Wychowanie oparte na konsekwencjach – przykłady

Scenka zaobserwowana na placu zabaw. Dziewczynka na oko pięcioletnia nie chce wracać do domu, a ojciec, wyraźnie zniecierpliwiony, każe jej szybko zebrać zabawki i iść z nim do samochodu.
– Nie! Ja chcę jeszcze się bawić!
– Nie ma mowy. Idziemy do domu.
– Nie! – dziewczynka ostentacyjnie rzuca na ziemię bawełnianą torebkę z rzeczami.
– Mariolka, jeszcze raz tak zrobisz, a będą tego konsekwencje!
Siedzę i obserwuję, zastanawiając się, co ojciec ma na myśli. Konsekwencją rzucenia torebki na ziemię może być to, że się ubrudzi. Albo że stłucze się i rozleje coś, co jest w środku. Ewentualnie konsekwencją pozostania na placu zabaw może być to, że oboje gdzieś się spóźnią albo że ojciec już w przyszłości nie będzie chciał z córką przyjść na ten plac zabaw, nie mogąc liczyć na zakończenie zabawy w ustalonym czasie. Ale nie.
Dziewczynka znów rzuca torebkę i tata reaguje:
– Sama tego chciałaś. – jest wyraźnie wściekły i chwyta dziewczynkę za ramię, siłą zmuszając ją do podążania za nim – masz szlaban na bajki do końca tygodnia.
Taka konsekwencja.
Płacz. Oboje znikają w bramie i już ich nie ma.

Pozwólcie, że wytłumaczę Wam, jak ja staram się postępować z dziećmi w moim domu w podobnych sytuacjach.

Wierzę głęboko, że generalna zasada wychowania dziecka opiera się na bezpiecznej, dostosowanej do wieku dziecka symulacji życia dorosłego człowieka. Bo w końcu na tym nam właśnie zależy – na tym, żeby wychować dorosłego, odpowiedzialnego człowieka, który będzie umiał zadbać o siebie i o swoich najbliższych, nikogo nie krzywdząc. Naszym celem nie jest przecież wychowanie kogoś posłusznego i grzecznego – tylko myślącego samodzielnie i umiejącego podejmować jak najlepsze decyzje. Żeby do tego doszło, każda jednostka musi zdawać sobie sprawę, że po pierwsze JEST DECYZYJNA, a po drugie, że te jej decyzje mają swoje konsekwencje. Od dziecka uczymy się, że jeśli dotkniemy czegoś gorącego – sparzymy się. Jeśli nie będziemy dbali o naszą własność, to ona się zgubi lub zniszczy. Jeśli zrobimy coś ryzykownego, możemy dużo stracić. Jeśli będziemy dla ludzi niemili, to oni nie będą nas lubić. Zasady są naprawdę naturalne i proste, ale żeby je pojąć, musimy ćwiczyć od małego – a więc to nasi rodzice lub opiekunowie muszą nam na to pozwolić.

To naprawdę łatwe i jeśli tylko wdrożymy w życie te zasady, będziemy mogli zaoszczędzić sobie i dziecku wielu niepotrzebnych emocji i stresu. I – nie – konsekwencją pozostania na placu zabaw lub rzucenia torebki na ziemię nie jest nigdy szlaban na oglądanie bajek. Szlaban to kara. A współczesne spojrzenie na wychowanie dzieci wcale nie opiera się na karach lub nagrodach, tylko właśnie na konsekwencjach. Ale popracujmy na przykładach. Będzie jaśniej :)

Gdy dziecko zniszczy lub popsuje coś, co nie należy do niego

Mój dziewięcioletni pasierb Ignaś stłukł ostatnio jeden z naszych ulubionych kubków. Nie po raz pierwszy. Poprzednie incydenty i nasze prośby, by był bardziej uważny, nie zrobiły na nim większego wrażenia. Ta sytuacja była trochę inna, bo kubek był nowy i z kompletu, więc zrobiło mi się przykro i postanowiłam podnieść trochę wymagania wobec chłopca. Wiedziałam, że Ignaś stłukł go przez nieuwagę, nie celowo lub w złości. Zdarza się. Naprawdę każdemu może się to zdarzyć i nawet najlepsze restauracje z najlepszymi kelnerami zakładają budżet na dodatkowe talerze lub szklanki, które po prostu raz na jakiś czas spadają z hukiem na podłogę. Dzieciom jest jeszcze trudniej, bo nie umieją tak dobrze operować dłońmi i między innymi dlatego u nas chłopcy mają własne kubki, które się nie tłuką. Tym razem jednak Ignaś użył jednego z „dorosłych” naczyń. Powstrzymałam sie przed wybuchem złości, mając to wszystko w myślach i uspokoiłam Ignasia, który ze zgrozą patrzył na porcelanowe odłamki na podłodze, oczekując jakiegoś wybuchu złości.
– Ojej, trudno. Zdarza się. Ja też kilka razy w zyciu coś stłukłam. No nic, trzeba to teraz posprzątać i potem możemy sprawdzić na stronie producenta, czy jeszcze mają takie kubki, a wtedy po prostu go odkupisz.
– Ale jak to? Nie jesteś zła?
– Nie. Ważne, żebyś po prostu postarał się naprawić to, co zepsułeś. Czasem tylko stłucze się ucho, i wtedy można je skleić kropelką. Ale tu trzeba niestety odkupić kubek. Kosztował 30 zł. Możesz mi oddać te pieniądze z kieszonkowego, a ja zamówię nowy. No i musisz zamieść podłogę, żeby nikt się nie pokaleczył.
– Dobra, to tata ci odda.
– Nie. Chciałabym, żebyś to ty mi oddał. To przeciez nie tata stłukł kubek. Nie jestem na ciebie zła, ale trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów, nawet tych niezamierzonych. Gdy ja zniszczę coś, co nie należy do mnie, zawsze odkupuję to właścicielowi. Kiedyś na przykład zniszczyłam książkę, którą pozyczył mi mój przyjaciel. Odkupiłam mu potem nową. Wyobraź sobie, co by się stało, gdybym tego nie zrobiła?
– Co?
– A jak myślisz?
– No pewnie byłby na ciebie zły.
– Tak myślę. I z pewnością nie pożyczyłby mi już nigdy żadnej swojej książki. Nie zdziwiłabym się też, gdyby zwyczajnie trochę mniej mnie lubił po takim wydarzeniu, mniej mi ufał, może nawet nie zechciałby się ze mną tak często widywać lub po prostu miałby mnie za osobę niegrzeczną.

Trochę to trwało, bo Ignaś uparcie próbował zwalić na tatę obowiązek oddania kosztu kubka, ale w końcu oddał mi pieniądze, za które kupiłam podobny kubek i znów mamy cały zestaw. Zależało mi na tym, żeby poznał konsekwencje swojej nieuwagi – przy jednoczesnym oszczędzeniu mu jakichkolwiek awantur, pretensji i krzyków. Gdyby Ignaś zniszczył coś bardziej wartościowego, czego nie mógłby po prostu odkupić ze swojego kieszonkowego, próbowałabym inaczej zaangażować go w ponoszenie konsekwencji. Na przykład poprosiłabym go o partycypowanie w kosztach lub o wykonanie dla nas kilku prac (mycie samochodu lub zamiatanie liści), za które dostałby wynagrodzenie, które mógłby przeznaczyć na naprawę lub odkupienie zniszczonego przedmiotu. Bardzo często wystarczy też zepsuty przedmiot naprawić i wtedy to dziecko powinno podjąć się tego zadania – z pomocą rodziców, jeśli jest konieczna.

Gdy dziecko zniszczy lub zgubi coś swojego

Wyobraź sobie, że gubisz swój telefon. Czy spotyka cię za to jakaś kara od osoby trzeciej? Czy nie możesz przez to oglądać wieczorem telewizji albo idziesz do kąta? Nie. Absolutnie nie. Wystarczającą „karą” jest dla ciebie fakt, że nie masz telefonu i jeśli chciałbyś znów go mieć, musisz kupić sobie nowy. Pisałam już o takich sytuacjach w osobnym wpisie.

