„Dam życie i umrę”

Ewa ma niecałe dwa latka, gdy z powodu choroby mama zabiera ją do szpitala. Lekarze mówią jej, że dziewczynka powinna tam zostać kilka dni. Mama martwi się, że zostawienie dziecka samego w obcym miejscu, z obcymi ludźmi może spowodować wielki stres u córki i mówi, że wolałaby tego uniknąć.

– Ona jest jeszcze mała, głupia, nic nie rozumie i nic nie będzie pamiętać. Dzieci w takim wieku nic nie czują – odpiera lekarz.

Ale Ewa nie jest taka mała i głupia. Rozumie to, co powiedział lekarz i pamięta o tym przy kolejnej wizycie lekarskiej. Na szczęście mama nie daje się przekonać, ale po latach opowiada córce, że była temu bliska. Łatwo uwierzyć w to, co mówi człowiek w białym kitlu.

W podstawówce Ewa idzie na badania okresowe. W pokoju jest lekarz starszej daty i wychowawczyni Ewy. Dziewczynka boi się, wstydzi, nie chce się rozebrać. Dorośli przekonują ją, że to konieczne do badania, a gdy polecenia zdjęcia ubrań nie dają rezultatu, postanawiają siłą przytrzymać i rozebrać dziewczynkę wbrew jej woli. Szarpią się, zdejmują z niej wierzchnie ubrania, w końcu Ewie udaje się uciec. W spodniach, podkoszulku i szkolnych kapciach ucieka z budynku i biegnie do domu.

Po kilku latach stary lekarz umiera, a w jego mieszkaniu odnajdują się materiały z dziecięcą pornografią. To tylko umacnia ją w lęku przed lekarzami. Nie pomagają opowieści krewnych i koleżanek o porodach i wizytach u ginekologów, podczas których traktowane są przedmiotowo i bez szacunku. Tylko pogłębiają lęk i nienawiść. Ewa nabiera przekonania, że lekarze to samo zło, zadają tylko ból, poniżają pacjentki.

Mogę dać sobie wyrwać ząb, jeśli to konieczne, bo nawet jeśli mi ktoś przy tym sprawi ból, to jednak nie będzie miał możliwości jednocześnie mnie poniżyć 

Postanawia, że nigdy nie zajdzie w ciążę, bo przecież wtedy trzeba być pod opieką medyczną, a rodzić można tylko w szpitalu. Żyje, trzymając się kurczowo myśli, że jej ciało jest tylko dla niej samej i dla jej przyszłego mężczyzny. Z biegiem lat poznaje takich partnerów, którym to nie przeszkadza, a przynajmniej – nie próbują z tym walczyć. Jeśli Ewa wyczuwa nawet najmniejsze naciski na dziecko lub próby namówienia jej do “przełamania się” i odwiedzenia lekarza – momentalnie zrywa.

Wszystko się zmienia, gdy poznaje swojego obecnego męża. On potrafi obudzić w niej potrzebę, której wcześniej nie czuła. A może to czas sprawia, że wreszcie, po latach szczęśliwego związku daje się namówić… Mieszkają już wtedy za granicą, gdzie Ewie udaje się z powodzeniem unikać wszelkich badań wstępnych i okresowych. Wspólnie wybrali kraj, który będzie w tych kwestiach elastyczny prawnie. Ewa kocha męża i wie, że jemu bardzo zależy na dziecku. On wie, że ona nigdy nie była u lekarza i nigdy nie zamierza pójść. Oboje zgadzają się na rodzaj kompromisu. OK, Ewa zajdzie w ciążę, ale przejdzie ją zupełnie sama, świadomie zdając się na los i podejmując ryzyko, włącznie z tym, że mogłaby urodzić chore dziecko lub sama umrzeć. On zgadza się, choć do końca będzie próbował namówić Ewę na szpital.

Wcześniej stosowali antykoncepcję naturalną (kalendarzyk, badanie śluzu, wyczuwanie okresu płodności na podstawie samopoczucia oraz testy owulacyjne) połączoną z zabezpieczeniem w postaci prezerwatyw. To, jak twierdzi Ewa, dużo człowieka uczy o własnym ciele, uwrażliwia na fazy cyklu i sprawia, że potem łatwiej wyliczyć, kiedy powinno się starać o zapłodnienie. Ewa zachodzi w ciążę za drugim razem. Już kilka dni po stosunku to czuje, ale zakorzeniony głęboko w psychice lęk każe jej się łudzić, że być może test pokaże jedną kreskę, i że to jeszcze nie teraz, że “wyrok odroczony”. Ale test potwierdza jej przekonanie – jest w ciąży. Ewa cieszy się, że jej organizm działa jak trzeba, ale miejsce zadowolenia szybko zajmuje strach. Teraz nie ma już odwrotu.

Nawet poronienie nie jest wyjściem, bo przy tym też mogą mnie czekać nieprzyjemności związanie z kontaktami z lekarzami.

Ewa odstawia alkohol, zdrowo się odżywia i właściwie na tym kończą się zmiany w trybie życia. Postanawia jeszcze te kilka miesięcy żyć tak, jakby ciąży nie było. Jakby to nie była prawda. Zaczyna uprawiać więcej sportu, oddaje się pracy, w wolnym czasie bierze dodatkową pracę fizyczną, bo wysiłek pomaga jej nie myśleć. Poza swoją normalną pracą umysłową decyduje się na kilka godzin dziennie dodatkowej pracy w rolnictwie. Pilnuje tego, by wydłużyć sobie dzień do granic wytrzymałości i żeby potem po prostu padać ze zmęczenia.

W ciąży ani przez chwilę nie myślałam o dziecku, nie szykowaliśmy pokoju, nie kupowałam ciuszków. Jak już musiałam, to kupiłam 10 takich samych body i 10 takich samych pajacyków.

Nie ma apetytu – a może po prostu tak desperacko nie chce, żeby brzuch urósł i żeby ciąża stała się widoczna, więc je po prostu mniej. Boi się też, że jeśli będzie dużo jadła, to dziecko będzie większe i trudniej je będzie urodzić. W efekcie traci na wadze, w środku ciąży waży 10 kg. mniej niż wcześniej. W dniu porodu – 2 kg mniej. Do końca stara się ukrywać rosnący brzuch, który pod koniec trzeciego trymestru wygląda tak jak w czwartym miesiącu u większości kobiet. Poza tym ciąża nie funduje Ewie żadnych dolegliwości.

Mam wrażenie, że to też wynikało z psychiki. Po prostu ja okłamałam siebie, a mój mózg okłamał organizm, że tej ciąży nie ma. Żadnych mdłości, żylaków, rozstępów, zgagi, opuchlizn, ba, nawet cera i włosy mi się ani nie poprawiły w ciąży, ani nie wypadały po niej. Po prostu jakby się nic nie wydarzyło.

Przez cały okres ciąży czuje się zdrowo, więc zakłada, że i dziecku nic nie dolega. Żeby się jednak upewnić, postanawia przebadać sobie krew. Nie chce jednak dopuszczać do siebie żadnej pielęgniarki, więc w samochodzie pod punktem diagnostycznym sama pobiera sobie krew, mąż zabiera próbki do laboratorium i potem odbiera wyniki. Robią tak dwa razy w trakcie ciąży. Poza tym zostaje jeszcze internet i samodokształcanie się. Wyniki badań Ewa interpretuje na podstawie znalezionych w sieci norm. Dowiaduje się też, jak samodzielnie sprawdzać stan szyjki macicy. Wszystko jest ok. Dziecko kopie, ciąża jest całkiem znośna. Tylko ta myśl o porodzie nie daje Ewie spokoju, bo jak to tak, bez lekarza lub chociaż położnej… Ta myśl i lęk skutecznie zabijają entuzjazm. Dziecko kojarzy jej się z przyszłym cierpieniem i ewentualnym kontaktem z lekarzami. I to właśnie ta interwencja medyczna najbardziej ją przeraża.

Ja o swoim porodzie myślałam długo przed ciążą i dlatego długo wykluczałam dziecko, będąc przekonana, że jeśli dziecko mnie zmusi do przeżycia czegoś takiego, to ja tego dziecka nie pokocham.

Rodzina dowiaduje się o ciąży Ewy gdzieś w okolicy 6 miesiąca. Wszyscy szaleją ze szczęścia. Wydaje im się, że dziewczyna wreszcie dała się przekonać i że urodzi “normalnie”. Gdy dowiadują się, że plan jest inny, zaczynają się martwić. “Robicie głupotę! To się źle skończy!”. Ewa nie umie z nimi rozmawiać, nie chce tego słyszeć. Ciężar dyskusji przejmuje na siebie mąż, a Ewa dystansuje się, wychodzi wtedy z pokoju. I tak jest tym wszystkim przerażona. Wie, że jej partner też się martwi, sytuacja w domu jest stresująca. Ewa ma myśli samobójcze z zamiarem bezpośrednim i odroczonym. Mówi:

Dam życie i umrę. Żyć z tym faktem nie dam rady.

Ma na myśli nie samo dziecko, ale poród. Po prostu nie umie sobie poradzić z myślą, że będzie miała styczność z personelem medycznym. Oddanie się pod opiekę lekarzom byłoby dla niej jak gwałt, a ona doskonale rozumie, jak czuje się ofiara gwałtu, która często planuje skończyć ze sobą po takim traumatycznym wydarzeniu. Czasem po prostu planuje, że ucieknie rodzić do lasu.

Nasze prababcie rodziły w polu i jakoś to było, moja babcia urodziła dwójkę dzieci w domu i jakoś to było. A dzisiejsze czasy są jakieś porodowo upośledzone: zastęp białych kitli gapiących się bez celu w krok i macających co rusz, jakby to pomóc miało. To przecież natura ma zrobić swoje.

Jednocześnie czuje ogromne poczucie winy. Dziecko jest dla niej uosobieniem lęku i jego powodem, więc nie umie go pokochać. Boi się, że będzie złą matką i że to nienormalne, że nie kocha dziecka ukochanego mężczyzny.

W którymś momencie mąż mówi Ewie: “załatwię ci cesarkę, i to taką, że będziesz zadowolona”. Negocjuje z jakimś szpitalem, kilka dni przychodzi z tych spotkań aż blady z przejęcia. Przynosi w końcu papiery, na których jest napisane, że warunki zapewnione przez ten szpital bedą bardzo daleko idące Ewie na rękę, wszystko podpisane przez ordynatora. Personel wyłącznie kobiecy, gwarantowana pojedyncza sala, brak badań „od dołu”, obecność partnera w każdej sekundzie od przyjęcia do wypisu, przyzwolenie partnerowi na zastąpienie personelu w niektórych jego funkcjach i jeszcze wiele innych ustępstw, opisany przebieg procedury krok po kroku, żeby pacjentka poczuła się bezpieczniej, razem 4 strony A4. Ewa dzwoni do szpitala i pyta, czy możliwe jest przeprowadzenie operacji według ustalonych zasad, ale dodatkowo – bez zakładania cewnika, pozwalając jej na zostawienie na sobie niskich majtek odkrywających wyłącznie pole operacyjne, oraz t-shirtu i stanika. I czy partner może stać bezpośrednio przy stole operacyjnym, mając dostęp nie tylko od strony głowy, ale tez obserwując, czy wszystko po drugiej stronie kotary jest zgodnie z życzeniem Ewy. Dostaje odpowiedź: Nie.

Mąż reaguje nerwowo. Próbuje jeszcze wpłynąć na Ewę, okazuje rozczarowanie, namawia ją na ponowne przemyślenie sprawy. Trafia na kategoryczny opór. W końcu, w obliczu jej zdecydowanego sprzeciwu, poddaje się. Zdaje sobie sprawę, że to wszystko wydarzyło się z jego inicjatywy, więc postanawia zaakceptować decyzję żony i daje jej zielone światło na samodzielny poród. “Musimy to doprowadzić do końca. Nie możesz się zabić. Ani przed, ani po porodzie. Urodzisz w domu. Nauczysz się, jak rodzić, a ja nauczę się, jak Ci pomóc. Wszystko będzie dobrze” – przekonuje sam siebie.

Samodzielny poród to jest coś, do czego Ewa też nie jest przygotowana, bo przecież wszystkie znane jej kobiety rodzą w szpitalu. Dostają tam znieczulenie i mają dostęp do wszystkich mechanizmów ratowania życia, jeśli coś pójdzie nie tak. Tutaj roztacza się przed Ewą wizja dramatu w czterech ścianach. Spodziewa się bólu, boi się, że ucieknie od partnera, że będzie błagać o to, żeby ktoś ją zastrzelił. W myślach nawet zastanawia się, czy nie wynająć mieszkania i nie zaszyć się tam sama na czas rozwiązania. W końcu opiera się na raz podjętej decyzji i po prostu czeka na nieuniknione. Jest prawie pewna, że dziecko jest ustawione prawidłowo, głową w dół. Czuje, że jest zdrowe i silne. I tylko ma nadzieję, że nie jest za duże, bo tak będzie łatwiej rodzić. Postanawia trzymać się znalezionych w sieci wytycznych i sposobów na złagodzenie bólu. Różne pozycje, kręcenie biodrami, wielka piłka, która ułatwia poród.

W dniu porodu budzi się wczesnym rankiem z niepokojem i dziwną chęcią działania. Nie ma skurczy, nie odchodzą wody, ale Ewa czuje, że coś się dzieje. Że musi coś zrobić, nieokreślone coś, natychmiast. Idzie pod prysznic i postanawia … posprzątać łazienkę. Szoruje podłogi, czyści każdy kafelek osobno z kamienia i zabrudzeń. Dłubie w fugach, wyciera półeczki, odkurza, odkręca kratkę wentylacyjną i ją też dokładnie szczotkuje. Potem znowu bierze prysznic i wraca do łóżka. W końcu jest jeszcze tydzień przed terminem. Budzi się trochę później, ale wciąż rankiem. Tym razem czuje regularne skurcze. Takie co 6 minut. Wcześniejszy plan kręcenia biodrami i skakania na piłce bierze w łeb. Ewa budzi męża, razem liczą interwały pomiędzy skurczami. To już teraz. Pojawiają się mdłości, Ewa wymiotuje, poci się, potem trzęsie z zimna. Nic ją nie boli, ale czuje się dziwnie, nierealnie, jakby umierała. Nigdy wcześniej nie doświadczyła ani nigdy później już nie doświadcza tego uczucia, więc trudno jej je opisać i do czegoś porównać. Na przemian śpi i rusza się, bo gdzieś wyczytała, że aktywność fizyczna jest wskazana przy porodzie. Chodzi po schodach, otwiera i zamyka okna, wymiotuje, znowu śpi. To wszystko ją bardzo męczy i czuje się wyczerpana. Skurcze nasilają się, ale Ewa nie czuje bólu, więc myśli, że to dopiero początek i że prawdziwa akcja dopiero się zacznie. Mąż stara się Ewę uspokajać, przemawia do niej, instruuje. Irytuje ją czasem, że mówi, jakby się znał, a przecież sam nie wie, co się dzieje.

