Dwa teksty, po których rozpoznasz głupka.

Śliczna dziewczyna w telewizji śniadaniowej przytoczyła właśnie wypowiedź swojego ojca, który dawał jej dobrą radę przed ślubem. Córeczko – powiedział – jak będziesz stawała przed ołtarzem, żeby przy sięgać komuś miłość i będziesz na 100% pewna, że chcesz poślubić tego człowieka, to odwróć się i odejdź. Weź ślub tylko, jeśli będziesz pewna na 200%.

„Nie jestem pewien na 100%, tylko na 200%!”

Generalnie jeśli określasz swoją pewność, swoje przekonanie, wiedzę z jakiejś domeny lub uczucie na więcej niż 100%, to przestaję Ci wierzyć. Nie możesz obiecać czegoś, czego nie masz. 100% pewności to jest WSZYSTKO, co możesz mieć. Jeśli mówisz o 101%, to tak jakbyś był ulicznym handlarzem i próbował mi sprzedać telefon z funkcją teleportacji. Po takiej deklaracji wszystko, co mówisz dalej, nie ma już znaczenia.

„Przysięgam, że będę Cię kochać zawsze! „

I kolejna deklaracja, która świadczy o rzucaniu słów na wiatr – lub o nieznajomości natury uczuć. Mówi się przecież, że miłość jest ślepa, że miłość jest silniejsza od wszystkiego, że serce nie sługa – a co rok setki tysięcy Polaków przysięga (i to przy świadkach i na świętości!), że będzie kogoś kochać do końca życia. Ludzie, błagam, to nie jest przysięga, którą możecie składać, bo to nie Wy decydujecie o własnej miłości. Decyduje o niej też ta druga osoba, całe Wasze otoczenie, czas, chemia, a nawet zwykły przypadek. Nie możecie przysięgać, że za rok o tej porze będzie padał deszcz, prawda? To nie przysięgajcie sobie miłości. Bo to naprawdę potem głupio wygląda: te wszystkie rozwody i złamane słowa.

Tak, wiem, że to tylko figury stylistyczne i że tak naprawdę można je odczytywać jako podkreślenie swojej pewności albo podkreślenie siły swojej miłości. Ale i tak ich nie lubię. Słowo ma dla mnie wartość i dlatego próbuję walczyć z brakiem logiki w deklaracjach. :)

Komentarze do wpisu: 63 Napisz komentarz

  1. Ej, ale zabawy językowe są fajne. Np. słyszę: na sto procent to dzisiaj zrobię. A taką samą obietnicę słyszałam dzień wcześniej. To odpowiadam: wolę, żebyś to jednak zrobiła na 200 procent. Przecież wiadomo że 200 procent i większa połowa to z przymrużeniem oka się mówi.

  2. A wiele osób nadal nie może pojąć, że ślub to nie jest życiowy cel wszystkich ludzi na świecie. A gdy mnie (nas) pytają: A kiedy ślub? Odpowiadam, że teraz tyle rozwodów dookoła, że szkoda zachodu.

    Mam w zanadrzu jeszcze argument ostateczny: Przecież i tak wszyscy umrzemy. Ale jeszcze go nie użyłem :)

    1. Aśka Hostman napisał(a):

      nie rozumiem- co ten śmiercionośny argument ma do rzeczy?

      dlaczego nie macie dziecka?
      przecież i tak wszyscy umrzemy.

      dlaczego nie pójdziesz na dietę?
      przecież i tak wszyscy umrzemy.

      dlaczego się nie ożenisz?
      przecież i tak wszyscy umrzemy.

      tak można odpowiedzieć na każde pytanie.
      umrzemy, ale wielu woli umierać przy boku dzieci, będąc do ostatnich lat szczupłym, a potem zostać pochowanym przy współmałżonku.

      1. Eeee… przecież napisałem, że to mój argument. Co tu mają do rzeczy inne osoby? Ja nie mam nic do ślubów, ani do dzieci – byleby nie moich.