Do głowy by mi nie przyszło, żeby karać dziecko za to, że zniszczy lub zgubi coś, co należy do niego. Największą karą jest już sama konsekwencja takiego zdarzenia, bo dziecko po prostu nie będzie już mogło bawić się tą zgubioną zabawką, korzystać ze zgubionego zegarka, telefonu lub roweru. A jeśli nie przejmie się za bardzo utratą danego przedmiotu, to znaczy, że i tak nie był dla niego cenny i w sumie po co mu coś, czego nie lubiło.

jeszcze raz odsyłam do obszerniejszego artykułu: Co zrobić, gdy dziecko zniszczy, odda lub zgubi coś swojego.

Gdy dziecko zachowa się wobec kogoś niegrzecznie.

Kolejna rzecz, którą rodzice często rozwiązują systemem kar – niegrzeczność, obrażanie kogoś lub bójki w piaskownicach. Często też dzieci są zmuszane do przepraszania kogoś, mimo że same zupełnie tego przepraszania nie czują. I choć nie sądzę, by to wywoływało jakieś spustoszenie w ich psychice, to też nie uważam, żeby to była metoda, która w czymś pomoże. Bo uczy ona jedynie, że bycie niegrzecznym wprawia rodzica w złość, oraz że wystarczy powiedzieć nicnieznaczące słowo „przepraszam”, by rodzic się już nie złościł. A przecież problem w swojej istocie pozostaje, bo obrażone lub skrzywdzone dziecko wciąż ma żal do naszego małego agresora.

Podstawą powinna być nauka empatii. I choć często słyszę, że empatia pojawia się u dziecka dośc późno, bo w wieku około 9 lat, to jestem przekonana, że nie dzieje się to nagle, jak za magicznym włączeniem przycisku „empatia”, tylko jest to wynikiem długoletniego kształtowania. Dlatego za każdym razem, gdy widzę, że dziecko jest niegrzeczne lub agresywne w stosunku do kogoś innego, odwołuję się do jego uczuć i jego doświadczeń.

„A pamiętasz, jak sam się czułeś, gdy Kasia cię uderzyła?”, „Jak ty byś się poczuł, gdyby ktoś nazwał cię głupkiem?”. I nawet jeśli trzeba to powtarzać wiele lat i za każdym razem, to wierzę, że w efekcie takie tłumaczenia mają głęboki sens. Uczmy dzieci, że na podstawie własnych uczuć i doświadczeń mogą łatwiej zrozumieć zachowanie innych.

Drugim, ważnym elementem nauki kultury wobec innych ludzi jest dawanie dobrego przykładu. Nie ważne ie razy powtórzysz dziecku, że powinno się przeprosić kogoś, kogo się skrzywdziło – jeśli dziecko nie zaobserwuje, że ty sam przepraszasz innych – nie zacznie samo tego robić. Dlatego nie bój się przyznawać do błędu i potem przepraszać. Partnera, kolegę, dziecko. Tak uczysz najskuteczniej.

No i dochodzimy do tytułowych konsekwencji, bo to jest trzecia istotna rzecz, którą trzeba zrobić, gdy dziecko zachowa się wobec innego dziecka lub dorosłego w sposób niegrzeczny. Trzeba mu wytłumaczyć konsekwencje takiego zachowania.
– Wiesz, to jest tak, że jeśli ktoś mnie brzydko nazywa albo wręcz mnie bije, to ja takiej osoby potem nie lubię. Masz tak samo, prawda? Lubisz tych, którzy są dla ciebie mili. A gdy ktoś jest niemiły, to nie chcesz spędzać z nim czasu i raczej nie będziesz też chciał wyświadczać mu różnych przysług. Więc tak naprawdę bardzo dużo tracisz TY, gdy jesteś dla kogoś niemiły. Może teraz nie chcesz niczego od Kasi, którą nazwałeś grubaską, ale może przyjść taka chwila, gdy Kasia będzie mogła ci pomóc w zadaniu domowym z matematyki, albo będzie organizowała przyjęcie i zaprosi wszystkich – oprócz tych, którzy byli dla niej niemili. Jest wiele sytuacji, w których inni ludzie mogą ci pomóc, więc warto mieć z nimi dobre relacje. Ja jeszcze nigdy nie straciłam na dobrych relacjach z jakimś człowiekiem – ale często straciłam na złych. Jeśli chcesz, by Kasia znów cię polubiła, musisz sprawić, żeby poczuła się lepiej. Przeproszenie jej może ci w tym pomóc, ale decyzja o tym, czy chcesz ją przeprosić, należy do ciebie. Pomyśl, co tobie poprawiłoby humor i spróbuj, może Kasi też to pomoże.

Gdy się zdarza, że któryś z moich pasierbów jest dla mnie niemiły, zawsze pokazuję, jak jest mi z tego powodu przykro i staram się wyraźnie pokazać, że w takiej sytuacji nie sprawia mi przyjemności spędzanie z nim czasu lub wyświadczanie mu przysług. I zawsze, prędzej czy później, chłopiec się orientuje, że coś jest nie tak i rozmawiamy o byłym zdarzeniu.
– Mati, chodź na huśtawki!
– Nie mam ochoty – mówię i spaceruję dalej.
– Ale dlaczego?
– Bo brzydko się do mnie odezwałeś i przeszkadzałeś mi w czytaniu książki godzinę temu. Nie mam ochoty się z tobą bawić teraz, bo sprawiłeś mi przykrość i do tej pory nawet nie próbowałeś ze mną o tym porozmawiać.
– Aha… – widzę, jak komunikat trafia – To przepraszam… Nie chciałem. Poniosło mnie.

 

Gdy dziecko nie chce wykonać jakiejś czynności

Na przykład gdy nie chce się ubrać przed wyjściem na spacer, nie chce posprzątać po śniadaniu, nie chce iść spać lub nie chce wracać z placu zabaw.

W takim wypadku znów warto najpierw wytłumaczyć – i to tak racjonalnie, bez żadnego „bo tak mówię!” – dlaczego daną czynność trzeba wykonać. To ważny element. Nikt nie lubi bezmyślnie wykonywać poleceń innych ludzi, jeśli sam nie widzi w nich sensu. I przecież nie chcemy wychować żołnierza, tylko samodzielnie myślącego człowieka.

  • Na dworze jest chłodno. Trzeba założyć kurtkę i buty, jeśli chce się wyjść na dwór, żeby potem nie chorować od przeziębienia. Jeśli nie chcesz się ubierać, to zostaniesz w domu. W domu możesz być lekko ubrany, bo tu jest ciepło.
  • Podczas robienia śniadania i jedzenia robi się zawsze trochę bałagan. I gdybyśmy nie sprzątali po sobie, to nie byłoby potem miejsca na zrobienie obiadu. No i w domu rozniosłoby się dużo okruszków, mogłyby się nam zejść jakieś mrówki… Nie zostawiamy na wierzchu jedzenia i brudnych naczyń. Dlatego jeśli chcesz jeść śniadanie, to musisz potem po sobie posprzątać. Nikomu nie będzie się chciało robić ci jedzenia, jeśli nie będziesz potem pomagać w sprzątnięciu po posiłku. Więc jeśli chcesz, żebym robił dla ciebie kanapki i gotował ci obiady, to musisz mi pomagać w sprzątaniu.
  • Jeśli nie jesteś śpiący, zawsze możesz poczytać książkę lub po prostu poleżeć w łóżku. Nie musisz spać. Ale chciałbym, żebyś już poszedł do łóżka, bo jutro rano musisz wstać do szkoły i jeśli się nie wyśpisz, jutro rano będziesz się źle czuł.
  • Wiem, że świetnie się bawisz na placu zabaw i jeśli chcesz, będziemy mogli tu jeszcze wrócić. Ale teraz muszę jechać do pracy, więc niestety musimy wrócić do domu. Jeśli nie pójdziemy zaraz, to spóźnię się do pracy i na pewno nie będę już chciał jutro z tobą tu przyjść, wiedząc, że mogę znowu spóźnić się do pracy.

Jeśli dziecko mimo wszystko nie zechce współpracować – a ty masz możliwość nie iść na spacer / pozostawić bałagan po śniadaniu / spóźnić się ten raz do pracy – to zachęcam cię, żeby ten raz to zrobić i dać dziecku odczuć konsekwencje, które przecież bardzo wyraźnie wytłumaczyłeś i zapowiedziałeś. Po prostu nie idź na spacer, nie rób kolejnego posiłku przed posprzątaniem po poprzednim i następnego dnia nie idź z dzieckiem na plac zabaw. Za każdym razem tłumacząc, dlaczego tak postępujesz i co musi zrozumieć dziecko, jeśli chce, żeby to się zmieniło. Porozmawiajcie o tym. Wytłumacz swoją motywację, wysłuchaj motywacji dziecka (może miało jakiś poważny powód, dla którego nie chciało współpracować?). Wspólnie ustalcie reguły postępowania i to, jak w przyszłości będziecie rozwiązywać konflikty.

