderzy kobietę, osoba młoda osobę starszą, etc. ma minusa. Nazywaj to dyskryminacją, jeśli chcesz. Ja uważam, że powinnam (jeszcze) bardziej nad sobą panować, kiedy mam do czynienia ze staruszką niż z młodą osobą, także na poziomie plaskaczy (zakładając taki absurdalny scenariusz). Daję osobie słabszej trochę większy margines na poczucie się zagrożoną i ochronę swojej nietykalności cielesnej, jeśli dojdzie do przmeocy. No i uderzenie starszej pani wydawałoby mi się wstrętne i poniżej mojej godności, gdybym naprawde nie musiała.

          I w ogóle wydaje mi się, że sytuacji, w której aby się obronić, trzeba dać w mordę – zwłaszcza osobie słabszej – jest mniej niż osoby szukające pretekstu chciałyby przekonać.

          Brak kampanii skierowanej do mężczyzn padających ofiarami przemocy domowej – oczywiście, błąd, który należy naprawić. Organizując te kampanie/postulując o nie, a nie wygłaszając pretensje, że istnieją takowe dla kobiet.

          Za prawo w Brazylii nie czuję się odpowiedzialna.

        14. Morrrigan napisał(a):

          Może i nie na miejscu ale ja tego oczekiwać będę. Ile masz lat? 5? Grożenie „bo oddam” albo i oddawanie bez grożenia to jest zachowanie właśnie na poziomie 5-latka. Dorosły człowiek styka się z wieloma naprawdę chujowymi sytuacjami ale dopóki nie ma zagrożenia, należy zachować zimną krew. Tak robią dorośli ludzie – panują nad emocjami. A gdy nie panują, to jest to ich błąd a nie to, co należy rozumieć i akceptować w szczególności jeśli sprowadza się to użycia siły. A postawny mężczyzna może stanowić zagrożenie dla kobiety, gdy ją uderzy z pięści. Może wybić jej zęby. Kobieta też facetowi może wybić zęby ale to trudniejsze. Przestań tak kalkulować bo każda kalkulacja jest akurat na niekorzyść faceta. Dla przemocy nie ma usprawiedliwienia niezależnie kto wobec kogo ją stosuje, jednak to absolutnie oczywiste, że przemoc wobec słabszego budzi większy społeczny sprzeciw. Naprawdę nie rozumiem dlaczego to do Ciebie nie trafia. Jak kobieta okłada swojego faceta z liścia to też jest uważana za społeczną patologię, wierz mi. Nikt nikogo nie ma prawa bić a samo tylko to, że ktoś cię uderzył, szturchnął, NIE DAJE Ci prawa do tego abyś Ty mu oddał jak również Ty nie masz wcale prawa czuć się lepszy od osoby, która „zaczęła”. Jesteście na tym samym poziomie.

        15. Morrrigan napisał(a):

          Tu akurat zgadzam się z Sebą. Faktycznie da się to odczuć, że szukasz usprawiedliwienia przynajmniej podświadomie. Ja uważam że rozdzielanie kwestii przemocy jest z góry złe. Tak jak niektóre feministki mówią tylko o przemocy wobec kobiet, forsują konwencje wyłącznie dotyczące kobiet i mówią tylko o kobiecych problemach (w końcu feministki – to zrozumiałe) jednocześnie uogólniając, wyśmiewając i lekceważąc gdy jakiś mężczyzna ośmieli się powiedzieć o tym, jak on jest dyskryminowany, to mi się to nie podoba. Ty niby idziesz w dobrą stronę bo przyświeca Ci hasło „przemoc to przemoc, niezależnie od płci”. Słusznie, ale jednocześnie umniejszasz znaczenie przemocy wobec kobiet (która jest o wiele częstsza i poważniejsza niż wobec mężczyzn i należy się z tym pogodzić), a w końcu wymyślasz sytuacje w których mężczyzna miałby prawo uderzyć kobietę zupełnie na siłę. Takich sytuacji według mnie w ogóle nie ma, z wyjątkiem jakichś skrajnych przypadków zagrożenia życia, gdy kobieta jest uzbrojona. Dlaczego? Bo przemoc to przemoc! Co z tego że jej oddajesz? Co z tego że ona zaczęła? Segritta odpisała Ci akurat mądrze – to przekroczenie obrony koniecznej a poza tym powinieneś to uznać za poniżenie samego siebie, w końcu Twoje ideały w tej sytuacji by upadły, dopuściłbyś się przemocy! Usprawiedliwiasz to ale po co i dlaczego? Zabrnąłeś za daleko, gdybyś zakończył dyskusję na etapie „nikomu nie wolno uderzyć, kobieta też nie ma prawa bić mężczyzny” – wszystko ok. Tymczasem logika którą teraz się kierujesz jest rodem z piaskownicy. Co do sytuacji przez Ciebie wymyślonej – oczywiście że skrytykuję mężczyznę. Skrytykuję też kobietę ale jej zachowanie w żadnym wypadku nie usprawiedliwia mężczyzny. Jest wiele sposobów na radzenie sobie w takiej sytuacji. Za to on wybrał ten najgłupszy, zniżył się do poziomu tej kobiety a na dodatek okazał się po prostu złośliwy, a to cecha brzydka.