        A sam tekst, że wszyscy umrzemy, odnosi się do tego, że szkoda życia na martwienie się o wiele rzeczy. Ktoś jest szczęśliwy bez ślubu – proszę bardzo. Ktoś chce całe życie spędzić w samotni na pustyni – czemu nie. Ktoś chce podróżować przez 10 lat – a niech to robi. A każda z tych osób znalazłaby legion innych, którzy będą wybijać jej taki pomysł z głowy. Bo jak to tak, bo nie wypada, bo to niebezpieczne, bo to głupie, bo bez sensu.

        A i tak wszyscy umrzemy, więc naprawdę warto olać zdanie innych i trzymać się własnych przekonań. Bo tego co za życia doświadczymy, to będzie nasze.

        1. No pewnie, że są wśród nich ludzie, których uważam za mądrych. To ni zmienia faktu, że akurat tę przysięgę uważam za nieuprawnioną – a osobę ją składającą za głupią. Nie głupią generalnie, na wszystkich płaszczyznach. Głupią pod tym konkretnym względem.

        2. Tianzi napisał(a):

          No to OK, choć w moich oczach (osoby, która jeśli weźmie ślub, to cywilny i z intercyzą) akurat taka forma przysięgi jest też postanowieniem, deklaracją pewnej postawy, no i po prostu konwencją. Tak samo jak teksty wymienione we wpisie. Dziewczę na myśl swoim ślubie ma prawo do odrobiny egzaltacji :)

        3. A teraz mi pokaż, gdzie w przysiędze małżeńskiej jest zdanie o wiecznej miłości?
          „Nie opuszczę Cię aż do śmierci”, to nie to samo co „Będę Cię kochać aż do śmierci”

  3. Paweł Boroń napisał(a):

    Mniej więcej jedno na trzy zawarte małżeństwa rozwodzi się. Wśród tych rozwodów jedno na trzy to rozpady pierwszego małżeństwa. Uruchamiając logikę, której bronisz, zaledwie jedno na 9 pierwszych małżeństw rozpada się, czyli 89% osób, które ślubują sobie pierwszy raz miłość trwa w związku małżeńskim do śmierci.

    W mojej ocenie nielogicznym jest przez pryzmat 11% oceniać wszystkich.

      1. Paweł Boroń napisał(a):

        Ciekawa interpretacja. W zasadzie jest rozwinięciem tezy, że pewnym można być tylko śmierci o to, że głupkiem jest każdy kto obiecuje cokolwiek innego.

  4. Dla mnie słowo również ma dużą moc, ale osobiście nie mam nic przeciwko temu, kiedy mój towarzysz życia mówi mi, że przysięga ze mną być do końca – jedyna reakcja, jaka wówczas przychodzi mi do głowy to przytulić, ucałować, zrobić dobry obiad i podziękować, zamiast wyciągać teksty typu: „gówno prawda, bo nie wiesz, jak będzie za rok, a btw – statystycznie to ileś na ileś Polaków rozwodzi się, więc wsadź sobie w cztery litery takie obietnice!”.

    Nie zgodzę się ze zdaniem, że nie mogę niczego obiecywać, bo nie ja decyduję o miłości – ależ decyduję, i to w znacznym stopniu. Moim zrozumieniem, oparciem i gwarancją trwania przy boku ukochanego też nadaję tej relacji pewien kierunek. Oczywiście, co on z tym robi to inna sprawa. Ale osobiście nie chciałabym być z kimś, kto nie byłby mi w stanie zagwarantować wierności, bo „wiesz – taki mamy klimat i w sumie to ja nie mam wpływu na to, czy Cię będę kochał za rok”, olałabym takiego ciepłym moczem.

    Być może jestem staroświecka, nie idę z duchem czasu i poobijam sobie tyłek od takich przekonań, ale póki co jest mnie (i mojemu narzeczonemu) cudownie z tym.

    1. makate napisał(a):

      Zgadzam się!
      Oczywiście że nie można przysięgać uczuć – ale miłość to dla mnie nie tylko uczucie. To decyzja, że chcę być z tą osobą, dbać o naszą relację, rozwijać ją i zawsze zabiegać o to by trwała – i to już mogę przysiąc.
      Nikomu tego nie karzę, ale jeśli ktoś chce podjąć decyzję bycia z jedną osobą na zawsze, to ja nie nazwałabym tego głupstwem.

