Dlaczego nie powinno się dzieciom zadawać prac domowych.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym pomyśle, wydał mi się niedorzeczny. Zrezygnować z prac domowych? To przecież ważna część nauki – samodzielna praca. Przecież ja w domu nauczyłam się więcej niż w szkole. Przecież im więcej nauki, tym więcej dziecko wie, prawda? No właśnie nieprawda. A przynajmniej nie do końca.

CO MÓWIĄ NAUKOWCY

Australijski naukowiec zajmujący się psychologią dziecięcą, metodami wychowawczymi i edukacją, dr Justin Coulson, twierdzi, że praca domowa nie tylko nie jest pożyteczna – ale wręcz szkodliwa. Powołuje się na międzynarodowe badania, które udowodniły, że im więcej pracy domowej mają zadawane dzieci – tym gorsze osiągają wyniki w nauce.

Justin napisał nawet list, który wysyłał nauczycielom swoich sześciu córek. W liście podaje wyniki badań i wszystkie argumenty za tym, żeby nauczyciele przestali zadawać dzieciom prace domowe.

Badania dotyczą jedynie dzieci do ok. 14 roku życia. W późniejszych etapach edukacji prace domowe albo nie mają żadnego znaczącego wpływu na osiągnięcia dziecka – albo wpływają pozytywnie, choć w niewielkim stopniu. Dlaczego więc w prawie każdej szkole na świecie, w każdym wieku i w każdym przedmiocie dzieci dostają prace domowe?

Taki zwyczaj, tak się robi

To nie wina nauczycieli, tylko systemu. Nauczyciele zadają pracę domową, bo …tak robią wszyscy. Tak robią ich koledzy, tak robili nauczyciele w ich własnym dzieciństwie. Często na sugestię, że to zły pomysł, pojawiają się głosy “ja dostawałem pracę domową i nie robiłem z tego powodu afery”. Tak, do wszystkiego można przywyknąć, ale zauważmy, że ta praca domowa nigdy nie była przyjemnością. Kojarzyła się z jakąś karą, przykrym obowiązkiem. A takie negatywne kojarzenie sobie nauki ma naprawdę złe konsekwencje dla osiągnięć ucznia, bo jeśli nauka nie sprawia nam przyjemności, uczymy się mniej chętnie, trudniej nam zapamiętywać, nie docieramy głębiej, nie odkrywamy niczego nowego, a często nawet opanowanie podstawy materiału sprawia nam trudności.

Bezpłatne nadgodziny

Zwolennicy pracy domowej twierdzą też, że jest to dobry sposób na zapełnienie dziecku czasu wolnego poza szkołą. Odpowiadam wtedy: A jak Wy byście się poczuli, gdyby Wasz szef dał Wam dodatkową pracę do zrobienia w domu? Tym dla dziecka jest obowiązkowa nauka – odpowiednikiem Pracy. Cały proces edukacji młodego człowieka, zaczynający się już w wieku siedmiu lat i przeważnie docierający aż do pełnoletniości, poza podstawowym wykształceniem obywatela ma też wprowadzić go do pracy w dorosłym życiu. Rodzice idą na około 8 godzin do pracy – a dzieci w tym czasie idą na około 6 godzin do szkoły, gdzie ich głównym obowiązkiem jest przyswajanie wiedzy w ławkach, przeplatane tylko symbolicznymi oddechami w postaci przerw. Ale dorosły pracownik, wracając o 16 do domu ma prawo wyłączyć telefon służbowy i zająć się rodziną, rozrywką, obowiązkami domowymi lub słodkim nic-nie-robieniem. Dlaczego nie dajemy tego samego prawa dziecku? Czy zależy nam na wychowaniu człowieka, który bez mrugnięcia okiem przyjmować będzie od szefa bezpłatne nadgodziny, bo tego nauczył go system edukacyjny?

Nie bój się nudy

“Czyli co? Czyli dziecko po powrocie do domu ma mieć zupełnie wolne? A czym ja mu ten czas zajmę?!”. Niczym. To jest godzina albo dwie godziny dziennie, które dziecko może sobie dowolnie zapełnić, tak samo, jak my zapełniamy nasz czas wolny. Będzie się nudzić? I dobrze! Nuda jest cholernie ważna i bez niej dziecko nie rozwinie swojej kreatywności. Począwszy od zwykłego wyjścia na rower, zagrania z kolegami w piłkę, fikołków na trzepaku i innych aktywności na świeżym powietrzu, dziecko może też czytać, rysować, pisać, układać puzzle, bawić się lalkami, wymyślać gry wraz z rodzeństwem i zająć się wieloma innymi rozrywkami, na które samo wpadnie, uwierz mi. Nie potrzebuje do tego przewodnictwa dorosłych. Wystarczy, że 6 godzin dziennie robi dokładnie to, co każe mu się robić.

