Czy ty też wstydzisz się nazwiska swojej matki?

Egipt jest krajem, w którym nikt nie przyznaje się do nazwiska swojej matki w obawie przed ośmieszeniem. Ale nie tylko ośmieszeniem. Gdy pewna dziennikarka podpisała swój artykuł nazwiskami obojga rodziców, została pobita. W tym społeczeństwie bowiem nie chodzi tylko o to, że nazwisko matki jest wstydliwe, ale wręcz nosi ono na sobie piętno zła. A to już ma swoje podłoże w religii. Wg Koranu za grzech pierworodny odpowiedzialna była tylko i wyłącznie Ewa, dlatego jej imienia się nie wymawia. Mówi się o niej, jako o „żonie Adama”. Kobieta jest od tamtej pory symbolem słabości, zła i wszystkiego tego, co sprowadza z gruntu dobrych i szlachetnych mężczyzn na złą drogę. Dlatego też powinna się zakrywać, nie ma praw równych mężczyźnie oraz jej nazwisko powinno być przez dzieci zapomniane.

Współcześni, coraz bardziej nowocześni i oświeceni Egipcjanie zaczynają dostrzegać tę nierówność i stąd też biorą się takie akcje, jak ten filmik (kliknij). Może cię zaskoczyć to, co na nim usłyszysz. Możesz też pokręcić głową z politowaniem dla zacofanej kultury Egiptu, bo przecież jak wielkim mizoginem trzeba być, by poczuć się obrażonym, gdy ktoś nazwie cię nazwiskiem twojej matki! My się nie wstydzimy naszych matek! Czy aby na pewno?

Zacznijmy od naszej religii czyli od chrześcijaństwa, w którym doszło do tego samego grzechu pierworodnego (i tu też kobieta była winna, choć byliśmy nieco łaskawsi w kwestii zapamiętania jej imienia), a wg Biblii kobieta również jest istotą gorszą od mężczyzny, powinna mieć mniej praw i słuchać się męża. Pod względem religii nie jesteśmy wcale tak daleko przed islamem.

Druga kwestia: może i nie wstydziłbyś się odpowiedzieć na pytanie o panieńskie nazwisko swojej matki, ale… no właśnie… dlaczego to ona ma nazwisko panieńskie a nie ojciec – kawalerskie? Dlaczego w przypadku małżeństwa, to kobieta przyjmuje nazwisko mężczyzny? Dlaczego dziecko przyjmuje nazwisko ojca a nie matki? Odpowiedź niestety jest prosta i dość przykra. Dla Polaka nazwisko mężczyzny jest cenniejsze niż nazwisko kobiety. To on jej „daje” swoje nazwisko, a potem daje je dziecku. W niektórych zaściankowych środowiskach do dziś pokutuje myślenie, że skoro dziecko nosi nazwisko swojej matki, to ona zapewne nie ma pojęcia, kto jest ojcem – albo ten ojciec po prostu nie chce przyznać się do potomka.

Na dowód tego myślenia przychodzi nam historia nazw własnych w języku polskim, w którym wiele nazwisk ma pochodzenie odojcowskie (patronimiczne). Np. Krawczyk to syn krawca. Kozakiewicz to syn Kozaka. Nie ma ani jednej grupy nazwisk, która odwoływałaby się do imienia, nazwiska bądź zawodu matki. Ba, nawet imię lub zawód męża często na kobietę przechodziły, gdy się tradycyjnie nazywało żonę Michała – Michałową, a żonę sędziego – sędziną. Kobieta była takim dopełnieniem mężczyzny, które w łaskawym, szlachetnym geście dostawało od męża jego nazwisko.

Taka tradycja.

I w sumie nie zamierzam z tą tradycją na siłę walczyć, bo przecież są kobiety, które z przyjemnością przejmują nazwisko męża. Poza tym wg polskiego prawa małżeństwo może przyjąć dowolne nazwisko (tak, mogą przyjąć nazwisko żony) a i dziecko wcale nie musi mieć nazwiska ojca. Dla mnie podstawą nowoczesnego, oświeconego społeczeństwa jest właśnie to PRAWO do decydowania w zgodzie z ideą równości płci. A już to, jak sobie dane małżeństwo bądź konkretni rodzice zdecydują – to ich sprawa. Byle by nikt nie czuł się zmuszony do stawiania wyżej mężczyzny niż kobiety.

Dla mnie moje nazwisko jest częścią mnie, identyfikuję się z nim. Czuję się Matyldą Kozakiewicz i nie zamierzam tego nazwiska zmieniać po ślubie. Pewnie gdybym miała jakieś brzydkie nazwisko lub z jakiegoś powodu chciałabym symbolicznie odciąć się od moich korzeni, przyjęłabym nazwisko męża. Absolutnie jednak nie uważam, żeby właściwym było zmuszanie mnie do tego w jakikolwiek sposób lub sugerowanie, że to postępowanie „właściwsze”. Wcale nie właściwsze. Tak samo jak nie widzę powodu, by dziecko przyjmowało automatycznie nazwisko ojca. Kwestię nazwiska można przedyskutować, wybrać wspólnie to „ładniejsze”, lepiej pasujące do dziecka – a w przypadku braku zgody – po prostu wylosować, czy przyjmie nazwisko ojca czy matki. My tak zrobiliśmy i oboje uważamy, że to najbardziej sprawiedliwe wyjście.

Zanim więc surowo osądzisz Egipt i ich dziwne, zacofane zwyczaje, zastanów się, czy i w naszym wspaniałym, nowoczesnym kraju nie pokutują jeszcze pozostałości po patriarchacie. Czy, jako mężczyzna, nie uznajesz za oczywiste, że twoje dziecko przejmie twoje nazwisko? I czy, jako kobieta, nie myślałaś nigdy, by jednak zostać przy swoim nazwisku po ślubie oraz dać je swojemu dziecku – bez wątpliwości, jak to zostanie odebrane w rodzinie, wśród znajomych, w pracy i w szkole? Absolutnie nie chciałabym, żeby teraz wszystko się odwróciło i nagle nadawano dzieciom głównie nazwiska matek… Nie na tym polega równość!

Marzy mi się natomiast, żeby każda para mogła o tym nazwisku zdecydować w zgodzie ze sobą, nie oglądając się na „co ludzie powiedzą”. Żeby mężczyzna nie czuł się mniej męski, gdy jego dziecko nosi nazwisko matki. Żeby kobieta nie musiała być wyjątkowo odważna i nowoczesna, by zostać przy swoim nazwisku po ślubie. Żeby nikomu nawet do głowy nie wpadło, że dziecko noszące nazwisko matki nie jest uznane przez ojca. I żeby może, kiedyś, za ileśtam pokoleń (bo nie wierzę, że to się stanie za mojego życia), nazwiska poojcowskie przestały tak dramatycznie dominować wśród dzieci. Bo póki co Egipt od nas wcale nie tak daleko.

Komentarze do wpisu: 93 Napisz komentarz

  1. W sumie swojego nazwiska nie łączę, aż tak bezpośrednio ze swoją osobowością. Gdybym przed ślubem dorobiła się czegoś, co byłoby kojarzone właśnie z nazwiskiem miałabym po prostu dwa – by utarta „marka” pozostała kojarzona z daną osobą.

  2. frn napisał(a):

    Mnie też wkurza takie myślenie. Pracuję wśród młodych kobiet i nonstop słyszę dziwne komentarze, na temat pozostania przy swoim nazwisku lub wybrania podwójnego. Najgorszy jest tekst: „Po to wychodzi się za mąż żeby zmienić nazwisko”- tak? bo myślałam, że związek małżeński zawiera się z innych powodów… Znam nawet jeden przypadek, gdy przyszły Pan Młody chciał przyjąć nazwisko żony, bo chciał zwyczajnie odciąć się od swojej rodziny, z którą nie ma najlepszych wspomnień. Przyszła Panna Młoda, powiedziała, że po jej trupie, nie po to ona za mąż wychodzi, żeby mieć dalej takie samo nazwisko i ostatecznie postawiła na swoim. Dalej się dziwię, że się pobrali.

        1. Mam nadzieję, że jednak nie. Naprawdę obrzydliwe są te pierścionki zaręczynowe. Jakieś takie tandetne (nawet jeśli są w cholerę drogie), jak u cioci ze Zgierza. A te proste też wyglądają słabo, jeśli kamień z nich tak „wystaje” i do tego jest malutki i sama obejma (uchwyt?) wydaje się większy od brylantu.

        1. Maciej Cąderek napisał(a):

          Co oznacza w Twoim przypadku kompromis? A jeśli to mąż miałby trudne nazwisko a Ty łatwe? Sory, że drążę, ale właśnie o tym był tekst;) Nie wstyd się przyznać, że się postąpiło „tradycyjnie” ale głupio to racjonalizować. Jeśli w Twoim przypadku się mylę to z góry przepraszam.

        2. Moze wyjasnie: kompromis to bylo zle slowo. KOmpromis z sama soba. Dlaczego? Dlatego, ze moje nazwisko ma same spolgloski, meczy mnie ze nikt tego nie umie przeczytac. Dodalam meza do swojego bo CHCIALAM zachowac swoje panienskie, ale rowniez chcialam miec jakiekolwiek wiezi „cywilne” z mezem i ewentualnie dziecmi w przyszlosci. Maz nalegal na zostawienie mojego nazwiska w spokoju, bo w Belgii nie ma tradycji zmiany nazwiska po slubie.