    2. No widzisz, ja za to mogę się poszczycić tym, że ZAWSZE dotrzymuję słowa. I jeśli coś obiecuję, to druga strona może być PEWNA, że tak będzie. Jeśli coś ode mnie nie zależy w całości, to tego nie obiecuję. Ty olałabyś takiego partnera jak ja ciepłym moczem. Ja nie miałabym zaufania do słów takiego partnera jak Ty.

      1. Całe szczęście nie ma na świecie obowiązku, aby osoby o dwóch sprzecznych podejściach, jak my, musiały ze sobą być. :)
        Nie twierdze, że Twoje podejście jest złe. Ale wydaje mi się, że nieco na wyrost oceniasz ludzi o podejściu innym. Ja np. Twojego nie rozumiem, ale nie mam potrzeby nazywania Cię głupkiem. Albo tekst „Bo to naprawdę potem głupio wygląda: te wszystkie rozwody i złamane słowa.” – może warto patrzeć tylko na swoje zobowiązania zamiast wytykać ludziom hipokryzję? Niedawno pisałaś tekst o tym, że nikogo nie powinny obchodzić czyjeś skarpety i sandały, chyba nie inaczej powinno być z czyimś związkiem… no nie?

      2. Druga strona nigdy nie może być na sto procent pewna, że dotrzymasz obietnicy, bo nawet jak obiecasz komuś, że pójdziesz do sklepu to milion rzeczy się może zdarzyć po drodze, które uniemożliwią Ci dotrzymanie tej obietnicy. Tak samo jest z miłością, raczej nikt nie mówi sobie „teraz zdecydowałem, że przestaję Cię kochać” tylko po prostu coś się zdarza i niestety się ta miłość zmienia.

  5. Moim zdaniem przysięga małżeńska to nie tyle obietnica wieczystego uczucia i motylków w brzuszku, ale także tego, że nawet jak się między nami zacznie psuć, to obydwoje postaramy się to naprawić.

    Czasy mamy takie, że łatwiej kupić nowe, niż naprawić popsute, małżeństwo również. I to właśnie taka przysięga motywuje do tego, żeby przejść przez ten trud naprawy takiego lekko spitolonego małżeństwa. Nie jestem ortodoksem – jeśli małżeństwo (nie „związek” – „małżeństwo”) jest spitolone bardzo, to może się nie dać naprawić i wtedy jestem za tym, żeby dwie osoby, albo dodatkowo ich dzieci nie daj Bodziu, się ze sobą nie męczyły i powędrowały w swoje strony.

    Zresztą, nie wiem jak u innych, ale mój ślub i moment składania przysięgi małżeńskiej to jeden z trzech najszczęśliwszych momentów w moim życiu. I dla tej jednej chwili mogę sobie być głupkiem, nie przeszkadza mi to :)
    Pozostałe dwa to narodziny moich Chłopaków :)

    1. Czasem, gdy podpisuję różne umowy zawodowe, dochodzi do momentu, gdy nie chcę podpisać jakiegoś paragrafu, bo wg niego np. umożliwiam drugiej stronie dowolne i nieograniczone czasowo wykorzystywanie mojego wizerunku. Mówię, że się na to nie zgadzam i wtedy słyszę, że „w tym punkcie tak naprawdę chodzi o to, żeby klient mógł wykorzystać Pani wizerunek w ciągu trwania kampanii i u siebie na stronie a nie na żadnym billboardzie”. Wiesz, co odpowiadam? Że w takim razie trzeba to tak zapisać, a nie umawiać się, że „tak naprawdę to tylko dupokryjka”, albo „tak naprawdę chodzi o to, że..”. Nie. Umowa to umowa, słowo to słowo. Jeśli w przysiędze małżeńskiej obiecujesz drugiej stronie, że będziesz się o nią starał i będziesz zawsze próbował naprawiać Wasz związek zamiast uciekać od problemów, to dlaczego właśnie tego się nie obiecuje? Tylko jakąś wieczną miłość?