LUBIŁAM SIĘ UCZYĆ, ZANIM POSZŁAM DO SZKOŁY

Nie twierdzę, że tylko praca domowa była tym przykrym elementem procesu edukacji, jakiemu zostałam poddana w wieku 7 lat i w którym tkwiłam przez kolejnych dwadzieścia. Było tych elementów więcej. Ale praca domowa była tym najbardziej oczywistym utrudnieniem, które uczyniło z nauki mordęgę. Byłam jednym z tych dzieci, o których mówiło się “inteligentne, ale leniwe” (dziś, słuchając wspomnień znajomych, mam wrażenie, że tych leniwych inteligentów było na pęczki ;)). Oznaczało to, że, nie lubiąc się uczyć, wagarując i olewając lekcje oraz spisując prace domowe, miałam na koniec i tak dobre oceny, bo przysiadałam do nauki tuż przed sprawdzianami lub egzaminami. Na myśl o tym, ile mogłabym osiągnąć, efektywnie ucząc się na każdej lekcji, mam poczucie koszmarnie straconego czasu. Skoro byłam dobrą uczennicą, czasem wręcz bardzo dobrą, ucząc się tylko przez kilka godzin na przedmiot i półrocze – zostałabym chyba noblistką, gdybym uczyła się na każdej lekcji.

A co robiłam na lekcjach? Przysypiałam, grałam w kropki, rysowałam, spisywałam od kujonów prace domowe na kolejne lekcje (to chyba najczęściej), pisałam opowiadania, rysowałam konie lub obgryzałam z nerwów paznokcie, bojąc się wywołania do tablicy. Nie, nie motywowało mnie to do tego, by na kolejną lekcję się nauczyć.

W istocie dziecko spędza w szkole około 6 godzin dziennie, z czego większość to lekcje. Oznacza to 4 godziny czystej nauki. Spójrzmy prawdzie w oczy – gdyby dziecko przez 4 godziny dziennie tylko się uczyło, zrobiłoby cały program gimnazjum w ciągu jednego roku. Potwierdzają to wyniki uczniów, których rodzice wybrali edukację domową – opanowują oni program szkolny w błyskawicznym tempie, dużo szybciej niż ich rówieśnicy, którzy mają 6 lekcji dziennie. Sęk w tym, że dzieci na lekcjach się nie uczą.

JAK NAUCZYĆ PSA SIADANIA?

Gdy kilkanaście lat temu zajmowałam się psychologią psów, modne stawało się szkolenie pozytywne. Było ono dla wielu psiarzy fantastycznym odkryciem po dziesięcioleciach ciężkiej pracy z psem poddawanym karom za nieprawidłowo wykonane polecenia. Oto bowiem okazało się, że stara technika kar i nagród odnosi dużo gorsze efekty od nowej metody, w której całkowicie wyeliminowano kary. Idąc na szkolenie pies wiedział, że może tylko zyskać. Nie bał się niczego. Po prostu walczył o kolejnego smakołyka lub piłkę i to motywowało go do coraz precyzyjniejszego i szybszego wykonywania poleceń. Psy szkolone pozytywnie do dziś na łeb biją te, które były karane w procesie nauki, we wszystkich psich dyscyplinach sportowych. Człowiek w niczym się tu od psa nie różni. Mechanizm jest ten sam: Dużo chętniej będziemy uczyć się czegoś, co sprawia nam przyjemność i w czym możemy tylko zyskać. Osiągniemy w tym lepsze wyniki niż w nielubianych przedmiotach nauki.

Kolejnym trickiem, którego nauczyłam się podczas pracy z psami, jest sprawienie, by pies sam wpadł na sposób wykonania jakiejś komendy – a nie został do niej zmuszony. Dlatego na przykład przy nauce komendy “siad” dużo lepiej naprowadzić głowę psa smakołykiem do góry i do tyłu, sprawiając przy okazji, że psu będzie wygodniej usiąść, by ten smakołyk dosięgnąć – niż naciskać na jego zad, żeby usiadł i wtedy go nagradzać. W pierwszym przypadku psy błyskawicznie uczą się komendy – w drugim musimy najpierw się z psem siłować, walcząc z jego naturalnym oporem, cały proces trwa dużo dłużej i zanim pies pojmie, czego od niego oczekujemy, minie sporo czasu i nerwów. Ale to nie koniec. Jest jeszcze lepsza metoda szkolenia niż naprowadzanie smakołykami. Psy, które przywykły już do pracy z pozytywnym szkoleniowcem często same “oferują” nowe zachowania, szukając w pewien sposób czegoś, co zadowoli ich przewodnika. Wystarczy przed takim psem usiąść z nagrodą i czekać. Pies będzie wtedy pracował ciałem, głową, łapami, głosem i dostępnymi wokół przedmiotami, szukając zachowania, które “uruchomi” nagrodę.

Jak to się ma do nauki dzieci w szkole? Nagrody i kary to nie tylko niskie i wysokie oceny. To też pochwała lub nagana nauczyciela, opinia wśród kolegów, reakcje rodziców na wyniki ich dziecka w nauce. Obowiązkowa praca domowa to zaś zmuszanie dziecka do nauki – takie samo jak naciskanie na psi zad, żeby nauczyć go siadania. We współczesnym systemie edukacyjnym stosujemy te same techniki co w szkoleniu psów 100 lat temu. Zadawanie pracy domowej jest jedną z tych technik. A przecież moglibyśmy iść w kierunku reform, które uatrakcyjniłyby naukę dzieciom i sprawiły, że te chętniej same szukałyby informacji i wiedzy, korzystając z przewodnictwa nauczycieli. Czyli robiłyby to, o co nam głównie chodzi w szkołach.