        16. aaaaanaaa napisał(a):

          Jestem kobietą i w 100% zgadzam się z Amdarel. Przemoc to przemoc, nie ma znaczenia kto jest sprawcą. Napisałeś, że jeśli kobieta Cię uderzy to ostrzegasz i dajesz jej szansę…więc rozumiem, że w odwrotnej sytuacji uderzona kobieta również powinna dać szanse swojemu facetowi? i odejść dopiero jak to się powtórzy? W społeczeństwie jest bardzo dziwne przyzwolenie na przemoc, której dopuszczają się kobiety – te wszystkie policzki wymierzane facetom, szarpanie, itp…i odbieranie im prawa do obrony…Strasznie mnie to razi i zupełnie tego nie rozumiem. Moim zdaniem jeśli ktoś mnie bije mam prawo oddać. Nie przyjmuję argumentu, że kobieta jest słabsza, więc nie wypada oddać, ponieważ nikt nie mówi o okładaniu pięściami z całej siły. Ale może gdyby taka pani lubiąca sobie spoliczkować została po prostu spoliczkowana zrozumiałaby jak kogoś upokarza.

        17. Pionierka napisał(a):

          Serio, czekasz czy się nie powtórzy? Jak dla mnie odchodzi się po pierwszym uderzeniu, nie daje drugiej szansy.

        18. seba napisał(a):

          Rozumiem ale mam inaczej :). Mam w ogóle taką zasadę, że wyciągam konsekwencje jeżeli je wcześniej zapowiedziałem. Oczywiście to kwestia granic. Jeżeli mnie partnerka uderzy pięścią w ramie to inaczej do tego podejdę niż gdyby zamachnęła się na mnie siekierą. Ludzie są z różnych środowisk, mają różne wzorce i doświadczenia. Dlatego czasami warto dać jedną, jedyną szansę. Człowiek ma szansę się dostosować. Druga opcja to na początku związku dokładnie powiedzieć co akceptujesz a co nie.

        19. notz napisał(a):

          Problem jest w tym, że kobieta w większości przypadków może co najwyżej ugodzić w męską dumę przy uderzeniu go. Facet zaś nawet bijąc „lekko” jest w stanie kobietę skrzywdzić mocno. Jednym pchnięciem spowodować, że zwiedzisz ścianę i podłogę. Ale zawsze możesz mieć szczęście i się nie połamać.

        20. Pionierka napisał(a):

          Przecież w przemocy nie chodzi o realną, fizyczną krzywdę. Lekki plaskacz nie zostawia śladów, a dla mnie jest nieakceptowalny. A jeśli sądzisz, że kobieta nie zrobi mężczyźnie krzywdy… Nie każda jest kruszynką jak ja, a i ja potrafię przywalić, jak chcę. Są potężnie zbudowane kobiety, które bez problemu złamią nos.