A co do chodzenia spać – naprawdę świat się nie zawali, jeśli dziecko potem rano będzie zmęczone i niewyspane. To będzie właśnie naturalna konsekwencja późnego pójścia spać.

Gdy dziecko nie dba o swoją edukację szkolną

Do jednego worka wkładam tu pilnowanie swojego plecaka, zabieranie odpowiednich zeszytów na dany dzień do szkoły, odrabianie pracy domowej i przygotowywanie sie do sprawdzianu.

Dzieci idą do szkoły w wieku 7 lat i naprawdę są już wtedy na tyle rozwinięte, by obowiązek szkolny był ICH obowiązkiem, a nie rodziców. Nie widzę powodu, dla którego to rodzic miałby pilnować za dziecko jego prac domowych lub plecaka. Jeśli będziemy tak robić, to dziecko szybko pojmie, że samo nie musi o tym pamiętac i że tak naprawdę uczy się dla rodzica a nie dla siebie.

Bardzo fajny tekst napisała o tym Nishka:
Twoje lekcje – Twoja sprawa

 

Oczywiście wszystkie te zasady trzeba dostosować do wieku i możliwości dziecka. Trudno wymagać, by niemowlak odkupował coś z kieszonkowego. Po prostu małe dzieci nie powinny mieć dostępu do rzeczy, które mogą zniszczyć. Trudno też wymagać od czterolatka, żeby decydowało o ciągłych spóźnieniach do pracy swojego rodzica. Rozumiem, że czasem trzeba po prostu wziąć takie dziecko pod pachę i jechać z nim do domu, nie zważając na protesty. Jest jednak wiele sytuacji, w których możemy pokazać dziecku naturalne konsekwencje jego wyborów i zachowań, żeby potem, w przyszłości, mogło uniknąć błędów w bardziej odpowiedzialnych decyzjach.

I jestem przekonana, że jeśli mały Jaś nigdy nie miał okazji doświadczyć straty zgubionego zegarka lub hulajnogi (bo mu je rodzic odkupił na przykład), to potem dorosły Jan dużo boleśniej odczuje stratę portfela lub samochodu. jeśli mały Jaś nie zrozumie, że obrażenie koleżanki podda go towarzyskiemu ostracyzmowi i pozbawi możliwości wspólnej zabawy na jej urodzinach – to dorosłemu Janowi będzie cholernie trudno żyć bez przyjaciół. Konsekwencje, te naturalne (nie kary!) nauczą sumienności, ostrożności i empatii. Pomogą wykształcić dobre nawyki i nauczą dynamiki relacji międzyludzkich. Tylko trzeba pozwolić dziecku ich doświadczać jak najwcześniej. A nie dopiero wtedy, gdy mamy w domu buntowniczego szesnastolatka, który i tak nie będzie słuchał naszych rad i tłumaczeń.

 

Komentarze do wpisu: 43 Napisz komentarz

  1. Oktawian napisał(a):

    Ciekawym doświadczeniem byłoby posłuchanie w przyszłości rozmowy z pasierbem o jego dzieciństwie i aktualnym życiu oraz możliwość porównania tego z Twoimi wpisami o wychowaniu, z którymi oczywiście się zgadzam :-)

  2. Agnieszka napisał(a):

    Z jednej strony takie wychowanie wydaje sie bardzo logiczne i racjonalne, zgadzam sie w pelni ze tlumaczenie dziecku ze ma co cos zrobic „bo ja tak mowie” i „bo tak ma byc” nie uczy dziecka prawidlowych zachowan ale mam duze zastrzezenia co do wyciagania konsekwencji i naklaniania dziecka do odkupienia kubka ktore stluklo przez przypadek. Obawiam sie ze to moze wytworzyc w dziecku strach do przyznania sie doroslemu gdy natsepnym razem zdarzy sie cos przez przypadek, zalozmy ze stlucze kolejny kubek, przewroci sie przy tym i zlamoe noge ale nic o tym nie powie bo znow bedzie musial odkupic kubek. Nie zgadzam sie rowniez z karaniem dziecka po godzinie od zdarzenia, jesli nie podoba mi sie jego zachowanie w tej chwili to mowie o tym od razu, nie czekam godziny i na pewno nie trzymam w sobie zlosci na pozniej, gdy nastepnym razem nie bedziesz chciala isc na hustawki bo bedzie bolala cie glowa to dziecko bedzie rozmyslac czy przypadkiem nie zrobilo czegos zlego 3 dni temu i sie tym stresowac, nie rzucajmy fochow na swoje wlasne dzieci. Poza tym uwazam ze rola matki jest nieco inna niz calego spoleczenstwa z jakim sie jeszcze dziecko sie zmierzy, czy naprawde chcemy je traktowac tak by bylo przygotowane na wszystkie porazki? Czasem dobrze jest mu pozwolic sie popelniac bledy z innymi ludzmi, zawierac nowe relacje, my nie musimy pokazywac od razu mu calej gamy roznych zawilosci relacji miedzyludzkich, po prostu kochajmy nasze dzieci bezwarunkowo i pozwolmy mu stluc glupi kubek, w koncu to tylko kubek.

    1. Anna Ma napisał(a):

      Nie mogę się zgodzić z Twoim tokiem rozumowania jeśli chodzi o wywoływanie strachu przez konieczność odkupienia zniszczonej rzeczy. Przecież to normalne, że jeśli coś się zepsuło, trzeba to naprawić. Odkupione-załatwione, problem z głowy. Następnym razem trzeba po prostu uważać i nie dopuszczać do przypadkowych zniszczeń. To złość rodzica i kara wzięta z sufitu (np. szlaban na coś z innej dziedziny, nijak niepowiązanej ze zniszczonym sprzętem) wywołuje strach dziecka, a nie konieczność rozwiązania problemu i naprawienia szkód. Brak wiedzy jak poradzić sobie z kłopotem też wywołuje strach. W przyszłości dziecko może zniszczyć coś, co należy do innych i wówczas będzie wiedziało jak postąpić. Dlatego dobrze jest to przećwiczyć na podstawie głupiego kubka.

      1. Kasia Żądło napisał(a):

        Ciężko nie dopuszczać do przypadkowych zniszczen. Czasem przypadkiem zniszczy się coś materialnego czego jednak nie da się ani odkupić ani naprawić ani zrekompensowac. Nie jestem do końca przekonana ze odkupowanie przez dziecko czegoś zepsutego przypadkowo to dobre pokazanie konsekwencji. Pierwsze mowie: ok, nic sie nie stalo, każdemu może się zdarzyc, a potem oczekuje jednak ze dziecko odda co zepsulo. A jeśli nie odda to co? Nie będę go lubić i z nim gadac? Jaka będzie konsekwencja tego, że dziecko odmówi odkupienia zepsute rzeczy? Co do czekanie kilku godzin aż dziecko zauważy ze jestem zła na nie, zgadzam się w 100 proc. z Agnieszka, dziecku trzeba komunikować od razu co mi się nie podoba. U mnie sprawdza się to i u dzieci i u doroslych. Trzymanie wewnątrz negatywnych uczuć do kogokolwiek nie jest dobre ani dla tej osoby ani dla mnie. W ogóle kojarzy mi się to z obrażaniem sie, którego nie znosze.

      2. Renata Tokarska napisał(a):

        Nie wiem jakie kieszonkowe dostają dzieci w Warszawie, ale dla przecietnego dziecka z malego miasta zaplacenie 30 zlotych za jeden kubek to po prostu majątek. Czasem dziecko musi te 30 zlotych odkładać z kieszonkowego przez trzy miesiące i prawdopodobnie gdyby zdawało sobie sprawę, ze rozbicie tego kubka skończy się dla niego bankructwem, w ogóle bałoby się do niego zbliżać.Bardzo stresujące i bezsensowne by to bylo.