W którymś momencie Ewa czuje ogromną potrzebę parcia, niezależną właściwie od niej samej. Czuje, że coś dziwnego dzieje się z jej plecami. Partner podtrzymuje ją, przypomina o oddychaniu, w końcu dotyka wyłaniającej się główki i z entuzjazmem mówi żonie, że to już, że zaraz, że się strasznie cieszy. Ewa kuca i podpiera się rękami, bo tak jej podpowiada instynkt. Najtrudniej jej wyprzeć główkę, która idzie wolno, z trudem. Potem już jest łatwo. Ewa porównuje tę drugą część porodu do wrażenia, jakby jej wypadały wnętrzności. Dopiero gdy mąż trzyma dziecko w ramionach, ona zaczyna czuć ból w pochwie i takie ciągnięcie, jakby od zakwasów. Ale nie jest to mocny ból.

Jest po ósmej rano, gdy oboje słyszą, jak noworodek prycha, kicha, oczyszcza sobie drogi oddechowe. Tata wyciera mu twarzyczkę. Dziecko nie płacze, ale Ewa przyjmuje to ze spokojnym zdziwieniem. Najwyraźniej nie każde dziecko musi płakać tuż po narodzeniu.

To mąż Ewy przecina pępowinę. Ona dotyka głowy dziecka i głaszcze ją słabymi, lekkimi ruchami, bo na więcej nie ma siły. “Spojrzałam w te ledwo co rozwierające się oczy, zapuchnięte takie, ale patrzące na świat już jakby z ciekawością, i na te usta, od razu poszukujące cyca”. Ewa prosi męża, żeby wyszedł i umył dziecko. Zostaje w pokoju sama i rodzi łożysko. Sprawdza, czy wygląda zgodnie z opisem. Wygląda. I to jest moment, w którym opuszcza ją strach. Wie, że się udało. Że i ona, i dziecko żyją i mają się dobrze. Zakłada majtki, podpaskę i szlafrok. Wstaje i idzie do partnera, który tuli dziecko. Na ten widok wybuchają w niej wszystkie uczucia macierzyńskie, o które tak się wcześniej bała. Dziecko przestaje być płodem, obcym, lokatorem. Ma już imię, a ona, Ewa, kocha je przeogromnie. Bierze je w ramiona, tuli, karmi, całuje.

Kilka godzin po porodzie ojciec zabiera dziecko do szpitala na podstawowe badania, ważenie i mierzenie, słuchanie oddechu, serca, pobranie krwi i rejestrację. Ewy nie ma przy tym. Nie wejdzie do szpitala. Personel patrzy krzywo na jej męża, bo jak to tak, bez matki, dziwnie. Lekarze wmawiają mu, że matka jest pod wpływem szoku i że powinna natychmiast się tu pojawić. Dzwonią do Ewy. Wątpią, czy to na pewno jest prawdziwa matka dziecka. Karetka przyjeżdża pod dom i sanitariusze próbują wejść do środka, ale nikt ich nie wpuszcza. W końcu ojcostwo i macierzyństwo potwierdzają na podstawie próbek krwi.

Pytam Ewy, jak jest teraz. Na jakim są etapie z mężem i dzieckiem.

Na jakim teraz jesteśmy etapie?… cóż, jesteśmy rodziną. To wspaniałe uczucie spełnienia. Moje macierzyństwo jest bardzo dojrzale, świadome. Wbrew pozorom. Jest chyba też zrównoważone. Świat mi się wokół dziecka nie kręci – nie szaleję z niepokoju, jak mu krostka wyskoczy, nie denerwuję się, gdy płacze, bo zęby idą, ale też nie płaczę z nim. Utulam bóle, dzielę radości, uczę funkcjonować na tym świecie, łagodzę górki i dołki, by się dziecko za dużo nie musiało ze światem mordować, póki nie skończyło jeszcze roku. Karmiłam piersią. Chcę jak najlepiej, ale też czegoś tam oczekuję. Wiem, to dziwne, oczekiwać od dziecka poniżej roku. Ale jednak – dość wcześnie nauczyłam dziecko, że warto samo sięgać po smoczek (nie ma ciagle smoczka w buzi, ale jak już ma, to umie go pilnować), że warto samemu trzymać butelkę, samemu jeść, chociażby łapkami. Ja nie z tych matek co ciuciaja. Ale pokroić bym się dała za to słoneczko. Za te bezzębne kiedyś, a dziś juz trochę zębiaste uśmiechy. Za te ciepłe rączki zarzucone mi na szyję. Moje dziecko jest najpiękniejsze na świecie (tak jak dziecko każdej matki jest w jej oczach), ale moje wydaje mi się jakieś takie jak na swój wiek… empatyczne, rezolutne? Zdrowe, stosunkowo łatwe w wychowaniu (wiesz, bez tych tematów typu nieprzespane noce, kolki, ryki, nie je, alergizuje się…). Myślę, że to sukces. Czasem śmiejemy się, że dziecko trzyma dyscyplinę z czasów ciąży. Mój partner natomiast jest najlepszym ojcem na świecie. Naprawdę najlepszym. Ale to akurat nie dziwne, bo jest też najlepszym na świecie partnerem. Chyba jesteśmy po prostu tak ogólnie normalni, poza tym przydługawym epizodem odstawania od normy.

[Wywiad przeprowadziłam mailowo, jako że Ewa nie mieszka w Polsce. Imię mojej bohaterki zostało zmienione, by chronić prywatność rodziny. Ale ponieważ Ewa jest czytelniczką tego bloga i tak się poznałyśmy, możliwe, że zechce zabrać jeszcze głos w komentarzach. Przypominam o kulturze dyskusji, gdyby komuś przyszło do głowy być niemiłym. To nie jest miejsce na obelgi, złośliwości i hejt. Tu rozmawiamy kulturalnie i nikogo nie obrażamy. Jeśli akceptujesz te zasady – zapraszam do komentowania :)]

Komentarze do wpisu: 108 Napisz komentarz

  1. zdziwiona napisał(a):

    Według mnie – strasznie nieodpowiedzialne. Cieszę się, że wszystko się udało, bez komplikacji, są szczęśliwą rodziną. Jednak było to bardzo duże ryzyko, kompletnie izolując się od personelu medycznego i bazując tylko na wiedzy z internetu oraz własnych domysłów można było zrobić wielką krzywdę sobie i dziecku, i zdaje się, że jedynie łut szczęścia sprawił, że wszystko było okej.

    1. Może i nieodpowiedzailne, ale Ewa została skrzywdzona psychicznie przez lekarzy i nikt nigdy nie próbował jej z tej krzywdy wyzwolić (przynajmniej tak wynoszę po przeczytaniu tekstu, zero terapii). Gdyby poddała się leczeniu/terapii może by było inaczej, a tak… nie ma co się dziwić, tylko współczuć. Ja bardziej myślałam przez cały tekst o tym, jak silne są w niej te negatywne uczucia i jakie to musi być straszne, mieć taką niewidzialną granicę, której nie potrafi się przekroczyć.

      1. Morrrigan napisał(a):

        Obie macie rację, na pewno negatywne doświadczenia dotkliwie Ewę zraniły i spowodowały tę psychiczną blokadę. Wiele ludzi tak naprawdę cierpi na coś podobnego, np. dentofobia, i nie jest to coś z czego należy się śmiać… Mimo, że z jednej strony podziwiam jej męża, z drugiej strony uważam, że powinien zachować się inaczej. Powinien zachęcić do pójścia do psychologa. Tego rodzaju zaburzenie wymaga już moim zdaniem terapii – trudno mi sobie w ogóle wyobrazić, żeby nie chodzić do żadnego lekarza przez całe życie… Szczególnie w ciąży, którą przecież Ewa chciała donosić, kocha swoje dziecko – w okresie prenatalnym powinna była zadbać o jego zdrowie i bezpieczeństwo. „Dam życie i umrę” – brzmi przerażająco, czy nawet trochę egoistycznie. Niewątpliwie poziom cierpienia i zwichrowania psychicznego był u Ewy duży. Czy nadal jest? Zabrakło o tym informacji w reportażu – czy Ewa w końcu przełamała się? Może dopiero zamierza zacząć walczyć? A może właśnie nie zamierza? Jak się ta historia zakończyła?

    2. Marta napisał(a):

      Kobiety rodziły tak latami i ba, dalej rodzą. To, co opisano w tym reportażu, to, co wybrała Ewa, przeżywają regularnie Amiszki, czy kobiety w Afryce (na przykład). Tak, mamy dobrodziejstwa nauki i techniki, ale jeśli ktoś postanawia świadomie z nich zrezygnować, to jest od razu nieodpowiedzialny? Nie.
      Nieodpowiedzialne, to jest pić/palić/ćpać w ciąży, wciskać w siebie niezdrowe żarcie, olewać badania krwi. A Ewa wiedziała, że musi dbać o siebie i mimo swoich problemów starała się, jak mogła. Tak, mogło się to źle skończyć, tak samo jak dobrze prowadzona ciąża pod opieką lekarzy. Tak, zgadzam się, że mąż powinien pomóc Ewie, zachęcając ja do terapii i pomocy psychologa, ale nie nazywamy ich nieodpowiedzialnymi.
      Nieodpowiedzialny to był ojciec dziecka, które w zeszłym roku w Rudzie Śląskiej utopiło się w fekaliach. Bo rodząca matka była w szoku, a ojciec dziecka i babcia tegoż nie pospieszyli z pomocą.

      1. Ewela napisał(a):

        Tak, kobiety rodzily tak latami i dalej rodza, ale to sie wiaze ze zwiekszona smiertelnoscia kobiet i ich dzieci. Jasne, ze przy prawidlowym porodzie mozna urodzic samemu, nawet bez sprawdzania informacji w internecie, bo jest to czynnosc fizjologiczna i przez wieki wykonywana bez przygotowania. Problem w tym, ze JESLI COS JEST NIE TAK, wtedy obecnosc lekarza robi wielka roznice.
        Dlatego wydaje mi sie, ze to ogromne ryzyko zakladac, ze wszystko pojdzie OK. Swiadoma rezygnacja z opieki medycznej i opieranie sie na nadziei, ze bedzie dobrze jest potwornie nieodpowiedzialne.
        To, ze dobrze prowadzona ciaza tez moze zle sie skonczyc, to nie jest argument. Bo nie mamy wplywu na bledy lekarzy albo na komplikacje, ktore przerastaja mozliwosci wspolczesnej medycyny. Ale mamy wplyw na to, czy pojdziemy do lekarza czy nie. Rezygnujac z lekarza swiadomie zwiekszamy ryzyko. Moglo zdarzyc sie cos powaznego, co byloby latwe do rozwiazania w szpitalu, ale nie w domu.
        Tutaj na szczescie wszytko dobrze sie skonczylo, ale w przeciwnym wypadku, gdyby porod zle sie skonczyl, to pewnie wiekszosc zgodnie by stwierdzila, ze to wina nieodpowiedzialnosci rodzicow. Tak to juz jest, ze wielu ludzi nie widzi nic zlego w nieodpowiedzialnym zachowaniu, dopoki cos zlego sie nie zdarzy.

        1. Ewa z Reportazu napisał(a):

          To, ze prowadzona przez lekarza ciaza moze sie zle skonczyc jak najbardziej jest argumentuem.
          To ze lekarze popelniaja ogromna ilosc bledow jak najbardziej jest argumentem.
          To ze stan psychiczny matki podczas porodu ma kluczowe znaczenie dla jego przebiegu tez jest argumentem.
          To, ze flora bakteryjna szpitala jest potwornie niekorzystna dla noworodka a ta w domu wrecz mu sluzy, tez jest argumentem.
          Argumentow jest oprocz tego takze wiele innych, z ktorymi pewnie niezbyt chetnie sie pogodzisz.
          Zwiekszona smiertelnosc porodow nieszpitalnych notowana jest w krajach 3 swiata, gdzie przyczyna NIE jest sam fakt rodzenia poza szpitalem i braku dostepu do tych „medycznych cudownosci”, tylko ogolna higiena w trakcie i po, choroby, kondycja i stan odzywienia matek. Ale do statystyki sie wliczaja, wiec zaklamuja potwornie.
          Obecnosc w szpitalu podczas porodu moze miec faktycznie istotne znaczenie dla ciezko chorych ciezarnych, ciezko chorych plodow, ciaz mnogich i innych sytuacji dosc ekstremalnych ktore z racji tego ze ogolnie prezentuja inny stopien ryzyka, to po prostu z wiekszym prawdopodobienstwem moga sie zle skonczyc obojetnie gdzie by sie nie konczyly. Ale ciaza mnoga to tez nie choroba i tez da sie rodzic w domu.
          Wczoraj rozmawialam z pochodzaca z Finlandii 70 letnia dzis kobieta, bedaca jedna z trojaczkow urodzonych w domu. Waga urodzeniowa zadnego z nich nie przekraczajaca 2400g, zyja i maja sie dobrze. Sama urodzila w domu 5,5kg syna.
          Dramatow brak, lobby lekarskie moze juz usiasc w kacie i plakac.
          Wspomniana w reportazu moja babcia [bardzo, bardzo drobna kobieta] – rodzila w domu, jedno dziecko 1800, drugie dziecko 2400. Oba terminowe. Do jednego z porodow polozna nie zdazyla bo tak szybko poszlo, a byly to czasy bez telefonow stacjonarnych i samochodow w kazdym domu. Zadnego z tych dzieci w pierwszych tygodniach zycia nie ogladal lekarz. To 1800g dziecko to obecnie chlop jak byk o zelaznym zdrowiu, a 2400 – zupelnie normalna kobieta o nieprzecietnych zdolnosciach intelektualnych. Skandal, skandal :)
          W Polsce lobby lekarskie i farmakologiczne sa bardzo silne, i maja istotny wplyw na publikacje prasowe. Gdzie tylko maja wplywy tam staraja sie skrzywic obiektywizm badawczy, zeby w razie czego zawsze ocalic swoj tylek, ciepla posadke i wysokie place za uslugi na marnym zazwyczaj poziomie. Do niedawna to wlasnie lobby nawet probowalo forsowac szerzenie w mediach plotki ze porod w domu jest nielegalny. Nigdy nie byl nielegalny, a od 2011 sa na to konkretne przepisy. Ale fajnie i wygodnie jest straszyc ciezarne…

        2. Ewela napisał(a):

          Lobby lekarskie, no niezle. Jestem w stanie zrozumiec, ze masz fobie, ale nie jestem w stanie zrozumiec proby uzasadniania jej poprzez deprecjonowanie roli lekarzy albo ogolnego postepu w medycynie. To nie lekarze sa zli, tylko ty masz problem.