        21. notz napisał(a):

          Mówię o większości przypadków. Z moich doświadczeń wynika, że z przeciętnym mężczyzną nie mam większych szans, mimo iż nie jestem specjalnym słabeuszem, a facet jest tylko trochę wyższy i cięższy ode mnie. A jednak, fizycznie nie podołałam, gdy przyszło co do czego. Kopniaki w krocze w takim momencie nie zadziałają – w czasie awantury gość jest praktycznie w amoku, nie czuje tego.
          I tak, bardziej boli samo upokorzenie, ale… wolałabym jednak dostać plaskacza, który owszem – jest nieakceptowalny.

        22. Pionierka napisał(a):

          Jasne, ale ja nie o tym… Po prostu moim zdaniem głównym problemem przemocy nie realna krzywda, uszkodzenia ciała itp. Przecież nie powiedziałabym: nie no, nie złamał mi nosa przecież tylko szturchnął uderzył w twarz, nawet śladu nie ma, wiec to to za problem. Dlatego jestem bardzo przeciwna bagatelizowaniu przemocy ze strony kobiet. Tak, spoliczkowanie kogoś to jest przemoc. Drapanie to jest przemoc. Bicie pięściami, nawet jak kobieta nie ma dużo siły i te ciosy są słabe to jest przemoc. I to jest kompletnie nieakceptowalne.

    2. „Bardzojednostronne spojrzenie na związek, które utwierdza kobiety w narracji
      że… im wszystko wolno i wszystko się należy. Od nich zaś niczego nie wymaga.”

      Zwróć uwagę na fragment:

      „Standard mężczyzny. W sumie jest on niezależny od płci, ale jako że czytają mnie głównie kobiety(…)”

      Zwłaszcza na: „W sumie jest on niezależny od płci”

      Dla mnie oczywiste jest, że Seg odnosi te wszystkie punkty do obu płci. Jeśli więc np. kobieta bije mężczyznę to powinien on brać nogi za pas. Zupełnie tak samo jak kobieta gdy to ją bije facet…

  10. Ewelina napisał(a):

    Z tym szantazem w niektorych aspektach to jest sytuacja, powiedzialabym, samorozwiazujaca sie. Bo jesli chce odejsc „bo poddalas sie aborcji”, to w zasadzie sytuacja jest pozamiatana, wrecz doslownie posprzatana niemal po calosci, poza szczatkiem wspomnien i wyrzutow sumienia (o ile ktos temu podlega). Nie ma ciazy, nie ma (tego) chlopa, nie ma zwiazku, nie ma problemu. Jesli odwrotnie „bo nie chcesz poddac sie aborcji”, to tez, po temacie bo po zwiazku, ale jeszcze trza rozwazyc czy w jakimkolwiek stopniu ubiegac sie o to by dziecko mialo kontakt z takim czlowiekiem, oraz czy ubiegac sie o alimenty (tak, tak, nie kazdy chce).
    Ja doswiadczylam szantazu w innym obszarze, koles chcial ze mna byc (wmowil sobie cos po kilku bardzo niezaawansowanych emocjonalnie i nic nie obiecujacych spotkaniach, bo nawet nie randkach). Grozil ze jak zwiazek nie dojdzie do skutku to sie zabije. Owszem, powiedzialam mu, w jakis tam wzglednie ugladzonych slowach (ktorych juz dzis nie pamietam), ze nie chce zeby targnal sie na swoje zycie, ale jesli to uczyni, to niezaleznie od skutkow nie wplynie to na moje decyzje, a jedynie na to ze bedzie mi po ludzku przykro. Oczywiscie byly dalsze fochy i dramat, ale ostatecznie nic sobie nie zrobil, mimo ze jeszcze pare razy grozil, nim nasz kontakt bezpowrotnie sie urwal. A gdyby cos sobie zrobil… coz… chyba nie czulabym sie jednak za to odpowiedzialna, nie ulzyloby mi, ale tez sytuacja by sie rozwiazala – nie w ten, to w inny sposob, i naprawde nie bylaby to moja bezposrednia, ani nawet posrednia wina.