        1. Joanna napisał(a):

          Myślę, że Seg uświadomiła Ignasiowi różnicę między „używam i uważam, bo może się zniszczyć”, a „nie zbliżam się na kilometr”. Codziennie rano wsiadam do samochodu i jadę do pracy poza miejscem mojego zamieszkania. Uważam, żeby nie zabić siebie lub kogoś na drodze i cały czas mam świadomość, że może mi się to zdarzyć, jednak ta myśl nie sprawia, że rezygnuję z bycia kierowcą, tylko motywuje mnie do uważnej jazdy. Podobnie ma się sytuacja z kubkiem – fajnie, że Seg uświadamia dziecku pewne mechanizmy życiowe, dostosowując ich kaliber do wieku uświadamianego. Zgodzę się z Tobą, że 30 zł. to duża kwota dla dzieci, dlatego podejrzewam, że została jakoś rozsądnie rozłożona na „raty”.

      3. aaaaanaaa napisał(a):

        Ale to tylko kubek, stłuczony w domu…dodajmy, że zniszczony przypadkowo, wiele razy zdarzyło mi się coś stłuc, rodzice nigdy nie oczekiwali, że to odkupię, samo to, że stłukłam było dla mnie „karą” – było mi po prostu przykro. Nie wydaję mi się też, żeby to negatywnie wpłynęło na moje postępowanie w sytuacjach kiedy zniszczyłam coś co należało do innych…

    2. Morrrigan napisał(a):

      Małemu dziecku to jeszcze rozumiem, podarowałabym. Ale od dużego dziecka wymagałabym odkupienia kubka. I też nie uważam że jest to jakiś powód do lęku ze strony dziecka, ja sama jako dziecko oczywiście bałam się reprymendy (moi rodzice reagowali bardzo stanowczo na niektóre przewiny) i sto razy bardziej wolałabym ponosić naturalne konsekwencje, tj. zamiast awantury przyczynić się do naprawy szkody. Co jest w tym takiego stresogennego? Jednocześnie uważam że brak jakiejkolwiek konsekwencji nie prowadzi do niczego dobrego. To nic szczególnego tylko samo życie, i właśnie to jest siłą naturalnych konsekwencji – bo prędzej czy później to dziecko się z nimi zetknie i są one analogiczne do tych, które zdarzają się w dorosłym życiu. Wątpię że chowanie pod kloszem w świecie idealnym gdzie każdy wybacza każdą szkodę i finansuje straty poskutkuje wychowaniem odpowiedzialnego świadomego człowieka. Chyba, że masz jakąś alternatywę?

    3. Renata Tokarska napisał(a):

      Jeśli chodzi o rozmowę „od razu” vs. odlożenie jej w czasie, to nie wydaje mi się, żeby zawsze nalezało „rozmawiać” od razu po zajściu/wypadku. Czasem warto powiedzieć dziecku – jestem bardzo zdenerwowana, porozmawiamy o tym za pół godziny.Również, gdy dziecko jest roztrzęsione, rozhisteryzowane, nalezy mu wyraźnie powiedzieć – porozmawiamy o tym później,gdy sie uspokoisz bo widzę, że teraz jesteś bardzo zdenerwowana. I wrócić do tematu, gdy emocje opadną.

    4. Magdalena Jawor napisał(a):

      „gdy nastepnym razem nie bedziesz chciala isc na hustawki bo bedzie
      bolala cie glowa to dziecko bedzie rozmyslac czy przypadkiem nie zrobilo
      czegos zlego 3 dni temu i sie tym stresowac” – to jest problem tylko wtedy, kiedy nigdy, przenigdy nie rozmawiasz ze swoim dzieckiem. Jedyne co trzeba zrobić, by tej sytuacji uniknąć, to powiedzieć dziecku dlaczego nie idziemy, np. „Nie idziemy, bo ostatnio na huśtawkach zachowałeś się bardzo źle. Zgodzę się pójść jutro, jeśli obiecasz, że to się już nie powtórzy” albo „Nie dzisiaj, dziś boli mnie głowa. Możemy pójść jutro.” Kaman, nie demonizujmy tego kubka. Strach w dzieciach wywołuje głównie złość rodzica, bo rodzic krzyczący czy obrażony odbiera dziecku poczucie bezpieczeństwa. Utrata 30 złotych, przymus posprzątania czegoś czy posklejania taśmą tego nie robi. Kolejnym plusem metody Seg jest nauka rozwiązywania problemów poprzez działanie i realne naprawienie szkody, a nie agresję i wyżywanie się lub mechaniczne przepraszanie każdego za wszystko (bardzo częste w dzisiejszych czasach). Kiedy widzę, ilu ludzi podchodzi przesadnie emocjonalnie do różnych pierdół, nie robiąc przy tym nic, by odkręcić problem, to metoda wydaje mi się naprawdę zacna. Trzecia sprawa – często w tej dyskusji widzę głosy, że nie wolno przecież karać za rzeczy zrobione „niechcący”. Nie do końca się zgadzam. Jasne, że małe dziecko masy rzeczy nie wie i nie potrafi przewidzieć – spoko, ale już starsze, które co chwila za wszystko przeprasza (lub, co gorsza, ignoruje swoje błędy i jest obrażone, gdy się je upomni), wydaje mi się mieć jakiś problem.

      Damn, kiedy tak sobie o tym myślę, to nawet dziś wolałabym oddać rodzicom za np. zniszczone auto, nawet, jeśli byłyby to duże pieniądze, ale żeby nie mieli do mnie o to żalu (a reakcja na zasadzie „nic się nie stało” przez zaciśnięte zęby wprawiłaby mnie tylko w poczucie winy).

  3. mat napisał(a):

    ostatnio nie mogłam wytłumaczyć dorosłemu znajomemu, że szarpnięcie 2 letnia córka, która go uszczypnęła nie było wymogiem wychowawczym ani uczeniem konsekwencji. opadły mi ręce po argumencie, że przecież lepiej, żeby on ją szarpnął niż inne dziecko w piaskownicy. a ja uparcie będę twierdzić, że dziecko wychowane taka metoda (klaps za uszczypniecie, brak bajek za złą ocene) nauczy się przede wszystkim: 1. szczypac/bić kogoś kto nie odda, 2. ukrywać prawde przed rodzicami. potem się okazało, że nie mam dzieci i mam się nie wypowiadać. oczywiście kolega standardowo uważa, że dzięki laniu od rodziców wyrósł na spoko gościa.

    1. Renata Tokarska napisał(a):

      Co do 1, to się zgadzam, ale 2- nie przekonuje mnie. Jeśli za zachowanie x spodziewam się kary = ukrywam prawdę przed rodzicami. Pelna zgoda. Ale dlaczego sądzisz, ze jeśli zachowanie x = konsekwencje to prawdy nie będę ukrywać? Ani kara, choć nielogiczna, ani logiczne konsekwencje nie są przyjemne. Ergo: zachowanie x będę zawsze starala się ukrywać przed rodzicami bo życie bez kar czy konsekwencji jest po prostu przyjemniejsze.

      1. mat napisał(a):

        Trzymając się przykładu z kubkiem: jak ukryć fakt potłuczenia? Przychodzi mi do głowy tylko odkupienie zanim rodzic zauważy. Logiczne konsekwencje mają to do siebie, że wydarzają się niezależnie od powiadomienia o tym fakcie kogokolwiek: jeśli dziecko nie zje obiadu to będzie głodne, jeśli nie pójdzie spać to się nie wyśpi, jeśli nie odrobi lekcji to dostanie złą ocenę w szkole. Jeśli rodzic się na dziecko dodatkowo wścieka to owszem – jest powód do ukrywania.

        1. Renata Tokarska napisał(a):

          Jak to jak ukryć fakt potłuczenia kubka? Normalnie pozamiatać skorupy, wynieść do śmietnika i udawać, ze nie wie się nic o żadnym kubku. I mieć nadzieję, że brak kubka nie zostanie zauważony. Tak, w kazdym razie, ukrywałabym ja – nie mówie, ze skutecznie, ale każdą winę mozna przynajmniej próbować ukryć. Tak, czy inaczej, płacenie za kubek absolutnie mnie nie przekonuje. Owszem, miałoby sens, chyba tylko w dwóch sytuacjach: gdyby dziecko
          a) rozbilo kubek specjalnie, z premedytacją, złosliwie, dla zaawy; albo
          b) było wcześniej uprzedzone, że za przypadkowe szkody ponosi odpowiedzialnosć finansową – chociaż akurat tego sobie nie wyobrażam, w rodzinie, w relacji mama – syn.