          Uswiadamianie ludzi, ze powinni korzystac z pomocy medycznej to nie jest lobby, tylko EDUKACJA. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z zagrozen bo ich zwyczajnie nie zna (np przeciwnicy szczepionek nie zdaja sobie sprawy z konsekwencji do jakich doprowadzi ich zaniechanie).
          Twierdzenie, ze smiertelnosc noworotkow w krajach 3go swiata, jest spowodowana tylko czynnikami niezwiazanymi z brakiem dostepu do szpitala, to juz po prostu brak wiedzy i zrozumienia czemu sluzy szpital i jaka odgrywa role.

          Obecnosc lekarza jest istotna w kazdym przypadku, kiedy pojawia sie jakakolwiek komplikacja (chociaz to racja, ze nie musi). Pojedyncze porzypadki ludzi, ktorzy przezyli sto lat bez ogladania lekarza (tez takie znam) albo zdrowych osob, ktore urodzily sie w domu, to nie jest argument, ze lekarze sa niepotrzebni! przeciez to absurd.
          Nie kazde dziecko umrze lub urodzi sie kalekie, jak matka nie bedzie miala kontaktu z lekarzem. Po prostu to jest kwestia zwiekszonego prawdopodobienstwa.
          W razie komplikacji dostep do lekarza lub nie, ma znaczenie. I tyle. To samo w calym twoim zyciu. Jesli nie zachorujesz to mozesz sobie nie chodzic do lekarza i pewnie nie bedzie mialo to wiekszego znaczenia.

          Chodzilo mi tez o to, ze za bledy innych nie odpowiadamy i nie jestesmy w stanie im zapobiedz. Natomiast wlasne bledy to nasza odpowiedzialnosc. Wiec jesli trafisz na zlego lekarzaa, to nie jest twoja wina, ale swiadome narazanie dziecka na smierc lub utrate zdrowia, to jest twoja odpowiedzialnosc. Zgadzam sie,ze kobieta powinna miec prawo do decydowania o swoim ciele i
          jestem za nieograniczonym dostepem do aborcji, ale jesli juz sie
          decyduje rodzic dziecko, to nie powinna byc to jej wlasnosc z ktora moze zrobic co chce (np odciac od pomocy lekarskiej albo nie zgodzic sie na transfuzje ze wzgledow religijnych).

          Nieprawda jest, ze tylko powazne przypadki wymagaja interwencji lekarza, bo przeciez jest wiele drobnych problemow (nie tylko w ginekologii), ktore dla wspolczesnej medycyny sa latwe do rozwiazania, a bez niej sa bardzo niebezpieczne.

          Nie mam nic przeciwko rodzeniu w domu, jesli jest to poprzedzone
          badaniami lekarskimi. Bo tez racja,ze szpital nie jest
          najprzyjemniejszym miejscem. Ale to nie znaczy ze nalezy zupelnie
          odcinac sie od lekarzy.
          W ogole ten tekst nie jest wedlug mnie o rodzeniu w
          domu. To jest tekst o odcieciu sie od
          pomocy medycznej i w penym sensie zacheta do takiego braku wyobrazni, bo wszystko konczy sie happy endem. Mam nadzieje,ze twoj przypadek nie posluzy jako zacheta dla zwolenniczek ‚naturalnego trybu zycia’ z dala od lekarzy, lekow i innych zdobyczy cywilizacji, ktore przez niektorych sa uwazane za niepotrzebne, dopoki nie pojawia sie problemy.

        3. Ewa z Reportazu napisał(a):

          A ja mam nadzieje ze tekst bedzie zacheta dla tych ktorzy dobrze rozeznali swoja sytuacje, i nie widzac innego wyjscia zdecyduja sie na scenariusz podobny do naszego ale beda w o tyle lepszej sytuacji niz my, ze beda czuli, ze nie sa absolutnie pojedynczym przypadkiem, ze juz ktos tak zrobil. I ze to jest mozliwe nie tylko w Afryce gdzie nie ma innego wyboru, ale jest tez mozliwe z wyboru. Bo z calego serca bede popierac ta mozliwosc wyboru.
          Nie rozumiem Twojej dwulicowosci. Aborcja dla Ciebie jest ok. Mowisz, ze jestes za nieograniczonym dostepem do aborcji… czyli co, nie obchodziloby Cie to, ze dzieci mialyby byc bez pomyslunku „wyskrobywane” w 20 czy nawet 30 tygodniu zycia prenatalnego (tu nie jestem pewna, ale ponoc dozwolone w UK), ale urodzenie zdrowego terminowego dziecka przeze mnie w domu Ci cholernie przeszkadza. Bo nie daj Boze, znajda sie nasladowniczki i jeszcze ktos szczesliwie urodzi dziecko w domu uniknawszy okolomedycznych upokorzen zwiazanych z prowadzeniem ciazy i samym porodem.
          Mowisz, ze to nie lekarze sa zli, tylko ja mam problem, podobno? Moze i mam ciezka sytuacje, bo po prostu doglebniej to wszystko rozumiem, i odczuwam, ze wzgledu na wage wspomnien. Ale to nie znaczy ze przerozne fora nie sa PELNE przypadkow niekompetencji lekarzy, naduzyc w ginekologii, molestowan nawet, nie mowiac o ogromie przypadkow „zwyklego” niedouczenia lekarzy i „zwyklego” chamstwa, i „zwyklego” lapowkarstwa. Kazda z nas ma kolezanke ktorej lekarz skomentowal niewybrednie a to owlosienie lonowe (lub jego brak), a to wielkosc cyckow, zazartowal mocno niesmacznie, sprawil niepotrzebny bol, a to dotknal nie tak jak powinien [wykraczajac poza obszar badania], robil aluzje. Nie bede przykladow mnozyc, masz ich wystarczajaco nawet w komentarzach do tego tekstu. Ja za to serdecznie dziekuje, nie skorzystam, i na szczescie mam do tego prawo.
          Jakiekolwiek sa zrodla mojej postawy, nie Tobie je ostatecznie i obiektywnie oceniac (choc oczywiscie mozesz je oceniac subiektywnie). A jesli ktos ma podobne, lub i zupelnie inne wlasne powody, to mam nadzieje ze ten tekst zacheci taka osobe do pelnej asertywnosci wobec przedstawicieli zawodu lekarza ktorzy moim zdaniem, maja spoleczne powazanie z definicji a kompletnie na nie nie zasluguja.
          Ale Ty, Ewela, mozesz sobie chodzic do lekarza, przeciez nikt Ci nie zabronil, nawet nie bede pisac co o tym sadze, poza tym, ze to po prostu osobisty wybor, czy ktos z realnej potrzeby lub i bez takiej potrzeby, decyduje sie na cos z czym ja (i zapewniam Cie ze nie tylko ja) sie nie zgadzam.

        4. Ewela napisał(a):

          ehh, to ze urodzilas zdrowe dziecko to byl PRZYPADEK. Tak jakbys skakala do ciemnej wody i albo zlamiesz kregoslup albo nie. A to, ze niektorzy lekarze sa kiepscy to nie znaczy ze cala medycyna jest do ominiecia. Oczywiscie masz prawo nie korzystac, tylko szkoda, ze osoby trzecie mogly na tym ucierpiec (tutaj: twoje dziecko). To jest jak dla mnie cala kontrowersja tego tekstu.
          No nic, powodzenia w zyciu bez medycyny :-)

        5. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Przypadkiem bylo to ze i Ty i ja urodzilysmy sie kobietami, a nie mezczyznami :-) Bo to wiesz, jest albo tak, albo tak, a ludzkosci jest na swiecie z grubsza po rowno plci meskiej jak i zenskiej.
          Natomiast udane porody naturalne to znaczaca przewaga nad skomplikowanymi czy calkiem nieudanymi, wszystko jedno gdzie [na jakim kontynencie, w jakim kraju, oraz czy w domu czy w szpitalu] sie odbywaja. Dzisiejsze statystyki sa tez niezle zaklamane przez cesarki z wyboru itp. Nie pietnuje tego ze ktos chce tak rodzic, uwazam ze to swietnie gdy mozna miec wybor takze w tym zakresie, ale po prostu, jesli w statystyce niektorych wysoko rozwinietych, bogatych krajow zachodnich cesarka konczy sie co 3 ciaza, to zdecydowanie nie daje zadnej wiary temu ze niby jest to wynikiem tego ze az co 3 byla skomplikowana i trzeba bylo koniecznie ciac.
          Nasze poglady co do meritum sie roznia, ale roznia sie tez w detalach, czyli np. w postrzeganiu tego co jest ryzykiem, stopniowaniu ryzyka itp.

        6. Maria napisał(a):

          Hmm zastanawia mnie to co piszesz o tym przypadku… Kurcze wydaje mi się, że urodzenie chorego dziecka jest przypadkiem, a nie na odwrót. Jednak większy odsetek ludzi rodzi się bez komplikacji, a gdybyśmy tak mieli gdybać to przypadkiem również byłoby przejście na drugą stronę ulicy na pasach żywym.

  2. Hmm…tak, jak i zdziwiona, ja również uważam, że takie zachowanie było strasznie nieodpowiedzialne. Czytając ten reportaż, czułam się trochę jak gdybym czytała sci-fi. Z drugiej strony nie potrafię sobie wyobrazić aż tak wielkiego strachu.
    Popieram słuchanie intuicji, wewnętrznego głosu każdej kobiety, ale zdanie się na ślepy los, w kwestii zdrowia dziecka i własnego – nie umiem sobie tego wyobrazić. A przecież nie jestem matką, która chucha i dmucha.

  3. Ewa z Reportazu napisał(a):

    Nie mam potrzeby polemizowac z Wami odnosnie Waszych odczuc, ale sprobujcie spojrzec z drugiej strony. Jak dla mnie koniecznosc przejscia przez to wszystko samodzielnie – byla koniecznoscia wziecia wlasnie na siebie ogromnej odpowiedzialnosci. Odpowiedzialnosci za to co dobre, lub zle mogloby z tego wyniknac, nikogo innego (oprocz partnera) bym nie mogla za to winic ani nikomu dziekowac.
    Ludzie maja tendencje ze wola odpowiedzialnosc rozproszona (a potem czytamy albo zadowolone, albo rozzalone komentarze tu i owdzie „ginekolog zle prowadzil moja ciaze”, „przez mojego lekarza prawie poronilam”). Chodzenie do lekarza nie jest przejawem odpowiedzialnosci, ani gwarantem sukcesu rozrodczego, to jest po prostu osobisty wybor (nie we wszystkich krajach otwarcie uswiadamia sie kobiety ze ten wybor maja, w Polsce proboje sie tworzyc iluzje przymusu prowadzenia ciazy i rodzenia w szpitalu, a pojscie inna droga jest bardzo pod gorke, jesli w ogole mozliwe). I ja tego wyboru u innych nie oceniam, ale swoj podjelam wspolnie z partnerem, a nie wspolnie z np. ginekologofilnymi czlonkiniami forum typu kafeteria czy wizaz.
    Druga kwestia jest taka, ze uwazam, ze Jo Jenkins odrobine przesadza odnosnie „zdawania sie na slepy los” – cialo kobiety jednak jest z natury zaprogramowane na rozrod – czyli na pozytywne przejscie ciazy i porodu. Nie czynmy z tego niewiadomo jakiego cudu, rzadkosci, ze ciaza sie udaje. Przecietna ciaza jak i przecietny porod – nie sa az tak niebezpieczne, jak sie mlode kobiety straszy, inaczej ludzkosc by dawno wyginela. Moja byla bardzo przecietna pod wzgledem fizycznego przebiegu.

    1. Myślę, że drugie dziecko spokojnie mogłabym urodzić w domu i jest to dla mnie coś wspaniałego to, co przeżyłaś. W pełni się zgadzam z tym, co napisałaś. Pocieszam, że są w Polsce szpitale, gdzie położna nie każe przeć i nie straszy, a pozwala naturze zadziałać, a nawet wyjdzie przy najcięższych skurczach :) Pierwszego porodu pewnie nie dałabym rady przejść tak spokojnie, ale byłam dwudziestosześcioletnią siksą [nie, że dwudziestosześciolatki są siksami, ja byłam siksą, zestresowaną, panikującą siksą]. Nie dałabym rady przejść ciąży bez kontroli lekarskiej, bo mam wpojoną potrzebę wiedzy o tym, co się dzieje, ale niesamowicie cię podziwiam, że przeszłaś przez to i potrafisz spokojnie to opisać, wyciągnąć wnioski i wsłuchać się w swoje ciało. Bardzo serdecznie cię pozdrawiam i życzę wszystkiego, co najlepsze dla ciebie i maluszka.

      1. Ewa z Reportazu napisał(a):

        Spokojnie dalabys rade :) Oczywiscie nadal uwazam, ze sa czynniki ktorych nie da sie przeskoczyc, wazna jest wielkosc dziecka, jego ulozenie, ewentualne ryzyka towarzyszace a takze kondycja fizyczna matki. Wiec nie bede mowic ze to by tak zawsze hop siup poszlo, ale ja (tzw. pierworodka) od pierwszego wstania w nocy do narodzenia – 5 godzin, od faktycznych skuroczow do narodzenia – 2 godziny. Etap zasadniczy – ponizej 40 min. Tego samego dnia bylam potem na spacerze… O ile sie wszystko standardowo, dobrze toczy, to cialo kobiety naprawde nie jest jakies zmasakrowane porodem…

      2. Emilia Sz napisał(a):

        W Polsce jest już możliwe rodzenie w domu pod opieką przygotowanej do przyjmowania takich porodów domowych położnej (jest kilka położnych, które się w tym specjalizują). Powstają również tzw. domy narodzin, gdzie poród przebiega w jak najmniej zmedykalizowanych warunkach. Powoli staje się możliwe również prowadzenie porodu przez położną. Jednakże ta opieka położnej nie jest raczej możliwa bez robienia podstawowych badań (aczkolwiek jak widać dało się zrobić badania krwi bez udziału lekarza), a do porodu domowego trzeba przejść kwalifikację (jest podstawowy i oczywisty wymóg: kobieta musi być zdrowa, a przebieg ciąży prawidłowy).

