Te straszne egzaminacyjne przekręty nauczycieli sprawdzających matury

Spójrzcie na wykres poniżej. Przedstawia on krzywą Gaussa wyników maturalnych. Widać wyraźnie, że – zgodnie z przewidywaniami – najwięcej maturzystów zdobywało około 40 – 45 punktów, a bardzo niewielu plasowało się na krańcach punktacji. Spójrzcie też na to wyraźne tąpnięcie w pierwszej trzeciej wyników i zadajcie sobie pytanie: ile trzeba było zdobyć punktów, żeby zdać maturę? Tak, zgadliście. 21.

wyniki matura krzywa gaussa

Internet też zgadł i masa internautów co roku podnosi larum z tego powodu. Bo jak to jest możliwe, że wyniki się tak rozkładają. To ściema jakaś. Nauczyciele ewidentnie fałszują wyniki, zawyżają punktację tym na granicy zdawalności i zupełnie niesprawiedliwie przepuszczają co roku uczniów, którzy w normalnych okolicznościach nie powinni zdać matury. Skandal! Co oni sobie w ogóle wyobrażają? Że to nie wyjdzie? Że krzywą Gaussa oszukają?!

Uwaga, zdradzę wam teraz pewien sekret.

Nauczyciele nie robią tego w tajemnicy. Robią to, bo nie są bezdusznymi komputerami, które by bezdyskusyjnie i obiektywnie oceniały wyniki testów. Z bezdusznym komputerem nie byłoby dyskusji i potem rodzice oblanych jednym punktem uczniów nie przychodziliby z pretensjami do komisji egzaminacyjnej. Ale nie chodzi tylko o święty spokój po ogłoszeniu wyników. Chodzi też o to, żeby nie utrudniać życia słabym uczniom, którzy jednak nie są tak zupełnie beznadziejni i dostaliby po prostu o jeden lub dwa punkty za mało, żeby zdać maturę. Jeśli więc ze sprawdzonej pracy wynika, że maturzyście brakuje jednego punktu do zdania egzaminu i pójścia dalej w świat – egzaminator ponownie sprawdza pracę i stara się znaleźć w niej jeszcze jakieś plusy, żeby dać uczniowi jeszcze jakiś punkt. Bo naprawdę nie jest to przyjemne uczucie – nie zdać matury jednym punktem. Człowiekowi jakoś łatwiej się pogodzić z porażką, jeśli nie zdał pięcioma punktami niż tym jednym.

Szachrajstwo? Oszustwo? Ja to bym raczej nazwała dobrym sercem i pięknym odruchem jednego człowieka wobec drugiego. I widząc takie wykresy wzruszam się, że jednak nie jest tak źle z tym naszym gronem pedagogicznym. Że to jednak dobrzy ludzie są.

Duch i litera prawa

Znacie takie pojęcie jak „duch i litera prawa”? Chodzi o to, że w tej naszej ogromnej, całkiem w sumie nieźle działającej cywilizacji, w której coraz więcej aspektów jest kontrolowanych prawem, regulaminami i wytycznymi (litera prawa)- do dziś istnieje coś takiego jak zdrowy rozsądek i aspekt ludzki (duch prawa). I jest to brane pod uwagę nawet przez sędziów, którzy w teorii powinni ściśle trzymać się przepisów. Dam wam przykład z kodeksu ruchu drogowego.

Wedle przepisów zabronione jest przejechanie pasów przejścia dla pieszych na czerwonym świetle, ale jeśli kierowca stoi na prawym pasie przed takim przejściem i blokuje tym samym kierowcy za sobą możliwość skrętu w prawo – a jednocześnie nikt akurat przez to przejście dla pieszych nie przechodzi – to zdarza się, że taki kierowca przejedzie pasy, zjedzie na lewy pas i znów się zatrzyma, tylko po to, by stojący za nim kierowca mógł skręcić w prawo na zielonej strzałce. Jest to ruch niezgodny z literą prawa, bo teoretycznie nie wolno tego zrobić – ale sędzia może zrezygnować z nałożenia na takiego kierowcę kary, bo jego zachowanie było zgodne z duchem prawa: nie przejechał on przez skrzyżowanie, nie spowodował niebezpieczeństwa na drodze i tak naprawdę tylko ułatwił życie innemu kierowcy, niczego samemu nie zyskując.