  4. Magdalena Jawor napisał(a):

    Bardzo trudną sprawą na tym tle staje się grupowe znęcanie się dzieci nad innymi dziećmi. Często zdarza się, że dziecko chcąc przypodobać się „popularym” rówieśnikom, zaczyna wraz z nimi szydzić i dokuczać innemu dziecku – i wtedy wiele wychowawczych tekstów, które wymieniłaś, zawodzi. Bo dziecko, zamiast odczuwać negatywne konsekwencje swoich czynów, dostaje pozytywne wzmocnienie od rówieśników – czuje się częścią „elitarnej” grupy szyderców, dowartościowuje się na tle kozła ofiarnego, ma zawsze gotowe tematy do żartów, rozmów z rówieśnikami…

    Dla niego sielanka, dla ofiary piekło.

    Wiem, że zaraz ktoś napisze, że jeśli aż tak zaiedbało się wychowanie, że dziecko nie ma empatii i znajduje satysfakcję w dokuczaniu, to a bank błąd był popełniony już wcześniej i trochę późno na „cywilizowaną” jego naprawę, ale sądzę, że takie rzeczy mogą zdarzyć się każdemu dziecku. Wiem, bo sama byłam „wyśmiewaczem”, choć rodzice ani mi na to nie zezwalali, ani sami nie zachowywali się w ten sposób wobec innych dorosłych, a empatii byłam tak pełna, że potrafiłam płakać nad zabitą muchą. Tu po prostu działa pełen mechanizm wyparcia i odczłowieczenia ofiary – dziecko myśli, że ofiara pewnie i tak sama zasłużyła, że gdyby nie była mięczakiem/nudziarzem/beksą, to nikt by się z niego nie śmiał, i że w sumie to przecież nie robi mu krzywdy, bo to tylko żarty. Więc… cóż, nie piszę, że brać za uszy i dawać za to klapsy na gołe dupsko, tylko wskazuję, że są sytuacje, gdzie empatia dziecka zawodzi, zwyczajnie. Że wyczucie i wewętrzny kompas moralny dziecka to nie zawsze są rzeczy, na których mozna polegać, i czasem po prostu trzeba wykorzystać rodzicielską władzę, żeby dziecku czegoś zabronić „bo tak nie postępują ludzie kulturalni/odpowiedzialni/myślący, a ja bardzo nie chcę, byś się takim stał”.

    Wybaczcie elaborat, ale ostatnio przeczytałam wspomnienia osoby którą klasowy mobbing doprowadził do depresji i próby samobójczej, po czym pomyślałam, że ja sama w dzieciństwie uczestniczyłam w takim mobbingu w roli kata, i poczułam się z tym bardzo źle. I tak, teraz myślę, że bardzo dobrze, że dorośli reagowali, tłumaczyli, że otwarcie pokazywali, że słabszego należy bronić – bo gdyby ie to, to brutalnie rzecz ujmując, sami byśmy na to nie wpadli.

    1. Amelia napisał(a):

      A ja byłam po drugiej stronie- w wieku ok. 15/16 lat padłam ofiarą kilku koleżaneczek, ale że miałam własną pasję, którą wzmacniali we mnie rodzice, znajomych spoza szkoły i klasy, udało mi się od nich odciąć zupełnie! Wtedy dopiero poczułam wolność, dlatego dzisiaj, gdy już jestem dorosłą kobietą, bardzo starannie dobieram znajomych/przyjaciół i dbam o relacje, na których mi zależy, w których nikt mnie nie zmusza do określonego myślenia i zachowania, w których się szanujemy. Mam fajną rodzinę, kilku bliskich znajomych. Jeśli ktoś nie ma dla mnie czasu, ja nie mam dla niego. Do dzisiaj pamiętam, jak nie dałam się złamać „loży szyderców”, która była tak żałosna, że aż szkoda do tego wracać, ale uczucie triumfu, odcięcia się, wewnętrznej siły- wzmocniło mnie chyba na resztę życia.
      Seg, świetny tekst. Ostatnio nic nie przykuło mojej uwagi, ale ten jest rewelacyjny.

  5. Renata Tokarska napisał(a):

    Fajne jest w tym tekście wszystko oprócz paru rzeczy. Po pierwsze odkupywanie kubka przez dziewieciolatka. Z tekstu wynika, ze kilkakrotnie jakieś naczynie już to dziecko stłukło i do tej pory nie ponosilo za to żadnej odpowiedzialności,a zwlaszcza finansowej. Byc moze bywały kary – typu złość, czy awantura, gdyz zdziwienie, ze tym razem czegoś takiego nie ma, sugeruje, ze dawniej bywały. Tym razem dziecko zostalo, bez zadnego uprzedzenia, postawione w sytuacji konieczności odkupienia bardzo drogiego, jak na dziecięcą kieszeń, kubka. To sa konsekwencje? to jakis szok termiczny, a nie konsekwencje. Ja na miejscu tego dziecka bałabym się teraz cokolwiek dotknąć w tym domu, bo po pierwsze nie wiadomo, czy kolejna stłuczka zaskutkuje, tak jak w rzeszlosci, awanturą, tak jak ostatnio – konsekwencjami finansowymi, a jeśli nimi, to czy kieszonkowego w ogóle wystarczy- skąd dziecko ma wiedziec, ile co w tym domu kosztuje. Dla mnie ten przykład jest koszmarny. Druga rzecz – sama mam dziecko w tym wieku i od jakichś sześciu lat korzysta z normalnych naczyn. Nie wyobrażam sobie, żeby mój syn miał w wieku 9 lat osobne, nietłukące sie naczynia – może tow tym lezy problem z tym tłuczeniem. Może czas najwyższy zapoznać go z normalna porcelaną, metalowymi sztućcami, szklanymi szklankami… Może operowanie na codzien naczyniami „dla doroslych” przyniosłoby lepsze konsekwencje – w postaci umiejętnosci posługiwania się nimi, zamiast wyciagać finansowe konsekwencje z przypadkowego potłuczenia kubka…

    Jeszcze sie tez przyczepię do przykładu z łóżkiem – skoro dziecko nie jest spiace i w łóżku nie musi spać, lecz moze na przykład czytać, to może argumentowanie, ze rano będzie sie źle czulo, jeśli się nie WYŚPI – jest nieco niekonsekwentne. Przecież, czy ono nie bedzie spało w łóżku, czy poza nim – to tak samo się nie wyśpi. Być może sens miałoby uznanie, że leżąc w łóżku po prostu wypoczywa i jeśli wystarczająco długo nie wypocznie, to będzie się źle czulo, albo, ustalenie godziny, o której jednak trzeba zgasić światło i zamknąć oczy, bo faktycznie, inaczej się nie wyśpi.

    Reszta argumentacji mi się bardzo podoba, choć niezawsze to wszystko tak pięknie a logicznie dziala w życiu.

    Przy okazji zapytam – kiedyś pisałaś o regulaminie domowym. Wyraziłam wówczas wątpliwosć co do szans na realizację tegoż. Czy można wiedzieć jak dziś, i do dziś, przebiega przestrzeganie regulaminu?

    1. Magdalena Jawor napisał(a):

      Do przykładu z łóżkiem – sądzę, że Seg pośrednio chciała powiedzieć, że pozwalanie dziecku na bieganie po domu do której chce też nie jest dobrym pomysłem, bo a) dziecko może przeszkadzać reszcie domowników w spaniu, do którego mają o tej porze święte prawo; b) pozbawione kontroli śpiących rodziców (i tego braku kontroli świadome) może realizować jakieś głupie pomysły, na które nikt w porę nie zareaguje, bo rodzice będą spać. Więc myśl generalnie jest taka, że dziecko może zasypiać, kiedy chce – ale od pewnej godziny ma przełączyć się na tryb nieprzeszkadzania i bycia grzecznym. Polecenie leżenia w łóżku i czytania/rysowania to rozsądny kompromis.