        1. Emilia Sz napisał(a):

          Miało być to pod komentarzem Ewy, a nie Joanny. W każdym razie, Ewo – podziwiam, gratuluję, że wszystko się udało i rozumiem, że nie mogłaś zrobić inaczej :)

  4. Andrzej napisał(a):

    Cieszę się, że matka i dziecko są zdrowe. Mam bardzo liberalne poglądy. Przymuszanie kogokolwiek do czegokolwiek jest takim samym złem jak niewolnictwo czy tortury. Ludzie, kierując się altruizmem, próbują doradzać swoim najbliższym używając zwrotów typu: „musisz”, „nie masz wyboru”, „wszyscy tak robią”. To jest tak, jakby powiedzieć komuś, że nie ma wolnej woli, że jego ciało nie należy do niego, że decyzje nie są jego decyzjami. To ma być pomoc? Jestem wielbicielem wolnej woli. Chcesz rodzić w szpitalu – świetnie. Chcesz rodzić sama w domu – twoja decyzja, ja ją uszanuję. Ktoś, kto chce pomóc nie powie: „musisz urodzić w szpitalu”, powie: „szanuję twoją decyzję, masz moje wsparcie, postaram się poszerzyć swoją wiedzę, by pomóc zminimalizować ewentualne problemy.” Decyzja, o ile nie jest chwilowym kaprysem a racjonalnym rozumowaniem, należy zawsze do kobiety, która zaszła w ciążę. W tym przypadku, rodzenie w domu było jedyną możliwą opcją, ze względu na lęk Ewy przed lekarzami. Czy było to nieodpowiedzialne? – nie wydaje mi się. Zdrowo się odżywiała, robiła badania krwi, dokształacała się. Miała też wsparcie ze strony swojego męża, który próbował negocjować warunki ze szpitalem, a koniec końców sam odebrał poród. To czyni go bohaterem. Ewę zresztą też.
    Niektórzy powiedzą, że istniało wiele zagrożeń. Owszem, mogło dziecko się źle ułożyć, lub dojść do tysiąca innych powikłań. Z drugiej strony w szpitalu też dochodzi do wypadków. Można przeczytać o położnej, której noworodek wyśliznął się z rąk, czy noworodkach zarażonych szpitalnymi bakteriami. Nigdzie nie jest powiedziane, że rodzenie pod okiem lekarza czy akuszerki daje 100% powodzenia.
    Uważam, że komfort psychiczny Ewy pozwolił jej urodzić bez żadnych komplikacji, dzięki czemu historia zakończyła się szczęśliwie.

  5. Tak jak zdecydowanie nie wspieram rosnącego w siłę ruchu wspierającego ideę porodów naturalnych w domu (z różnych względów), tak jest jednak absurdem przyjmowanie z jakimiś wielkimi emocjami faktu, że jakaś matka się na to zdecydowała. Owszem, są pewne interwencje możliwe tylko w szpitalu, owszem, poród jest zdarzeniem ryzykownym, ale to naprawdę nie jest tak, że porody zostały wynalezione przez ginekologów. Mało tego, bardzo długo porody szpitalne zabijały kobiety przez brak odpowiednich warunków higienicznych i dostosowywanie przebiegu porodu do widzimisię lekarzy a nie potrzeb rodzącej etc., a i do dziś ryzyko zakażenia jakimś świństwem jest znacznie wyższe w szpitalu, nie wspominając o ryzyku, że kobieta zostanie zmuszona do przyjmowania określonych pozycji itp, przez co odniesie znacznie gorsze obrażenia albo nacierpi się znacznie dłużej. I nie wspominając w ogóle o takiej drobnostce niebranej pod uwagę w ogóle jak komfort psychiczny matki, który ma ogromny wpływ na przebieg porodu.

    Na świecie całe mnóstwo kobiet rodzi w domu z wyboru i to nie jest żadna sensacja, bo ryzyko powikłań wymagających interwencji medycznej, i to natychmiastowej, jest po prostu małe. W normalnej sytuacji być może należy uznać, że jest ono i tak za duże (chociaż w niektórych państwach się tak wcale nie uznaje, a porody domowe z połozną są wręcz promowane jako bezpieczniejsze niż szpitalne) – ale w takiej sytuacji? W której dla kobiety to byłaby tak wielka trauma? Bohaterka reportażu powinna była po prostu otrzymać mnóstwo wsparcia, a nie jeszcze wysłuchiwać cudzej paniki.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Dziekuje Ci za te slowa. Sama siebie nie mam za np. bohaterke. Raczej za kogos kto nie mogl postapic inaczej. Nie rozumiem, gdy ktos mi wmawia ze to byla fanaberia, egoizm. Odcinkowo to moze tak wygladac, ale to ze dalam sie „namowic” na dziecko z milosci do mezczyzny – nie bylo egoizmem chyba. To, ze zdecydowalismy sie na rodzenie w domu – wymagalo odwagi juz na wstepie – wiedzialam co najmnej ze bede sie konfrontowac z bolem, a kto wie czym jeszcze. Koniec koncow chcialam urodzic, mialam ogromna nadzieje ze to sie uda, ze dziecko bedzie zdrowe, ze nie bedzie komplikacji, ze finalnie – zdolam je pokochac. Niestety nie raz w zyciu uslyszalam, ze jestem wariatka, a moj partner pantoflarzem, bo przeciez w takiej sytuacji „prawdziwy facet” dalby babie w pysk i za wlosy zaciagnal do lekarza. Wlasnie z takimi „prawdziwymi facetami” zdarzalo mi sie w przeslosci bez wahania rozstawac gdy tylko przejawili swoje poglady.

      1. Bardzo mi przykro, że słuchasz takich rzeczy (tekst o pantoflarzu to coś, od czego ręce opadają do piwnicy…), i że coś, co w wielu krajach pewnie udałoby Ci się przeprowadzić o wiele spokojniej, kosztowało tyle dodatkowych nerwów – to naprawdę jest trochę niesamowite, jak bardzo ludziom się teraz nie mieści w głowie, ze mozna nie rodzić w szpitalu. W Polsce jeszcze trochę minie, zanim te ruchy dotrą. Zaznaczyłam na początku, ze ich nie wspieram – głownie z tego powodu, ze zwolenniczki aktywnie promujące to rozwiązanie na całym świecie bardzo bagatelizują ból porodu naturalnego, i zupełnie niepotrzebnie straszą naciąganymi tezami na temat konsekwencji znieczulenia, a już zwłaszcza cesarek. Myślę, że naprawdę wszyscy, i ci od szpitalnego, i ci od domowego, w dość skandaliczny sposób ignorują uczucia i potrzeby matki, pod wygodnym hasłem „ależ chodzi mi o dobro dziecka” przemyca się nie do końca uzasadnione kolejne wymagania… Bardzo się cieszę, że w Twoim przypadku, chociaż musialaś podjąć trudną decyzję – byłoby naprawdę super, gdyby ludzie dostrzegali to, że decyzja o rodzeniu bez znieczulenia sama w sobie może być trudna… – wszystko skończyło się dobrze i pozdrawiam serdecznie.

  6. Wojciech Rosegnal napisał(a):

    Historia na dreszczowiec. Przeżyłem tyle emocji czytając ten tekst, że jestem jeszcze cały rozdygotany. Mętlik w głowie. Tysiąc myśli, czy Ewa nie próbowała kontaktu z psychologiem? Psychiatrą? Trochę to rozumiem, bo kiedy pijany lekarz na pogotowiu siłą mi rozwiercał zęba bez znieczulenia kiedy miałem 5 czy 6 lat trauma dotknęła mnie na wiele lat i skutkiem tego nie mam kompletnego uśmiechu.
    Ale dałem się przekonać po latach, są lekarze, dla których pacjent jest najwyższym priorytetem, a wraz z nim jego komfort.

    Nie oceniam. Uważam tylko, że sprawa dość dziwna biorąc pod uwagę możliwości wyprostowania takiej sytuacji.

  7. Inspirowany napisał(a):

    Z jednej strony podziwiam za odwagę, będąc po jednym porodzie, podczas którego, gdyby nie interwencja lekarzy, mogło byc rożnie, z drugiej mam bardzo mieszane uczucia, chodzi tu o fakt tego, że bohaterka jest w dalszym ciagu pod wielką presją swojej psychiki i nie wiem czy zostanę w odpowiedni sposób zrozumiana, ale jej „przeszłość” może realnie wpłynąć na psychikę jej dziecka i wydaje mi się, że może powinna się zastanowić nad jakimś rodzajem nawet niekonwencjonalnym, terapii. Każdy ma swoje „upiory”.

  8. Kasia Żądło napisał(a):

    Pamiętam komentarz tej Pani pod Twoim tekstem. Bardzo mnie wzruszył i pomyślałam, że to straszne, że ktoś aż tak zrazić się do ludzi którzy mają nam ratować życie i zdrowie. Pozytywna w tej historii jest jednak ta wielka macierzyńska miłość :) Rozumiem, że z dzieckiem do lekarza chodzi maz? Zgadzam się z większością komentujacych, że dobrze by bylo jakos ten lek oswoic. Niezależnie co Pani postanowi życzę dużo zdrowia i szczescia.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Dziekuje. Co do dziecka, staramy sie unikac wizyt ktore uznajemy za niekonieczne, np. zdarzylo nam sie ze 2 czy 3 bilanse odpucic jak nie byly powiazane z czyms w naszej ocenie waznym, szczepieniami np. Bo- jak najbardziej, dziecko jest szczepione, mialo podstawowe badania wykonane oraz rozwoj jest pod kontrola. Ale owszem, mam obawy ze lekarz moze skrzywdzic moje dziecko (w mojej glowie funkcjonuje to tak, ze w kontakcie z lekarzem unikniecie krztywdy jest cudem, a krzywda standardem, a nie odwrotnie), wiec jak maz idzie z dzieckiem w medycznych sprawach cos zalatwic, to dobrze wie, ze ma byc przy dziecku w kazdej sekundzie i ze lekarz moze byc tylko tej samej plci co dziecko.

      1. Kasia Żądło napisał(a):

        Ok, rozumiem. Ja osobiście nie czuje strachu przed lekarzami choc nie przepadam i też nie chodzę częściej niż to konieczne. Jeśli nie jestem w ciąży to w sumie w ogole; moje dzieci też są tylko gdy musza. W dziecinstwie tez przeżyłam niemila sytuacje u pediatry i u dentysty i lekarzy wybieram tylko po sprawdzeniu opini.

  9. Joanna napisał(a):

    Ewo, czy w stosunku do psychiatry/psychologa też masz podobne lęki? Nie chcę krytykować sposobu w jaki Twoje maleństwo przyszło na świat – bo jeśli nie ma przeciwwskazań to poród w domu czy w szpitalu jest decyzją matki z partnerem – i innym nic do tego. Martwię się natomiast o dwie rzeczy. Po pierwsze, że nawet niecelowo „zarazisz” swoim lękiem dziecko. Po drugie, kwestia profilaktycznych badań które mogą zaważyć nie tylko na Twoim zdrowiu, ale życiu. Myślę, że rozważenie jakiejś terapii – oczywiście na takich zasadach które byłyby dla Ciebie komfortowe – to dobry pomysł. I mówię to jako osoba która z pomocy psychiatryczno-psychologicznej korzysta.
    I btw – masz cudownego mężczyznę przy sobie :) zazdroszczę tak ogromnego i bezwarunkowego wsparcia.
    Trzymaj się ciepło!

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Nie mam leku (az takiego?) przed w/w., byly proby terapii, spelzly na niczym a mi bylo szkoda czasu probowac na sile bo wiedzialam, ze to nic nie da, szkoda moich nerwow i pieniedzy. Nie da sie pracowac z kims kto prezentuje wylacznie opor zbudowany na silnych emocjach i z czasem przekonaniach takze, zeby to zmienic, potrzebna bylaby odrobina mojej wlasnej checi, a ta nigdy nie wystapi.
      Nie boje sie tez lekarzy typu okulisty czy stomatologa chociaz zawsze dbam o to zeby z jakimkolwiek lekarzem nie zostawac sam na sam. Moje cialo mimo wszystko reaguje wtedy mimo wszystko lekiem takim wyrazonym w np. pulsie, cisnieniu… boje sie, ze moglabym zemdlec, a wtedy juz stracic kontrole nad tym co mogloby sie dalej dziac. Innymi slowy, np. ta sytuacja z pobieraniem krwi w samochodzie byla dla bezpiecenstwa dziecka tak rozegrana, nie chcialam wahan cisnienia w ciazy, samo pobranie krwi (juz po porodzie) jakos znioslam w warunkach „normalnych”, w pewnym sensie przy swiadkach wrecz.
      Mezczyzna…tak, jest bardzo dobrym, rozumiejacym i dyplomatycznym czlowiekiem. Ludzie ogromnie do niego lgna. Sama po tym wszystkim oceniam go na bohatera. A i zwiazek ktory tworzymy, przetrwal juz niejedna burze, i po okolo 10 latach plonie tym samym plomieniem :)

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Rzeczywiscie, Matylda ma talent, nie sadzilam ze kosztuje to az tyle pracy. Jak dostalam reportaz do akceptacji, to naprawde bylam bardzo mile zaskoczona. Nic nie chcialam zmieniac, tylko pare rzeczy doprecyzowalam, bo wiadomo, jak mnie autorka dobrze zrozumie, to i czytelnik koncowy dobrze zrozumie. Ale w zasadzie oprocz jednego czy dwoch zdan, poszlo w wersji pierwotnej… zdolna bestia i bardzo empatyczna, bo to wymagalo wczucia sie. Ale i tez nielatwo bylo mnie na poczatku do udzielenia wywiadu przekonac, wczesniej zetknelam sie z bardzo nieprofesjonalnym podejsciem do tematu (np. checia wykorzystania mojej historii do PROMOWANIA chodzenia do lekarza).

      Troche mam po wszystkim obaw, ze kiedys ten reportaz zacznie zyc swoim zyciem, tzn. zwyczajnie zostanie ukradziony, zmodyfikowany i sprzedany jako zupelnie inna historia z zupelnie innym przeslaniem, jak wiemy, niektore gazety czy portale doskonale to potrafia.