        3. Maciej Cąderek napisał(a):

          Ok, super. Mam nadzieje, że nie masz mi za złe potraktowania Cię jako przykładu do tekstu (tym bardziej, że w pełni rozumiem teraz Twoją decyzję). Dziękuje, że chciałaś się podzielić tymi bądź co bądź prywatnymi informacjami.
          Założę się jednak, że w przypadku wielu kobiet wyjaśnienie jest mniej satysfakcjonujące niż u Ciebie (czytaj: żadne). Pozdrawiam:)

  3. Ja mam podwójne nazwisko i jestem szczęśliwa, ale dzieci będą miały męża. Chyba to też jest kwestia uwarunkowań kulturowych, prawda? W jednych krajach kobiety zatrzymują swoje nazwiska i dzieci również dostają podwójne, w innych tylko nazwisko ojca jest ważne.

    Kultura odgrywa ogromną rolę, zwłaszcza sposób postrzegania kobiet w danej kulturze.

      1. Tu bym polemizowała – społeczeństwo oddziałuje na nas, my na społeczeństwo. Tak samo dzieje się z kulturą, pewne uwarunkowania są i nie da się ich zmienić. Cała psychologia kulturowa się na tym opiera ;)

        1. Maciej Cąderek napisał(a):

          Daj jakiś przykład gdzie kultura na stałe determinuje nasze zachowanie. Co innego nieuświadomiony wpływ kultury na jednostkę (raczej to bada psychologia kulturowa) a co innego świadome decyzje. To, że całe społeczeństwo to zestaw naczyń połączoych to jasne, z tym nie dyskutuję.

        2. „nieuświadomiony wpływ kultury” – o to właśnie miałam na myśli, zmęczenie powoduje, że człowiek formułuje myśli niejasno. :) Świadome decyzje jasne, że są od nas zależne, ale wiadomo – wpływ społeczny jest bardzo silny, więc nie jest to biało-czarne.

  4. AS napisał(a):

    W Hiszpanii i krajach latynoamerykańskich, które też są katolickie, i w których wciąż silny jest patriarchat, dzieci noszą nazwiska po obu rodzicach, a kobieta po ślubie zostaje przy swoim nazwisku, (czy raczej swoich nazwiskach;). Jednocześnie pierwsze nazwisko ma się zawsze po ojcu, a drugie po matce, a de facto pierwsze po ojcu ojca, drugie po ojcu matki. Ciekawy temat:)

    1. No dobrze, ale spójrz na to inaczej. Nazwiska kobiet zawsze przepadają. Dziecko dostaje pierwsze nazwisko po ojcu ojca, a drugie po ojcu matki. Na Hiszpańskim lektorka właśnie tak tłumaczyła, że Hiszpanie są dość szowinistyczni w tej kwestii.

      1. AS napisał(a):

        Tak, właśnie o tym mówię:) dlatego drugie zdanie zaczęłam od „jednocześnie”;) z jednej strony nazwisko po obu rodzicach i bez zmian nazwisk po ślubie, a jednak tym samym, jak powiedziałaś, nazwiska kobiet przepadają.

  5. Klaudia napisał(a):

    Znam osoby, które postąpiły odwrotnie niż każe tradycja: tzn. kobieta została przy swoim nazwisku, a mąż przyjął jej. Zazwyczaj wynika to jednak z pobudek emocjonalnych: facet odcina się od rodziny, z którą ma złe wspomnienia. Nie znam za to ani jednej pary, gdzie taka decyzja byłaby podyktowana innymi pobudkami, tj. gdzie facet przyjmuje nazwisko żony ot tak, bez powodu – dla ujednolicenia – i nie ma problemu z faktem, że nie przedłuży rodu.
    Natomiast coraz częściej zdarza się, że kobiety mają dwuczłonowe nazwisko bądź zostały przy własnym, ponieważ ślub wzięły w momencie, gdy osiągnęły jakiś sukces zawodowy i pod swoim panieńskim są po prostu rozpoznawane w branży. Te z dwuczłonowym pamięta się i tak z ich pierwszego nazwiska, a drugie w zasadzie wpisane jest chyba po to, żeby nikt nie miał wątpliwości, że taka pani jest mężatką. I dla „spokoju” męża, którego już sam sukces żony czasem uwiera ;)

    Mój chłopak ma ładniejsze nazwisko od mojego (zajmującego ogromne połacie książek telefonicznych), więc pewnie po ślubie przyjęłabym to jego bez żalu. Ale gdybym nazywała się jakoś ładniej i oryginalniej, pewnie zostałabym przy własnym. Na szczęście on nie ma nadmiernej potrzeby podbudowywania swojego ego :)
    Jedna rzecz dziwi mnie okropnie: dlaczego tak często samotne matki, których byli nie utrzymują kontaktu z dziećmi (lecz co najwyżej przysyłają alimenty) decydują się nazwać dziecko nazwiskiem ojca? Jeśli ma to tylko ukrócić sąsiedzkie plotki, to głupota. Dlaczego dzieciak do końca życia ma być naznaczony nazwiskiem człowieka, którego nie widział i może nawet nie chce widzieć?

  6. Od zawsze wiem, że zostanę przy swoim nazwisku (nawet postawiłam swój samochód i założyłam się ze znajomym), bo moje nazwisko to część mnie i jego zmiana byłaby dla mnie czymś niewyobrażalnym. Wiem, że jest trudne, a za granicą nikt go nie przeczyta, ale wolę zostać przy swoim a gdzieś tam posługiwać się pseudonimem czy chińskim nazwiskiem. Do tego tak bardzo smutny jest stereotyp, że mężczyzna przyjmujący nazwisko kobiety jest pantoflarzem.

  7. Panieńskie nazwisko mamy mega mi się podoba i szkoda, że przepadło. Ja bym chyba swoje (po ojcu) zmieniła jednak po ślubie. Czemu? Bo jest za długie i trochę ciężkie ;) Pamiętam też, że jeszcze w gimnazjum dwoje nauczycieli wzięło ślub i on zmienił nazwisko na jej.. Bo on miał nazwisko typu Kapusta, a ona ‚ładniejsze’. Ale dzieciaki miały wtedy zdziwienie jak tak to można, w końcu zawsze mama pozbywała się swojego ;)

  8. Kasia Cîlcic napisał(a):

    Zawsze, kiedy pojawiał się temat nazwiska panieńskiego mamy, z dumą prezentowałam je światu :) Pomimo, że nie jest znane, to uważałam je za piękne i w sumie żałuję, że moja mama ma tylko siostry, które tak jak ona przejęły nazwisko mężów.
    Ja z kolei postanowiłam zachować swoje, jednak żyjąc w Polsce i mając męża obcokrajowca, żeby nie nosić przy sobie cały czas aktu małżeństwa, mam dwa nazwiska :)
    Wilk syty i owca cała, bo przedstawiam się zazwyczaj tylko pierwszym a drugie to wiadomo od święta. Dziecko ma jak ja podwójne, tak ustaliliśmy już dawno temu. Chociaż ostatnio padł pomysł, że jeśli częściej niż raz na jakiś czas będą pojawiały się problemy z nie polskim nazwiskiem wszyscy zmienimy na moje, nawet mój mąż :)

  9. Nie mam absolutnie nic przeciwko przyjmowaniu nazwiska faceta po ślubie. Sama tego robić jednak nie zamierzam, a to dlatego, że uważam, że moje nazwisko jest super, w związku z czym nie chciałabym go zmienić na żadne inne. Ale wcale nie uważam tego za akt odwagi czy oznakę nowoczesności. Moim zdaniem jedno nie ma nic wspólnego z drugim.

  10. karolainak napisał(a):

    ja uważam, że wpis jest lekko przesadzony oraz, że problem leży w tym, że za bardzo się przejmujemy tym, co powiedzą inni. wiele kobiet w moim środowisku ma podwójne nazwisko, można zostać przy swoim, a nawet mąż może przyjąć nazwisko żony. myślę, że wiele osób zwyczajnie się nad tym nie zastanawia i przejmuje nazwisko męża, bo tak się po prostu przyjęło i jest wygodniej mieć jedno nazwisko, niż dwa (zwłaszcza jak są długie). na pewno nie wynika to stąd, że ktoś się wstydzi nazwiska panieńskiego.

    1. Maciej Cąderek napisał(a):

      Wpis może i wydaje się banalny (w końcu nazwisko to dla wielu mało istotny szczegół) jednak porusza głębszy problem – ogólnie pojmowane stereotypy kulturowe, które nie zawsze są tak nieszkodliwe.

      1. Ola Kurowska napisał(a):

        Macieju, a Ty adwokatem Matyldy jesteś? ;) Również uważam, że wpis mocno naciągany, gdyż nie spotkałam się z żadnym przejawem dyskryminacji czy stereotypowego myślenia na ten temat.

        1. Maciej Cąderek napisał(a):

          Jak dobrze prawi to mogę być i adwokatem.
          Jeśli się nie spotkałaś to super. Natomiast ciężko wyrokować na podstawie jedynie własnego doświadczenia w stylu: „problem mnie nie dotyczy wiec nie istnieje”. Przypomina mi się tekst Pawła Opydo „Nie jesteś jednoosobową grupą reprezentatywną”.

    2. Jeżeli już mówimy o wygodzie jako o powodzie przyjmowania nazwiska męża to chyba o wiele wygodniej byłoby zostać przy swoim. Wtedy nie trzeba wymieniać dowodu, paszportu i tysiąca innych dokumentów.

  11. spanish inquisition napisał(a):

    [przepraszam za brak polskich znakow, pisze z qwertza, nie mam sily na tablice znakow; juz samo uwazanie na ‚z’ i ‚y’ to mordega ;)]

    Mam nazwisko taty, wiec, technicznie rzecz biorac, pozbywalabym sie nazwiska taty. Ale w sumie to mi wszystko jedno, czy po potencjalnym slubie zachowam swoje, czy nie. Raczej nie (o ile chlop nie bedzie mial takiego, ktore rzeczywiscie mi sie z jakichs powodow nie spodoba).