      1. Nie wiem, może dlatego, że ślub kościelny to chwila romantycznych uniesień i słaby to moment na to, żeby małżeństwo nazwać umową. A może lepiej brzmi „ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci” niż „OK, teraz jest fajnie, ale potem się dowiaduj i terało proszę podpis na dole strony przy krzyżyku”? A może żeby znaleźć w sobie siłę do naprawy problemów, to jednak trzeba ciągle kochać?
        Tak BTW – właśnie do mnie dotarło, że po rozebraniu tej przysięgi na czynniki pierwsze nic tam nie ma o miłości po grób.

      2. Dorota Rybak napisał(a):

        Podejrzewam, że większość ludzi składając tę przysięgę, ani nie zastanawia się nad swoimi słowami, ani nie zamierza ich dotrzymać, po prostu recytują wierszyk jak na szkolnej akademii… Ale w obronie samej przysięgi – tam w grę wchodzi „operacjonalizacja pojęć”, jak w regulaminie, gdzie w pierwszych punktach masz zapisane, że przez pojęcie klienta rozumie się to i to, a przez pojęcie pośrednika to i to, i tak dalej; w kodeksach prawa kanonicznego w przepisach dotyczących małżeństwa jest zapisane, co katolicyzm rozumie przez słowo „miłość” (w różnych encyklikach też się to pojawia, w komentarzach do Biblii itp.) – definicja zaczyna się od tego, że nie jest to uczucie, ale postawa, i dalej sobie tę postawę opisuje, opierając na łac. caritas; uczucia komuś obiecać nie możesz, ale to, że zachowasz wobec tej osoby określoną postawę, już tak, to zależy od twojej woli. Oczywiście nie rozwiązuje to kwestii „co na to słownik”, czyli na ile można sobie przedefiniować słowo wedle potrzeb i upodobań (żaden znany mi słownik podobnej definicji miłości nie zawiera), ale w sumie języki branżowe często podobny myk stosują ;) No i tłumaczenie tego nieszczęsnego caritas jako „troska” faktycznie daje marny efekt literacki ;) Innymi słowy, w tej konkretnej umowie jest zapisane, co dokładnie się obiecuje, i nie jest to aż tak romantyczne – tyle ze wpisano to malutkim druczkiem ;)

    2. Luk Recjowa napisał(a):

      „(…) ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.”
      „(…) przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.”

      Nie wiem czemu, ale tę chęć do naprawy wyraźniej widzę w tym drugim, może mniej „romantycznym” cytacie ;)

  6. san85 napisał(a):

    Myślę, że każdy ma jakieś powiedzonka, których nie lubi, nie cierpi, które go wkurzają lub wypowiedziane przez rozmówce, dają mu do myślenia, że rozmawia z kretynem.
    Z pierwszym nie będę polemizować, choć mnie ono specjalnie nie razi. Od zwykłe zdanie ani mnie ziębi, ani grzeje.
    Co do drugiego to mam trochę inne spojrzenie. Oczywistym jest, że nie jesteśmy w stanie przysiąc drugiej osobie wiecznej miłości. Logika, statystyki czy własne doświadczenia (jeśli już wcześniej nam się zdarzyło coś takiego obiecać) dobitnie o tym świadczą. Ok wiem, że w życiu może się zdarzyć wszystko, możemy zakochać się w kimś innym, obiekt naszych uczuć może nas tak zranić tak, że nie będziemy potrafili dłużej go kochać itp. Ale według mnie to wcale nie znaczy, że słowa „zawsze będę cię kochał” są kłamstwem. W chwili wypowiadania są w 100% prawdziwe, mówiąca osoba naprawdę w nie wierzy. A wiara z natury nie opiera się na naukowych dowodach, czy potwierdzonych doświadczalnie faktach.