  10. Historia jak na dzisiejsze czasy wydaje sie nieprawdopodobna. Współczuję takiego lęku i traumy przed lekarzami. Ale jestem pod wrażeniem, że naprawdę da się ominąc cały system w którym żyjemy.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Na poczatku tez sobie nie wyobrazalam ze sie da, myslalam ze nigdy nie zajde w ciaze, a jesli zajde przypadkiem to od razu popelnie samobojstwo bo tak bedzie lepiej.
      Ustawienie swiata po swojemu wymagalo bardzo wiele samozaparcia, wspolpracy z partnerem, i wlasciwie prowadzenia zycia w 2, a czasem nawet 3 krajach naprzemiennie. Skutkiem UBOCZNYM jest calkiem niezle dzialajaca wlasna firma, funkcjonujaca dosc elastycznie. Wszystko, byle tylko zawsze uciec przed tym co niechciane…

  11. Magdalena Jawor napisał(a):

    Jednym marzeń jest to, by kiedyś porody domowe były równoważną alternatywą dla szpitalnych. Dom jest lepszym miejscem na poród niż szpital – jest miejscem znanym i bezpiecznym dla przyszłej mamy, jego flora bakteryjna jest duuużo bardziej nieszkodliwa, niż ta szpitalna, nikt rodzącej nie popędza, nie nastaje na niepotrzebne przyspueszanie akcji porodowej, wokoło są tylko znajome osoby… Rozumiem, że są sytuacje, gdzie poród w szpitalu jest konieczny, ale kobiety powinny być jeśli nie zachęcane, to przynajmniej wspierane w możliwości wyboru. Jak pokazuje reportaż, stan psychiczny mamy po porodzie ma niebagatelny wpływ na przyszłe relacje z dzieckiem, co często w ogóle nie jest brane pod uwagę przez personel szpitalny. Poza tym – szpital to miejsce dla chorych, a ciąża i poród to nie choroby

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Dom daje ogromny spokoj, nawet w tak emocjonalnie zaawansowanych sytuacjach. Przypominam – zwykly porod domowy bylby jednak z polozna i z postanowieniem, ze w razie czego jednak mozna do szpitala, co u nas bylo definitywnie wykluczone.
      A jednak ostatnia rzecz jaka moge o sobie powiedziec, to ze sie balam, ze mialam poczucie zagrozenia, czy niezrecznosci rodzenia. Nic z tych rzeczy, bylo ciezko, ale z cala pewnoscia super spokojnie, z poczuciem bezpieczenstwa, bycia w dobrym miejscu do rodzenia i wola dazenia do celu.

  12. Pani Ewo,

    jestem lekarzem ginekologiem w trakcie specjalizacji. Pani historia jest wyjątkowa, gdyby potrzebowała pani porad w razie ewentualnej drugiej ciąży, służę pomocą, na tyle na ile mailowo można wyjaśnić różne zagadnienia (oczywiście nieodpłatnie!). Pewnym rozwiązaniem byłoby, gdyby ewentualnie w drugiej ciąży wskazane było rodzenie w warunkach szpitalnych, wybranie prywatnego szpitala (tak, wiem jest to na pewno bardzo droga sprawa), ale prawdopodobnie jest to jedyna szansa, że personel zachowa się według ustalonych zasad. Pozdrawiam i życzę dużo radości w macierzyństwie:)

    Agata Wolny (gagatonn@gmail.com)

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Dziekuje za propozycje, to mily gest, aczklwiek jak pani na pewno wie, medyczna porada przez internet rzadko jest mozliwa i sensowna (wtedy trzeba czasem nawet pozostac z watpliwosciami), a bezposrednia diagnoza nie wchodzi w gre w zadnych okolicznosciach.
      Zycze pani udanej kariery w zawodzie lekarza, satysfakcji z witania na swiecie nowego zycia oraz zachowania empatii i serca do pacjentow. Chyba dobrze Pani rokuje, tak ogolnie, pominawszy moj specyficzny przypadek.

  13. makate napisał(a):

    Historia jest niesamowita, bardzo mnie poruszyła już wtedy kiedy przeczytałąm jej krótki fragment w komentarzu.
    Nigdy nie doświadczyłam tak silnego lęku, ale rozumiem że może być on nie do przezwyciężenia – i dlatego Ewo niesamowicie podziwiam Ciebie za to co zrobiłaś. A osobom, które piszą w komentarzach o tym że było to bardzo niebezpieczne czy wręcz że było nieodpowiedzialne – doradziłabym zatrzymanie pewnych uwag dla siebie. Oczywiście, w porodach domowych może dojść do komplikacji, ale tak naprawdę szanse na to, że wszystko się dobrze potoczy są bardzo duże. I w Twojej sytuacji Ewo uważam że postąpiłaś niesamowicie odważnie biorąc odpowiedzialność na siebie. I ogromne wyrazy podziwu również dla męża!

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Dziekujemy za dobre slowo! Ani ja nie jestem superbohaterka, ani to co zrobilismy z partnerem, nie bylo super bezpieczne, ale nie bylo tez super niebezpieczne. Rola meza nieoceniona, cale szczescie ze nie mdleje na widok krwi ;)
      Niektore wybory sa konieczne i trudne i z cala pewnoscia jest to bolesne jest gdy ktos to krytykuje patrzac na sprawe bardzo plytko, nie argumentujac nawet ad meritum. Bo latwo jest rzucic zlosliwoscia, ze na pewno jestem biedna, niewyksztalcona i ze wsi i dlatego jestem nieuswiadomiona w temacie dbalosci o zdrowie (z czego zgadzaloby sie tylko ze ze wsi, ale nie wydaje mi sie ze ma zwiazek z tematem). I w ogole, dosyc czesto uragliwe argumenty ad personam, ale to nic dziwnego w sieci (w zyciu prywatnym nie epatuje ta historia).

  14. martyna napisał(a):

    Gdy miałam 4 lata musiałam mieć wycięte migdałki. Zrobiono mi to w sposób podły i okrutny. Chociaż lekarze umawiali się z moją mamą, że będę pod narkozą zrobili mi to całkowicie na żywca. Posadzili mnie na wózek inwalidzki, powiedzieli, że jedziemy na wycieczkę. Bardzo się cieszyłam, wierzyłam lekarzom i nie bałam się ich. Wycieczka była krótka. Wjechaliśmy na salę opracyjną, pielęgniarka przywiązała mnie do wózka, na którym siedziałam i na siłę stworzono mi buzię. Bez żadnego znieczulenia, bez żadnego wyczucia nawet ani poczucia, że ma się do czynienia z żywym dzieckiem szczypcami wyrywali mi te migdałki. Do dziś pamiętam to uczucie, ten ból, wszędzie krew. Nie mogłam zrozumieć jak można było coś takiego zrobić drugiemu człowiekowi. To były czasy, kiedy rodzice nie mogli być z dzieckiem w szpitalu, więc po tym wiele godzin spędziłam zupełnie sama. Gdy moja mama przyszła pierwsze co do niej powiedziałam było: „Mamo, czy ty wiesz co oni mi zrobili?”. Jestem w stanie tylko sobie wyobrazić co musiała czuć matka w takiej chwili. Ciąg dalszy był oczywisty. Panicznie bałam się lekarzy. Nie pozwalałam nikomu zbliżyć się do mojej twarzy, uciekałam ze szkolnych szczepień, nie dawałam sobie pobrać krwi, u dentysty dostawałam paniki. Byłam pewna, że teraz każdy lekarz zrobi mi to samo. Żyłam tak przez kilkanaście lat, bez badań, do lekarza chodziłam tylko z przeziębieniem ale i tak bałam się, że dał mi np. złe leki i po nich umrę. Gdy poszłam na bilans 16-latka i pani doktor powiedziała mi „no to teraz zrobisz nam tutaj mały striptiz” obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pójdę do żadnego lekarza. Obiecałam sobie, że w ciążę też nie zajdę bo będę musiała iść na pobranie krwi i na pewno zrobią mi przy tym krzywdę. Gdy miałam 17 lat zaczęłam się gorzej czuć. Wszystko mnie bolało, byłam ciągle zmęczona, miałam obniżony nastrój. Kilka razy wylądowałam w szpitalu ale nie dałam sobie nic zrobić ze strachu. Lekarze jak to lekarze – zero zrozumienia tylko krzyk, pretensje i brak chęci pomocy. Po kilku tygodniach było ze mną już tak źle, że nieprzytomną, z 42 stopniami gorączki mama zawiozła mnie do szpitala. To był horror. Mimo, że miałam prawie 18 lat płakałam, kiedy mama zostawiała mnie tam samą. Do pobrania krwi zmusili mnie siłą, 5 osób mnie trzymało… Musiałam przejść jeszcze mnóstwo gorszych badań jak biopsja szpiku, biopsja skóry, gastroskopia, kolonoskopia. Rezonans magnetyczny przy mojej panicznej klaustrofobii był horrorem ale oczywiście nikt tego nie rozumiał, wszyscy się ze mnie śmiali. Spędziłam w szpitalu pół roku. Pół roku ciągłego strachu, upokorzeń, bólu. Nie raz podano mi źle leki albo zastrzyki, więc musiałam tego sama pilnować, sprawdzać etykiety. Nie byłam w stanie nawet ze stresu skorzystać tam z toalety, wiec czekałam cały tydzień aż dostanę przepustkę na weekend do domu… Okazało się, że mam rzadką i ciężką chorobę autoimmunologiczną. W końcu wyszłam ze szpitala ale wcale nie było lżej. Od leków spuchłam i wypadły mi włosy. Od leżenia pół roku zanikły mięśnie. Wyglądałam jak potwór. Musiałam od nowa nauczyć się chodzić. Długo czekałam, aż znowu będę ładna. Straciłam wszystkich znajomych. Dzisiaj mam 24, od tamtej pory minęło 6 lat. Pozwalam już sobie pobierać krew bo okazało się to lepsze niż przytrzymywanie siłą przez lekarzy. Chcę kiedyś rodzić ale tylko w prywatnym szpitalu. Badam się regularnie bo muszę. Po drodze zachorowałam na jeszcze jedną chorobę przewlekłą. W sumie to dopiero teraz zaczęłam normalnie żyć ale zdarzają się jeszcze gorsze dni. Skutki tamtych wydarzeń odbijają się we mnie cały czas, ale to już inny temat… Lekarze naprawdę potrafią zrobić z życia koszmar.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      To bardzo smutne, ze na swiecie dzieja sie az takie rzeczy… w porownaniu z Toba, moja historia jest jednak bardziej o psychicznych urazach, o strachu zbudowanym na sytuacjach ktore byly „o maly wlos”, natomiast Ty musialas naprawde przezyc wiekszosc z tego co bywa trescia moich najgorszych koszmarow, balam sie ze przeczytam w koncu, ze lekarz Cie zgwalcil… Mam nadzieje ze uda Ci sie jakos poukladac zycie z takim bagazem tragedii. Bo to zawsze indywidualne, jak czlowiek mialby sobie z tym radzic dalej, jedni nie wytrzymuja i traca w ogole chec do zycia, siegaja do rozwiazan ostatecznych, inni sa otwarci na terapie i wierza ze cos to da, a jeszcze inni szukaja wlasnych rozwiazan, czasem takich ktorym reszta swiata moze sie tylko dziwic… Trzymaj sie cieplo.

  15. qulqa napisał(a):

    Ewo, jak byś się czuła, gdyby dziecko podczas porodu lub po porodzie umarło?
    Jak czułby się Twój partner, gdybyś umarła Ty? Albo i Ty, i dziecko?
    Czy potrafilibyście z tym żyć?
    Skoro jesteś poza Polską, to w dużej części krajów Europy legalny jest poród domowy z pomocą położnej. Nie myślałaś o tym?
    Co zrobisz, jeżeli Wasze dziecko poważnie zachoruje i będzie wymagało hospitalizacji (czego Wam oczywiście nie życzę).

    Jako osoba, której Najbliżsi zostali wielokrotnie uratowani przez współczesną medycynę (ostra białaczka – leczenie i przeszczep szpiku, rak piersi – operacja, rak macicy – operacja, chemioterapia, naświetlania itp) i którzy wiele lat po leczeniu mają się świetnie, nie potrafię zrozumieć dobrowolnego narażania siebie i najbliższych na możliwe powikłania i śmierć. To dla mnie jak przespacerowanie się piechotą przez ruchliwą autostradę – może się uda, może nie uda.

    Oprócz emocji mamy jeszcze rozum. Diagnozy dotyczącej lęków stawiać nie będę, nie moja działka, ale też mam w rodzinie osobę z nerwicą lękową, może nawet tak nasiloną jak Twoja (tyle że dotyczącą czego innego), która po wieloletniej psychoterapii u znakomitego psychologa świetnie funkcjonuje i radzi sobie z lękami. Podkreślam słowa – wieloletniej oraz znakomity psycholog. Oczywiście nie jest to regułą.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Jak bys sie qulqa, poczula gdyby podczas porodu lub po porodzie w szpitalu umarlo Twoje dziecko i jasnym byloby ze jest to albo bezposrednia wina lekarzy albo wina zarazenia sie jakims swinstwem w szpitalu?
      Jak czulby sie Twoj partner, gdybys to Ty umarla w wyniku bledu personelu medycznego, albo gdybys w szpitalu zostala zarazona jakims swinstwem?
      A mozna bylo tego uniknac… :(
      Zawsze wybor jest indywidualny a kazdy niesie ze soba game plusow, i minusow, i ich pula jest rozna.
      Porod z polozna nie bylby dla mnie satysfakcjonujacym rozwiazaniem, personel medyczny to personel medyczny a polozna mialaby i tak taka sama wiedze jak i my, no, tyle ze troche wiecej doswiadczenia. Ponadto polozna w razie gdyby sytuacja robila sie nieco mniej standardowa, moglaby chciec wzywac pogotowie, policje, przeprowadzac „ratunek” wg. swoich standardow, nawet sila, wbrew mojej woli. Na to nie moglam sobie pozwolic.
      Z partnerem wszystko bylo tak ustawione, ze oboje liczylismy sie z kazdym scenariuszem, i na kazdy mielismy postanowione co wtedy robic (ale wybacz, ta czescia nie bede sie z Toba dzielic, tak jest lepiej dla mnie). Na pewno jednak najbardziej bylismy nastawieni na scenariusz pozytywny. Jestesmy optymistami, w przeciwnym razie czlowiek musialby stwierdzic ze nie ma po co zyc, lepiej od razu sie do trumny polozyc, przeciez i tak sie to zycie kazdemu z nas w ten sam sposob skonczy.
      Mysle ze Ty i ja, mamy na ten temat po prostu rozne zdania i chyba „sie nie dogadamy”. Moje zdanie to owszem, mix urazow, doznanej krzywdy i wyniklego z tego stanu psychicznego, ale tez – z czasem budowanych i utrwalonych pogladow, zarowno na temat tego „jacy sa lekarze” jak i tego „jak nalezy obchodzic sie z wlasna intymnoscia”, od poczatku podzielal je moj partner, a z czasem nawet coraz bardziej. Wizyty u lekarza oboje uwazamy za zbedne (tak, partner tez nie chodzi, z wyboru a nie z traumy).
      Pozwole sobie nie przekonywac Cie do , bo jest mi kopodzielania moich pogladow, bo jest mi kmpletnie obojetne to jakie obcy ludzie maja stanowisko na ten temat wobec siebie samych, byle z dala z tym ode mnie i mojej najbliszej rodziny. Wiem, ze sa kobiety ktorym niemalze nie przeszkadza, ze w szpitalu klinicznym na oddziale ginekologicznym sa rozlozone jak kurczak na roznie, a w krok gapi im sie 2 profesorw, 10 studentow plci obojga, a w miedzyczasie sprzataczka przy otwartych drzwiach zmywa podloge. Sa ludzie tacy, i tacy, i sa takze ci posrodku. Natura stworzyla nas roznymi.
      Uwazam tez ze naturalny porod, nawet bez poloznej nie jest az tak niebezpieczny jak starasz sie zobrazowac. Owszem, nie dla kazdego, nie w kazdym przypadku, itp. Ale to jest kwestia indywidualnej predyspozycji, decyzji, tolerancji na bol, czasem np. tez odwagi. I mysle, ze zdajdujesz sie troche na drugim koncu skali, jesli uwazasz, ze bylo to az tak niebezpieczne jak spacerek przez ruchliwa autostrade.