    Moj obecny chlopak nazywa sie Scheer, i wymawia sie to mniej wiecej tak samo, jak angielskie ‚share’, co jest powodem do miliona inside joke’ow (zwlaszcza, ze jego inicjaly to N.O., wiec wychodzi No Share ;), nawet jest seria memow z Dr NO Share, Riddicolously Wealthy Guy, ktora funkcjonuje wsrod naszych znajomych), ale tez ogolnie podoba mi sie wyglad i brzmienie, wiec w tej sytuacji chetnie bym wziela jego nazwisko :)

  12. U mnie nie będzie problemu nazwiska panieńskiego bo pozostałam przy nim. Ładnie mi się komponuje z imieniem i nie ma problemu z tym, że ktoś prosi o jego przeliterowanie czy coś :) Syn ma nazwisko po mężu a ja zostałam sama ze swoim nazwiskiem i dobrze mi z tym :) Czuję sie trochę jak gwiazda filmowa :D haha

  13. Mogę spokojnie czytać Twój artykuł bo bez zbędnego tłumaczenia zostałam przy swoim nazwisku, a moja Mama ma podwójne :-)

  14. Ja zamierzam po ślubie mieć dwa nazwiska – swoje i męża. Bardzo lubię swoje nazwisko, pasuje do mnie i do mojego imienia, a z nazwiskiem męża będzie też fajnie brzmiało. Nie uważam tego za kompromis. Po prostu taka jest moja estetyka. Chcę, żeby każdy wiedział, że jestem zamężna. Zachowując tylko własne nazwisko, czasem trudno uniknąć problemów urzędowych itp.

  15. Saburnt napisał(a):

    A ja jestem w otchłani rozpaczy, że nie można mieć w dokumentach nazwiska z żeńską końcówką (-owa, -ina/yna lub -ówna, -anka), mimo że Rada Języka Polskiego negatywnie zaopiniowała ten stan rzeczy. Wyobraźcie sobie, że taka Krystyna Czubówna, jest Krystyną Czub. Okropne. Gdy przy zapisywaniu się na ślub zapytalam panią w USC o możliwość przybrania nazwiska mężowskiego ze stosowną końcówką, popatrzyła na mnie jak na dziwadło i odparła, że nazwisko z końcówką -owa, to mogę sobie mieć w Czechach, ale nie u nas. Zostałam zatem przy swoim. Nie to nie. Bez łachy. Tylko starych końcówek żal.

  16. Pół życia powtarzałam moje panieńskie nazwisko przy każdej okazji, literując je, bo naprawdę każdy pisał je nieprawidłowo. Z utęsknieniem czekałam na ożenek, bo w końcu skończą się moje problemy w urzędach („Jaaak? Proszę przeliterować! Ma pani dowód osobisty?). Teraz… mam jeszcze gorsze nazwisko męża i problem dalej :D

  17. Veronika Pine napisał(a):

    Uff, cieszę się że nie tylko ja mam podejście, że moje nazwisko to moja sprawa i zrobię z nim co zechcę (zwłaszcz po ślubie). Niby mam bardzo otwartych na świat znajomych, ale Ci z którymi rozmawiałam mega się dziwili, jak oświadczałam, że zostanę przyz swoim nazwisku.

    Akurat w moim przypadku jest to nie tylko kwestia estetyczna (mega mi się moje nazwisko podoba), praktyczna (założyłam firmę pod tym nazwiskiem), ale i emocjonalna – to praktycznie jedyna pamiątka po moim Tacie, który zginął tuż przed moimi narodzinami. I denerwuje mnie mega, kiedy ktoś próbuje mi zaargumentować, że nazwisko męża to przywilej, że dzieci (których nie planuję) będą miały łatwiej. Naprawdę, nie podejrzewałam że taka sprawa może wywoływać aż tyle dyskusji i dezaprobaty. Zwłaszcza, jak nie dotyczy nikogo innego jak tylko tej jednej konkretnej osoby.

    Dlatego cieszę się, że w polskim prawie jest wybór i mam zamiar z tego skorzystać – widać wyjątkowo prawo wyprzedza mentalność obywateli.

  18. Świetnie napisane! Ja akurat nigdy nie zastanawiałam się nad nazwiskiem. Coś czuję, że po ślubie przejmę nazwisko męża, bo na tą chwilę za swoim nie przepadam :)

  19. Eva Dub napisał(a):

    Nigdy nierozumilam tego ze kobieta przejmuje po slubie nazwisko meza,jakby sie stawala czescia jego inwentarza. Bylam dwa razay mezatka i niestety nie moglam zostawic sobie wtedy wlasnego nazwiska (nie wiem jak jest teraz) wiec nosialm dwa (meza doczepione jako drugi czlon) natomiast uzywalam zawsze tylko i wylacznie swojego, oprocz np bukowania samolotu bo musi sie podac to jakie jest w paszporcie.

  20. Znów się podpisuję rękami i nogami pod tym co napisałaś, Seg :)
    Ja nazwiska po ślubie nie zamierzam zmieniać. Po pierwsze jest na tyle wdzięczne, że stało się moją ksywką i bardzo się z nim zżyłam, a po drugie w maju wychodzi moja pierwsza książka poetycka i nie chciałabym kiedyś zmienić nazwiska, na którego rozpoznawalność pracuję od kilku lat.
    Pozdrawiam, Wrona! Ola Wrona ;)

  21. Zaradna Mama napisał(a):

    Ja też nie zmieniłam nazwiska po ślubie, mam teraz podwójne. W przypadku dzieci (pierwsze rejestrowaliśmy w USC przed ślubem), urzędnik pytał jakie chcemy dać nazwisko: matki, ojca, podwójne, jeśli podwójne to w jakiej kolejności. Zastrzegł jednak, że decyzja dot. nazwiska dziecka, będzie obligatoryjna na kolejne dzieci.

  22. Tianzi napisał(a):

    Tam Polska, mnie ciekawi co na wschodzie robią z tym, no, ociestwem, kiedy ojciec jest nieznany :} (na pewno polska kobieta nosząca podwójne nazwisko ma szansę, że na granicy celnik na widok ‚Nowak-Kowalska’ podrapie się po głowie i zatytułuje ją ‚Nowakowna’) I rozczulaja mnie sformułowania ‚nazwisko po ojcu lub nazwisko po mężu’ (mąż też na ogół ma nazwisko po ojcu, więc de facto nazwisko po ojcu lub nazwisko po teściu), lub wręcz ‚nazwisko ojca/nazwisko męża’, bo do kobiety nie należy żadne. Miss Oddam W Dobre Ręce <3

  23. Ania napisał(a):

    Nie zgadzam się. Nie zmieniłam nazwiska po ślubie, dla nikogo to nie było szokiem. Znam parę innych kobiet, które również tego nazwiska nie zmieniły lub nie planują zmieniać. A co do nazwiska dziecka – nie planuję, ale jakbym planowała to byłoby mi to totalnie obojętne czyje miałoby nazwisko.

  24. Moja mama i jej mąż poważnie rozważają zmianę nazwiska na panieńskie mojej babci; jest prze-e-pi-ckie i nosi je już tylko kilka osób w Polsce. Wszyscy, którym mówią o tym pomyśle są zachwyceni.

    Ja z przyjemnością zmieniłam nazwisko po ślubie – moje panieńskie było wyjątkowo niespecjane… Za to kompletnie nie zgadzam się, że kogokolwiek dziwi sytuacja, w której żona pozostaje przy swoim nazwisku albo decyduje się na oba. Wśród obecnie hajtających się 20-parolatków wszystkie konfiguracje są przyjmowane z równym zrozumieniem. Znam także przypadek, gdy to mąż przybrał nazwisko żony i oboje są zadowoleni z tego wyboru.

    Co do patriarchatu i zacofanych arabów – na Islandii w ogóle nie ma czegoś takiego jak nazwisko rodowe. Każdy nosi swoje imię + nazwisko patronimiczne, które określa imię ojca i nie ulega zmianie po ślubie (syn Seby to byłby Conan Sebastianson, a córka – Xena Sebstiandóttir. W następnym pokoleniu byłby Khalar Conanson itd.). Z feministycznego punktu widzenia to chyba totalny dramat…

    1. fuxiatka napisał(a):

      A jeśli Islandczyk dostaje nazwisko od imienia matki to znaczy, że jest nieślubnym dzieckiem. Czyli wszędzie jakby to samo :P Np. Conan Matyldasson musiałby się biedaczek wstydzić że z nieprawego łoża pochodzi… – nie wiem jak tam jest teraz, być może już nie ma takiego ostracyzmu związanego z pochodzeniem dziecka, tzn. czy ojciec jest znany i uznał, czy nie.
      Podobnie zresztą było w Skandynawii.