Wyjątek od reguły: czytanie książek

Zlikwidowanie prac domowych nie dotyczy absolutnie każdej aktywności naukowej ucznia poza szkołą. Nie wyobrażam sobie na przykład, żeby uczeń nie mógł czytać samodzielnie w domu. Jest to aktywność niewymagająca pomocy nauczyciela ani rodzica, którą każdy uczeń wykonuje w swoim tempie i która trwa zbyt długo, żeby marnować na nią czas lekcji.

Jestem jednak przeciwna takim pracom domowym, jakie dziś zadaje się w szkołach. W obecnej formie nie tylko nie pomagają w nauce, ale wręcz ją obrzydzają, stresują uczniów i ich rodziców. Poza tym wypadałoby zmienić szereg innych rzeczy w szkołach, by nauka podczas lekcji była bardziej efektywna, ale nawet jeśli nie zmienimy nic w samym funkcjonowaniu szkoły i planach lekcyjnych, nie stracimy nic na ucięciu prac domowych. Nie ma do tej pory żadnych badań, które udowodniłyby, że mają dobry wpływ na edukację dzieci, a więc, jak z homeopatią – możemy założyć, że tego wpływu nie ma. Jedynym, co możemy osiągnąć, rezygnując z nich, będzie więcej wolnego czasu dla dzieci i mniej negatywnych skojarzeń z nauką.

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani, przeczytajcie tę listę 12 argumentów (klik).
A tak przy okazji, jeśli odrabiacie z dzieckiem prace domowe, też przestańcie to robić (klik po tekst Nishki).

Komentarze do wpisu: 34 Napisz komentarz

  1. I teraz nic tylko czekać na komentarze oburzonego ludu po Twoim porównaniu dzieci do psów :D
    A tak na serio, to chyba jeszcze nigdy nie przeczytałam tak rozsądnego artykułu dotyczącego prac domowych, nauki i kreatywności. Seg, you’re my hero :)

  2. lulka napisał(a):

    Ja mam brata, który ma 10 lat. Zwykle oceny ma bardzo dobre poza 1 właśnie z powodu braku pracy domowej. Książki pożera na śniadanie, obiad i kolacje, a zwłaszcza te fantasy. No i właśnie ostatnio tata został wezwany do szkoły ponieważ wg nauczycieli (którzy podejrzeli „władce pierścieni” w plecaku) Młody ma zainteresowania niezgodne z jego wiekiem,wprawdzie świetnie czyta, liczy itd, no ale kto to widział żeby dziecko w tym wieku. Pomijając już zajęcia z tzw. plastyki gdzie notorycznie dostaje 3 gdyż prace domowe nie są na odpowiednim poziomie (najnormalniej w świecie jak każdy u nas w rodzinie poza ojcem nie ma talentu plastycznego i fakt nie są to dzieła na mire Picassa).Nawet prosił tatę żeby mu coś narysował, ale ten kategorycznie odmówił. Rozpisałam się ale jestem pełna podziwu absurdom dzisiejszej edukacji. ŚWIETNY TEKST!!

    1. Anonim napisał(a):

      u nas czegoś takiego jak z władcą pierścieni by nie było, ja horrory i kryminały w — podkreślam — SZKOLNEJ bibliotece wypożyczałam lol

  3. Akurat dwa miesiące temu posłałam dziecko do szkoły, więc temat dla mnie aktualny. Wg mnie ogromnym problemem pracy domowej jest brak personalizacji. W jakim celu szlaczki i kilka linijek liter ma kaligrafować dziecko, które świetnie pisze? Albo dodawać 2+2 to, które świetnie liczy? Praca domowa miałaby sens, gdyby nauczyciel brał w niej na cel strony ucznia do doszlifowania. A w późniejszych klasach prace domowe powinny być w ogóle nieobowiązkowe.

    1. Tutaj niestety pojawia się kolejna przeszkoda, bo jeśli lekcja trwa określony czas, a w sali jest około 20-30 uczniów, to niemożliwe jest poświęcenie każdemu z nich wystarczająco dużo czasu i przerobienie tematu. A nawet jeśli by się taki pasjonat znalazł, to sam musiałby opracować materiały, wydrukować je i to wszystko finansować, bo w szkole nawet papieru jest ograniczona ilość. Nieliczne szkoły wprowadzają inne niż standardowe metody nauczania i szkolą z nich nauczycieli. W większości wygląda to tak, że jeśli pojawia się niecodzienna sytuacja (np. dziecko z zespołem Aspergera), to nikt nie przygotowuje do tego nauczyciela, a powiedzmy sobie szczerze, że nie jest to zadanie łatwe.
      System jest taki, że materiału od początku jest za dużo, a możliwości manewru mało. Dlatego praktycznie nie uczy się historii współczesnej – jest na końcu programu i nie starcza na nią czasu. Chyba, że robi się wszystko po łebkach. Zatem jeśli chcemy zobaczyć fajną, mądrą szkołę, to trzeba zmienić ją od góry, od systemu, szkoleń, materiałów. Nauczyciele to ostatnie ogniwo.