      1. qulqa napisał(a):

        Ewo, opieram się wyłącznie na statystykach śmiertelności okołoporodowej matek i noworodków – na pewno je dokładnie znasz. Oczywiście, że czułabym się tragicznie źle w sytuacjach, o których piszesz, ale statystyka jest nieubłagana i nawet mój jednostkowy przypadek nie podważyłby zaufania do współczesnej medycyny jako takiej. Dziecko i matka mogą umrzeć i w najlepszej klinice, i w domu – ale jednak w najlepszej klinice szanse, że przeżyją, są dużo większe. Poród domowy nie jest jakimś wybitnym heroizmem, tysiące kobiet robi to i w tzw. cywilizowanych krajach, i w krajach, gdzie dostęp do opieki zdrowotnej jest praktycznie zerowy. Czym innym jest jednak świadomy wybór i potencjalne narażenie z założeniem ‚co by nie było, nie wołamy karetki’, a czym innym brak możliwości wyboru.

        Nie mam zamiaru Cię do niczego przekonywać, jesteś dorosła i to są Twoje wybory.

        Powtórzę jednak jeszcze raz pytanie, które na pewno sobie zadawałaś. Teraz, gdy kochasz nad wszystko swoje dziecko, co zrobisz, jeżeli zachoruje ono np. na koklusz i będziesz wiedziała, że jedyny ratunek to leczenie szpitalne z intensywną terapią włącznie? Metoda Ani Shirley nie u każdego dziecka da wyleczenie. I co zrobisz, jeśli np. wybadasz sobie guzek piersi albo zaczniesz patologicznie krwawić czy choćby będziesz miała objawy głupiego zapalenia wyrostka robaczkowego? Przełamiesz lęk i pójdziesz do lekarza czy będziesz wolała potencjalnie osierocić dziecko?
        Oczywiście nie życzę Ci konieczności stawania przed takimi wyborami i decyzjami, ale jeśli jesteś osobą odpowiedzialną, nie uciekniesz przed nimi.

        1. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Odpowiedzi na wszystkie Twoje pytania zawieraja sie w reportazu, w skrocie: tak, w ostatecznosci jestem gotowac umierac, tak jak liczylam sie z mozliwoscia smierci przy porodzie, chociaz na pewno nikt do tego nie zmierzal. Nie wiem jakiej jeszcze deklaracji ode mnie oczekujesz. jest dokladnie tak jak myslisz, nie zamierzam nigdy w zyciu pojsc do lekarza – ani z guzkiem, ani z krwawieniem, ani z odpadnietym cycem.
          Robie co moge zeby nie musiec „mlodo umrzec”, ani przy porodzie czy w okolicznosciach z tym zwiazanych, ani w zadnych innych. Wiem co znaczy dbac o siebie i zdrowo zyc, jednoczesnie trzymajac sie od lekarzy na naprawde duza odleglosc. Uprawiam sport, zdrowo sie zywie, pilnuje wagi, mieszkam w naprawde pieknym i zdrowym otoczeniu, moje zycie nie jest jakos specjalnie obfitujace w stresy, nie przepracowuje sie (chyba ze jestem w ciazy ;-)… Maz tez o siebie dba. Statystyki sa w tej sprawie mowia ze taka postawa sie oplaca. Mam tez szczescie pochodzic z rodziny w ktorej wszyscy byli zdrowi, zadnych rakow, zawalow i innych przyczyn przedwczesnych zgonow, dobre geny, dozywali co najmniej 80 lat, nierzadko blisko 100 lat, prawie nie widujac lekarzy (cala rodzina nie zieje nienawiscia do lekarzy, ale coz, taki np. dziadek, do 3 roku zycia ssal cyca, bo byly ciezkie czasy, wojna, brak „sloiczkow dla niemowlat”, a potem reszte zycia kazde przeziebienie czy grype leczyl czosnkiem, ponoc chorowal raz na 10 lat, za kazdym razem po 3-4 dni, cyborg). Chyba jednak warto inwestowac w zdrowie i odpornosc.
          A co los mi w sprawie dlugosci mojego zycia przygotowal – zobaczymy. Damy rade bez bialych kitli jesli chodzi o mnie. Polecam troche wiecej optymizmu, statystyki mowia ze pesymisci zyja krocej, i niestety nie wiem, czy chodzenie do lekarza cos tu pomoze :-)

        2. qulqa napisał(a):

          Ja też pochodzę z długowiecznej rodziny, dziadkowie i ich rodzeństwo (ci których nie zastrzelili Niemcy lub Rosjanie) -zmarli ze starości w wieku powyżej 95 lat, ciotki i stryjowie – aktualnie powyżej 70-tki, wszystko zdrowe jak dęby.
          I co z tego?
          Moje pokolenie (jestem dużo starsza niż statystyczny czytelnik tego bloga) – białaczka, rak jeden, drugi, trzeci. Kuzyni w dalszych liniach, więc raczej można wykluczyć dziedziczony defekt genetyczny. A wszystko wysportowane, chude, dbające o siebie, w większości wegetarianie.

          Oczywiście życzę Tobie i Twojej rodzinie stu lat życia bez chorób.
          Statystyki są jednak nieubłagane i nie ma co zaklinać rzeczywistości. Nie pesymizm, realizm :)
          Na szczęście współczesna medycyna uratowała moich bliskich.
          Też czysta statystyka :)

        3. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Ani nie przyznam Ci racji, ani nie ide w tych tematach na zaden kompromis, po prostu. Mysle ze nie ma sie co trzesc nad soba. Jak przyjdzie umrzec to sie umrze, moj ojciec mowi – kazdemu „swieczka” tak dlugo sie pali, dopoki nie zgasnie :) Nie bede tego knota uporczywie polewac benzyna, niektorzy tak wybieraja, deal with it. Tobie tez wszystkiego dobrego, z lekarzami, czy bez, Twoj prywatny wybor. Ciao!

  16. Nawet nie miałem zamiaru czytać tego artykułu. Przeczytałem tytuł, kilka pierwszych słów i zdań. Nie mogłem się oderwać. Musiałem doczytać do końca, poznać tę wyjątkową historię Ewy. To nie jest tylko historia porodu. To historia świadomości i wyboru. To historia pokazująca, czym tak naprawdę jest wolność każdego człowieka. Oczywiście wiele osób w łatwy sposób zacznie oceniać decyzje bohaterki. Jednak takie osoby, robią to najczęściej z lęku. Jest to lęk przed odpowiedzialnością za swoje życie i życie swoich bliskich. Jest to lęk przed stworzeniem idealnego związku, w którym partnerzy rozumieją się i akceptują się w pełni. To lęk przed bezgraniczną miłością, która może zarówno tworzyć, jak i też prowadzić do destrukcji. To akceptacja zarówno dobrych jak i złych konsekwencji własnych decyzji.

    Nie mogłem oderwać się od tej historii, ponieważ pokazuje ona, że są na tym świecie ludzie odważni. Ludzie, którzy są odpowiedzialni za swoje własne życie. Dla mnie była to ogromna odwaga, każda decyzja pociąga za sobą konsekwencję. Tu był cały łańcuch tych konsekwencji. A Ewa dała sobie radę. Myślę, że jest teraz szczęśliwa. A jest to szczęście wyjątkowe, ponieważ sama miała odwagę po nie sięgnąć. Życzę Ci wszystkiego dobrego Ewo:)

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Podoba mi sie Twoj komentarz, ktory nie kreci sie wokol porodu. Bo tak jak mowisz, to jest kwestia WOLNOSCI. U mnie pragnienie wolnosci swoja najwieksza wage i sposob przejawienia sie ma wlasnie w okolicach tych tematow. Ale przeciez to nie tylko o to chodzi, nie tylko o rodzenie, o posiadanie dzieci, o nagosc, czy o to co kobieta ma w kroku i komu bedzie to pokazywac lub nie. Chodzi o zdolnosc wspolpracy z drugim czlowiekiem, o tworzenie tej wyjatkowej jakosci zwiazku z drugim czlowiekiem, o podejmowanie decyzji wlasnych i wspolnych z tym czlowiekiem z ktorym sie dzieli zycie a nie z tlenionymi blondynami z portali typu solarium.pl W trakcie realizacji, a takze potem, na koncu tej drogi trzeba sie czuc odpowiedzialnym za to co sie zadecydowalo i za to co z tego wyniklo. Nie kazdy jest zdolny do wolnosci…
      Pozdrawiam serdecznie czlowieka na bardzo wysokim poziomie intelektualnym :)

    2. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Podoba mi sie Twoj komentarz, ktory nie kreci sie wokol porodu. Bo tak jak mowisz, to jest kwestia WOLNOSCI. U mnie pragnienie wolnosci swoja najwieksza wage i sposob przejawienia sie ma wlasnie w okolicach tych tematow. Ale przeciez to nie tylko o to chodzi, nie tylko o rodzenie, o posiadanie dzieci, o nagosc, czy o to co kobieta ma w kroku i komu bedzie to pokazywac lub nie.
      Chodzi o zdolnosc wspolpracy z drugim czlowiekiem, o tworzenie tej wyjatkowej jakosci zwiazku z drugim czlowiekiem, o podejmowanie decyzji wlasnych i wspolnych z tym czlowiekiem z ktorym sie dzieli zycie a nie z tlenionymi blondynami z portali typu solarium.pl
      W trakcie realizacji, a takze potem, na koncu tej drogi trzeba sie czuc odpowiedzialnym za to co sie zadecydowalo i za to co z tego wyniklo. Nie kazdy jest zdolny do wolnosci…
      Pozdrawiam serdecznie czlowieka na bardzo wysokim poziomie intelektualnym :)

    3. Lidia nas napisał(a):

      To odwaga czy tchórzostwo? Bo już z tą odpowiedzialnością to naprawdę pojechałeś. A gdyby dziecko po porodzie zaczęło się np. dusić i by umarło lub wskutek braku koniecznej pomocy medycznej zostało kaleką na całe życie? To jest odpowiedzialność? hm..

      1. Łatwo jest mierzyć wszystkich własną miarą. Trudno natomiast pozostawić życie innych w ich własnych rękach. Warto pokazywać całą perspektywę, masz prawo mieć swoje zdanie. Jednak, czy masz prawo oceniać innych, tylko dlatego, że masz inny punkt widzenia? Czy uważasz, że Twój światopogląd jest lepszy, niż światopogląd Ewy? Ja nie uważam się za lepszego od Ewy, to była jej decyzja i jej odpowiedzialność. To była jej odwaga. Czy masz monopol na prawdę? Ja nie mam, więc decyzję Ewy pozostawiam dla niej samej.

    4. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Odpisalam Ci ale komentarz wisi jako do akceptacji, w sumie nie wiem czemu, moze przez „link” ktory sie w nim znajduje, ktory z definicji nie mial byc linkiem. W kazdym razie dziekuje za dobre slowo oraz bardzo doceniam szersze zrozumienie tematu wolnosci i odpowiedzialnosci, niz tylko kwestie rodzenia.

      1. Dziękuję Ewo. Do wolności i odpowiedzialności trzeba dorosnąć. Jednak Ty dobrze o tym wiesz. Pełna akceptacja decyzji drugiego człowieka nie jest prosta. Sama pewnie spotykasz się z tym na co dzień. Jednak jak pokazałaś, nie przejmujesz się tym. Żyjesz własnym życiem i to jest najpiękniejszy sukces.

  17. ulciakk napisał(a):

    Bardzo spodobał mi się ten tekst. Cudowny. I tak mnie naszła myśl… a akuszerka? Jak się człowiek uprze i dobrze poszuka są jeszcze (tak, tak – w dzisiejszych czasach, chociaż jest ich mało) akuszerki. To takie kobiety, które pomagają rodzić w domu. Nie są one personelem medycznym, bazują one na doświadczeniu (swoim i przekazywanym przez pokolenia kobiet rodzących w domach) – nie na studiach medycznych. Może to jest jakaś opcja dla kobiet przerażonych szpitalem, jak bohaterka tekstu?

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Mysle ze moglby byc z tym problem, dlatego, ze nie rodzilam w Polsce – innymi slowy – akuszerek tu nie ma. Jest „odpowiednik” akuszerki, i jest to wlasciwie zawod, mocno okreslony prawnie co wolno a co nie. Rozmawialam z taka pania i powiedziala, ze po pierwsze musialabym miec ciaze prowadzona „normalnie” (przez lekarza lub polozna), z absolutnie wszystkimi badaniami i bardzo dobre wyniki nie budzace watpliwosci, ze mozna rodzic w domu. Po drugie ta „tutejsza akuszerka” nie ma prawa odbierac porodu samodzielnie, tylko i wylacznie wspolnie z uprawniona polozna (co ciekawe, nie wszystkie polozne sa uprawnione do tego by odbierac porody domowe). Musi tez w razie czego byc umowiony (powiadomiony) szpital. Innymi slowy – na krzywy ryj pani by sie tego nie podjela bo moglaby odpowiadac prawnie gdyby cos nie poszlo.
      Podsumowujac – gdybym chciala to zrobic tak jak mowisz (co z pozoru wydaje sie niezlym pomyslem), to skonczyloby sie na koniecznosci prowadzenia ciazy (wykluczone!) oraz rodzeniu wprawdzie w domu, ale w towarzystwie dwoch obcych bab, z czego jedna i tak bylaby z typowo medycznego srodowiska. Nie da rady z taka publika. A jeszcze do tego ryzyko ze jakby cos sie zaczelo dziac nie tak, to by te baby spanikowaly i wezwaly karetke, silowo jakos chcac ratowac sytuacje.