W duchu prawa ważniejsza od przepisów jest intencja, z jaką zostały one ustanowione. Jeśli więc jakieś zachowanie jest niezgodne z prawem – ale zgodne z intencją tego prawa (czyli na przykład z zachowaniem bezpieczeństwa), to naprawdę trzeba być dupkiem, żeby się człowieka w takiej sytuacji czepiać.

Z maturą działa podobna zasada. Przepisy i wytyczne dla egzaminatorów mówią wyraźnie o metodzie przydzielania punktów, ale intencją matury nie jest jak najdokładniejsza ocena wyników testów i przyznanie każdemu uczniowi określonej liczby punktów – tylko w miarę obiektywna ocena, czy dany licealista pojął podstawy programowe szkoły średniej i czy może próbować swoich sił na studiach lub w pracy zawodowej. Egzaminatorzy często więc uznają, że uczeń, który zdobył 20 punktów w pierwszym sprawdzaniu zasługuje na to, żeby poddać jego pracę ponownej, nieco bardziej łagodnej interpretacji. Bo czemu nie. Bo kompletnym tłukiem nie jest. Bo coś tam napisał, bo prawie wszystko z podstaw pojął i zapamiętał.

Aspekt ludzki

Jestem pierwszą osobą, która podpisze się pod petycją, żeby zburzyć istniejący dotąd system edukacji i stworzyć coś zupełnie nowego, opartego na sprawdzonych wzorcach z krajów, których edukacja kwitnie i przynosi realne efekty (czyli uczy zawodu, życia w społeczeństwie, przygotowuje do kariery naukowej i generalnie kształtuje jednostki, które wiedzą, jak zarobić na życie, zadbać o rodzinę, pomagać światu i jeszcze do tego być szczęśliwym).

Jestem też za tym, żeby nie było czegoś takiego jak „zdanie matury”, czyli żeby nie było żadnego progu zdawalności – a jedynie wynik punktowy matury, załóżmy, od 1 do 100 punktów. I niech sobie potem uczelnie same decydują, od jakiego progu same przyjmują kandydatów – albo, co jeszcze więcej by miało sensu – że przyjmują po prostu najlepszych kandydatów ze wszystkich, którzy się zgłosili. Od góry. Po prostu. Wtedy w ogóle by nie było żadnego tąpnięcia w wykresie wyników tego egzaminu. Byłby śliczny, symetryczny i gładki jak profil wulkanu.

Ale tak nie jest.

Egzaminator wie, jaka liczba punktów decyduje o być albo nie być maturzysty w jego przyszłej karierze edukacyjnej – więc stara sie nie udupić ucznia, któremu brakuje jednego punktu. Pani Halinka w urzędzie wie, że jeśli obywatel spóźnił się z jakąś płatnością po raz pierwszy i nie ze złej woli, to można czasem przymknąć oko na takie spóźnienie i pozwolić mu bez żadnych konsekwencji zapłacić kilka dni później. Policjant z drogówki wie, że jeśli ktoś przekroczył limit prędkości o niewielką wartość i na przykład spieszy się z dzieckiem do szpitala, to można go odesłać z upomnieniem.

I bardzo dobrze, że tak jest. To jest właśnie ten aspekt ludzki naszego usystematyzowanego prawa i naszych bezdusznych przepisów, których wykonawcami są ludzie – a nie komputery. Cieszę się, że tak jest. Cieszę się, że Grzesiek 20 punktów został Grześkiem 21 punktów i nie będzie musiał przez kolejny rok zakuwać do matury. Wiecie, kto się nie cieszy? Nie cieszy się Michał 22 punkty, który bardzo by chciał się odróżnić od tych tłumoków poniżej 21 punktów i móc sobie wmówić, że jest od kogoś lepszy. Nie cieszą się ci, którzy sami przez całą szkołę zżynali, oszukiwali i byli przepuszczani z klasy do klasy tylko dzięki życzliwości nauczycieli. Bo to ich najbardziej boli, że komuś innemu się też udało.

wyniki matura krzywa gaussa uwagi

Komentarze do wpisu: 33 Napisz komentarz

  1. Róża Wigeland napisał(a):

    Szkoła jest od tego, żeby ją po prostu skończyć, a nie przejmować się nią. O te wyniki na maturze nikt w dorosłym życiu nie zapyta.