      1. Już parę lat temu grubo ponad połowa islandzkich noworodków (66% w 2006) rodziła się jako nieślubne dzieci. Widocznie w niczym im to nie przeszkadza :)

  25. Nowa Czytelniczka napisał(a):

    Ja bez zastanowienia przyjęłam nazwisko męża, wydawało mi się to takie oczywiste. Myślę, że jest w tym coś z rodzaju tradycji, tak się zawsze robiło i już. To tak jak, Panna Młoda ubierana na biało. Albo się na tę tradycję godzimy, albo tworzymy własną. Poza tym uważam, że przyjęcie jednego nazwiska, bez znaczenia czyjego, jest wyrazem utworzenia nowej rodziny, na którą składają się małżonkowie oraz ich potomstwo. Dodatkowo pozwala to uniknąć wielu nieporozumień i komplikacji w codziennych sprawach biurowo-urzędowych, czy też w kontaktach z naszą kochaną służbą zdrowia. Jest po prostu wygodne.
    A swoją drogą, przed ślubem, wielu członków rodziny pytało mnie, czy zostanę przy swoim nazwisku, oczekując odpowiedzi twierdzącej. Niestety, w większości, przeżyli niemałe zdziwienie ;)

  26. A ja tymczasem, 3 lata temu zmieniłam nazwisko na panieńskie mojej Mamy. Facet, który mnie spłodził zostawił nas jak miałam niecałe dwa latka, to raz. A dwa – parę ostatnich lat zdecydował się mnie ciągać po sądach, próbował wypytywać uczelnię za moimi plecami i nastawiać wszystkich i wszystko przeciwko mnie. Poza tym nosił nazwisko Dziadka, który go nie spłodził, bo ożenił się z ciężarną babcią i dał swoje nazwisko jej synowi i jakiegoś innego faceta. Podsumowując – ani to krew nie ta, ani nie mam ochoty honorować go w taki sposób, bo o ile nigdy nie byłam nastawiana przeciwko niemu, to odkąd skończyłam 19 lat sam świetnie to robił. Teraz we wrześniu stuknie mi 28 lat i 4 lata od zmiany nazwiska. Najlepszy wybór mojego życia!

    Ps. Pomijając to, że zlepiając obecnie 3 litery mojego imienia i 3 nazwiska powstaje słowo marmur. How cool is that?! ;)

  27. awa napisał(a):

    „Pod względem religii nie jesteśmy wcale tak daleko przed islamem.”

    No sorry, ale tu sie zgodzić nie mogę. Fakt, Biblia i Koran pod względem kontentu są całkiem podobne. I to tyle, jeśli chodzi o podobieństwa, bo sposób w jaki muzułmanie wyznają swoją religie i ideologia za tym idąca, to są lata świetlne w porównaniu do chrześcijaństwa. Osobiście byłam wychowana w mocno ateistycznym domu, więc ten komentarz nie wynika z „obrony własnej wiary”, bardziej z obiektywnej obserwacji.

  28. Karolina napisał(a):

    No proszę jaka niespodzianka, a już chciałam płakać, że będę się musiała swojego pozbywać, a bardzo mi się podoba. Z ogniem związane, niezbyt popularne, a ze statystyk wynika, że jest nas 130 w Polsce, z czego największe skupiska są rozsiane niedaleko mnie czyli rodzinnie :D
    Mimo to wydaje mi się, ze mężczyźni do tego podejdą inaczej.,, Dlaczego dziecko musi nosić twoje nazwisko skoro u Marka/ Srarka/ Kaśki/Baśki nazwisko jest po ojcu? Dlaczego ty zawsze musisz tak cwaniaczyć?”
    Oj, tak. Już to sobie wyobrażam :P

  29. Sprawa z nazwiskami nie jest łatwa. Pomysł przyjmowania nazwiska męża jest dla mnie nie do przyjęcia, podwójne nazwisko niepraktyczne, dlatego po ślubie pozostałam przy własnym. Ale już dziecko ma nazwisko męża – tak postanowiliśmy. I z jednej strony absolutnie nie żałuję, że pozostałam przy własnym nazwisku, a z drugiej trochę mnie kłuje, że nazywam się inaczej niż mąż i córeczka. Ale nie widzę lepszego rozwiązania.

  30. karjola napisał(a):

    Ja mam podwójne. I wiem dlaczego przyjmujemy nazwisko męża a nie na odwrót: impreza w urzędzie ze zmianą nazwiska trwała 1,5h plus dodatkowe miejsca, które musiałam poinformować o zmianie. Paszportu dalej nie zmieniłam. Faceci po prostu doszli to wniosku,że ze zmianą jest za dużo roboty,więc zostawili to kobietom ;). Podwójne jest niewygodne, niestety…nie chciałam,żeby mąż brał moje (źle bym się z tym czuła), a nie chciałam mieć inne niż mąż i dzieci. Ale fajnie,że jest tyle możliwości i każdy ma wybór:)

  31. Nóż mi się w kieszeni otworzył, gdy czytałam Twój tekst. Oczywiście zgadzam się z Tobą w stu procentach, ale czytanie kolejnych historyjek o tym, jak religia wpływa na nasze życie po prostu mnie WKU*WIA do nieprzytomności. Od jakiegoś czasu bardzo głośno protestuję przeciwko wszelkim formom patriarchatu i nie zamierzam przestać. Już naprawdę jest pora na zmiany.

  32. MobyDick napisał(a):

    „Zacznijmy od naszej religii czyli od chrześcijaństwa, w którym doszło do tego samego grzechu pierworodnego (i tu też kobieta była winna, choć byliśmy nieco łaskawsi w kwestii zapamiętania jej imienia), a wg Biblii kobieta również jest istotą gorszą od mężczyzny, powinna mieć mniej praw, słuchać się męża i poznać lekcję bata, gdy okaże się niepokorna..”

    Sorry, ale Droga Segritto, nie mogę się zgodzić…
    http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=13617

    http://www.teofil.dominikanie.pl/wydanie/artykuly/149

    http://mateusz.pl/ksiazki/js-sd/Js-sd_62.htm

      1. MobyDick napisał(a):

        Teksty na pewno prezentują przeciwny do poglądów Autorki punkt widzenia. Na pewno są napisane przez ludzi związanych – w tym przypadku – z Kościołem Katolickim.
        Nie zgadzam się natomiast z zarzutem o „zerowej wartości merytorycznej”.
        „Kobieta winna grzechu pierworodnego” ? „Powinna poznać lekcję bata” ?
        Sorry. To nie jest ani merytoryczne, ani prawdziwe.

        1. Maciej Cąderek napisał(a):

          Nie bronię Matyldy w tym przypadku – u niej to tylko opinia wiec nie wymagam analizy, Ty natomiast próbujesz udowodnić, że jest w błędzie. Nie możesz tego zrobić przedstawiając teksty, które przytaczają tylko te „dobre” fragmenty Biblii. Równie wiele (o ile nie więcej) jest fragmentów „niewygodnych”. Nie da się na ich podstawie wyciągnąć żadnych wniosków – to takie wzajemne klepanie się po pleckach wśród chrześcijan.

        2. Moby, masz rację co do jednego i tu rzeczywiście się pomyliłam, przyznaję, przepraszam i usuwam to zdanie z tekstu: nie widzę w Biblii fragmentów mówiących o tym, że powinno się bić kobietę.
          Co do reszty – podtrzymuję słowa.

  33. Ania napisał(a):

    A ja znam parę, w której mąż przyjął nazwisko żony, a żona męża i oboje mają podwójne – trochę to długie, ale wg nich pewnie sprawiedliwe ;)

  34. Panna Joanna napisał(a):

    Chcę się tylko odnieść do jednej rzeczy. Jako, że poglądy poglądami i nie zamierzam z nimi dyskutować to pragnę dokonać jednego sprostowania.

    ”Zacznijmy od naszej religii czyli od chrześcijaństwa, w którym doszło do tego samego grzechu pierworodnego (i tu też kobieta była winna, choć byliśmy nieco łaskawsi w kwestii zapamiętania jej
    imienia), a wg Biblii kobieta również jest istotą gorszą od mężczyzny, powinna mieć mniej praw, słuchać się męża i poznać lekcję bata, gdy okaże się niepokorna. Pod względem religii nie jesteśmy wcale tak daleko przed islamem.”

    Wezmę tu na tapetę Rdz 3,1-19. Zgodnie z Biblią, do której się odnosisz kobieta pierwsza wzięła owoc z drzewa zakazanego, ale nigdzie nie jest napisane, że tylko kobieta jest winna. Wina spada zarówno na kobietę, jak i na mężczyznę w Twoich rozważaniach pominiętego. I skutki tego grzechu spadają zarówno na mężczyznę, jak i na kobietę. W dodatku w księdze Rodzaju po grzechu Bóg pyta Adama o zerwanie jabłka. To on jest pierwszym, od którego oczekuje się
    odpowiedzialności. Stary Testament pokazuje wiele przykładów kobiet, które mają być wzorem dla całego narodu wybranego i o ich dziełach są całe księgi (Estera, Judyta, Rut). Opisane są czyny kobiet, które były odważniejsze od wielu mężczyzn w tamtych czasach i docenione(!) były za to. Co do stosunku do kobiet czysto obyczajowego zmieniał się on przez wieki. Ciężko jednoznacznie mówić o pozycji społecznej kobiet, gdy usiłujemy bazować na księdze, która powstawała przez ponad 2000 lat. Poza tym nawet bazując na Starym Testamencie trzeba uwzględnić sytuację polityczną w tym okresie. Izrael był wśród politeistycznych ludów jedynym który wyznawał monoteizm, a poza tym miał prawo moralne, które przewyższało moralność otaczających go ludów. Z dzisiejszej perspektywy może się ono wydawać nieidealne, ale trzeba pamiętać o kontekście kulturowym. Prawo to ewoluowało przez kolejne ok. 1500 lat. A Jezus w Nowym Testamencie wprowadza kolejne ‚poprawki’. Uczy wzajemnej miłości opartej na szacunku i chroni małżeństwo – m.in. nie pozwalając mężczyźnie z błahego powodu oddalić swojej żony (Więcej Mt 5,27-32) Chrześcijaństwo też uczy o małżeństwie jako związku jednej kobiety z jednym mężczyzną – nie pozwalając mężczyznom na posiadanie kilku żon. Małżeństwo ma być związkiem opartym na wzajemnej równości, szacunku i miłości. I na koniec odnosząc się do księgi Rodzaju kobieta i mężczyzna byli równi sobie. Różni, ale równi. Więc przeczytawszy całe Pismo Święte naprawdę trudno mi się zgodzić z takim przedstawieniem faktów. Bardzo niesprawiedliwie potraktowałaś kobiety Starego Testamentu i samo chrześcijaństwo.