  11. Potrzebny artykuł.
    Warto wiedzieć, że wszystko, co tutaj poruszyłaś, każde złe zachowanie, to przykład jakiegoś rodzaju przemocy. Także zaniedbywanie swojej partnerki.

    1. Amdarel napisał(a):

      Nie, nie każde (choć wiele) poruszone tu zachowanie to przemoc. Zostawienie kobiety która wykonuje aborcję za plecami mężczyzny (albo obwieszcza to przed mając gdzieś jego zdanie jeśli ten jest przeciwny) to po prostu nie bycie podnóżkiem bez własnego zdania czy zasad.

      I od kiedy zaniedbywanie partnerki to przemoc? Zaniedbanie jest formą przemocy tylko wobec bytów od nas zależnych i niesamodzielnych takich jak dzieci czy zwierzęta. Kobieta w związku jest dorosłą i samodzielną osobą – zaniedbanie jej to co najwyżej bycie dupkiem.

      1. Zauważ, że Seg pisała o kobietach w szczególnej sytuacji – w zaawansowanej ciąży i w depresji. Nie wiem jak Ty, ale ja mam doświadczenie z tą paskudną chorobą i zdecydowanie zmieniam się wtedy w „byt zależny”. Nawet jedzenia nie umiałam sobie sama kupić.

  12. Myślę, że ta lista działa w dwie strony, jest uniwersalna i nie podlega płci. Kobieta też powinna trzymać się tych zasad.Wszystko czego można wymagać od mężczyzn, w większości wypadków dotyczy również kobiet :)

  13. Mądra lista! Oczywiście tyczy się ona obu płci :) Uważam, że kobiety /mężczyźni pozostający w związku z osobą o cechach tu wymienionych niszczą sobie życie!

  14. Wszystko, co zostało do tej pory napisane odnośnie tego tematu, skłania się do jednego: do wzajemnego szacunku. Kiedyś przeczytałam takie mądre zdanie, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć.Dzisiaj myślę, że szacunek należy okazywać każdemu, niezależnie od tego, czy jest tego wart, czy nie. Właśnie to świadczy o naszej klasie, czyli o tym, czy ktoś jest prawdziwym mężczyzną, czy prawdziwą kobietą.

  15. A może on się zmieni?
    Nie, nie zmieni się, oni się nigdy nie zmieniają.
    Zmieni się.
    Nie, nie zmieni się.Możliwe, że zamieni. Zamieni się w kolejnego dupka.

    Dziewczyny wybierające takich partnerów wybierają ich podświadomie. Oni zaspokajają jakieś ich potrzeby. Zrywając z tym, z którym według twojego tekstu, powinny zerwać, nawet z opaską na oczach zaraz zaplączą się w związek z „kolejnym dupkiem, który na pewno się zmieni”. Bez zmiany myślenia, bez dowiedzenia się, dlaczego wchodzi się w związek z przemocą w tle, można tułać się od dupka do dupka przez całe życie.

  16. To wszystko prawda. Ale czasem, niektórym kobietom, tak trudno odejść, porzucić męża i ojca swoich dzieci, bo jest mężem i ojcem. Nawet jeśli czasem jest zły. Trzeba nauczyć kobiety szacunku dla samych siebie, wtedy będą wiedziały, że zasługują na szacunek od innych. Również, a może przede wszystkim od własnego partnera.

    1. Maja Sułowicz napisał(a):

      Pozostając z związku z kimś kto nie ma szacunku do Ciebie nigdy nie poczujesz, że szanujesz samą siebie. I tutaj nie chodzi o to, że czasem on jest zły tylko o to, że jest nieempatycznym chamem i nie potrafi panować nad agresją. Jeżeli kobieta pozwala na to, by ktoś taki wychowywał jej dzieci to nie tylko jest głupia ale również nie zasługuje na szacunek. Ani własny, ani jego.