      1. Róża Wigeland napisał(a):

        Serio, serio. studia to też szkoła. Oceny na świadectwie maturalnym to nic innego jak stopnie potrzebne tylko i wyłącznie kolejnym nauczycielom, tylko tym razem akademickim. A o oceny z sesji czy indeksu w dorosłym życiu też już nikt nie zapyta. Chyba że własne dzieci, jeżeli będą ciekawe.

        1. estera napisał(a):

          Widzę olbrzymią różnicę jakościową pomiędzy szkołą a studiami, gdzie wyrabia się warsztat, uczy specjalizacji i przede wszystkim samodzielności w prowadzeniu badań. To są zupełnie inne cele niż te, które stawia szkoła, której podstawowym założeniem jest wpojenie ogólnych podstaw wiedzy powszechnej. Jeżeli wychodzimy z założenia, że oceny są nieistotne, w sumie każdy ma prawo do tego papierka. O czym on świadczy w tej sytuacji? Bo raczej nie o tym, że spełnia się założenia, jakie leżą u podstaw tych instytucji. Niestety ten problem wynika po części z tego, że dzisiaj dyplom studiów wyższych wymagany jest w takich zawodach, gdzie w ogóle nie są wykorzystywane kompetencje absolwentów uniwersytetów, ale to nie jest powód, żeby z założenia równać w dół. Wymagania są dobre, bo poza tym, że podwyższają jakość kształcenia, to jeszcze wyrabiają charakter u ludzi. Przymykanie oka na lenistwo, braki w wiedzy i niesamodzielność uczy tylko tego, że niezależnie ile z siebie damy, to jakoś to będzie „w dorosłym życiu”.

        2. Róża Wigeland napisał(a):

          Ja natomiast nie widzę żadnej różnicy. W miejscach i okolicznościach ważnych w dorosłym życiu nikt nie pyta o oceny ani szkolne, ani akademickie. Wyobraź sobie kilka takich momentów: podpis na umowie kredytowej na mieszkanie, zawarcie ślubu, decyzja o potomstwie, ubieganie się o pracę, zwolnienie z pracy, rozwód, nota biograficzna w Wikipedii lub na okładce książki, zgoda na operację swoją lub twego dziecka, pogrzeb rodziców lub innych bliskich. Czy ktoś pyta w takich okolicznościach o oceny w szkole, na świadectwie maturalnym lub studiach? Czy te oceny mówią o tym, jakim kto jest człowiekiem? Jak sobie radzi w pracy, w życiu lub w okolicznościach wymagających podejmowania ważnych decyzji życiowych? Czy ktoś, kto miał piątkę z matematyki jest lepszy od tego, kto miał z tego przedmiotu trójkę?

          Nie wiem, jakie oceny w szkole czy na studiach miała Segritta, pod której postem ucinamy sobie tę dyskusję, ale wiem o ocenach szkolnych innego dużego blogera – Tomka Tomczyka, bo się nimi pochwalił w jednej ze swoich książek. Gdyby te stopnie o nim coś mówiły lub o czymkolwiek decydowały, dzisiaj nie czytałabym jego książek o blogosferze i social mediach, bo mógłby, nie daj boże z któregokolwiek bądź kościoła, jeszcze w nie uwierzyć.

          Jakąś szkołę trzeba skończyć (żeby skończyć, trzeba mieć je pozytywne), czegoś się nauczyć, żeby nie być tumanem. Ale stopnie? Stopnie i oceny są dla nauczycieli, żeby mogli robić swoje wykresy, noty i rankingi, wykazując się przed kuratorem i Ministrem Edukacji.