  6. Marcelina napisał(a):

    Moje dzieci od zawsze miały problem ze sprzątaniem po sobie zabawek, przyborów do malowania/klejenia/lepienia, itp. Wszystko walało się po podłodze, po łóżkach, stoliku… nic nie pomagało. Ani naturalne konsekwencje – że coś się pobrudzi, ktoś na czym stanie i to zniszczy, czy że w takim bałaganie nie będą mogły czegoś znaleźć. Ani też kary – że kiedyś przejdę jak tajfun przez pokój z workiem na śmieci i wszystko, co leży na ziemi im powyrzucam. Aż pojawił się pies :) I nowa zasada: wszystko co w zasięgu psich zębów i pazurów – do psa należy. Nie musiałam już nic mówić, krzyczeć, nawet krzywo patrzeć. Wystarczyło, że Szafir rozszarpał im parę ich ulubionych zabawek – nagle w domu zapanował porządek :) Dodatkowy bonus – w tajemniczy sposób skończyło się także rozrzucanie skarpetek i koszulek przez mojego faceta :) Tyle wygrać!

  7. no to tak:
    co do kubka – ja w życiu potłukłam wiele rzeczy, jestem typem człowieka, któremu wszystko leci z rąk. wydaje mi się, że to jest kwestia koordynacji ruchowej i nie do końca zależy ode mnie. miałam nawet okres, że pracowałam na zmywaku w restauracji i stłukłam tam kilka naczyń. sądzę, że stres związany ze zniszczeniem przedmiotu i posprzątanie tego to naturalna konsekwencja. tzn. mi nikt z wypłaty nie potrącił tych strat, choć pewnie nie chcieliby mnie zatrzymać tam na dłużej – ja sama też się przekonałam, że to nie dla mnie praca z delikatnymi tłukącymi się rzeczami :) ale wiesz, nie jestem pewna czy dołożenie dodatkowej „kary” w postaci wydania kieszonkowego na kubek nie skończy się tak, że Ignaś będzie bardziej zestresowany i tym gorzej będzie mu szło obsługiwanie naczyń :) no bo widzisz – ja jak piję kawę to jakoś szczególnie nie „uważam” – to że nie tłukę kubka to kwestia lat picia kawy i nieświadomego wyczucia, coś jak jazda na rowerze. wyobraź sobie że dostawałabyś jakąś „karę” (wiadomo, że nie o karę tu chodzi, ale używam tego sformułowania dla przejrzystości wywodu) za każdy upadek z rowera – pewnie zniechęciłabyś się i po prostu nie chciała już na niego wsiadać, a ćwicząc i pozwalając sobie na błędy możesz dojść do momentu, że jeździsz zupełnie bez wysiłku. no kto nie próbował „po cichu” wyciągnąć czegoś z szafki, żeby domownicy się nie obudzili – no zazwyczaj to jest katastrofa, bo takie czynności właśnie nie potrzebują „uważności” tylko automatyzmu :)

    w przypadku zniszczenia książki jej odkupienie wydaje mi się bardziej adekwatne, bo KSIĄŻKI TAK ŁATWO NIE ZNISZCZYSZ – tzn więcej w tym celowego działania lub nieostrożności, którą można przewidzieć. a tak – hm, myślisz, że jakby ktoś dorosły, kto przyszedł w gości do ciebie i przypadkowo stłukł kubek to wymagałabyś żeby go odkupił? (ja nie)

    co do focha na dziecko – problem leży w tym, że dla dziecka twój foch jest dużo bardziej stresujący niż dla drugiego dorosłego, który może na luzie ocenić czy słusznie się obraziłaś. no bo jakby któryś z chłopaków cię nie przeprosił to co? byłaby słaba atmosfera między wami zawsze jakby cię odwiedzał? dziecko jest w gorszym położeniu, bo jak rodzic się na niego obrazi to jest zagrożone jego całe życie, bo jest on od rodzica zależny i sam sobie nie poradzi – może nie wprost, bo rozumiem, że nie przestaniecie dawać mu jedzenia ;) ale wierzę, że dziecko tak to odczuwa, przynajmniej tak sobie przypominam swoje emocje jak moja mama się na mnie wkurzała. dziecko trochę nie ma wyjścia – MUSI cię przeprosić, w dorosłym życiu ma się trochę większą swobodę ocenienia sytuacji i ewentualnej swojej winy. ja mam taką strategię, że tak nie do końca poważnie traktuję fochy, humory i złośliwości mojej siostry (ma 13 lat), jak jest niemiła to zazwyczaj ją szturcham i mówię „a ty co taka niemiła dzisiaj, co?” i zazwyczaj się okazuje, że jest jakiś inny powód, o którym możemy pogadać :)

    co do edukacji to zgadzam się w 100%, żeby to była sprawa dziecka. nadmierna kontrola zawsze źle się kończy.

    jeszcze jeden przykład, co do konsekwencji, który mi się wydaje na miejscu. ja zdawałam prawko na studiach, mając kasę od rodziców na jakieś podstawowe rzeczy. zdałam za piątym razem. moi rodzice dawali mi kasę na dodatkowe lekcje i każdy kolejny egzamin, którego ja – ku mojej rozpaczy – nie zdawałam. rozumiem, że konsekwentne z ich strony byłoby powiedzenie np. „zapłacimy za jeden egzamin, a potem radź sobie sama” – może nauczyłoby mnie to szacunku do pieniędzy czy bardziej zmobilizowało do zdania szybciej. ale serio jestem im wdzięczna, że byli po prostu… WYROZUMIALI. pewnie jakbym miała sama zbierać kasę na egzaminy skończyłoby się to tak, że nie miałabym prawa jazdy, bo to zwyczajnie byłoby dla mnie za duże obciążenie. rodzicielstwo to też wspieranie i mobilizowanie, nie tylko wyciąganie konsekwencji.

    no i na koniec – uważam, że warto publikować takie teksty, bo to chroni nas przed „accidental parenting” – tzn jak to opisujesz tzn że masz to przemyślane i wynika z jakichś przekonań, a to spora wartość. ja się z niektórymi rzeczami nie zgadzam, ale dzięki temu tekstowi mogę sobie sprawę przemyśleć. pozdrawiam! :)

  8. mikolajs napisał(a):

    Jakoś nie bardzo mi podoba takie odcinanie się od uczuć rodzica jakie opisuje tu autorka w sytuacji z kubkiem. Komunikat słowny nijak się miał do przeżywanych uczuć. A przecież chcemy też nauczyć dziecko, aby wyrażało swoje emocje. Tak mi się wydaję, że w takie sytuacji poczułbym żal ze straty przedmiotu i złość na dziecko. I moim zdaniem należało to dziecku spokojnie zakomunikować, a dopiero potem próbować wyciągnąć konsekwencję. Myślę, że same odczucie emocji byłoby w dużym stopniu konsekwencjami dla dziecka (jeśli jest odpowiednio duże). Poza tym, przecież nie chcemy wychować supermena, który odcina się od swoich uczuć? Jeśli tak to nie dawajmy złego przykładu.

    1. Kasia Żądło napisał(a):

      Zgadzam się w 100proc. Jeśli żal nam ze stlukl się kubek to o tym mowimy, bo jeśli mówimy nic się nie stalo, a potem żądamy odkupienia to gdzie tu konsekwencja z naszej strony?

      1. eM napisał(a):

        tu nie chodzi o wyrażenie złości czy żalu za utraconym przedmiotem, a
        bardziej o pokazanie konsekwencji – zniszczyłeś, ktoś musi naprawić.
        Jesli to ty zniszczyleś, to ty powinienes naprawic/odkupić. Żal dziecka
        jest jak najbardziej „poządanym efektem” ale dziecko powinno też
        wiedzieć, że każdy czyn ma konsekwencje. I nie mówimy, że nic się nie
        stało, jak najbardziej stalo się, ale może to zostac naprawione. Tak
        budujemy w dziecku szacunek do posiadanych przez niego i innych rzedmiotow.

        1. Kasia Żądło napisał(a):

          Owszem, ale jeśli ktoś wyrazi żal za utraconym przedmiotem, a dziecko to widzi to spowodowanie właśnie tego czyjegoś żalu juz jest konsekwencja. Dziecko też musi widzieć ze jego czyny wywołuja czyjeś różne emocje. A odkupienie przedmiotu w przypadku dziecka wciąż uwazam za słaby pomysl. Jeśli mój dorosly gość przypadkowo rozbija kubek czy wazon, przeprasza a ja mówię nic się nie stalo, to nie wymagam odkupienia. W tej sytuacji wszystko zależy od tego jak kto rozumie konsekwencje. Dla mnie wystarczająca konsekwencja jest sprawienie komuś przykrości oraz przeproszenie (z własnej woli). Zmuszanie dziecka do przeprosin czy odkupienia czegos to raczej wymuszona nauka konsekwencji.