  17. Jak zwykle trafiłaś w sedno. Sama nie wyobrażam sobie związku z kimś, kto nie spełniałby któregoś z tych punktów. Niestety spora ilość kobiet ma zbyt niskie poczucie własnej wartości i nawet nie zdaje sobie sprawy, że powinna tego wszystkiego bezwzględnie wymagać. Ten tekst powinno się dawać w wersji dla obu płci dzieciakom w szkole podstawowej i każdej następnej… tak raz w roku, żeby się dobrze utrwalił ;-)

  18. Joasia Kamińska napisał(a):

    Szczerze mówiąc to mam wrażenie, że to się tyczy każdej relacji w życiu (większość punktów, bo koleżanka od imprez nie ma wg mnie obowiązku o mnie dbać, a to przecież też jakaś „relacja”, mniejsza o to) a nie tylko damsko-męskich :)

  19. Olga Ga napisał(a):

    A aspekt zazdrości? Ja na szczęście nie mam takiego problemu z mężem, ale w najbliższym otoczeniu mam kobiety co borykają się z chorą zazdrością partnerów. Na co dzień kochani, odpowiedzialni, czuli, ale póki kobieta w „ryzach”. Spotkania z kimś więcej niż z przyjaciółką są problemem- „tam będą faceci???”, „ten facet się na ciebie patrzył” „jakie wyjście na imprezę, zwariowałaś”, sprawdzanie telefonu, FB, ciągła kontrola. A ostatnia awantura o pójście do ginekologa mężczyzny – „dotykał cię inny facet!!!!” to według mnie zachowanie godne wyznawcy islamu. Tak, są nadal razem.
    Według mnie chora zazdrość też jest przemocą.

  20. Pionierka napisał(a):

    1) Co znaczy „sama nie zaczniesz”? Gdyby facet mnie uderzył, oddałabym mu, a potem odeszła. I nie zdziwiłabym się, gdyby on zareagował na przemoc z mojej strony identycznie.
    3) Nie zgadzam się. Uważam, że mężczyzna ma prawo odejść, jeśli pragnie dziecka, a kobieta podejmie decyzję o aborcji. Kobieta ma prawo odejść, kiedy pragnie dziecka, a mężczyzna informuje, że nie ma mowy. To są fundamenty, tu nie ma miejsca na kompromisy. Lepiej odejść niż się męczyć w związku, który nie daje satysfakcji.
    4) „Nie mówi dzieciom źle o ich własnej matce”. A jeśli źle to po prostu prawda? Ma kolejny raz mówić dzieciom, że „mamusia źle się poczuła”, kiedy po prostu zapiła? Ma kłamać, że dzwoniła i pytała o dzieci, kiedy nie jest nimi zainteresowana? Ma kłamać, że hmm… zgubił pieniądze? a nie że matka nie zapłaciła alimentów i dlatego jakiś obiecany zakup trzeba odłożyć na później?

    1. Siri napisał(a):

      Co do punktu czwartego to doskonale wiemy, że nie o tym Segritta pisze tylko manipulowaniu miłością dziecka do rodzica dla własnych potrzeb. Sama tego doświadczyłam i pamiętam jak bolały i przerażały słowa „jeśli pojedziesz na wakacje do ciotki (siostra matki) nie odezwę sie do ciebie więcej” czy „a kogo kochasz bardziej? mnie czy mamę?” gdy się miało 8 lat. Małe dziecko nie rozumie pewnych zjawisk, nie wie czym jest depresja, uzależnienie czy choroba psychiczna rodzica, więc asekurowanie go słowami „mama źle się czuje / jest smutna / nie jest w stanie tego zrobić” jest o wiele lepsze gdy wszystko jest skrajnością (nie dba o mnie = nie kocha mnie). Uwierz, że lepiej takie rzeczy mówić gdy dziecko podrośnie i będzie umiało pojąć całą sytuację razem z jej wszystkimi aspektami.