  4. Emilia Kuligowska napisał(a):

    Dla mnie wazna była róznica w przedmiotach – przedmiotów ścisłych zawsze dużo lepiej uczyłam sie w szkole, ale przyswajanie przedmiotów humanistycznych – historia, wiedza o społeczeństwie (bo języka polskiego nigdy nie odważę sie nazwać „uczeniem się” – nie ma tam żadnego uczenia się, jest tylko myślenie) zdecydowanie lepiej szło mi w domu. Nie znam sie, więc nie wiem z czego wynika ta róznica – a była naprawdę duża :)

  5. qulqa napisał(a):

    Zgodzę się – ale nie do końca.
    Po pierwsze, co już ktoś napisał, personalizacja pracy domowej, zwłaszcza w klasach młodszych (o ile już ta praca jest zadawana).
    Po wtóre. W metodologii uczenia się bardzo ważną czynnością jest powtórzenie przerobionego materiału, inaczej wywieje on z głowy natychmiast. Oczywiście są powtórki w szkole, są kartkówki z jakichś partii materiału, ale mi bardzo podobała się metoda, stosowana w gimnazjum bratanic. „Opisz w punktach’ – wojny punickie, rozmnażanie się pantofelka, obieg krwi w człowieku, cokolwiek. Zmuszało to dzieciaka do pobieżnego choćby przeczytania z podręcznika omawianego rozdziału. Gdy już dochodziło do powtórki, dużo łatwiej było spojrzeć na swoje punkty i doczytać. Punkty miały być absolutnie skrótowe, same hasła, nie pełne zdania. Dzięki takim metodom odrabianie lekcji przez świetnie zorganizowane bratanice trwało maksymalnie godzinę, dwie – jeśli miała być w planie jakaś powtórka. Tak samo robienie zadań z fizyki czy matematyki – ćwiczy schematy, zmusza do myślenia. Nie mówiąc już o esejach czy rozprawkach. Gdzie dzieciak ma się nauczyć poprawnie wypowiadać na piśmie, jeżeli ćwiczy to wyłącznie na sprawdzianach?

    Nie zgodzę się też z Tobą na temat pracy dorosłych w domu. Owszem, przysłowiowa kasjerka z Biedronki nie przynosi pracy do domu. Ale na pewno Ty w domu też pracujesz – czytając, planując, myśląc koncepcyjnie. Tak samo pracuję ja (zawód wymagający ciągłego dokształcania się), mój brat (fizyk – naukowiec), bratowa (informatyk), bratanica (prawniczka), dzieciaki (informatycy). Ciągłe poszerzanie horyzontów, ciągłe doczytywanie. Jeśli dzieciak chowa się w domu, w którym jest kult książek i wiedzy, a rodzice, ciotki, dziadkowie ciągle się uczą albo czytają, przyjmuje czytanie i naukę za coś oczywistego i nie traktuje tego jako jako przykrości.

    Za to bezsensownym pracom domowym typu opisz coś tam zdecydowane nie.

  6. Justyna W napisał(a):

    Nienawidziłam prac domowych. Głupie, często wtórne, brakowało mi na nie czasu. Zdarzało mi się w ogòle nie rozpakowywać plecaka, rano dopakowywałam tylko potrzebne książki. Zamiast prac domowych balowałam, uczyłam się, spałam, siedziałam na ircu i grałam. Był to dobrze spożytkowany czas. Ale kiedy coś było trudne a nauczyciel inspirujący, to potrafiłam siedzieć i pòł nocy i coś rozwiązywać – np. zadania z fizyki. Może lepszym rozwiązaniem jest zaufanie dzieciom i danie im dowolności? Chcesz, to ròb, nie, to nie. Na dodatkową ocenę, żeby się podciągnąć, albo z potrzeby serca lub za namową nadambitnego rodzica.

  7. Aquariia napisał(a):

    Stworzenie jednego uniwersalnego systemu, który byłby odpowiedni dla wszystkich uczniów i przedmiotów jest niemożliwe.Głównym problemem jest to, że dzieci nie zawsze słuchają na lekcji i to, że nauczyciele nie zawsze potrafią wyłożyć swój przedmiot. Dziecko, które nie słucha na lekcji i nie ma zadań domowych nie będzie miało, żadnej wiedzy. O ile przedmioty humanistyczne da się nadrobić tuż przed sprawdzianem to z przedmiotami ścisłymi nie jest już tak wesoło. Ja będąc w podstawówce i gimnazjum nigdy nie uczyłam się do sprawdzianów, a wyniki miałam dość dobre. Zawdzięczam to temu, że zawsze odrabiałam zadanie domowe. Dziecko bystre, zainteresowane tematem i takie, które słucha na lekcji nie potrzebuje zadań domowych. Jednak dla dziecka, które nie słucha na lekcji zadanie domowe jest często jedyną formą styczności z tematem. Nie zależnie jak bardzo atrakcyjnie przedstawiony zostanie temat zawsze znajdzie się grupa dzieci, która nie będzie chciała się uczyć w ogóle. I tu nie chodzi też tylko o dzieci, które wolą spędzać czas na zabawie. Będąc na studiach zaledwie garstka osób wykazywała aktywność na języku angielskim. Większość zapytana o coś odpowiadała jednym słowem. A przecież to byli dorośli ludzie więc chyba zdawali sobie sprawę, że angielski może im się przydać. Reasumując i dzieciom i dorosłym się nie chce. Nie zależnie jakie środki zostaną wprowadzone Ci co będą chcieli się uczyć, nauczą się. Ci co nie będą chcieli się uczyć nie będą umieć.