  35. Nat napisał(a):

    A ja chciałabym mieć nazwisko po rodzinie ze strony mamy (mama zmieniła na ojca) :). Bardziej mi się podoba, a i z rodziną z jej strony czuję się o wiele bardziej zżyta i jakby… bardziej ich. Nie wiem jednak, czy można tak sobie, w zasadzie bez wyraźnego powodu, próbować powrócić do nazwiska rodowego matki…No i oczywiście tato mógłby się obrazić :P.

  36. Mama z prądem i pod prąd napisał(a):

    Jak miło, że mam męża, u którego w tradycji stoi, że dziecko ma nazwisko po mamie i po tacie i jest po równo. Ja też jestem dwu-nazwiskowa i bardzo mi to pasuje, bo moje nazwisko to jest moje dziedzictwo, plus to co przyjęłam od męża, dobrowolnie zgadzając się być z nim…

  37. Panda napisał(a):

    A ja sie podziele taka ciekawostka. W Szwecji, jak i w sumie wiekszosci krajow Skandynawskich, najbardziej popularne nazwiska to te konczace sie na -son, co oznacza syn. I tak np kroluje Svensson, Johansson, Petersson, Danielsson itd. Nie dawniej niz 2-3 tygodnie temu bylo glosno o kobiecie, ktora przeciwstawila sie temu i postanowila uhonorowac swoja mame zmieniajac nazwisko z Carlsson (syn Karola) na Theresedotter- co oznacza corka Therese :-)
    Sprawa byla opisana w gazecie i na wiekszosci portalow internetowych a sama pomyslodawczyni zebrala niemal same pochwaly za swoje dzialanie.

    Ot taka ciekawostka.

    Ja osobiscie w tej kwestii mam podobne zdanie co Ty Matyldo, aczkolwiek zmienilam swoje nazwisko na nazwisko meza z powodow czysto praktycznych. Mieszkamy wlasnie w Szwecji i gdy sie przedstawialam moim bardzo polskim nazwiskiem ludzie dostawali oczoplasow :)

  38. Ankhesenpaaton napisał(a):

    Przyjmowanie nazwiska męża — wzruszająco urocza tradycja. Użyteczna w czasach, kiedy kobieta była właśnością mężczyzny i towarem do oznakowania — kiedy spłodzenie córki nie dawało szans na przedłużenie rodu, choć za ładną i obrotną można było dostać kilka krów. Może trochę przesadzone te złośliwości, bo jednak dobrze, kiedy takie kwestie są uregulowane na jasnych zasadach, a nazwisko coś znaczy. Jednak czasy się zmieniają i tradycja przyjmowania nazwiska meżą pada choćby przy małżeńtwach homoseksualnych. Teraz nie są tak istotne rody arystokratyczne i pochodzenie, a nazwisko to zwykła kwestia urzędowa. W zasadzie bardziej mi się podoba system islandzki; nie trzeba podawać osobno imienia ojca w formularzach ;) i nie ma problemu z ośmieszającymi chłopskimi nazwiskami.
    Moje nazwisko, choć przywykłam, to mi się nie podoba. Pożyczyłabym od ewentualnego małżonka, jednak najbardziej mnie kusi zmiana na panieńskie matki. Jest ładne i nie mogę przeboleć, że przyjęła mężowskie, bo „tradycja”. Z kolei moja córa dostała nazwisko po ojcu, bo ładniejsze (raczej na zasadzie mniejszego zła). Mieszka z moją rodziną i jako jedyna ma inne nazwisko. Czasem ją to martwi. Ale bardziej martwi to moją rodzinę. Jakieś takie zaściankowe przekonanie, że jak dziecko ma nazwisko ojca, to bardziej do niego należy i mogę mieć tylko problemy.

  39. Olga Steliga napisał(a):

    Ja jestem za tym, by dziecko przyjęło oba nazwiska – i matki, i ojca. Interesuję się genealogią i widzę, jaki jest skutek tego, że dzieci mają tylko nazwisko mężczyzny. Trudno dokopać się do nazwiska panieńskiego kobiet. Mimo że rodzą dzieci, historia je dyskredytuje… Znane są pod nazwiskiem męża i żeby dowiedzieć się o nich czegoś więcej, trzeba się przekopać przez różne akta, księgi kościelne itp. Linia po stronie ojca jest zawsze łatwiejsza do zbadania. Jeśli chce się drążyć rodzinę kobiet, jest dużo trudniej. Dlatego noszę dwa nazwiska i moje dziecko również będzie nosiło dwa.

  40. Vive napisał(a):

    Dla mnie podejście do kobiet w religii chrześcijańskiej wyznacza najbardziej podstawowy zespół reguł. „Nie pożądaj żony bliźniego swego” – oznacza iż stricte jest to kierowane do mężczyzn, nie kobiet. Skoro mówisz, iż pismo powstało 2000 lat temu, może w takim razie powinno się to nieco nadgonić w dzisiejszych czasach? Fakt, iż jako kobieta nie mogę być ani księdzem ani papieżem oznacza stosunek dzisiejszego kościoła do kobiety (ciężko uznać siostrę zakonną za żeński odpowiednik…). Oznacza też mój stosunek do kościoła – oni nie widzą mnie, ja nie widzę ich. Co nie ma nic wspólnego z faktem, czy wierzę w Boga czy nie, bo wbrew postulatom księży, to się ze sobą nie łączy.

    1. Panna Joanna napisał(a):

      Świetnie, że się odniosłaś do tego przykazania! Sensowny wniosek
      wysnułaś również, pisząc, że jest to skierowane do mężczyzn. Szczera
      prawda i słuszna diagnoza. Teraz tylko pytanie: dlaczego? Pismo Święte
      powstało za czasów kultury patriarchalnej. Mężczyzna miał najwięcej
      praw, ale również mężczyzna miał najwięcej obowiązków. Kobieta podlegała
      mężowi, ale w wyniku tego jej odpowiedzialność przed Bogiem była
      mniejsza. Prawo zostało skierowane głównie do mężczyzn, i to oni mieli
      brać za nie odpowiedzialność i uczyć niego swoje żony i dzieci. Dekalog
      był na ówczesne czasy wielką rewolucją. Gdy w ościennych państwach
      moralność była, że tak to delikatnie ujmę, na bardzo niskim poziomie, w
      Izraelu Bóg zaczął uczyć ludzi: Nie pożądaj cudzej żony. Masz swoją.
      Dbaj o nią. Itp.
      BTW Pismo Święte powstało więcej niż dwa tysiące lat
      temu. Za czasów Jezusa odbyła się kolejna ‚aktualizacja’. W Kazaniu na
      Górze (Mt 5-7) jest między innymi: ‚Słyszeliście, że powiedziano: Nie
      cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę,
      już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. […] Powiedziano też:
      Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy. A ja
      wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę – poza wypadkiem nierządu –
      naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się
      cudzołóstwa.’ Prawo zostało przez Jezusa dopracowane. Naród Izraelski
      na tyle dojrzał, że można go wprowadzić głębiej w życie Boga – w Jego
      Miłość. Zauważ, że każda taka aktualizacja (w Starym Testamencie było
      ich również kilka) rozwijała duchowo Naród Wybrany. Na początku, w
      moralnie rozpasanym świecie, Bóg dał przykazania ‚nie cudzołóż’, ‚nie
      pożądaj żony bliźniego swego’; potem zostały rozwinięte do ‚nie patrz
      pożądliwie na kobietę/mężczyznę’, ‚nie rozwódź się’. Nie wiem, jak dla
      Ciebie, Vive, ale dla mnie jest to coś pięknego. Pozwala ludziom zaufać
      sobie nawzajem. ‚Bądź cały jej/bądź cała jego’. Zauważ, że gdyby ludzie
      byli wierni tym przykazaniom nie było by rozbitych małżeństw przez ‚tą
      trzecią’,nie było by rozwodów, pozostawionych samotnie dzieci, różnych
      traum i zranień nabytych przez te dzieci. Gdyby ludzie walczyli o miłość
      między sobą. Przykazania pomagają rozeznać, jak iść. Nie są dane ‚na
      złość’.
      Przykazania są ciągle aktualne. Ciągle dotykają problemów
      człowieka. Pokazują jak iść, żeby się nawzajem nie ranić. Wiesz, ja
      naprawdę widzę, że one działają. Oszczędzają bardzo dużo bólu. Uczą żyć
      mądrzej. I otwierają na Boga. To co napisałam może być dla Ciebie
      niczym, ale ja tym żyje na co dzień. I wiem, że działają. Żadna
      aktualizacja im niepotrzebna. :) I jeszcze jedno, często się słyszy, że
      gdyby człowiek żył przykazaniami to byłby nieszczęśliwy, że
      ograniczają… Ale tak Ci prywatnie powiem, że jestem najszczęśliwsza
      na świecie:) I czasem się mnie pytają ludzie, skąd we mnie tyle
      szczęścia. No właśnie stąd. Wiem, że to co powiedziałam może być źle
      odebrane. Ale ja naprawdę jestem szczęśliwa. :)
      A co do Twojego
      stwierdzenia, że Twój stosunek do Kościoła jest wynikiem stosunku
      Kościoła do Ciebie – zakazu bycia księdzem/papieżem, to zanim odpowiem
      proszę Cię, powiedz mi dlaczego bycie księdzem/papieżem jest dla Ciebie
      ważne, albo inaczej dlaczego uważasz, że kobieta powinna być
      księdzem/papieżem.