    1. „Ale według mnie to wcale nie znaczy, że słowa „zawsze będę cię kochał” są kłamstwem. W chwili wypowiadania są w 100% prawdziwe”
      Nie zgadzam się. Żeby były prawdziwe w 100% (he he), musiałby się spełnić. Bo nadawca mówi o przyszłości. Wiem, co masz na myśli, ale mimo wszystko jedynym, co można przysiąc, jest „kocham Cię teraz”, ewentualnie „chcę Cię kochać do końca życia” albo nawet „zrobię wszystko, co w mojej mocy, by kochać Cię do końca życia”.

  7. Aleksandra Stefańska napisał(a):

    LUBIĘ! Też to oglądałam i aż potraktowałam telewizor wzgardliwym wzrokiem. Po czym go wyłączyłam…

  8. No cóż. To co piszesz (i nazywanie głupkami ludzi biorących ślub kościelny, jak wynika z wpisu i dyskusji w komentarzach) jest dla mnie w jakiś sposób zrozumiałe, choć też mocno krzywdzące. Dlaczego? Bo jeśli ktoś bierze ślub kościelny, bo ładna suknia, bo klimacik, bo romantycznie, bo wypada, a w kościele ostatnio był w okolicach bierzmowania, a słowa przysięgi są potwierdzeniem jego wzniosłych emocji, które w danym momencie odczuwa, to faktycznie… głupek. Natomiast dla osób prawdziwie wierzących (a takie jeszcze na tym świecie istnieją!) ślub kościelny jest sakramentem, a deklaracja wiecznej miłości stanowi tak naprawdę decyzję o tym, że ludzie będą się kochać. Bo w rozumieniu osób wierzących miłość jest decyzją. Miłość rozumiana jako oddanie się, poświęcenie, trwanie. Nie seksualne uniesienia czy emocje. Dlatego osoby, które biorą ślub kościelny traktowany jako sakrament nie są głupkami! Głupkami są osoby niewierzące (lub wierzące, a niepraktykujące, których jest większość), które tłumnie walą do drzwi kościołów i składają sobie obietnice bez pokrycia. Chociaż… ja bym chyba jednak z takich powodów nikogo głupkiem nie nazwała :)

  9. Agnieszka Cz napisał(a):

    Zapominasz, że są jednak osoby,które sobie przysięgały miłość i dotrzymały przysięgi. I uważam, ze miłość to też w jakimś stopniu kwestia wyboru, zwłaszcza w dojrzałych związkach.

  10. Luiza napisał(a):

    A czy nie mówisz swojemu dziecku czule do uszka „Malutki, będę Cię zawsze kochać!”? :) Jesteś czegoś pewny to jesteś czegoś pewny i tyle. Czemu tak ciężko Ci przyznać, że są ludzie u których „na zawsze” znaczy dokładnie to i nic innego?

      1. Luiza napisał(a):

        nie wszystkie matki kochają swoje dzieci całe życie – mogą popaść w depresję, nie być zdolne do odczuwania czegokolwiek, może nawet jakaś choroba psychiczna? a może dziecko zabije drugie dziecko i matka kompletnie załamie się nerwowo i jej miłość tego nie wytrzyma? Tak jak mówisz – istnieje zawsze w każdej sytuacji jakiś procent, który nie pozwala osiągnąć tego magicznego 100%. A z tego co mówisz, u Ciebie nie ma znaczenia czy to 62%, 89% czy 99,9% – liczy się 100% albo nic:) I w drugą stronę – nie wszystkie żony kochają swoich mężów całe życie, ale niektóre tak:)

      2. Matki też nie zawsze kochają swoje dzieci. Taka w pełni uczciwa wypowiedź brzmiałaby: Drogi synu, kocham cię i prawdopodobnie będę kochała zawsze, bo zwykle tak u matek jest, ale weź pod uwagę, że mogą wystąpić pewne okoliczności i moje uczucia jednak się zmienią :)

  11. Brzeska napisał(a):

    O ile miłość do końca mogę zrozumieć, o tyle doskonale Cię rozumiem z pewnością. Słowa mają cholerną moc, o której wielu zapomina