    1. Ale to też nie do końca jest tak, że jak dziecko słucha bądź nie nauczyciela który nie potrafi przekazać swojej wiedzy, a potem każemy mu samemu rozwiązywać zadania w domu to się ono magicznie samo nauczy danego przedmiotu. Tym bardziej jeśli chodzi o przedmioty ścisłe, gdzie zrozumienie zasady działania danego zagadnienia jest kluczowe. Dziecko siedząc nad taką pracą domową tylko jeszcze bardziej się zestresuje i zniechęci, więc zamiast szukać rozwiązania stwierdzi „nie mam głowy do przemiotów ścisłych”, „jestem humanistą”, etc.

      1. Aquariia napisał(a):

        Masz rację. Tylko nie rozumiem jak nie danie dziecku zadania domowego rozwiążę tę sytuację. Nie twierdzę też, że dziecko ma się samo nauczyć, zadanie ma na celu utrwalenie wiedzy zdobytej na lekcji. Weźmy to przykładowe dziecko, które nie do końca zrozumiało materiał z lekcji. Teraz masz wybór albo nie dać dziecku zadania i dać mu spokój co poskutkuję tym, że dziecko nie będzie umieć. Albo możesz dać dziecku zadanie, zmusić go do spróbowania bądź poszukania pomocy u opiekunów. W drugim przypadku jest jakaś szansa, że dziecko nadrobi materiał, a w pierwszym już nie. Rozumiem, że nie zmuszaniem dziecka do zadań chcecie zachęcić ich do polubienia przedmiotu. Ja zwyczajnie nie jestem, aż tak naiwna żeby uwierzyć, że dziecko samo z siebie siądzie, żeby nadrobić to czego nie zrozumiało na lekcji. Sama byłam dzieckiem i jeśli jakiś przedmiot mnie nie interesował to robiłam z niego absolutne minimum.

        1. Ja również zgadzam się z tym, że całkowita rezygnacja z prac domowych nie jest dobrą drogą. Ekstremalne rozwiązania typu wszystko albo nic z reguły nie odnoszą pozytywnych efektów, bo nic nie jest tak do końca czarne lub białę. Myślę jednak, że praca domowa w takiej formie w jakiej istnieje dzisiaj nie jest tak efektywna jak mogłaby być. Bardziej skłaniałabym się ku czemuś co już w komentarzach było wspomnianie – pracy domowej dopasowanej do ucznia. Czyli, jeśli Antoś nie do końca rozumie mnożenie dużych liczb – dostaje zadania z mnożenia, które mają mu pomóc zrozumieć temat, ale Ania która mnoży doskonale dostaje już bardziej zaawansowane zadania. Ale do czegoś takiego potrzeba reformy całego systemu nauczania, co jak sądzę (chociaż mam wielką nadzieję, że się mylę) nie nastąpi przez najbliższe lata. Kolejnym dużym problemem, moim zdaniem, jest podejście wielu nauczycieli do pracy domowej – masz zrobić i już! Nie ma możliwości np. podejścia do nauczyciela i poproszenia o dodatkowe wyjaśnienia na następnej lekcji, bo dziecko nie do końca zrozumiało przedmiotu, a opiekun nie był w stanie mu pomóc.
          I tak na marginesie już – jeśli dany przedmiot nie interesuje dziecka to nie widzę nic złego w tym że nie jest z tego przedmiotu absolutnie najlepszy. Nie każdy jest wszechstronnie uzdolniony, ważne żeby dziecko rzeczywiście robiło niezbędne minimum z przedmiotu które go nie interesuje, ale w zamian poświęcało więcej czasu przedmiotom i dziedzinom, które go pasjonują. Od mojego lekarza wymagam, żeby miał anatomię ludzką w małym palcu, ale jest mi obojętne, czy informatyk naprawiający mój komputer wie gdzie znajduje się żołądek i ile nerek ma człowiek ;) Dodatkowo myślę, że te wszystkie nieinteresujące przedmioty mogą sporo zyskać gdy zacznie się ich uczyć inaczej, czyli np. zamiast kazać dzieciom wkuwać ciągi dat na historii skupimy się na tym dlaczego nastąpił dany konflikt i jakie były jego skutki, bądź czy dany schemat wydarzeń powtarzał się w późniejszych wiekach, etc.

  8. Może zrobię z siebie freaka roku, ale często (w młodszych latach) lubiłam zrobić w domu parę zadań lub napisać wypracowanie – sama, bez nauczyciela i koleżanki z ławki obok, bez kolegów rozwiązujących te zadania na tablicy, porównujących między sobą wyniki. Jeśli jakiś temat poruszony w szkole wymagał zastanowienia, to wolałam zrobić to w ciszy i bez ram czasowych. I taka ‚samo-przerobiona’ albo przynajmniej ‚samo-powtórzona’ wiedza jakoś lepiej zostawała mi w głowie. No i pewne rzeczy trzeba po prostu poćwiczyć – a w szkole lekcja ma 45 minut, a program ciśnie.