      * W chrześcijaństwie jest wiele kobiet
      kapłanów. Papieża nie uświadczysz, bo tylko Kościół katolicki ma
      papieża. A właśnie Kościół katolicki nie uznaje kobiet-kapłanów. ;)

      Życzę Ci udanego dnia i czekam na odpowiedź,
      Panna Joanna

      1. Vive napisał(a):

        Wybacz, ale Twoja odpowiedź niezbyt odpowiada na moje zarzuty, raczej opowiadasz o rzeczach „powiązanych” niż odnosisz się konkretnie do problemu. Na początku napisałam: „Skoro mówisz, iż pismo powstało 2000 lat temu, może w takim razie powinno się to nieco nadgonić w dzisiejszych czasach?”, więc tłumaczenie że przykazania zostały sformuowane za czasów patriarchalnych o niczym nowym mnie nie informuje. Zdaję sobie z tego sprawę, jednak taka struktura społeczeństwa nie istnieje już przeszło od 100 lat i kościół mógłby się w końcu zaktualizować, bo aktualnie jest „ostoją starego porządku” ładnie to określając. Czytając dalej, w sumie cieszę się, iż zgadzasz się z moimi poglądami: „[przykazania] potem zostały rozwinięte do [szerszej formy] dla mnie jest to [zjawisko rozwinięcia] coś pięknego.”. Nie rozumiem tylko dlaczego dostrzegasz, iż kiedyś zostały rozwinięte, nazywasz to czymś pięknym, z kolei teraz nie widzisz potrzeby rozwinięcia. W końcu do 52% społeczeństwa te przykazania nie są skierowane gdy czytamy je dziś. Tego typu aktualizacja nie zmieniałaby znaczenia ani merytoryki, więc co im szkodzi to zrobić? Moi dziadkowie pamiętają jeszcze msze prowadzone po łacinie. W końcu to zaktualizowali i jest lepiej. Dopiero Jan Paweł II, około 1992r zedytował dokument, który twierdził, iż to Ziemia jest centrum świata i Słońce kręci się w okół niej (zwołał nawet komisję). Modyfikacje są potrzebne i są pozytywnym zjawiskiem, w przypadku ustosunkowania do kobiet niech nasz kościół też da piękny przykład i będzie liderem. Skoro coś również mnie, jako kobietę, ma obowiązywać, to powinno być do mnie skierowane. Nie obchodzi mnie fakt, kiedy i z jakiego powodu napisali to tak, nie inaczej. Na religii w szkole nie pozwolę, by moja córka wykuwała na pamięć „nie pożądaj żony bliźniego swego”. To jest tak irracjonalne, iż nie mam komentarza.

        Odniosę się również do faktu, iż piszesz jak przykazania są ważne – nigdzie tego nie zaprzeczyłam. Na swoje czasy, jak piszesz, były innowacyjne i wspaniale pogłębiały etykę. Na dzisiejsze czasy większość jest normą społeczną i zapewne kościół również miał tu swój wkład (choć w tym miejscu ciężko nie pamiętać błędów typu inkwizycja lub brak ekskomuniki Rydzyka). Nie wiem dlaczego jednak tłumaczysz mi że są super – ja żyję bez przestrzegania przykazań, bo ze względu na podane 2 zarzuty nie jestem fanem naszej narodowej religii, co nie zmienia faktu iż nie zdradzam, nie kradnę, nie zabijam i moim zdaniem jestem bardziej „dobra” niż paru katolików, których znam. W dzisiejszych czasach to kwestia mentalności społeczeństwa a nie przestrzegania przykazań.
        Jeżeli czujesz się szczęśliwa dzięki przestrzeganiu przykazań, gratuluję szczęścia w życiu. Ja czuję się szczęśliwa wyłącznie gdy moja rodzina jest zdrowa i właściwie nic innego się dla mnie nie liczy. Niemniej jednak zazdroszczę szczęśliwego życia.

        Miło słyszeć, iż w chrześcijaństwie jest wiele kobiet kapłanów – dzięki za informację. Nie spotkałam żadnego. Fakt, iż mam do czynienia głównie z katolicyzmem. W takim przypadku ten punkt mojego zarzutu dotyczy katolicyzmu a nie chrześcijaństwa, ale wciąż jest aktualny.

        1. Panna Joanna napisał(a):

          Zacznę po kolei. Po pierwsze nie starałam się odpowiedzieć na Twoje zarzuty, tylko ukazać szerszy kontekst problemu.

          Po drugie, nie wiem, czy dobrze się rozumiemy w kwestii przykazań. Ja rozważam sens zmiany przykazań w znaczeniu odrzucenia któregoś z nich. Ale z Twojej wcześniejszej wypowiedzi: ‚Tego typu aktualizacja nie zmieniałaby znaczenia ani merytoryki, więc co im szkodzi to zrobić? ‚ wnioskuję, że Tobie jednak chodzi o zmianę w stylu ‚Nie pożądaj żony/męża bliźniego swego’. Odniosę się do tych dwóch możliwości. W pierwszej kwestii, Kościół nie może odrzucić przykazań, bo przykazania są przymierzem z Bogiem. Były przez lata aktualizowane, ale zawsze przez Boga – Prawodawcę. Ostatni raz 2000 lat temu Jezus je rozwinął podczas Kazania na Górze. Nie można ich zmienić/odrzucić, bo one z każdą aktualizacją wymagają więcej od człowieka. Człowiek na tyle dojrzał w relacji z Bogiem, że może głębiej wejść w ‚Bożą doskonałość’. Odrzucenie ich oznaczało by zerwanie przymierza z Bogiem i rezygnację z dążenia do bycia doskonałym, jak doskonały jest nasz Ojciec w Niebie (por. Mt 5,48). Natomiast, co do zmiany formy to mogę tylko odnieść się do siebie i powiedzieć, że w mojej opinii uważam ją za niepotrzebną. Każdy wie, że one odnoszą się zarówno do kobiet jak i do mężczyzn, a brzmią tak, a nie inaczej, bo są cytatem z Pisma Świętego. Ich forma jest podyktowana pochodzeniem.

          Po trzecie opisywałam, że w życiu kieruję się przykazaniami i nic nie tracę przez to, a wręcz zyskuję po to, aby pokazać, że wszystkie przykazania są potrzebne. Jak widać, każda z nas mówiła o czymś innym. :)

          Po czwarte byłabym ostrożna w uznawaniu się za lepszą od innych. Przykazanie ‚nie zabijaj’ nie obejmuje tylko popełnienia morderstwa, ale również np. aborcję, eutanazję (że tak zacznę od mocnych tematów) oraz kłamstwo, plotki, oszczerstwa, wyzwiska itp. Bardzo wiele ludzi można zabić w sercu odmawiając im prawa do życia np. poprzez zachęcanie koleżanki do aborcji, odrzucenie życia w antykoncepcji, która w wielu przypadkach działa poronnie, i dalej dziecko na życzenie w in-vitro, którego narodzenie obarczone jest śmiercią kilkunastu jego braci i sióstr. Nic nie jest takie proste. Możesz konsekwentnie zabijać innych ludzi rozsiewając o nich plotki.
          Pozbawiając przyjaciół, niszcząc dobre imię. Na pewno słyszałaś o dzieciach, które dręczone w szkole próbowały popełnić samobójstwo. Intuicyjnie czujemy, że Ci którzy je gnębili są winni. Żadne przykazanie nie mówi wprost ‚nie dręcz’, ale wiemy, że to jest złe, bo to dręczenie jest zabijaniem drugiej osoby dzień po dniu. A to tylko wstępne rozwiniecie. Nie zabijaj to nie niszcz życia, a życie można niszczyć na wiele sposobów. Jazda po pijanemu – stanowienie zagrożenia dla życia innych ludzi na drodze. No właśnie… Bycie zagrożeniem. I o to chodzi.

          Po piąte, nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie: dlaczego bycie księdzem/papieżem jest dla Ciebie ważne, albo inaczej dlaczego uważasz, że kobieta powinna być księdzem/papieżem.

          Życzę udanego weekendu,
          Panna Joanna

        2. Vive napisał(a):

          Zgadzam się z Pani opiniami w 0%. Pominę fakt, że znów nie dotyczą mojej wypowiedzi ale „poszerzają horyzont” demagogicznie omijając kwintesencję.

          1. In vitro przeczy „nie zabijaj”? Moim zdaniem takie twierdzenie wiąże się z faktem braku wiedzy czym jest in vitro. Jest to sposób sztucznego zapłodnienia, więc POWOŁANIA życia a nie go zabrania (wth?). Bez wykonania in vitro NIKT by się nie urodził, ponieważ wykonują go praktycznie tylko osoby niepłodne.
          1.1. Można więc powiedzieć, że w przypadku użycia in vitro ktoś się rodzi, bez – nikt. Lepiej ocalić z pożaru jedną osobę czy nikogo..?
          1.2. Analogicznym myśleniem, podczas ejakulacji wyzwala się miliony plemników, które nie łączą się z komórką jajową i obumierają. W takim przypadku podczas każdej ejakulacji mężczyzna zabija miliony potencjalnych dzieci.
          1.3. Choroba to też morderstwo? Nie każdej zapłodnionej komórce się udaje przeżyć w warunkach in vitro, tak jak nie każdemu człowiekowi udaje się przeżyć życie, bo chorują/giną w wypadkach. Życie to nie bajka i nie jest sprawiedliwe.