  12. Morrrigan napisał(a):

    Odnoszę wrażenie, że przesadzasz. Ten tekst w sumie nic nie wnosi, nie prowokuje do myślenia, argumentacja jest jakaś taka nikła. Stać Cię na więcej… Poza tym w takim wypadku wydaje mi się, że jakoś nad wyraz łatwo jest Ci kogoś zakwalifikować jako głupka. Tak, to mogą być i w 99% to SĄ figury stylistyczne i wcale nie muszą stanowić jakiejkolwiek deklaracji. Życie to nie umowa, każdy wie co to w praktyce oznacza. Ty też jak coś komuś obiecujesz, nie masz 100% gwarancji, że tak się stanie, bo nie masz na to wpływu, na większość spraw typu „przyjdę do Ciebie jutro” „zrobię Ci zakupy” „ugotuję rosół” masz mniejszy wpływ niż na własne uczucia… Każdy chyba rozumie, że musi być jakiś margines, warto specjalnie strzępić język by to akcentować? To, że Ci się to nie podoba, to jednak za mało, żeby kogoś oceniać jako głupka. Jeśli Ci to wystarcza, to może to świadczyć o Tobie negatywnie, tym bardziej nie rozumiem potrzeby ogłaszania tego czytelnikom. Być może to z Twojej strony hiperbola, dokładnie „figura stylistyczna”, niemniej wydaje się być trochę nie na miejscu. A „bycie głupim na jednej płaszczyźnie” to jest bardzo zabawne sformułowanie, albo człowiek jest głupi albo mądry ewentualnie przeciętny intelektualnie. Można być mądrym i podejmować złe decyzje, lub mówić czasem głupie rzeczy będąc generalnie mądrym, ale opisywać tę sytuację „głupotą na jednej płaszczyźnie a nie na wszystkich”… No śmieszne, to jest zupełnie zbędne poszerzanie znaczenia głupoty.

  13. ceress napisał(a):

    E tam, czepialstwo.
    1) Też nie ufam tym, co są pewni na 200%. Ja jestem pewna na milion procent (albo milion maksów). Lubię operować ekstremami i tarzać się w językowych zbytkach.
    Tyż prawda, że takie milion maksów traci na znaczeniu (jak przekleństwa zastępujące przecinki) i nie użyłabym tego w poważnej rozmowie… nie przysięgałabym komuś przed ołtarzem miłości na milion maksów, na przykład ;)

    2) Jeśli traktować miłość jak uczucie – rzeczywiście nie można być pewnym utrzymania takiej przysięgi. Inaczej jednak definiują miłość ci, którzy tę przysięgę wymyślali i (mam nadzieję) ci, którzy tę przysięgę świadomie wypowiadają.
    Chodzi tu o miłość jako wybór. O miłość, jako ofiarę ze swojego życia dla drugiej osoby. Mówiąc, że będziesz kochać do grobowej deski nie mówisz, że do końca życia będziesz miał motylki w brzuchu, tylko: „Wybieram ciebie. Choćbyś się spasł, spił, bił i choćbym poznała lepszego – będę przy Tobie. Nawet jeśli oddalę się od Ciebie fizycznie, to nigdy więcej nie zbliżę się do nikogo tak, jak do Ciebie. Love na milion maksów!”.

  14. Alenda napisał(a):

    Nigdy nie mów nigdy i nigdy nie mów zasze, a jednak się wymknie ;) 200% mogę przyjąć, bo że dwa razy 100%, że aż tak bardzo, że aż tak, że nimożliwe, ale wkurza mnie większa połowa, którego zwrotu to użyłam osobiście, sama nie wiem jakim cudem!

  15. Hania napisał(a):

    Przysięganie miłości jest faktycznie bez sensu gdy definiujesz miłość jako uczucie. Dla mnie miłość to też uczucie ale przede wszystkim DECYZJA :)

  16. Idąc tym tropem, to nie powiesz też „zadzwonię jutro” bo może Cię ktoś potrącić samochodem, albo możesz się zadławić kanapką. Milion rzeczy, na które nie masz wpływu może się wydarzyć. Zatem wszyscy jesteśmy głupkami, bo obiecujemy coś, na co nie mamy w pełni wpływu. Jak już ktoś napisał, pewna jest tylko śmierć.