      2. san85 napisał(a):

        Ale przecież Seg nie powiedziała, że nic się nie stało, jedynie, że nie jest z tego powodu zła. No bo w sumie potłuczony kubek nie jest powodem, żeby się wściekać, zwłaszcza w przypadku, gdy zdarzenie było nieumyślne. A to, że nie zrobiła awantury, wcale nie znaczy, że nie pokazała, że jest jej przykro. Emocje wyrażamy nie tylko słowami, a chociażby wyrazem twarzy.

        1. Kasia Żądło napisał(a):

          Powiedziala „No nic, trudno, zdarza sie…” i jednocześnie miną wyrażała żal? Owszem ludzie tak czasem robia, słowami komunikują co innego a wyrazem twarzy co innego. Tylko wydaje mi się to trochę nie fair wobec kogokolwiek (i samego siebie) a szczególnie dziecka.

  9. Maja Sułowicz napisał(a):

    Kazałaś oddać dziecku trzy dychy z kieszonkowego za niechcący stłuczony kubek?
    Nie wiem czy Cię podziwiać czy Ci współczuć.

  10. Frieda Holundermann napisał(a):

    Tekst i zawarte w nim rady swietne i dajace do myslenia,na pewno do zastosowania. OPROCZ sytuacji z odkupywaniem kubka. Tu od rauu eidac ze to nie wlasne dziecko,ze zniszczylo cos komus obcemu a nie rodzicowi. Jestem prawie pewna ze twoje dziecko by nie musialo ci kubka odkupywac,stluczonego nieumyslnie i we wspolnym domu. Poczekaj pare lat az zdobedziesz troche doswiadczenia jako matka i wtedy mysle teksty beda mialy inny wymiar.Troche gryzie sie z tym odkupywaniem to slowo pasierb i iluzja matkowania. A to przeciez syn twego partnera i mame ma wiec takie jak dla mbie naciaganie zazylosci.Wlasne dziecko i wlasne doswiadczenia wychowawcze to inba bajka.Ja jako 17-22 latka w duzej mierze wychowywalam przyrodnie rodzenstwo i to cos zupelnie innego niz teraz wlasne dzieci,totalnie inaczej sie widzi chociazby ten przyslowiowy zbity kubek. Sama jako polsierota mialam od 14rz macoche,nauczycielke z super dyplomem i doswiadczeniem i to jak mnie traktowala i wlasnie jakie konsekwencje wyciagala a jak pate lat pozniej wlasne dzieci traktowala to pielko i niebo.Z tekstu skorzystam ale powtorze sie: najwiecej o wychowywaniu dzieci ” wiemy i znamy sie na tym” nie majac wlasnych dzieci oraz dopoki nasze sa malutkie.

    1. Joanna napisał(a):

      Hmm, z tego, co pisze na blogu Seg, w wychowywaniu swoich pasierbów uczestniczy już od jakiegoś czasu, więc nie rozumiem, skąd Twój zarzut o „udawanym” matkowaniu. Nie znam Jej osobiście, więc trudno oceniać, ale z tekstów przebija komunikat, że relacje z pasierbami są w porządku i nie jest Ona dla nich kimś „obcym”, tylko dlatego, że nie łączą ich więzy krwi.

      1. Frieda Holundermann napisał(a):

        Joanno,jasne to co napisalam odnosi sie tylko do tego co przebija z tekstow autorki. Nie oceniam,w koncu jak jest w realu wie tylko ona. Ja odnioslam sie do sytuacji z kubkiem i oddawaniu za to kasy. Dla mnie takie podejscie jest wlasciwe osobie dziecku obcej,jasne ze moje dziecko tak samo musialoby oddac kase sasiadce,mojej przyjaciolce czy partnerowi ale w tym wieku a wiec 9-10 lat nie mnie i nie swemu ojcu. Tu zgrzytalo mi slowo pasierb i implikacja jakiejsc wiezi. Bo majac dziecko wlasne raczej na pomysl z oddawaniem kasy nie woadniemy.Ale jesli kubek mi zbije obce dziecko ,dziecko sasiadki/kolezanki czy mojego partnera to owszem mozliwe ze tak zareagowalabym,ze chcialabym oddania kasy:) Nie wiem czy znasz roznice w relacji z dzieckiem wlasnym a niewlasnym.Sa roznuce,oj sa:)I dlatego tu mialam zgrzyt no bo z jednej strony niby wrecz druga matka,slowo pasierb uzyte i niby wspolny dom i rodzina ta pidstawowa czyli rodzice plus dzieci a z 2 strony sytuacja z kubkiem gdzie to dziecko juz traktowane jest jak obce. Moze zle mnie zrozumialas,dla mnie to nic nowego,to dziecko jest dla autorki jakby nie bylo obxe i zareagowala tak hak do nieswojego dziecka.Akurat tego nie krytykowalam bo znam tego typu relacje z obu stron.Mnie tylko uderzylo implikowanie wiezi rodzicielskiej tam gdzie jej nie ma. A jeszcze jasniej:we wspolnym domu kubki czy talerze,nawet najcenniejsze sa nasze,meza/partnera i naszych dzieci i raczej nie wymagamy aby nam je odkupywali jesli nieumyslnie zbija:)Ale juz obce dziecko czy to wlasnie partnera czy kolezanki powinno odkupic samo czy tez jego rodzic za niego. O tym byl moj komentarz. A wierz mi ja wiem jak to jest,kobiety zaklinaja sie jakaz to super relacja i wrecz wiez ale obce dziecko to obce dziecko. I szczegolnie w pirownaniu pizniej z traktowaniem wlasnego dziecka widza same ze jednak hest roznica.We wszystkim,w podejsciu, w egzekwowaniu itp itd Co innego dziecko ktore adoptujesz lub gdy jestes mama dzieci partnera bo ich matka nie zyje i rzeczywiscie je wychowujesz i masz z nimi matczyna wiez. A tak to jak dla mnie oszukiwanie samej siebie,potem jak wlasne dziecko jest w wieku tego obcego widzi sie o ile inaczej to wlasne sie teaktuje,pod jak innym katem sie wszelkie sytuacje widzi.

        1. Joanna napisał(a):

          OK, widzę teraz, o co Ci chodziło. Pozostaje nam poczekać te 9-10 lat i przekonać się, czy Kociopełek również będzie partycypował w kosztach odkupienia stłuczonego przez siebie kubka :)

    2. Pionierka napisał(a):

      No nie wiem… Moi jak najbardziej biologiczni rodzice domagali się ode mnie odkupienia zniszczonych domowych sprzętów z kieszonkowego, jeśli to była sytuacja w stylu: trzy razy cię prosiłam, przypominałam, żebyś nie stawiała kubka na krawędzi stołu, bo spadnie i się stłucze. Albo: chowaj proszę masło do lodówki, bo zostawione na parapecie w upalny dzień nie nadaje się do spożycia już po paru godzinach. Oczywiście to nie było w sytuacji, gdy coś się zdarzyło po prostu, przypadkiem, ale kiedy mimo kilkukrotnych próśb i przypomnień robiłam to samo narażając nas na straty.

  11. Tak po prawdzie, to konsekwencją (naturalną, bo o tym jak rozumiem mowa w tekście) stłuczenia kubka jest stłuczony kubek leżący na ziemi i emocje osób, które w tym zajściu uczestniczyły lub później zauważyły jego efekty. Konsewencja naturalna to to, co jest, nawet jeśli nikt poza sprawcą nie widział zajścia. Jeśli używa się słowa „powinieneś”, „trzeba” to jest kara, a nie konsekwencja. Można zaproponować posprzątanie czy odkupienie rzeczy, ale to nie jest konsekwencja, tylko prośba, na którą druga strona może nie przystać. Naturalną konsekwencją byłoby wzbudzenie się u Twojego pasierba poczucia winy/żalu i jego własna chęć powetowania Twojej straty. Czyli takie wychowanie go (kiedyś, w przeszłości), żeby jemu samemu po stłuczeniu kubka było na tyle głupio, żeby poszukiwał rozwiązania tego problemu :)
    Najłatwiej poznać, czy to konsekwencja, czy kara, gdy wyobrazisz sobie daną sytuację z udziałem papieża, królowej angielskiej albo innej osoby ze świecznika. Przychodzi do Ciebie królowa Elżbieta i niechcący tłucze kubek. Co robisz? ;)

  12. No nie wiem… Jakby ktoś znajomy zbił kubek w moim domu (w sumie się zdarzyło nie raz), nawet ulubiony, to nie wymagałbym od niego, żeby mi to naczynie odkupił. Zapraszam go do domu, jest moi gościem i to jest wpisane w ryzyko zapraszania ludzi, że przypadkiem mogą coś zniszczyć. To nie jest wyrzucony przez okno telewizor podczas ostro zakrapianej imprezy czy książka, którą ktoś pożyczył, a następnie utopił w wannie, bezmyślnie biorąc ją ze sobą, tylko przypadkowo zbity kubek. Nawet gdyby mój gość chciał mi oddać pieniądze sam z siebie, to bym się nie zgodziła.