        3. estera napisał(a):

          1. Nie każdy musi kończyć studia. Studia nie są potrzebne żeby wziąć ślub albo kredyt (po co te przykłady w tym temacie?).
          2. Oceny uzyskane na jednym etapie edukacji decydują o tym, czy w ogóle będzie miał miejsce następny.Skoro sama piszesz, że jakaś szkołę trzeba skończyć, żeby nie być tumanem, to jakie w takim razie powinny być metody pomiaru postępów, jak nie oceny? A skoro one o niczym nie świadczą i „nikt o nie nie pyta”, to może przyjmijmy, że uczniowie sobie spokojnie bez nich poradzą i z własnej woli będą się uczyć w przekonaniu o konieczności i zaletach wszechstronnego rozwoju. A może w ogóle dajmy im świadectwo ukończenia szkoły, maturę i dyplom uniwersytecki tak od razu, bez żadnego wysiłku.

          Oczywiście, że oceny nie świadczą jednoznacznie o człowieku. Da się być świetnym informatykiem bez studiów albo pisarzem bez szkoły, tylko na co to jest argument? Bo moim zdaniem na to, że istnieją zdolni ludzie, a nie, że oceny kłamią. Jak ktoś nie ma wiedzy i umiejętności z zakresu warsztatu filologicznego, to nie powinien dostać dyplomu filologa, ale przecież dalej może znaleźć pracę jako tłumacz. Niech oceny odzwierciedlają wiedzę i jakiś wysiłek, a nie tylko dobrą wolę egzaminatora.

        4. Róża Wigeland napisał(a):

          Te przykłady są po to, bo Ty ciągle nawiązujesz do tych studiów, jakby to była najważniejsza rzecz/sprawa świadcząca o człowieku. Dla mnie to tylko kolejna szkoła z nauczycielami i ocenami/stopniami. Oceny bardzo często właśnie kłamią. Mogą być łutem szczęścia na sprawdzianie lub egzaminie, odzwierciedleniem dobrego lub złego humoru nauczyciela, nauczenia się zdawania egzaminów według jakichś chorych i urojonych „kluczy”, sympatii lub niechęci do ucznia czy dobrych umiejętności do ściągania. Najlepsza metoda na odzwierciedlenie pomiaru postępów w nauce to metoda opisowa. Albo ktoś posiadł daną umiejętność, albo nie. Tak zresztą jest w najmłodszych klasach podstawówki (popraw mnie, jeśli się mylę, ale dawno nie miałam do czynienia ze szkołą). Albo umie czytać i pisać, albo nie. Albo rozumie, co przeczytał, albo nie. A czy pisze okragłymi literkami, które podobają sie nauczycielowi, czy pochyłym pismem, za które dostał tróję, to już nie jest takie ważne. I jeszcze jedno – oceny na pewno nie odzwierciedlają wiedzy człowieka. Gdyby tak było wszyscy geniusze, naukowcy czy laureaci Nobla byliby w przeszłości prymusami, a jest właśnie odwrotnie. Nie przekonują mnie Twoje argumenty zupełnie, niemniej dziękuję za chęć podzielenia się swoim zdaniem

  2. Pionierka napisał(a):

    Cóż, nauczyciele oceniający obecnych maturzystów pisali matury ze ściągami podrzucanymi przez ich własnych nauczycieli, więc trudno im się dziwić, że przepchnięcie kogoś przez maturę uważają za odruch serca i wręcz pedagogiczną powinność. Tyle tylko, że to tak samo dobry uczynek jak kupowanie przez babcię wnusiów codziennie paczki chipsów, „bo on tak prosi”. Natychmiastowa gratyfikacja bez patrzenia na długofalowe skutki.

    A teraz spójrzmy na coś takiego. „Z analizy zadań, które dostali do rozwiązania nauczyciele wynika, że 55 proc. badanych nauczycieli klas I–III uznało zapoprawną odpowiedź ucznia, który dokonał dzielenia przez zero”. „Aż 90 proc. badanych twierdziło na przykład, że jedyną figurą, która”ma wszystkie kąty równe i wszystkie boki równej długości” jest kwadrat. Nie zauważyli oni zatem, że te własności posiadają wszystkie wielokąty foremne.
    41 proc. nauczycieli klas I­III nie potrafiło też rozwiązać typowego zadania z poziomu gimnazjum, dotyczącego obliczeń procentowych związanych z podwyżkami i obniżkami cen” – to wszystko z raportu IBE. Może to są właśnie ludzie, którym ktoś kiedyś postanowił „nie udupiać”, nie niszczyć edukacyjnej kariery.