          2. Odpowiadając na Pani pytanie piąte: uważam, że jeżeli mężczyzna może być księdzem/papieżem, to kobieta również powinna móc. Bo czemu nie? Bo mężczyźni kiedyś rządzili i tak skamieniała formacja jak nasz kościół nie potrafi się podzielić władzą z płcią przeciwną, bo chce to zachować dla siebie. Czemu księża nie mogą mieć dzieci? Każdy wie, że chodzi tylko o zachowanie majątku. Z dziećmi – pieniądze zostałyby rozdane między dzieci a nie zachowane dla kościoła. Kościół nie chce się dzielić ani pieniędzmi ani władzą i o nic innego nie chodzi. Kobieta nie jest gorsza, by jej zabraniać lub uznawać za niegodną robienia czegokolwiek, jak na przykład bycia księdzem. Właściwie pytanie nie brzmi więc „dlaczego uważam, że kobieta powinna być papieżem”, a „dlaczego Ty uważasz, że nie powinna móc nim być”.

          3. Odniosę się również do wypowiedzi „Po czwarte byłabym ostrożna w uznawaniu się za lepszą od innych.”. Jedyny cytat moje wypowiedzi, który może na coś takiego wskazywać, to „nie zdradzam, nie kradnę, nie zabijam i moim zdaniem jestem bardziej „dobra” niż paru katolików, których znam”. Oczywiście następuje tutaj wypatrzenie i wyciągnięcie fragmentu tekstu z Pani strony, całkiem dziennikarski zabieg. Zapraszam do przeczytania punktu 4, od takich „katolików” czuję się bardziej „dobra”. Nie znaczy to lepsza ogólnie. Znaczy, że te osoby wyrządziły tak wielkie zło, iż raczej ich nie przebiję. Jak już mówiłam, nie jestem katoliczką, nie biję się więc w pierś i nie twierdzę, iż jestem najgorsza. Jestem jaka jestem, są ludzie gorsi i lepsi niż ja. W obu grupach znajdują się katolicy – również tej gorszej. W związku z tym, na 100% prawdą jest stwierdzenie, że „jestem bardziej „dobra” niż paru katolików, których znam”. Bo co innego bezpośrednie doprowadzenie do śmierci, co innego pośrednie poprzez wymienione przez Panią argumenty.

          4. Słyszałam o dzieciach, które chciały popełnić samobójstwo. Był nim mój kolega z podstawówki, którego rodzice byli niewierzący i co za tym idzie, chcieli by on sam zdecydował o swojej wierze gdy będzie pełnoletni i świadomy. Nie był więc ochrzczony. Koledzy katolicy wkładali go głową do góry nogami do toalety. Żadna grupa nie jest bez winy. To nie kwestia wiary a etyki. Wiara katolicka uczy oczywiście etyki.
          Inna sytuacja, również podstawówka. Dziewczyna zginęła w wypadku samochodowym. Prawie wszystkie dziewczyny z mojej klasy tańczące w kółku z radości, bo jej nie lubiły. 2 dni później niedziela, wszystkie aniołki w pierwszej ławce. Jak do dziś, bo co niedzielę chodzą do kościoła. Nigdy jednak nie miały skruchy z tego powodu, gdyż rozmawiałam z co najmniej 1 na ten temat po latach. Obłuda.

          5. Dobrze, że chociaż część księży widzi potrzeby zmian. Kościół w Polsce upadnie jak upadł na zachodzie, bo nasi ograniczeni biskupowie nie potrafią wyciągać nauczki z tego, co się działo na zachodzie.
          Przykład dlaczego tak sądzę? W Poznaniu kościół dokopał się papierów sprzed 300 lat, gdzie okazuje się, iż budynek jednego z bardziej słynnych liceów należał kiedyś do kościoła i zostało mu to odebrane. Zażądali zapłaty za wszystkie te 300 lat i astronomiczną kwotę za wynajem. Szkoła się przeprowadziła. Poznaniakom została niechęć do kościoła, najbardziej spieniężonej instytucji na przestrzeni wieków. Polecam zapoznać się z historią ostatnich 5 lat 8 liceum ogólnokształcącego w Poznaniu. Takich przykładów jest mnóstwo. Malta w Poznaniu miała podobą akcję. Rydzyk i jego sekta. Propaganda rządowa z „gorszym sortem Polaków”. Niechęć księży do niesienia pomocy (na przykładzie mojej rodziny i chorej osoby, gdzie potrzebowaliśmy tylko wsparcia duchowego).

        3. Panna Joanna napisał(a):

          Ta dyskusja coraz bardziej odbiega od tematu początkowego, nie wspominając już o samym temacie artykułu. Będzie to moja ostatnia wiadomość. To co chciałam powiedzieć napisałam, muszę tylko sprostować jedno, co Pani powiedziała. Ale po kolei.
          Pisze Pani, że omijam temat. Na jakie pytania dt wcześniejszego postu nie odpowiedziałam? Pisała Pani o potrzebie zmiany przykazań. Wyjaśniłam skąd ich forma i dlaczego ona ma sens. Może Pani przyjąć to uzasadnienie bądź je odrzucić. Wolna wola. Ja jednak odpowiedziałam na to zagadnienie.
          Zagadnienia, bo pytań żadnych Pani nie postawiła.

          1. Co to tematu in-vitro to mogę powtórzyć za Tobą: ‚Moim zdaniem takie twierdzenie wiąże się z faktem braku wiedzy czym jest in vitro ‚. Więc wyjaśnię. Początek jest dobry: ‚Jest to sposób sztucznego zapłodnienia, więc POWOŁANIA życia a nie go zabrania.’ Owszem, celem jest powołanie kogoś do życia, ale jakim kosztem! Do zabiegu są pobierane żeńskie i męskie komórki rozrodcze. I te komórki są łączone. Nie jedna. Ale wiele. In-vitro kosztuje. Nie opłaca się pobierać jednej komórki – tworzyć jednego życia. Jest wiele zapłodnionych komórek – embrionów. Wiele poczętych dzieci. Z nich są odrzucane te, które są ‚wadliwe’ – chore, bądź nie spełniają standardów rodziców np. rodzice chcą chłopca. Voila! Wczesna eugenika. To samo robił Hitler z tym, że na starszych osobnikach. Wybierany jest jeden szczęściarz. A reszta jego rodzeństwa przebywa zamrożona w ciekłym azocie. Tym jest in-vitro. Powołanie jednej osoby kosztem śmierci kilkunastu, bądź kilkudziesięciu.

          1.1 Ocalić z pożaru? Jakbym miała użyć tej metafory to powiedziałabym, że podpalamy dom, żeby wyratować jedną osobę i być bohaterem. Taki sam sens.

          1.2. ‚Analogicznym myśleniem, podczas ejakulacji wyzwala się miliony plemników, które nie łączą się z komórką jajową i obumierają. W takim przypadku podczas każdej ejakulacji mężczyzna zabija miliony potencjalnych dzieci.’ Uwaga! Lekcja biologi z IV klasy. Życie zaczyna się od poczęcia, czyli połączenia żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej. Przy ejakulacji nie powstaje życie. Przy in-vitro tak. Taka różnica.

          1.3. ‚Choroba to też morderstwo? Nie każdej zapłodnionej komórce się udaje przeżyć w warunkach in vitro, tak jak nie każdemu człowiekowi udaje się przeżyć życie, bo chorują/giną w wypadkach. Życie to nie bajka i nie jest
          sprawiedliwe. ‚ Tu nie wiem, co usiłuje Pani swoją wypowiedzią udowodnić. Choroba nie jest morderstwem. To prawda. Ale w warunkach in-vitro problemem nie jest choroba, w tym sensie, jak ją rozumiemy w przypadku dorosłych ludzi, ale zabijanie zbytecznych, niepotrzebnych poczętych ludzi. Dorosłych się leczy, dzieci zabija.

          2. Co do kapłaństwa… Problem w zrozumieniu jest taki, że na sprawy wiary usiłuje Pani patrzeć na sposób świata – „Jest stanowisko to mi się należy. Należy się równie mocno kobiecie jak i mężczyźnie.” Tylko w tym spojrzeniu gubi się całą istotę wiary. I robi z niej teatrzyk. Bóg powołuje do swojej służby ludzi. Do daru z siebie dla Niego. Posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. Gdyby pragnienie bycia kapłanem było z Boga to dana osoba wiedziałaby, że dla Niego istotne jest posłuszeństwo. A człowiek formujący się w relacji z Bogiem szuka Jego Woli co do swojego życia. I nawet jeżeli miałby jakieś nie wiadome ambicje, a widziałby że Bóg powołuje go do czegoś innego to by tam poszedł. W wierze wszystko rozgrywa się nie według mojej woli tylko według Jego woli. Nie jesteśmy z Bogiem równymi sobie. Jeżeli pragniesz głębokiej relacji z Nim to szukasz Jego Woli. On jest Ojcem. I to dobrym i Jego Wola jest dla Ciebie dobra. Możesz się na początku przeciw niej buntować, ale ostatecznie zobaczysz, ze wszystko było dla Twojego dobra. Bo kapłaństwo to nie urząd tylko poświecenie swojej woli, swojego chcę – dla woli Boga. W życiu chodzi o świętość. Każda droga jest dobra żeby do niej dojść. Niektórzy są powołani do kapłaństwa inni do małżeństwa lub samotności.

          I wiem, są różni kapłani. Dlatego trzeba się modlić o świętość kapłanów, o niewypaczanie tego daru. Kwestia posłuszeństwa Woli Boga może również budzić u Pani pewne wątpliwości. Ale akceptacja tego faktu wynika z doświadczenia Miłości Boga. Ja tu mogę tylko teoretyzować. Zostawiam Panią w Jego rękach. On się sam wykaże.