    A w rodzinie? Przecież to jest wspólne! Ma służyć wszystkim. Jakby Seba zbił kubek to też by musiał odkupić? Jakoś mi to nie gra :)

      1. Ja bym się źle czuła nawet z jednym zbity kubkiem ;) I powiedziałabym na pewno co na ten temat sądzę, kazałabym posprzątać i nie ukrywałabym rozdrażnienia (co oczywiście nie byłoby równoznaczne z awantura czy krzykiem). Tak samo – gdyby mój mąż regularnie bił kubki, to konsekwencją dla niego byłby mój zły humor. Jeśli miaby moje uczucia gdzieś to znaczy, że problem leży w jego stosunku do mnie. I tak samo dziecko – jeśli nie przejmuje się tym, że sprawia dorosłym przykrość to znaczy, że a) jeszcze do empatycznych zachowań nie dojrzało b) został popełniony jakiś błąd wychowawczy wcześniej, a lekceważący stosunek do zbity kubków jest tylko konsekwencją tych błędów.

        Gdyby więc mój syn notorycznie niszczył wspólne rzeczy, nie przejmując się tym, że sprawia mi przykrość, poszukałabym przyczyny głębiej. A płacić bym mu nie kazała, bo jeśli ja nie płacę za zbite naczynia, jego ojciec nie płaci, to dlaczego wobec niego mają być stosowane inne standardy?

        Tyle w teorii, bo póki co syn ma 14 miesięcy i mierzymy się z nieco innymi problemami wychowawczym :)

  13. Widzę, że nie tylko mnie poruszył temat odkupienia kubka :) Gdyby ode mnie wymagano lub oczekiwano odkupienia kubka który przypadkowo zbiłam gdzieś w gościach, więcej bym tam pewnie nie zjadła ani nie wypiła ze strachu, że coś zniszczę i sprawię przykrość właścicielowi. Natomiast w sytuacji, gdy moje dziecko niszczy moją rzecz to cóż.. jeśli to przypadek a nie roztrzepanie i głupkowanie, to trudno, kubek to tylko kubek, nie robiłabym z tego afery. Ale jeśli dziecko jest roztrzepane, nie ma szacunku do rzeczy to faktycznie potrącam z kieszonkowego. Bez żalu, jako naukę na przyszłość.

  14. Grzegorz Przybyszewski napisał(a):

    Ja bym się nie zgodził do końca z twoimi metodami wychowawczymi. Dziecko to jednak nie jest taki mały dorosły, którego logicznym wywodem można doprowadzić do właściwych postaw i zachowań.

    Dzieci często wymagają dyscypliny i należy od nich wymagać czegoś, nawet jeśli nie rozumieją dlaczego tak sie dzieje. Zrozumieją w przyszłości. Zaś dyscyplina oparta na autorytecie rodzina, rodzi w dziecku pozytywne postawy na przyszłość.

    Ostatnio czytałem ciekawy artykuł o na temat dzieciństwa Larsa von Triera, cytat: – Musiałem sam dochodzić do tego, co jest dobre, a co złe. Byłoby mi o wiele łatwiej, gdyby matka po prostu mi powiedziała: „To mi się nie podoba, a tego sobie nie życzę”. A tak musiałem sam dochodzić do tego, co zrobiłem źle. Sądzę, że nabawiłem się moich lęków, ponieważ nie pozwolono mi być dzieckiem. Doświadczyłem braku miłości. Bo miłość to też wyznaczanie granic.

    http://www.rp.pl/Plus-Minus/307149915-Lars-von-Trier-fragment-smutnej-biografii.html?

  15. Gosia napisał(a):

    Gdyby mój syn, był na miejscu Twojego pasierba, to wkurzyłabym się paskudnie. Na pewno oddałabym mu pieniądze za kubek. Dodatkowo porozmawiałabym poważnie z konkubiną mojego byłego męża. Po pierwsze, nie ona daje mojemu dziecku kieszonkowe, więc nie ona będzie decydować na co są wydawane. Nikomu nie pozwolę na wyłudzanie od mojego dziecka jego (czytaj: tak naprawdę moich) pieniędzy. Po drugie, jeśli moje dziecko sprawi jakąś szkodę, za którą rzeczona konkubina chce się domagać rekompensaty finansowej, ma się z tym zgłaszać bezpośrednio do mnie. Moje dziecko jest nieletnie i to ja, jako matka, odpowiadam za wyrządzone przez niego szkody. Uważam jak większość osób, które się wypowiedziały pod tekstem, że teorie wychowania różnią się w zależności od tego, czy wychowujemy własne, czy cudze dzieci :)

    1. Widzę, że nie zgadzamy się w wielu kwestiach.
      „nie ona daje mojemu dziecku kieszonkowe, więc nie ona będzie decydować na co są wydawane” – moim zdaniem o kieszonkowym decyduje tylko i wyłącznie dziecko. Tak samo nie ty, jako szef, decydujesz na co Twój pracownik wydaje swoją pensję.
      „Nikomu nie pozwolę na wyłudzanie od mojego dziecka jego (czytaj: tak naprawdę moich) pieniędzy”
      Zgadzam się. Też nikomu nie pozwoliłabym na wyłudzenie od mojego dziecka pieniędzy. Ale w tym przypadku to nie wyłudzanie. A pieniądze nie „były tak naprawdę” niczyje inne, tylko dziecka.
      „jeśli moje dziecko sprawi jakąś szkodę, za którą rzeczona konkubina chce się domagać rekompensaty finansowej, ma się z tym zgłaszać bezpośrednio do mnie”
      Widzę, że byś miała problem w rodzinie patchworkowej. W sumie z takiego podejścia przeważnie wynikają problemy w takic rodzinach…
      Jeśli dziecko mieszka w dwóch domach, to musi, chcąc nie chcąc – dostosowac się do reguł w nich panujących. Nie miałabyś w tej kwestii nic do gadania, a nie „ma się zgłaszać”. Po prostu. Jeśli moje dziecko musiałoby w domu taty i jego np. mieć jakies kary za przewinienia (np. szlaban na telewizję za nieodrobienie pracy domowej) / zmywać po wszystkich talerze, bo taki obowiązek wylosowało w jakimś podziale prac – to chociażbym uważała, że są lepsze metody wychowawcze i chociażbym sama u siebie stosowała inne – to musiałabym zaakceptować prawa pani i pana domu, w którym mieszka moje dziecko.

      1. Gosia napisał(a):

        Dokładnie tak. Pieniądze są dziecka i ono decyduje na co je wyda. W tym wypadku nie zdecydowało samo. Ty zdecydowałaś za nie.
        Wydaje mi się, że nie chodzi o samą karę (bo dla mnie to jest kara, a nie konsekwencja) ale o sposób jej przeprowadzenia. Dziecko powinno zostać uprzedzone, że w przypadku zbicia kolejnego kubka, będzie zmuszone zapłacić z własnej kieszeni. Tak się wprowadza zasady w sposób klarowny. Natomiast jeśli do tej pory chłopiec zbił kilka kubków i nic się z tym nie wiązało a tu nagle każe się mu płacić za kolejny, to sytuacja jest niejasna i moim zdaniem nie fair.
        Zgodzę się z Tobą, że nie miałam okazji żyć w rodzinie patchworkowej i gdybym została do tego zmuszona, to pewnie musiałabym mocno zweryfikować swoje poglądy :)

  16. Dziecko też trzeba zrozumieć, wczuć się w jego sposób myślenia, a dojście do porozumienia będzie prostsze. Konsekwentność ma w sobie wiele plusów i dobrze ukazuje realne życie.

Dodaj komentarz