    A może gdyby ten, co dostał o jeden punkt za mało powkuwał matmę przez kolejny rok to nauczyłby się czegoś przydatnego, bo – nie oszukujmy się – matma na poziomie podstawowym to nie są zadania wymagające geniuszu czy abstrakcyjne rozważania. A tak to mamy masę niedouczków przepychanych przez kolejne klasy a potem przez maturę, wreszcie przez studia, bo wykładowca nie uwali połowy roku w strachu przed utrata zatrudnienia.

      1. Pionierka napisał(a):

        Nie. ale może iść na studia pedagogiczne, bo to przecież dla „humanistów” a potem uczyć dzieci, że można dzielić przez zero. A z dużym prawdopodobieństwem pójdzie do banku brać kredyt, albo będzie kupować coś na raty. A to też jest matma.

        1. Morrrigan napisał(a):

          Inna sprawa, że całe życie w szkole uczą na matmie, że nie wolno dzielić przez 0, a potem idziesz na studia i dowiadujesz się, że jednak troszkę wolno i świat się tak bardzo nie wali :P wiedza szkolna to zestaw żałosnych uproszczeń, które studia niszczą w jeden semestr.

        2. Pionierka napisał(a):

          Dlaczego żałosnych? Uproszczenia na pewnym etapie są konieczne i nie ma w nich niczego ani złego ani żałosnego. Jak uczysz się obcego języka to też zaczynasz od prostych konstrukcji. Zresztą dzielenie przez zero to tylko jeden z przykładów. Są też przykłady z geometrii.

        3. Morrrigan napisał(a):

          Dlatego, że owe uproszczenia są dokonywane źle, kreują fałszywy obraz rzeczywistości. Do tego stopnia, że na wyższych etapach edukacji dowiadujesz się, że fakty ze szkoły były nawet nie półprawdą, ale wręcz kłamstwem. Nie chodzi o to, że trzeba zaczynać od podstaw – to oczywiście prawda. Ale podstawy są podstawowe i łatwe z zasady, natomiast szkoła uczy rzeczy trudnych uproszczonych do granic możliwości, czyli po prostu bzdur. Uczy rzeczy dezaktualizujących się właściwie co roku. Najwięcej przykładów znam z biologii, bo się nią zajmuję: systematyka, ekologia, biochemia… nawet BHP. To wszystko drastycznie uproszczone na granicy prawdy i fałszu. Fizyka podobnie, zadania z milionem założeń na wstępie robione chyba dla treningu matematyki (tylko szkoda że cała fizyka się wokół nich kręci… więc chyba nie tylko po to), bo wartości merytorycznej nie ma to żadnej – wyniki są na dodatek zaokrąglane, totalnie fałszywe i o lata świetlne rozmijające się z rzeczywistością. Nie rozumiem po co tego uczyć, skoro to wcale do życia potrzebne nie jest a w takiej postaci zaśmieca mózg. Zresztą nie da się znaleźć jakichkolwiek plusów czegoś takiego, skoro przychodzi się na studia i sami prowadzący na dzień dobry każą skasować wszystko czegokolwiek nauczono nas w szkole – bo to bezwartościowy bełkot.

        4. zpopk napisał(a):