      1. ulciakk napisał(a):

        Qrcze, no to rzeczywiście kiepsko. W sumie nie dziwię się, że próbują się zabezpieczyć na wszystkie możliwe sposoby. W Pl jednak nadal można się inaczej porozumieć i obejść tę całą medyczną część. Cieszę się, że Ci się udało. I życzę duuużo szczęścia, no i zdrowia oczywiście dla całej rodziny ;)

        1. Ewa z Reportazu napisał(a):

          W Polsce raczej tez zachowuja ostroznosc i ja szczerze mowiac tez sie temu nie dziwie. Kazdy ma swoje standardy pracy, swoj poziom ryzyka ktory jest w stanie podjac, zakres odpowiedzialnosci zawodowej, itp. Dziekuje, na szczescie juz po „wszystkim”.

  18. Lidia nas napisał(a):

    Przyznaję, że trochę irytująca jest ta fobia zakrawająca na
    histerię typu: „bo tak mam i koniec i będę się tego trzymać!”
    Oczywiście rozumiem, że kontaktu z lekarzami się nie lubi, szpitali się
    nie lubi, ale żeby aż tak? Żeby w samochodzie pobierać sobie krew? Nie
    mogła przyjść do domu jakaś znajoma pielęgniarka, sąsiadka czy koleżanka
    koleżanki i nie w kitlu a zwykłych prywatnych ciuchach? To czego ona
    się boi? Szpitali i personelu medycznego, posiadanego przez kogoś
    dyplomu? A prywatnie jak na przyjęciu się dowie, że teściowa brata
    szwagra jest pielęgniarką to ucieknie z krzykiem?… Czy istnieje jakiś
    powód tej strasznej fobii? Czy w dzieciństwie doszło do gwałtu? Bo
    przecież nie może chodzić o te dwie opisane sceny? Traumę szpitala w
    dzieciństwie przeżył prawie każdy z nas, a próba rozebrania na siłę na
    szczęście się nie powiodła, więc o co chodzi? Na szczęście wszystko
    dobrze się kończy i trzymam kciuki by nigdy dziecko nie chorowało, bo
    nie będzie miało tyle szczęścia co bohaterka opowiadania i w razie
    konieczności opieki szpitalnej, będzie tam tkwiło bez mamy? Bo mama się
    boi? A może wyrostek też zoperuje sama? Dobrze, że jest wyrozumiały ojciec i
    mówię to z serca, bez złośliwości: życzę obojgu by wytrwali w
    cierpliwości i miłości, bo łatwo nie będzie.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Tytulem wstepu – nie oczekuje pochwal od kazdego w tej sprawie. Ale porazajacy jest Pani brak zrozumienia tematu, brak empatii oraz podstawowego szacunku dla wolnosci drugiego czlowieka = tupet stosowania swojej „racji” do innych (nie szkodzacych Pani) ludzi.
      Tak, decyzja wymagala odwagi i sily. Nie, nie byla w pelni bezpieczna. Tak, byla podjeta ze swiadomoscia i odpowiedzialnoscia realna, prawna i moralna za jej nastepstwa. Na niektore scenariusze bylismy przygotowani, na niektore nie dalo sie przygotowac.
      Wiem, ze moze sie pani nie podobac moj… nasz… punkt widzenia (bo maz nie tylko jest wyrozumialy i tolerancyjny ale tez jest w pelni przekonany do tych samych pogladow co moje, ma je tylko w ciut lagodniejszej wersji), ale to nadal nasze dziecko, a nie Pani. Gdyby urodzilo sie chore, lub gdyby wystapil jakikolwiek inny problem, to bylby to nasz, a nie Pani problem.
      Byloby uprzejme gdyby powstrzymala sie Pani od narracji tworzacej wrazenie ze ma pani racje obiektywna, niepodwazalna i ze udzielna nam tu pani wykladni co do odwagi, rozsadku i prawidlowosci postepowania w nie swojej sprawie.

      P.S. Uwazam, ze zadna sztuka jest pobranie sobie krwi, wszystko jedno czy w aucie, czy gdziekolwiek indziej. Majac do tego narzedzia, nie wymaga to specjalnych umiejetnosci. Tu akurat to Pani robi problem z niczego. Ze niby co? Mam kogos ciagac do swojego domu zeby mi krew pobral? Po co? Jaka wielka filozofia jest pobranie krwi? Moze jeszcze mam nie umiec sobie zrobic w razie czego najprostszego zastrzyku? Mam nie umiec opatrzyc prostego zranienia? A moze mam nie umiec udzielic pierwszej pomocy bo przeciez to tez jest zadanie przeidziane dla medykow. Nie kazdy musi umiec, ale namawiac ludzi do niewiedzy i nieumiejetnosci to chyba zly kierunek.

  19. Joanna Wu napisał(a):

    Swietny tekst. Ja choc osobiscie leku przed lekarzami nie mam, rozumiem Ewe. Mysle, ze kazdy z nas czul dyskomfort. To uczucie towarzyszy nam w poszukiwaniach lekarza idealnego. Moze byc wynikiem niedelikatnego ginekologa, pyskatego stomatologa, obojetnego lekarza pierwszego kontaktu, czy traumy z dziecinstwa. To zniecheca, a czasem prowadzi do sytuacji, w ktorej unikamy lekarzy jak ognia (podobny przypadek mialam w swojej rodzinie). I tu za bardzo nie ma sie co dopatrywac ani tego czy ktos radzi sobie z problemem czy nie, ani tego czy to fobia czy nie. Po prostu tak jest, to sa uczucia i kazdy z nas ma do nich pelne prawo a jednoczesnie nie musi usprawiedliwiac sie przed druga osoba z tego co czuje. Historia Ewy jest dla mnie bardzo ciekawa takze pod katem samej ciazy. Czytajac ja praktycznie czulam wszystkie te emocje, ktore towarzyszyly bohaterce. Mimo, ze w ciazy jeszcze nie jestem i nie wiadomo czy bede (problemy zdrowotne) to towarzysza mi bardzo podobne watpliwosci i leki. Ewo, nie napisze ze to, co zrobilas jest piekne czy brzydkie, nie napisze tez, ze twoja decyzja byla glupia czy rozsadna, ona byla Twoja i masz do niej swiete prawo. Napisze za to, co czuje ja. Podziwiam Cie za odwage, konsekwencje w dzialaniu i upor (mimo ze niektorym moze sie on wydawac glupi). Poradzilas sobie ze swoimi demonami decydujac sie na bardzo ryzykowne dzialanie jednoczesnie akceptujac wszelkie mozliwe jego konsekwencje. Chyle czola!

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      I takie wlasnie przeslanie prosilam zeby Seg starala sie przemycic w tekscie. Bo historia mojej ciazy i porodu jest jaka jest i inna nie bedzie, ale w podtekscie mialo byc – jak sie chce to z kazdej sytuacji da sie znalezc wyjscie…

  20. Tissaia napisał(a):

    Niesamowita historia. Rzeczywiście Ewo jestem pod wrażeniem jak wspaniale sobie poradziliście. Bardzo sie ciesze, ze wszystko dobrze sie udało. Zastanawia mnie jedna rzecz. Nie wiem w jakim kraju żyjesz i gdzie próbowałaś podejmować terapii. Może w tym tkwi klucz do tego, ze terapia była nieskuteczna. Ja mieszkam w Szwajcarii i jestem zszokowana słabym poziomem jakości lekarzy. Są oczywiście świetni specjaliści, ale niestety większość jest tak słaba, ze to ja, laik, bardzo często muszę im zwracać uwagę, ze na cos jeszcze przy leczeniu musza zwrócić uwage. Moj maz podchodził tutaj do psychoterapii i jedna znajoma rownież, i niestety jak słyszałam jak terapia przebiegała to ręce mi opadały. Dopiero w Polsce znaleźli dobrych psychoterapeutów i mieli skuteczne terapie przez skypa. Nie chciałabyś może czegoś takiego spróbować? Tak tylko mysle, ze mnie bardzo by denerwowało to, ze ‚coś’ w tym wypadku strach mną ‚rządzi’ i chciałabym sie tego pozbyć. no ale akurat mam taki charakter :) mam przekonanie, ze dobra psychoterapia to spa dla duszy :) trzymam kciuki za Wasza rodzine i przesyłam mnóstwo pozytywnej energii!

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Dzieki za komentarz. Niestety nie moge zdradzic w jakim kraju zyje, powiem tylko ze w „zachodnim”. Ale jedyne proby, nazwijmy to psychoterapii mialam wlasnie w Polsce, stwierdzalam, ze no, ciekawe co z tego wyjdzie, ale od poczatku mialam nastawienie ze na pewno – NIC. Nie bylo powodzenia, ale przyczyna tkwila we mnie – brak jakiejkolwiek wiary czy nawet dopuszczania do mysli ze moja postawa wobec lekarzy jest zla, ze moje standardy intymnosci sa zle, ze to wymaga zmiany. Nie dawalam furtki najmniejszej do pracy nad tym, nie wykazywalam aktywnej wspolpracy z nadzieja na zmiane.
      Co ciekawe, mialam jedna inna fobie (z gatunku tych typowych dla „przecietnych” ludzi – z puli: szczury, weze, robale, pajaki, lek przestrzeni, woda, klaustrofobia, wysokosc itp.) i wystarczylo troche pracy nad soba w doroslym zyciu i przeszlo w 95%, mam tylko lekki niepokoj w sytuacjach niekomfortowych, ale naprawde nie ma problemu. Mozliwe jest zmienienie tylko tego na co „pacjent” sie w jakims chociaz stopniu godzi. Kwestia lekarzy w moim zyciu nie zmieni sie nigdy.

  21. Venusian*Glow napisał(a):

    Witaj Ewo. Mieszkam w Niemczech i tutaj mialam mozliwosc wyboru pomiedzy porodem w szpitalu a porodem w domu pod opieka poloznej. Wybralam to drugie, i u lekarza bylam tylko raz. Mialam z polozna bardzo pozytywne przezycie — zarowno opieka przed i po porodem jak sam porod. Znajome ktore wtez rodzily w domu tez bardzo pozytywnie sie o tym w wyrazaja. W Holandii jest to jeszcze bardziej popularne. Niestety rzad ostatnio bardzo podniosl cene ubezpieczenia dla poloznych pracujacych poza szpitalami, i w tez sposob utrudnil im bardzo prace i odebral kobietom mozliwosc wyboru.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Ciesze sie, ze udalo Ci sie przejsc porod w warunkach zblizonych do moich. U mnie polozna tez byla postrzegana jako element niepozadany, ale rozumiem, ze z dwojga zlego porod domowy, nawet taki nie samotny a z polozna jest na pewno o wiele lepszy niz szpitalny. U mnie wszystko szlo pod moje wlasne dyktando, tak jak natura podpowiadala, mysle ze jak sie nie ma oporow przez kontaktami z poloznymi to taka pomoc moze nie zaszkodzic.
      A co do tepenia zawodu niezaleznie pracujacej poloznej… no niestety… to jest typowe zagranie niemal w kazdym kraju, po prostu lobby medyczne jest bardzo silne i naciska na rzad, zeby zapewnic sobie zarobek a odebrac go poloznym. Po to zeby rodzace nie mialy mozliwosci rezygnacji z pozbawionego intymnosci porodu szpitalnego, po prostu najlepiej z punktu widzenia lekarzy jest pozbawic ludzi wyboru.
      Wg lobby lekarskiego pacjent ma byc usluznym niewolnikiem, a nie wymagajacym klientem.

  22. Ciekawy temat, przeczytałam rano (wraz z komentarzami) i cały dzień chodzi mi po głowie.
    Rozumiem lęk i niechęć do lekarzy – w szczególności do ginekologów. Sama będąc już na studiach trafiłam do ginekologa, który po przeprowadzonym wywiadzie powiedział „no to mała, rozbieraj się i wskakuj na fotel”, co strasznie mnie wzburzyło i odmówiłam badania. Lekarz widząc moją reakcję jeszcze mnie „ochrzanił”, że bulwersują mnie takie rzeczy, że z chłopakiem to się nie wstydzę, a przed lekarzem udaję itp, że takie właśnie „cnotki” potem zachodzą w niechciane ciąże, że ciemnogród. Z gabinetu wyszłam z płaczem i długo nie mogłam się opanować. Dodam tylko, że moja koleżanka była wcześniej u tego lekarza i to z jej polecenia do niego poszłam – ona odebrała go jako zabawnego, luźnego doktorka, dla mnie natomiast jego zachowanie było co najmniej nieprofesjonalne. Od tego czasu minęło jakieś 6 -7 lat, a ja nadal nie byłam u mężczyzny ginekologa i nie wiem czy kiedyś odważę się pójść do ginekologa – mężczyzny z własnej woli.
    Wobec czego poniekąd rozumiem traumę bohaterki.

    Nie chcę tu oceniać czy krytykować zachowania Pani Ewy, ale trudno mi będzie zabrać głos w dyskusji nie odnosząc się bezpośrednio do zachowania Pani Ewy, dlatego z góry przepraszam, jeśli moja opinia będzie dla bohaterki krzywdząca. Mój komentarz chciałabym potraktować jako odnoszący się ogólnie to takiej kategorii zachowań, nie personalny. Moim celem jest przedstawienia mojego punktu widzenia – dość radykalnego, nie natomiast do obrażanie kogokolwiek.