  17. Agrufo napisał(a):

    Słowa to tylko słowa, ważniejsze są intencje i czyny. Jeśli składając przysięgę wiesz, że ani ty ani on/ona nie dotrzymacie obietnicy wierności, miłości czy bycia razem, to faktycznie, lepiej jej nie składać. Masz rację, uczciwie jest niczego nie obiecywać niż obiecać wiedząc, że nie dotrzyma się tej obietnicy. Fajnie, że formułka w USC zakłada zobowiązanie do jedynie zrobienia wszystkiego, choć nie precyzuje, co to naprawdę oznacza. A jeszcze fajniej, że nie ma przymusu życia w związkach małżeńskich – obecnie nikogo nie dziwi konkubinat, który działa na jeszcze luźniejszych zasadach niż umowa cywilno-prawna. Każdy ma wybór i niech wybiera według swoich możliwości i ograniczeń :)

  18. Aneta napisał(a):

    Też krytykowałam śluby kościelne. O jakież ja miałam ich ten temat negatywne zdanie! Byłam akurat wtedy w związku z mężczyzną, z ktorym takiego ślubu wziąć bym nie mogła. Przypadek? :)
    Im czesciej wypowiadalam swoje zdanie w tej kwestii, tym bardziej w nie wierzylam…
    A może partner nie chce ślubu? Wtedy też łatwiej przekonywac sama siebie, ze taki ślub jest zarezerwowany dla głupców.
    Mam wrażenie, że ten tekst wynika z jakiejś frustracji. Nie ogólnej, tylko „na pewnej płaszczyźnie” ;)

  19. Loli napisał(a):

    Mam ambiwalentne odczucia po przeczytaniu Twojego tekstu. Tak jak z fragmentem o procentach zgadzam sie z Tobą całkowicie, tak na Formułę „bede sie zawsze kochać” patrzę zupełnie inaczej, bardziej przychylnym okiem. Według mnie jest to figura poetycka (tak jak jesteś najpiękniejsza, najcudowniejsza, a twoje usta smakują jak maliny) – wiadomo, ze nadawca tej treści nie oznajmia faktu, tylko chce wyrazić uczucia. Nie ma nic złego w egzaltacji jeśli chodzi o miłość, nie sadzisz? :)

  20. czyli że na ślubie Fash powiedziałaś jej, że jest glupkiem? czy nie powiedziałaś ale tak sądzisz ale jednak nie powiesz jej tego w twarz? czy powiedziałaś, że jest glupkiem ale to nic nie zmieniło w waszych relacjach? :)

  21. Ejjjj…. A w ogole w przysiędze małżeńskiej w kościele katolickim przysięga się miłość do śmierci? Wg mnie przysięga sie miłość i wierność, i to nie jest ubrane w ramy czasowe. Dopiero na koncu jest „nie opuszczę cie az do śmierci” zawsze to „az do śmierci” odnosilam tylko do „nie opuszczę cie” :D chociaz wiadomo, jak sie kogoś nie kocha to byc z nim tez sie nie chce.

  22. zadalam sobie ten trud i odnalazłam tekst przysięgi małżeńskiej i stanowczo nie zgadzam się z interpretacją Segritty. Co wiecej tam sie nie przysiega na żadne świętości!!! Przysięga ma duzo głębsze znaczenie i powiedziałabym nawet, że skoro w przysiędze prosimy Boga o to aby pomógł nam jej dotrzymać, to wlasnie zdajemy sobie bardzo dobrze sprawę z tego, ze moze nie byc łatwo jej dotrzymac.

    A idąc tokiem rozumowania, ze nie możemy przysięgać rzeczy, ktorych nie jestesmy pewni, to tak szczerze powiem, że nigdy w życiu nie mogłabym niczego przysiąc. Moze z wyjątkiem tego ze sie zestarzeje i umrę.