          Ja się i zgadzam (np. fizykę tak uproszczono, że nie da się w ogóle zrozumieć co w niej ciekawego) i nie zgadzam. Całe studia uczą że historia ze szkoły nie jest prawdziwa. Ale gdybyśmy chcieli kogokolwiek uczyć historii na poziomie studiów – wtedy pojawiłby się problem bo w ogóle pewnie byśmy nikogo niczego nie nauczyli. Nauka szkolna wbrew pozorom nie ma w głowach uczniów kreować „prawdziwego” obrazu świata ale wyposażyć mniej więcej całe społeczeństwo w pewien podstawowy – niekiedy uproszczony zasób wiedzy będący punktem odniesienia. Trochę to tak wygląda że na studiach matematycznych przez trzy wykłady dowodzi się że można dodawać ale nie sposób do tych studiów dojść jeśli nie powiesz uczniom, że dodawanie jest zupełnie normalne. Podobnie na historii – dowiadujesz się że nie było bitwy pod Pointiers albo że było ich pięć i żadna pod Poitiers ale musisz najpierw poznać tą uproszczoną ramę. To nie czyni z ciebie ignoranta tylko daje punkt wyjścia do pogłębienia wiedzy. I tak jak nie uważam by każdy matematyk musiał rozważać granice podziału dzielnicowego (nie mamy pojęcia jakie dokładnie były) tak człowiek który się danym przedmiotem nie zamuje nie musi rozważać czy wolno dodawać i jakie są do tego podstawy w teorii i logice. Nie mylmy wykształcenia powszechnego z erudycją.

        5. Morrrigan napisał(a):

          No widzisz, niestety nadal się nie zgadzam :P Ponieważ wszystko można przekazać prostym językiem jednocześnie unikając przekłamywania faktów. W liceum już szczególnie nie powinno być czegoś takiego, bo są to dorośli ludzie, którzy byliby w stanie zrozumieć tę prawdziwą wersję. Ale nawet i wcześniej! Dzieci w piątej klasie na przyrodzie uczy się, że w przypadku poparzenia chemicznego należy użyć wody. Ale to przecież nie zawsze jest prawda! Czasem można wodą zaszkodzić. Po co więc tak mówić? Dziecko pewnie nie zapamiętałoby wszystkich zasad BHP i zaryzykowałabym stwierdzenie, że na tym etapie (podstawówka) znać ich nie musi wcale. Bo widzisz, chodzi o to że są uproszczenia uprawnione, które omijają trudniejsze aspekty ale są obiektywnie prawdą, np. stwierdzenie „można dodawać” jest prawdziwe i można tego dzieci uczyć bez dowodzenia tego. Tak samo podstawowe konstrukcje w obcym języku których uczy się małe dziecko są przecież poprawne gramatycznie, więc bez przeszkód można je stosować i nie uczyć tych bardziej wysublimowanych. Natomiast jest cała masa uproszczeń nieuprawnionych, których pełno jest w naukach ścisłych, a które na pewno zdarzają się też w tych humanistycznych. Na chemii np. budowa związków chemicznych, jeszcze w gimbazie dzieci rysują cząsteczki soli, a w równaniach dysocjacji wpisują protony. Skoro ktoś uznał, że na tym etapie wprowadzanie pojęcia wiązań jonowych i hydratacji protonów (czy jonów w ogóle) jest za trudne, to po co w ogóle o tym uczyć? Czy którykolwiek gimnazjalista w ogóle potrzebuje takiej wiedzy? Czy w ogóle jakiś dorosły potrzebuje umieć pisać takie równania? No właśnie nie. A to są tylko przykłady. Sorry, ale jeśli mi profesor na studiach mówi, że mam zapomnieć wszystko ze szkoły i nauczyć się wszystkiego od początku, bo to jest jedyna metoda aby wiedzieć cokolwiek, to ja czuję, że straciłam właściwie kilkanaście lat i szarpałam sobie nerwy niepotrzebnie, kując to wszystko. Naprawdę to jest problem.
          A ignorantami stajemy się nie wtedy kiedy wiemy mało (można się zawsze dowiedzieć), lecz gdy zaczynamy traktować wiedzę szkolną tak jak tę encyklopedyczną, jak pewnik. Bo to jest tak naprawdę żadna wiedza i odnoszenie się do niej nie jest dobrym pomysłem, można do niej dopasować każdą bzdurę z filmiku na jutubie. Szkoła nie uczy krytycznego myślenia ani poszukiwania źródeł i to jest jej największy grzech. Przynajmniej w mojej opinii, wnioskując po obserwacjach.