          3. Co do osądów to nie zaprzeczam, może sobie Pani sądzić o sobie, co się Pani podoba. Ja tylko doradzałam ostrożność, jeżeli się chce Pani poruszać w granicach prawdy. Łatwo jest uważać się za lepszego od innych. Może ma Pani podstawy. Ja jestem ostrożna w wydawaniu takich sądów. I tyle.

          4. Ciężko mi jednoznacznie ocenić zachowanie ludzi z Pani historii. Bo religijność nie oznacza wiary. Człowiek może codziennie chodzić do kościoła, a niszczyć życie sąsiada. Dopóki się nie wejdzie w relację z Bogiem, religijność jest nic nie warta. Chrześcijaństwo jakie ja znam, czyli relacja z Bogiem, nie może istnieć w odłączeniu od dobra dla drugiego człowieka. Osoby z Pani opowieści najwyraźniej myliły religijność z wiarą. Bóg kocha wszystkich. Nie musimy akceptować zachowania wszystkich ludzi, ale należy im się szacunek. Czasem, gdy słyszy się o bestialskich zachowaniach to jest to bardzo trudne. Poza tym skoro to dzieci to dużą rolę
          pewnie odegrała nieświadomość i niedojrzałość. Zrobienie głupot w okresie szczenięcym jestem w stanie zrozumieć, ale niepoczuwanie się do odpowiedzialności w życiu dorosłym już nie.

          5. Nie sądzę, żeby Kościół upadł. Ja wierzę, że przejdzie przemianę. Widzę, co się dzieje w znajomych mi wspólnotach. I wiem, że Bóg działa. Intensywniej. Kościół się odnawia.

        4. Vive napisał(a):

          Zaiste, rozmowa coraz mniej trzyma się tematu i sensu. W związku z tym deklaruję, iż ta wypowiedź również jest moją ostatnią.

          Nigdzie nie pisałam, iż nie udziela Pani odpowiedzi na pytania, tylko że nie dotyczą wypowiedzi – bardzo poszerzając temat o aspekty z tym nie związane (ja pisałam o 10 przykazaniach, Pani większość tekstu o in vitro, co w ogóle nie wiązało się z moją wypowiedzią, a było po prostu zmianą tematu). Dodatkowo Pani wybaczy, ale anonimowa postać z internetu nie jest dla mnie na tyle autorytetem, by zadawać jej pytania. Mogę podyskutować, zgodzić się lub nie z Pani opiniami, mogą wpłynąć na moją opinię jeżeli uznam je za sensowne (jak w przypadku księży kobiet w innych religiach chrześcijańskich) bądź na nią nie wpłynąć, gdy uznam je za „nie trzymające się do końca realiów świata” (jak opinia o in vitro).

          Kwestia czy embrion jest dzieckiem jest ciężka do zweryfikowania przez dużo inteligentniejszych ludzi niż Pani czy ja. Pani podaje swoją opinię iż jest, ja swoją iż nie jest. Nie ma to znaczenia, gdyż jesteśmy nikim i nasza opinia na nic nie wpływa. Oczywiście Pani może poprzeć się wieloma autorytetami, iż są już dziećmi, ja wieloma innymi, iż nimi nie są. To do niczego nie doprowadzi. Tak również skomentuję punkt 1.2.

          Porównanie do Hitlera jest szczytem nietaktu. Proszę porozmawiać z rodzinami, które straciły bliskich przez niego i popatrzeć im w oczy. Może wtedy Pani zrozumie, jak bardzo ich może zaboleć takie porównanie. W rozmowie między nami ok, ale nie wiadomo kto to przeczyta w przyszłości. Na stronach z awanturą PO-PiS też się obrzucają, iż druga strona chce robić obozy zagłady. Moim zdaniem to są liście na wietrze w porównaniu z tamtą historią i to boli ofiary (jeżeli jeszcze są) bądź ich rodziny. Proszę więc niech Pani okaże im odrobinę respektu i nie porównuje ziarna piasku do skały. Brak szacunku do historii to brak szacunku do siebie. Każdy, kto się powołuje i przyrównuje drobnostki dzisiejszych czasów do koszmaru z wtedy nie zastanawia się nad tym, co pisze.

          Pomijąjąc całą resztę Pani dywagacji z in-vitro, wróćmy do punktu 3, czyli kapłaństwa. W sprawie in vitro mogłybyśmy się jeszcze powymieniać opiniami ale do niczego to nie prowadzi, nie widzę więc sensu przekonywania się nawzajem do swojego stanowiska.
          W całej ostatniej wypowiedzi, nie znalazłam ani jednego zdania dotyczącego faktu, „dlaczego” kobiety nie mogą być kapłanami. Wszystko co Pani napisała, odnosi się zarówno do kobiet jak i mężczyzn. Poza faktem, iż 52% podmiotów ma zakaz bycia kapłanem, mimo identycznej reszty obowiązków, powinności oraz przywilejów. Jeżeli miałabym syna i córkę, chciałbym by oboje poszli do szkoły, podróżowali, byli inteligentni. Bóg, jako ojciec, pewnie też by tego chciał, zwłaszcza iż jego tablice z przykazaniami były postępowe na swoje wieki. Sam nie zwróci się teraz do nas w tak błahej kwestii by to zaktualizować, mogłyby to zrobić za niego jego pomocnicy, kapłani. Ci jednak w znaczniej mierze nie patrzą już na Boga a na swój interes, w którym nie leży dzielenie się czymkolwiek. Władzą czy pieniędzmi.

          Nie widzę by kościół się odnawiał. Na msze tu gdzie mieszkam, na obrzeżach dużego miasta, ludzi przychodzi coraz mniej. Średnia wieku też jest dość wymowna.
          Jestem młodą osobą, niedawno temu skończyłam studia. Na studiach na palcach mogłam policzyć osoby, deklarujące iż są wierzące. Coś takiego wyznacza tendencję i ta moim zdaniem jest spadkowa. Należę do wierzących, niepraktykujących gdyż mierzi mnie obłuda kapłanów. Więcej spotkałam na swojej drodze tych „złych” przykładów kapłaństwa, niż „dobrych”. Warto również spojrzeć na zachód, Polska taka będzie za parę lat, tam kościół się zatracił.

          Końcowo, jak sama Pani zauważyła, kościół to nie Bóg. „Widzę, co się dzieje w znajomych mi wspólnotach. I wiem, że Bóg działa. Intensywniej. Kościół się odnawia.”. Bóg może działać, ale to wcale nie musi mieć nic wspólnego z kościołem.

          Pozdrawiam, szczerze życzę szczęścia i zdrowia w życiu. Dyskusja z mojej strony jest zakończona.

  41. Kasia Żądło napisał(a):

    Ja mam po slubie wciaz moje nazwisko panienskie. Jednak wiele osob jest zdziwionych i pyta: to tak mozna? Mozna. Mojemu mezowi bylo obojetne bo to przeciez nie o nazwisko chodzi. A moja babcia podsumowala ze to jest jakbysmy wcale nie byli po malzenstwem! ( a w Kosciele byla i przysiegi sluchala). A propos winy za grzech pierworodny sa religie, ktore uznaja tylko wine Adama :) na zasadzie Ewa dala sie zwiesc wezowi, najlepszemu z manipulatorow, natomiast Adam podjal swiadoma decyzje o zjedzeniu owocu.

  42. Anka Filipek napisał(a):

    Ja też zostawiłam panieńskie nazwisko. I nie żałuję. Nie umiałabym się odnaleźć z innym, skoro całe życie takie miałam. Rodzina chyba to w końcu zaakceptowała. Mężowi zaś cała sytuacja wcale nie przeszkadza – najbardziej dziwi wszelkie panie w urzędach. Chociaż teraz i tak jest lepiej, bo po kupnie mieszkania mamy przynajmniej ten sam adres zameldowania ;)

  43. Arachne napisał(a):

    W literaturze polskiej często spotykam chwalenie się panieńskim nazwiskiem matki/babki, szczególnie jeśli pochodziła z wyższej klasy społecznej. W końcu Hrabia z „Pana Tadeusza” był „krewnym Stolnika po matce łowczynie, która się rodzi z drugiej córki kasztelana” – który był wujem Stolnika

  44. bloodorange napisał(a):

    W Egipcie nadal jest legalne wielożeństwo, i to tym bym się bardziej ekscytowała, kto nie wierzy, proszę sprawdzić:) Najczęściej się tego nie praktykuje, ale to wcale nie znaczy, że praktyka zaginęła w młodszym pokoleniu, czy że robią to wyłącznie megakonserwatyści, bo nie.

  45. Mój tata przyjął po ślubie nazwisko mojej mamy. Może teraz nie jest to nic nowego, ale prawie 30 lat temu mogło wywołać niezły szok. I to nie dlatego, że jego było jakieś dziwne czy nieładne, wręcz przeciwnie, było ładnym, klasycznym polskim nazwiskiem. Poza kilkoma osobami nikt nie miał z tym problemu, najważniejsze, że taka była decyzja moich rodziców i że są szczęśliwi. Co ciekawe to często wśród moich znajomych znajdowały się głosy pełne zdziwienia, czy wręcz oburzenia „Jakże to?” I pamiętam te wszystkie dziwne pytania ze szkoły „Jak to nazwisko po mamie? Dlaczego?” Albo pani w banku „Nazwisko rodowe matki, to te, która nosiła jak się urodziła, a nie jak wyszła za mąż”. Stąd też zawsze się we mnie gotuje, jak słyszę, że ludzie pytają o „nazwisko panieńskie”, to jest „nazwisko rodowe”.

Dodaj komentarz