    1. Zgadzam się z Izą. Szanuję opinię Segritty i trochę żal, że nie szanuje ona osób, dla których jednak taka przysięga jest ważna. W końcu ślubujemy miłość, wierność i uczciwość oraz to, że będziemy z daną osobą do końca życia. Moim zdaniem to piękne słowa i to one motywują do tego, by dbać i walczyć o związek.
      Każdy inaczej przeżywa miłość, ale nie zgodzę się z tym, że miłość przychodzi i odchodzi. Na to składa się wiele różnych czynników. Ja sama ostatnio doświadczyłam pewnego kryzysu. Po kilku latach związku naszły mnie pewne wątpliwości, bałam się, że się odkocham, wydawało mi się, że nie czuje tego, co czułam kiedyś i co zrobiłam? Zaczęłam walczyć o to uczucie, zaczęłam bardziej dbać o partnera i naszą relację, zaczęliśmy o tym rozmawiać. Może to dziwnie zabrzmi, ale dzięki temu nasze dawne uczucie powróciło i jestem pewna, że gdybym o nie nie zawalczyła – po prostu bym odeszła. Miłość to uczucie, które trzeba pielęgnować, a przysięga małżeńska tylko w nas umacnia to postanowienie.

  23. Ja tam będę się upierać, że można obiecywać sobie miłość na całe życie, o ile wiemy co to jest miłość (nie uczucie!!!!). I dobrze wybierzemy drugą połówkę :)

  24. Klara napisał(a):

    To zależy, jak zdefiniujemy miłość. Miłość ni jest namiętnością i zauroczeniem; tego faktycznie nie da się przewidzieć. Miłość, ta miłość, którą się przysięga, ma wiele elementów: zaczyna się od namiętności i zauroczenia, ale tam jest jeszcze przyjaźń, przywiązanie, szacunek, odpowiedzialność, kompromisy i wiele innych. Jeśli ktoś mówi inaczej, to nie do końca rozróżnia pojęcia i nie zna.. życia? natury ludzkiej? nie ma wiedzy? A ludzie, którzy, przysięgając, nie myślą o tym wszystkim, są nieświadomi. Rozwody biorą się z tego, że nikt nikogo nie uczy pracy nad relacją. Ludzie przestają się ze sobą zgadzać i nie umieją tego problemu rozwiązać. Nie potrafią szczerze rozmawiać, komunikować swoich potrzeb, szanować potrzeb drugiej strony. To nie jest tak, że miłość nagle się kończy. Namiętność i zauroczenie – tak. Ale miłość to zupełnie co innego. To prawda, że mózgiem steruje chemia, ale na szczęście nie jest tak, że my nie mamy wpływu na to, co robimy i myślimy. O miłość trzeba dbać – wtedy trwa.

  25. Klara napisał(a):

    A, zapomniałam o bardzo ważnej rzeczy: miłość jest decyzją. Ludzie naprawdę myślą, że da się przeżyć 60 lat z jednym człowiekiem, bez najkrótszej przerwy go uwielbiając? Jest mnóstwo momentów, w których mamy ochotę to rzucić. Ale każda (!) nawet najbardziej denerwująca rzecz staje się o wiele mniej denerwująca, jeśli się o niej porozmawia. Sprawdzone :) A ponieważ podjęliśmy decyzję to ciągle z uporem maniaka wracamy do rozmów. I już. I taką decyzję trzeba podjąć z pełną świadomością, również z pełną świadomością WAD tej drugiej strony. I dużo o tej decyzji najpierw rozmawiać :)

  26. Anna napisał(a):

    Tekst dziwny. Idąc tym tropem rozumowania świata, życia i naszych uczuć, to nic nie jest pewne. Myślę, że każdy człowiek to wie, ale jednocześnie chcemy wierzyć, że gdy mówimy „będzie dobrze” to będzie, gdy przysięgamy miłość, to w danej chwili wierzymy, że tak będzie. Tytuł tego tekstu obraża wiele osób. Sam tekst jest wielkim uproszczeniem – odnoszę wrażenie, że to taka zapchajdziura na tym blogu.

Dodaj komentarz