  9. A ja się zgadzam i nie zgadzam. Myślę, ze samo zadawanie zadań nie jest złe, ważne JAKIE to są zadania, wyniki badań ciekawe ale…. Wspomniane przez Ciebie czytanie lektur, no nie ma opcji zrobić tego na lekcji, chyba, ze ograniczymy dzieciakom literaturę do fragmentów czytanych przez panią, no ale to już wtedy strach się bać.
    Jeśli chodzi o inne zadania to mam przykład z angielskiego, sama jestem po filologii, uczyłam przez lata w szkole językowej i mając ucznia tylko dwa razy w tygodniu zawsze ubolewałam, ze to za mało czasu „wystawiania” na język (tzw. exposure), dlatego moi uczniowie ZAWSZE mieli zadanie domowe, ale zawsze te zadanie było krótkie acz treściwe. Np. musieli w domu trzy razy przesłuchać nagranie, 5 razy „przerzucić fiszki w pudełku” (czyli podrasowany sposób nauki słówek), dzieciaki musiały coś przepisać (wiem, ze to żmudne, ale tempo pisania np 8 latków jest tak różne, że niektórzy kończą w 5 minut i się nudzą, a inni na to samo potrzebują aż 30). Czas lekcyjny wg mnie trzeba na maxa wykorzystać na mówienie, bo tego w domu sami nie zrobią, więc tego typu zadania domowe są wg mnie musem. Natomiast teraz szlag mnie trafia, bo moje dziecko w szkole państwowej ma angielski, też 2 razy w tygodniu i też dostaje zadania domowe. W 90% jest to coś do pokolorowania… Bez sensu. Zajmuje jej o czas popołudniowy, który mogła by przeznaczyć na rozwijanie swoich zainteresowań, nic jej już nie uczy (rękę na kolorowaniu to sobie juz wyrobiła w przedszkolu), no a z językiem to totalnie nie ma nic wspólnego. Koloruje rzeczy które potrafi świetnie nazwać i samo kolorowanie już nic nie wnosi. NIC A NIC.
    Reasumując – wkurza mnie ostatni social mediowy lincz na nauczycielach zadających zadania domowe, ale według mnie dyskusja CO jest zadawane i ILE nas czeka, oby się zaangażowali ci właściwi (np. nauczycielka mojego dziecka…)

  10. czesuch napisał(a):

    Ja też, tak jak inni, zgadam się, ale nie do końca. Bo uważam, że prace z wielu przedmiotów są po prostu bez sensu, ale właśnie ćwiczenie rozumienia angielskiego (słuchanka czy obejrzenie angielskich wiadomości) to taka rzecz, której za bardzo na lekcji zrobić się nie da.

    Poza tym uważam, że matematyka bez ćwiczeń nie może być utrwalona. A jest za mało godzin poświęconych na każdy temat, żeby dziecko nauczyło się pewnych mechanizmów.

    Całkiem podoba mi się natomiast pomysł dodatkowego czasu w szkole, podczas którego odrabia się prace domowe, można zapytać nauczyciela o to, czego się nie rozumie i naprawdę się skupić. Potem książki zostawia się w szkole i w domu nie poświęca się już czasu na lekcje.

  11. W moim liceum nie zadawano prac domowych, idea była taka, żeby uczeń uczył się jak najwięcej w szkole. Była to szkoła, w której wiele osób miało inne zajęcia, szkoły muzyczne, sport itp. System genialny.

  12. Marcelina napisał(a):

    Według mnie niektóre przedmioty (matematyka, fizyka, chemia) nie mogłyby się obejść bez zadań domowych. Nie da się ich „wykuć” na pamięć tuż przed sprawdzianem. Żeby czuć się pewnie trzeba przerobić dziesiątki przykładów, na co na lekcji czasu nie ma. Co do humanistycznych to rzeczywiście można odpuścić – wyjątkiem jest oczywiście czytanie i to nie tylko lektur na j. polski, ale tez pozycji z zakresu historii, biologii, itp. Co do języków obcych, to na lekcji śmiało można opanować gramatykę, a w domu zanurzyć się w poszukiwania rówieśników innych narodowości, z którymi można miły sposób szlifować słownictwo i wymowę – na forach, dzięki komunikatorom, nawet poprzez gry mmo (polecam :-) )

    1. Dokładnie tak. Trudno mi sobie wyobrazić opanowanie nauk ścisłych bez robienia na spokojnie, w swoim tempie dziesiątek zadań. Oczywiście da się bez zadawania do domu, tylko wtedy liczba godzin w szkole musiałaby się znacznie zwiększyć.

  13. agatuus napisał(a):

    Ja uważam, że prace domowe powinny być! Ale tylko w rozsądnych ilościach i tylko te, z kategorii „twórczych”. Mam tu na myśli jakieś opowiadania, wypracowania… Bo do tego jednak warunki w szkole są kiepskie. Z własnego doświadczenia pamiętam, że nie znosiłam pisać takich prac na zajęciach (bo potrzebowałam do tego spokoju) i stresowała mnie ograniczona ilość czasu (w domu, gdy nie czuję presji czasu jestem w stanie – i pewnie nie tylko ja – zrobić coś dużo szybciej albo dużo więcej niż wtedy, gdy martwię się, czy zdążę).