  3. Mam wrażenie że dyskusja na ten temat jest niepotrzebna, a wynika jedynie z tego że nikt nie wie jak działa system sprawdzania matur.
    Uwaga: to nie jest tak że cały arkusz sprawdza jeden nauczyciel. Arkusz jest dzielony na kilku sprawdzających, co oznacza że na przykład matematyk sprawdza jedynie dwa-trzy zadania z całego arkusza i nie wie on jak wypadła reszta matury tegoż ucznia. Nie wie, bo skąd ma wiedzieć? Inne zadania sprawdzają jego koledzy, a wszystko sumuje komputer. Zadania zamknięte są za to sprawdzane przez maszynę. Ten system kompletnie wyklucza naciąganie punktów, co miało miejsce przy tzw. starych maturach, które sprawdzane były przez nauczycieli w szkole w systemie cały arkusz na jednego nauczyciela.

    1. Konrad Norowski napisał(a):

      Nie koniecznie wyklucza naciąganie. Dobry nauczyciel jest w stanie po kilku zadaniach stwierdzić komu lepiej dorzucić kilka punktów bo jego matma kuleje.

      1. To nie matma kuleje, to myślenie. Na maturze z matematyki jest do dyspozycji karta wzorów, kalkulator i mózg – żeby zdać, trzeba tylko spróbować użyć tego ostatniego.

  4. Bardzo dobrze to ujęłaś. Pisałam maturę w tym roku i nie bałam się o swój wynik, ale wyobrażam sobie radość i wdzięczność gdy zdało się mimo, iż świadomość podpowiada że jest to naciągany wynik. Dajmy żyć innym po prostu, gdyby to był jakiś mega ważny egzamin to jeszcze bym zrozumiała, że ludziom coś nie pasuje, ale to przecież matura, jeszcze przed majem wszyscy powtarzali, że „matura sie nie liczy”.

  5. bre-usz napisał(a):

    Seg, edukacja to temat rzeka. Jak dziecko Twe pójdzie do szkoły publicznej zobaczysz tyle absurdów że hej ;-)
    Syn mnie pyta z 5 klasie dlaczego ma trójkę na koniec roku z matmy jak na dyrektorskim sprawdzanie na koniec roku dostał 5. Pytam ile osób dostało 5 z matmy? – Prawie wszyscy. A wiem że połowa klasy noga jest z matmy. I jak tu wytłumaczyć dziecku że szkoła sobie ustawia poziom?

    Po co są matury próbne na oceny? Podpytaj kogoś z OKE jak to wszystko działa – zdziwisz się….

    Jestem jednak zwolennikiem starego systemu, czyli lepiej zaniżać oceny uczniom aby mieli do czego dążyć niż tak jak jest teraz obniżać poziom na każdym kroku. Nie każdy musi studiować. To tylko matura.

  6. aaaaanaaa napisał(a):

    A może osoba, która nie zdołała uzyskać tego minimum (które i tak jest bardzo niskie…) nie powinna mieć matury? Albo jednak przyłożyć się w następnym roku i napisać ją na przyzwoitym poziomie? Wg mnie to miałoby większy sens niż dostanie papierka z litości. Może osoba, która prześlizguje się z klasy do klasy w liceum nie powinna się w nim w ogóle znaleźć? W mojej klasie podstawówki były osoby, które ledwo ją skończyły…poszły do liceów i jakiekolwiek studia tylko po to, żeby mieć papierek. Mi to się nie podoba i uważam, że to nie pomaga dzieciakom tylko uczy je lenistwa.

    1. Morrrigan napisał(a):

      W sumie zgadzam się z tym. Oblana matura to wcale nie jest koniec świata i wcale nie uniemożliwia pójścia dalej w życie. Poza tym nawet jeśli, to życie składa się również z niepowodzeń.

    2. A może matura to jeden wyrywkowy egzamin, od którego dużo zależy i to, czy dostaniesz pięć punktów w tę albo nazad to w kolosalnej większości kwestia fuksa, a nie gruntowności wiedzy? Mam zastrzeżenia do rzetelności systemu edukacji, ale naprawdę trudno mi uwierzyć, że pozostawienie 19-punktowców, żeby w następnym roku wyciągnęli się na 23 jakoś znacząco podniesie ich naukowe kwalifikacje do pójścia w świat.