    2. Ty popatrz, przegapiłam Twój komentarz. Już odpowiadam.
      1. A ja uważam, że nikt nie ma prawa nikogo bić. Po prostu. Jak mnie facet uderzy, to od niego odejdę, a nie będę go „bić w odpowiedzi”. Po co. To samo w drugą stronę. Jeśli byłabym facetem, a kobieta by mnie uderzyła, odeszłabym od niej, a nie biła ją w zamian.
      3. Tak, facet ma prawo odejść, jeśli pragnie dziecka, a jego partnerka nie chce dziecka. Ale nie ma prawa jej zmusić do tego, by miała to dziecko, jeśli ona tego nie chce. Niestety natura nierówno rozdzieliła obu płciom obowiązki i wszelkie konsekwencje reprodukcyjne, więc moim zdaniem to kobieta, jako osoba biorąca na siebie praktycznie wszystkie fizyczne i hormonalne (a co za tym idzie – emocjonalne) bolączki wynikające z ciąży, porodu i połogu (bo potem już da się jakoś dzielić, choć też nie 50/50) – to ona ma więcej głosów w decyzji o aborcji lub donoszeniu ciąży. Mężczyzna oczywiście może chcieć lub nie chcieć być z kobietą ze względu na taką decyzję, ale co innego jest powiedzieć „wybacz, ale nie potrafię z tobą być po decyzji, którą podjęłać” – a czym innym szantaż „jeśli to zrobisz / nie zrobisz tego, to odejdę”. I ja bym nie mogła być z facetem, który tak stawia sprawę.
      4. A widzisz, to jest jeden ważny element w tym całym sporze: czy „mówiąc prawdę o matce” chronisz siebie czy dziecko. Bo jeśli to drugie, to spoko. Np. nie widzę problemu, by dziecku powiedzieć wprost, że matka jest pijana, postąpiła źle i absolutnie nie miała racji bijąc dziecko lub źle się do niego odnosząc. Ale już mówienie dziecku, że matka „nie interesuje się nim”, podczas gdy ta informacja w żaden sposób dziecku nie pomaga, a tylko je krzywdzi, jest skurwysyństwem. I – tak, zdecydowanie nie zwalałabym ani na matkę ani na ojca tego, że jakiś „obiecany zakup trzeba przełożyć na później”, nawet jeśli faktycznie byłaby to wina niezapłaconych alimentów. Dziecko nie musi nosić ciężaru takiej informacji i wysnuwać z niej wnioski, które mogą być bardzo niemiłe.

  21. Witold Sikora napisał(a):

    Moja dziewczyna pisała też o tym na swoim blogu, świetny tekst. Dlatego stworzyliśmy portal http://www.rozwiazane.pl gdzie możecie otrzymać pomoc on-line między innymi jeżeli chodzi o przemoc w związku, alkoholizm i inne. Sprawdźcie i sprawdźcie jej bloga rozwiedziona.pl

  22. Taki tekst jest bardzo potrzebny. Żeby kobieta mogła odejść od faceta, musi sobie najpierw zdać sprawę, że jest w toksycznym związku. Niestety często ofiara uzależnia się od swojego oprawcy. Podjęcie decyzji o odejściu jest trudne. W głowie powstaje mnóstwo tłumaczeń, wymówek. Ja mam wrażenie, że częściej niż przemoc fizyczna i bicie występuje przemoc psychiczna i brak szacunku. Nie wiem dlaczego, ale faceci muszą podnieść swoje „ego” kosztem kobiety. Muszą sobie coś udowodnić.

  23. Byłam kiedyś z takim nieprawdziwym mężczyzną i to długo. Teraz jak to wspominam, nie wiem, gdzie się wtedy podział mój instynkt samozachowawczy. Za to wiem, że mój kat był też ofiarą. Był mocno bity w dzieciństwie, co całe jego życie naznaczyło strachem. I choć go to nie usprawiedliwia w żadnym stopniu, i choć przemoc jest nie do wybaczenia, to tak przy okazji rozmowy na ten temat, gdzie każdy w komentarzach już chyba wszystko co istotne powiedział, ja jeszcze dodać muszę, że każdy psychopata skądś się wziął. I że ludzie, którzy biją swoje dzieci, wyrządzają krzywdę nie tylko im, ale też wszystkim ludziom, którzy w przyszłości znajdą się w otoczeniu tej osoby, będą ją próbowali kochać i próbowali coś z nią budować, ale nie będzie miało to szansy się udać ze względu na jej uszkodzoną psychę. Niby powinno to być oczywiste… powinno, no właśnie.

Dodaj komentarz