    Jeśli chodzi o jakieś zadania z przedmiotów ścisłych, to jeśli dziecku będzie zależało na tym, żeby coś zrozumieć, to samo przysiądzie do zadań. Przynajmniej ja tak robiłam.

    A wracając do odbierania prac domowych jako kary… Zawsze hitem było dla mnie: „W takim razie, skoro nie potraficie zachować się na zajęciach, zrobicie dodatkowe zadania/napiszecie wypracowanie”. To się nazywa profesjonalne zaszczepianie w dzieciach zainteresowania nauką! :D

    Obawiam się jednak, że aby odejść od zadawania prac domowych, musiałaby się zmienić nie tylko mentalność nauczycieli (począwszy od samej rezygnacji z zadań domowych po większe zaangażowanie w tłumaczenie tematu zajęć – bo tego często niestety brakuje), ale również sama organizacja zajęć. Ciężko skutecznie wytłumaczyć jakikolwiek temat grupie 30 dzieci/nastolatków.

  14. Aneta bopiekniejest napisał(a):

    Niestety, u nas odkąd syn zakończył edukację wczesnoszkolną (czyli 2 lata temu) skończyło się również normalne życie rodzinne. Normalne w naszym rozumieniu, czyli długie spacery z psem po obiedzie, wypad do klubu podróżnika na mega ciekawe slajdowiska, granie w planszówki, wspólne pieczenie babeczek, itp. Jego popołudnia to szkoła, tylko w domu. Wszyscy mamy tego serdecznie dosyć. Jakim prawem ktoś mówi nam jak mamy spędzać NASZ CZAS WOLNY? Czy dziecko nie może mieć słabszego dnia? Nie może chcieć po prostu zwyczajnie poleżeć do góry brzuchem, ot tak? Nie, nie może. Ponieważ zaczęło chodzić do szkoły.
    Sorry za te emocje, ale właśnie dziś kolejny raz musieliśmy zrezygnować z naszych popołudniowych planów i krew mnie zalewa.

  15. Magdalena Jawor napisał(a):

    Odpowiedź na pytanie, dlaczego dzieci tresuje się jak psy 100 lat temu jest prosta i smutna: władykom nie zależy na inteligentnym, twórczym, samodzielnym i pewnym siebie obywatelu, który bedzie dążył do szczęścia. Dużo łatwiej władać zastraszonym, pozbawionym ambicji, motywacji i wyobraźni padalcem, który nie wyobraża sobie samodzielnie o coś zawalczyć, zaprotestować, nie zna swoich praw, nie zna konstytucji i jest święcie przekonany, że on sam nic nie znaczy i nie jest w stanie nic zmienić, więc najlepiej, kiedy uwierzy „autorytetom” (telewizji i internetowi) i zrobi to, co tam mu powiedzą, by zrobił.

  16. Nie mam przeciw pracom domowych zupelnie nic jesli w warunkach szkolnych tego nie da sie zrobic np. gdy ja bylam w skzole medycznej moja jedna z wielu prac domowych bylo wykucie wszystkich miesni czlowieka ( powierzchniowych jak i lebokich) i tego w halasliwym miejscu bym nie zrobila ;) Jasna, niech zadja dziecku zadania ale takie ktore zrobi samo lub z rodzicem a nie takie jak teraz maja ze nawet rodzic zlapie sie za glowe bo nie wie o co chodzi

  17. Grzegorz Okaz napisał(a):

    „Zdolny, inteligentny … ale leń” – to chyba jedyna metoda motywacji jaką znali moi nauczyciele. Motywacji serwowanej głównie rodzicom na zebraniach, żeby w domu wycisnęli jakąś presję na dzieciaku. Bez sensu. Do dziś próbuję odkryć swój magiczny potencjał … a życie sobie całkiem przyjemnie leci i bez niego. ;)

  18. „Zdolny, ale leniwy” -największe kłamstwo nauczycieli. Gdy nie chcesz urazić rodzica stwierdzeniem, że dziecku nauka idzie beznadziejnie. Bardzo uniwersalne. Kto nigdy tego nie usłyszał (w odniesieniu do siebie lub kogoś innego) niech pierwszy rzuci studia… to znaczy kamień, miałem na myśli kamień xD

  19. Znaczy tak. Jak zadaję pracę domową, to niech ktoś poza uczniem coś z tego ma. Projekty, słuchowiska i tak dalej. Żeby można było się tym podzielić. Ale do tego cała lekcja musi być dobrze przygotowana, żeby dzieciaki dobrze się bawiły przy takiej pracy domowej w terenie.

  20. A ja odrabiałam lekcje często na przerwach w szkole, o ile wiedziałam, że dany przedmiot był w środku lub na końcu. Czasem w ogóle nie odrabiałam lub „na odwal się”. Zasypywanie zadaniami domowymi nie jest fajne, bo dzieci powinny mieć czas na swoje hobby i na rozrywkę, ale nie uważam też, żeby całkowite zrezygnowanie z zadawania ćwiczeń jest dobre, bo wtedy właśnie można utrwalić tę wiedzę.