      1. aaaaanaaa napisał(a):

        Matura to nie jest wyrywkowy egzamin, jeśli ktoś uczył się przez liceum to podejście do matury nie jest wyzwaniem nie do przejścia…szczególnie jeśli potrzeba 30% poprawnych odpowiedzi? to bardzo mało! dlatego uważam, że jeśli ktoś nie jest w stanie uzyskać minimum nie należy naciągać mu wyniku. Oczywiście, że zdarzy się tak, że jakieś jednostki będą pokrzywdzone, bo np. miały wyjątkowo zły dzień i stres ich zjadł…ale tak jak napisała Morringan – życie składa się też z niepowodzeń.

        1. Nie tylko zły dzień i stres je zjadł, tylko jakieś niefortunne pytanie, nauczyciel sprawdzający pracę Grzesia ostrzejszy niż ten sprawdzający pracę Michała, etc. My point: obie doskonale wiemy, że tekstowy Michał 22 wcale nie jest lepiej wyekwipowany na studia niż Grześ 20, i skoro test jest niedoskonały i pozostaje miejsce na pewną losowość i interpretację – a jak widać, jest – to nie ma nic dziwnego, że egzaminator woli przesądzić na korzyść ucznia.

  7. alisq napisał(a):

    Z artykułem się generalnie zgadzam, ale słowo krytyki: krzywa Gaussa to krzywa Gaussa, ilustruje rozkład normalny, jak są odchylenia, to już nie jest ta konkretna krzywa ;)

  8. Siri napisał(a):

    Nie wiem co powiedzieć, bo jestem rozdarta – z jednej strony przykro mi z tym zaniżaniem, z drugiej wiem jakie to szczęście gdy ktoś nas punktem uratuje. Mature pisałam rok temu i byłam święcie przekonana, że jako 100-procentowa humanistka nie zdam matmy. Bo jej nie ogarniałam, bo w gimnazjum zaniedbywałam (a pani i tak przepuszczała na czwórkach ale skąd mogłam wiedziec, jak to się odbije na mojej przyszłości w liceum), bo w końcu gdy załatwiłam sobie korki okazało się, że ani mnie na nie nie stać w dłuższej mierze, ani nie mam jak dojechać (typowe jesli mieszkasz na wsi i nie masz samochodu). Co innego przedmioty humanistyczne. No i poszłam sobie na te maturę ze świętym przekonaniem, że matma mnie udupi na amen i na studia nie pójde tylko i wyłącznie przez nią (bo o resztę przedmiotów się w ogóle nie bałam, wiedziałam, że zdam dobrze), by przy odbiorze wyników okazało się że jednak te marne 30% mam. Nie wiem jak, na pewno nie swoim wysiłkiem (płakałam niemal nad arkuszem) ale ktoś się ulitował i mnie przepuścił. Co przy reszcie przedmiotów (podstawa 70-80% z reszty, rozszerzenie z polskiego 100%) daje mi pewność, że studia nie są jednak stracone. Więc znam to szczęscie i uczucie pełne wdzięczności, że jednak jeden pzedmiot nie przekreśla twojej przyszłości. I domyslam się, że wielu ścisłowców w ten sam sposob zaliczyło rozprawkę lub inne wyzwanie. Co o tym myslec, nie wiem, ale chwała ludziom za to.

      1. Siri napisał(a):

        Oczywiście, ale niestety często idzie ze sobą w parze. A ja niestety przez braki z gimnazjum nie byłam w stanie poradzić sobie z materiałem w liceum.

  9. Jeszcze mi się przypomina takie coś, że jak w urzędzie chyba skarbowym z czymś się spóźnimy i napiszemy że żałujemy to oni jak się tego nie dopatrzyli to to oleją.

  10. estera napisał(a):

    Po coś jednak został wymyślony ten próg zdawalaności – polecam przejrzeć arkusze maturalne i zastanowić się, czy nie powinien jednak być wyższy. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie,po co w ogóle jest ta matura i czy o czymś faktycznie świadczy.

    1. Owszem, matura jest tak skonstruowana, żeby najsłabsi byli w stanie uzbierać to minimum – sami nauczyciele nam mówili. Wszak ten egzamin nie jest obowiązkowy, nie trzeba go zdać :P

Dodaj komentarz