  21. ida21 napisał(a):

    Według mnie nie da się porównywać wyników badań uczonego, który przeprowadzał je na gruncie innych systemów nauczania. Jeśli w systemie którymś tam [np. Wlk. Bryt.] dzieci siedzą w szkole od rana do 17, to z całym szacunkiem do autorki jest to kompletnie różna sytuacja. To raz. Dwa, gdy dziecko w wieku wczesnoszkolnym wraca ze szkoły jak bumerang o godzinie 12, to naprawdę nie są to dodatkowe dwie godziny luzu, tylko niemal CAŁY dzień, kiedy dzieckiem trzeba się zająć. A nie każde – daję słowo – lubi czytać, pisać, rysować i układać puzzle. [Do tej pory nie wiem, jak radzą sobie dzieci, których obydwoje rodzice pracują, a babcia jest daleko]. Po trzecie – są przedmioty [jak słynna historia po reformie], które pojawiają się raz w tygodniu. Ja osobiście, jeśli mam zajęcia z czegoś raz w tygodniu, nie pamiętam, co się działo na poprzednich. Moim dorosłym uczniom, przychodzącym na lekcje angielskiego raz w tygodniu właściwie musiałam od nowa powtarzać, co było ostatnio. Dla dziecka, któremu czas biegnie o wiele szybciej, tydzień to wieczność. Jeśli nie znajdzie w tym czasie choćby chwili, żeby zajrzeć, co było na lekcji [a po to jest praca domowa], to czarno widzę zapamiętywanie tematu. I po czwarte: inaczej do tego należy podejść w edukacji wczesnoszkolnej, podstawówkowej, gimnazjalnej, a zwłaszcza przedmaturalnej, gdy należy po prostu posiedzieć nad zadaniami. Należałoby w tym celu zreformować cały system szkolny od podstaw. Pozdrawiam :)

  22. Anna Pinezka napisał(a):

    Ja uczę angielskiego i hiszpańskiego. Staram się nie zadawać niczego oprócz (niestety) nieregularnych form czasownika. Ostatnio była na mnie skarga rodzica, że jej córka nie ma nic zadawane, więc pewnie niczego się nie uczy. Dodam, jedna z najlepszych uczennic w klasie. I co ja mam robić?

  23. BonaVonTurka (Hipis) napisał(a):

    Do 14 roku życia brak prac domowych moim zdaniem jest logiczny. Też byłam zdolnym i leniwym dzieckiem (a teraz jestem zdolną i leniwą maturzystką), zadań domowych w klasach 1-3 w ogóle nie dostawałam. Nie zaszkodziło mi to w żaden sposób, tak samo jak fakt, że niczego się w domu nie uczyłam. Moim zdaniem to nawet nie kwestia zadań domowych, a rodziców. Gdyby rodzice moich rówieśników czytali z nimi książki, to potrafiliby oni płynnie czytać przed skończeniem gimnazjum. Gdyby rodzice zachęcali ich do nauki, zainteresowali światem, zupełnie inaczej wyglądałyby ich oceny w szkole. Dzisiaj często słyszę, że mam bardzo „dziwną” i szeroką wiedzę, bo o prawie każdej dziedzinie nauki mogę coś powiedzieć. To efekt pracy moich rodziców, którzy zachęcali mnie do czytanie, poznawania nauk przyrodniczych, dużo mi opowiadali. Więcej wiedzy wyniosłam z domu, niż z podstawówki. Moi znajomi- też dzieci nauczycieli, inteligencji- potwierdzają że w ich wypadku było podobnie. Najpierw wyedukować rodziców, potem męczyć dzieci…

  24. Daria napisał(a):

    Nie mogę się zgodzić. Szkołę skończyłam niedawno, bo ledwie 3 lata temu. Prace domowe miałam od zawsze, z niemal każdego przedmiotu. I dziękuję niebiosom za to i za mądrych nauczycieli. Dla mnie praca domowa jest ćwiczeniem nowo nabytej wiedzy. Nie chce mi się wierzyć, żebym tak łatwo i dobrze przyswoiła sobie angielski, gdyby moja nauczycielka nie zadawała nam w gimnazjum i liceum przynajmniej po kilka zadań. A najczęściej były to strony. Jedna, dwie, trzy. Owszem, siedziało się nad tym niekiedy długo, ale dzisiaj widzę efekty. A to właśnie to się liczy.

  25. Aneta napisał(a):

    Jestem nauczycielką języka obcego. Z każdą klasą widzę się max. 3 razy w tygodniu. Praca domowa jest po to, żeby dziecko miało kontakt z językiem dłużej niż przez te niecałe dwie godziny, żeby utrwalało wiadomości, żeby „transferowało” wiedzę z pamięci krótkotrwałej, której używa na zajęciach do długotrwałej. Jednak przy zadawaniu pracy domowej są moim zdaniem pewne zasady:
    – praca domowa jest dla dziecka, nie dla rodzica, powinno ono być w stanie wykonać ją samodzielnie, powinna być indywidualnie dostosowana do jego możliwości;
    – nie zadaję trzech stron zadań, staram się, żeby zrobienie ich zajęło nie więcej niż powiedzmy 15 minut (co przy zajęciach 3x w tyg. daje dodatkowe 45 min. poświęcone na język);
    – nigdy nie zadaję prac domowych na weekend oraz dłuższe przerwy (ferie, święta, etc.), bo wyznaję zasadę, że jest to czas, który dziecko powinno spędzić z rodziną i odpocząć od szkoły.

Dodaj komentarz