    Wracając do tematu – nie mogę zrozumieć świadomej decyzji o zajściu w ciążę, z jednoczesnym postanowieniem o niekorzystaniu z opieki medycznej podczas ciąży i samego porodu. Jestem pewna, że decyzja była dokładnie przemyślana, że bohaterka reportażu godziła się z możliwością poważnych konsekwencji takiej decyzji i podjęła ją świadomie.
    Niestety, matka nie powinna mieć możliwości podjęcia takiego ryzyka. Jeśli już podjęła decyzję o zajściu w ciążę widząc, że w razie komplikacji w ciąży czy w trakcie porodu dziecko (w praktyce) nie będzie miało szans na zachowanie zdrowia/życia, to rodzina, sąsiedzi, znajomi – ktokolwiek kto dowiedział się o takich planach powinien zareagować. Nie wiem dokładnie jakie są możliwości prawne działania w przypadku, gdy matka podejmuje decyzję, która jest bezpośrednim zagrożeniem dla zdrowia i życia dziecka. Ja pomyślałam skierowaniu na przymusowe leczenie psychiatryczne/psychologiczne, żeby pozbyć się traumy, albo załagodzić ją na tyle, żeby matka dopuściła chociaż możliwość uratowania dziecka w razie zagrożenia jego życia lub asystę wykwalifikowanej, zaufanej osoby przy porodzie? ustanowienie kuratora dla nienarodzonego jeszcze dziecka, który dbałby o to, żeby miało szansę przyjść na świat żywe?).
    Trudna sprawa, ale jednak wartość, jaką jest życie dziecka stawiam wyżej niż traumę matki, która świadomie zdecydowała się na dziecko wiedząc, że w przypadku komplikacji w ciąży lub podczas porodu nie ma ono szans na pomoc.
    Tutaj bardziej stawiałabym na reakcję osób trzecich, a nie kobiety, która jest w pewnym sensie chora i nie potrafi trzeźwo ocenić sytuacji, ponieważ trauma jaka jej towarzyszy zaburza obraz sytuacji.
    Samobójcy po próbach samobójczych również są kierowani na przymusowe leczenie, często wbrew ich woli. Czy ogranicza to ich wolność? Tak. Czy ktoś uważa, że samobójca po próbie samobójczej powinien być pozostawiony sam sobie? Myślę, że zdecydowana mniejszość. Decyzja matki o rezygnacji z pomocy medycznej w razie komplikacji podchodzi mi też pod kategorię „rozszerzonego samobójstwa” – matka przy porodzie świadomie godzi się na śmierć dziecka i swoją. Jest to dla mnie ewidentnie przypadek, który powinien skończyć się przymusowym leczeniem, a nie porodem w domu, za zgodą męża i całej rodziny, która przecież powinna myśleć trzeźwo.
    Zastanawiam się również nad reakcją bliskich i otoczenia – nie mamy problemu z napiętnowaniem i zgłaszaniem odpowiednim organom informacji o kobietach, które piją alkohol czy palą papierosy w ciąży – jest to dla nas naturalne, że takie zachowania szkodzą dziecku i narażają je na utratę zdrowia (czasem również życia). Myślę, że większość z nas nie miałaby problemu ze zdecydowaną reakcją na widok pijanej matki i trudno byłoby przyjąć ze zrozumieniem, że pije w ciąży, ponieważ jest alkoholiczką i nie może sobie poradzić z nałogiem, a leczenie na pewno nic nie da, bo przecież trzeba chcieć. W przypadku Ewy mąż zaakceptował jej decyzję i według mnie to jego zachowanie (jak również otoczenia, które tę decyzję zaakceptowało) jest w tym przypadku najtrudniejsze do zrozumienia. Przecież kochając kogoś i widząc, że bliska nam osoba ma problemy, traumę/fobię tak silną, że jest w stanie zabić siebie i dziecko, byleby tylko nie mierzyć się ze swoimi problemami, to jakoś tak myślę, że w naturalnym odruchu odczuwamy chęć pomocy bliskiej osobie. Nie wręczamy jej nabitego pistoletu, zapraszając do gry w rosyjską ruletkę.

    Ewo, wiem, że Twoje dziecko urodziło się żywe i zdrowe, historia skończyła się szczęśliwie i wierzę, że jesteś dla swojego dziecka najlepszą matką jaką mogło sobie wymarzyć, ale muszę to powiedzieć – uważam, że w tamtym czasie potrzebowałaś interwencji i pomocy z zewnątrz, i właśnie to, że jej nie otrzymaliście jest dla mnie w tej historii najgorsze. Historia skłania mnie również do rozważań na temat tego, gdzie kończy się poszanowanie cudzej prywatności, a zaczyna znieczulica oraz jak daleko rozciąga się wolna wola rodziców do decydowania o zdrowiu i życiu swoich dzieci, i właściwie kto powinien mieć prawo do powstrzymania/ ingerowania w niestandardowe decyzje rodziców, które bezpośrednio zagrażają zdrowiu i życiu dziecka, a które przecież samo bronić się nie może.

    Pozdrawiam Ciebie, wszystkich Czytelników i Segrittę

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Twoj komentarz jest dla mnie szokujacy. Z jednej strony piszesz uprzejmie i zdajesz sie nie byc glupia (widze to i doceniam). Ale z drugiej strony… porazajaca jest chec ingerowania w to jak ktos prowadzi swoje zycie, w tym tak indywidualne i intymne sprawy jak swoja ciaze i to jak przebiega porod. To jest odebranie komus wolnosci. Potocznie mowiac to jest gwalt, a przez to jakiej sfery mialby dotyczyc – to bylby doslownie gwalt.
      Dla Ciebie najwazniejsze jest dziecko… nie Twoje dziecko. Dziecko ktorego nikt nie krzywdzil, ani nie krzywdzi. Dziecko ktore w moim lonie mialo sie dobrze. Fakt, duzo sie stresowalam, nie jadlam za wiele, pracowalam zdecydowanie za wiele, ale na pewno nie zrobilam niczego by dziecku aktywnie zaszodzic. Nie pale, nie pije, nie mowiac o mocniejszych uzywkach. Interesujesz sie wszystkimi melinami w okolicy, kontrolujesz czy przebywajace tam kobiety nie sa przypadkiemw ciazy? A jakie masz podejscie do aborcji? Przeciez to nie jest narazenie dziecka na niebezpieczenstwo. To jest jego aktywne i z rozmyslem zabicie… [nie mowie tu o swoich pogladach tylko pytam o spojnosc Twoich].
      Ojciec dziecka, a moj maz bedac przez wiele lat sam przekonany do potomstwa, „namowil” mnie na dziecko, a ja sklaniajac sie ku jego prosbie postwilam warunki ktore jasno okreslaly co i jak bedzie, a jak na pewno nie bedzie. Ja nawet tego mowic nie musialam, on doskonale wiedzial jakie te warunki sa, 10 lat ze mna zyje i w duzej mierze moje poglady podziela (gdzies tak w 80% zgadzamy sie calkowicie, a w pozostalych 20% po prostu – akceptuje). Przykro mi, musisz zniesc to ze ja jestem jaka jestem, a na dodatek to, ze z mezem tak sie dobralismy. Kochajacy mezczyzna nie stosuje rozwiazan silowych, wbrew temu czego bys sobie zyczyla. Mialam takich partnerow ktorzy chcieli mnie zmieniac, nawet mieli do tego takie „samcze” ciagotki, ze oni to mi pokaza jak ich zdaniem ma byc w sprawach ciazy, potomstwa, porodow, lekarzy. Skutecznie i szybko pozbywalam sie ze swojego zycia takich mezczyzn, weryfikujac to jeszcze przed jakimkolwiek zblizeniem. Oby z dala od takich mezczyzn.
      Swoja ciaze ukrywalam przed otoczeniem, czesciowo wlasnie z tej przyczyny ktora jestes Ty… no dobrze, nie Ty, ale osoby takie jak Ty. Zdawalam sobie sprawe z tego ze takie osoby jak Ty istnieja i moga chciec mi zaszkodzic. Nigdy w zyciu nie pozwolilabym sobie na ryzyko, ze ktos moglby nawet tylko chciec probowac wbrew mojej woli a w imie wlasnego widzimisie poprowadzic moje zycie w najwazniejszych i najdelikatniejszych dla mnie sprawach. Swiat o tej ciazy po prostu nie wiedzial. A jak juz bylo widac, to wygladalo na 4, gora 5 miesiac, i gdy ludzie podpytywali, to mowilam, ze tak wlasnie jest. Nikt nie spodziewal sie w najblizszym czasie porodu, bo nie zwyklam tlumaczyc sie przypadkowym ludziom (w tym sasiadom, pracownikom, czy komukolwiek poza mezem) z tego jak zamierzam przez ta ciaze przechodzic i kiedy rodze.
      Jeden jedyny raz mi sie zdarzylo ze popelnilam blad zle lokujac zaufanie i przez to byla taka osoba w moim otoczeniu ktora chciala postapic tak jak Ty. Zatrudnilam ja, stalysmy sie sobie bliskie, z czasem wiedziala jak to u mnie jest. Powiedziala mi kiedys (jeszcze nie bylam w ciazy), ze gdybym zaszla, to ona mnie do ginekologa zaciagnie sila, ze wezwie karetke chocbym nie chciala, ze sama ze mna pojedzie do szpitala. Na tych slowach zakonczyla sie nasza przyjazn (chociaz przyznam, ze nie bylo to gwaltowne zerwanie przyjazni, po prostu juz nigdy sie do tej osoby nie odezwalam w temacie innym niz sluzbowy). Pozniej juz tylko oczekiwalam az sie zwolni, co po jakims czasie zrobila, na koniec oczywiscie dostala dobre referencje. Do konca byla OK traktowana jako pracownik, ale nie moglam sie doczekac az zniknie mi z oczu.

      Jesli nadal nie rozumiesz na czym polega kwestia poszanowania czyjejs wolnosci, to wyobraz sobie ze Ty chcesz isc do pracy czy na studia, a maz Cie trzyma w domu, bo uwaza ze tak jest slusznie, popieraja go rodzice, rodzina, znajomi, sasiedzi, JESTES ZASZCZUTA. Albo odwrotnie, Ty nie chcesz, a maz Cie do tego zmusza mimo, ze dopina sie Wam budzet bez problemu. Wreszcie inny przyklad – Ty chcesz isc do lekarza, a maz odwoluje Ci umowione wizyty, idzie do lekarza i daje mu lapowke zeby ten Cie nie zbadal, albo wreszcie wiezi Cie w domu i nie pozwala wyjsc, bo przeciez ON WIE LEPIEJ.

      Ja Cie nie przekonuje do tego ze mam racje. Bo to nie jest sprzeczka o racje. Apeluje o to, zebys sie zastanowila co chcialabys probowac zrobic cudza wolnoscia. Oby ktos nie wpadl na taki sam pomysl wzgledem Ciebie…

      1. aaaaanaaa napisał(a):

        Ewo, a jak odnosisz się do tego, że niektórzy ludzie w imię wiary czy przekonań nie decydują się na leczenie swoich dzieci? Na zabiegi, które mogłyby uratować im życie? Zamiast szpitala wybierają cierpienie, bo to „wola boża”. Czy drugi człowiek ma przechodzić obok takich praktyk obojętnie? Czy takie praktyki to nie jest krzywdzenie podobne do przemocy, na którą należy reagować?

        1. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Uwazam ze to kontrowersyjne, ale staram sie miec dystans. Nie mam na ten temat rozleglych osobistych przemyslen, mam podstawowa empatie i szkoda mi cierpiacych, ale staram sie nie przelewac swoich standardow moralnych w 100% z uporem na innych ludzi „bo ja mysle TAK!”, a juz zwlaszcza nie robilabym tego metodami silowymi czy podstepem.

        2. nesteart napisał(a):

          Ewo, mam pytanie z zupełnie innej beczki ;) pytam z czystej ciekawości i oczywiście rozumiem jeśli nie odpowiesz – co zrobiłaś z łożyskiem, kiedy już je urodziłaś? Mam na myśli czysty pragmatyzm tej sytuacji -wyrzuciłaś je do kosza, spłukałaś w toalecie? Czasami umysł mi się zapętla na takich prostych lukach w opisie sytuacji i później dluuugoo tym myślę ;)

        3. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Chodzi o to co zrobilam bezposrednio po? Bylo sobie w misce, przejrzalam je czy jest cale. Nie jest to az tak latwe do oceny, ale bylo OK. Potem jeszcze maz sie upieral zeby tez mu sie przygladnac. A jesli chodzi o tzw. utylizacje, postanowilismy je zakopac pod jednym z drzew ktore maz sadzil w naszym ogrodzie :)

      2. Ewo,
        w swoim komentarzu rzeczywiście skupiłam się na spojrzeniu od strony dobra dziecka. Na co dzień raczej nie przejawiam nadmiernej chęci ingerowania w to jak ktoś prowadzi swoje życie, w sprawy ciąży i porodu. Nie zawsze rozumiem, ale na ogół szanuję ludzkie wybory. Nie szokuje mnie in vitro, surogatki, cesarki na życzenie, porody w towarzystwie douli (?), ze znieczuleniem, bez znieczulenia, wśród kamer i fleszy, ani te w zaciszu domowym.Nie chodzę również po melinach w poszukiwaniu pijanych ciężarnych po to, żeby je umoralniać (są od tego odpowiednie służby). Do Twojej historii odniosłam się, ponieważ podzieliłaś się nią na łamach bloga Segritty, co naprawdę dało mi do myślenia (główne o granicach wolności) i skłoniło do podjęcia dyskusji, która faktycznie dotyczy Twoich najbardziej intymnych spraw, ale nie została sprowokowana przeze mnie.

        Jeśli zdecydowałaś się na poród bez asysty profesjonalnego personelu, Twoja trauma związana z lekarzami musi być naprawdę ogromna i tak naprawdę trudno wyobrazić mi sobie co czułaś podejmując tę decyzję. Nie wiem jak ugryźć temat, żeby nie wyszło oskarżycielsko, bo oskarżanie Ciebie nie jest moim celem. Ciekawi mnie Twój punkt widzenia (mimo, że jest skrajnie inny od mojego) i w ramach dyskusji na blogu, chcę pokazać jak w moich oczach wygląda ocena sytuacji (która mimowolnie z „oceny sytuacji” stała się oceną Twojego postępowania, ponieważ, pomimo starań, nie potrafię tego oddzielić i uogólnić). Zdecydowałaś się jednak na upublicznienie historii i dyskusję nad nią, do której dołączyłam.

        Myśląc o Twojej historii nie mogę jej nie analizować właśnie od strony dobra dziecka – które, jak napisałam w komentarzu powyżej, nie może samo się bronić.

        Podejmując decyzję dotyczącą zablokowania rodzącemu się dziecku dostępu do pomocy medycznej rodzice ściągają na niego ogromne ryzyko utraty zdrowia lub życia. Oczywiście wiem, że w Waszym przypadku, wszystko poszło dobrze, dziecko jest zdrowe i otoczone miłością. Niestety, patrząc na to z boku – to była loteria. Nawet najmniejsza komplikacja przy porodzie (nawet taka, którą mogłaby opanować w warunkach domowych wykwalifikowana położna) mogła się skończyć trwałym kalectwem, niedorozwojem fizycznym, psychicznym a w najgorszym wypadku – śmiercią. Z mojego punktu widzenia takie „żonglowanie życiem” jest niedopuszczalne i nie powinno być akceptowane. W ciążę zaszłaś świadomie. Nie była ona efektem gwałtu, pijackiej imprezy, czy klasycznej wpadki. Świadomie również zdecydowałaś, że nawet w kryzysowej sytuacji w trakcie porodu Twoje dziecko nie będzie miało dostępu do pomocy medycznej, a tym samym istniało duże zagrożenie dla jego zdrowia lub życia. Dla mnie to właśnie niezrozumiałe i nieakceptowalne – bardzo to uproszczę, ale jest to dla mnie sytuacja, w której decydujesz – „Ok, zajdę w ciążę, jak będzie dobrze – to będzie dobrze. Jak nie, to albo przeżyjemy albo nie. Albo jedno z nas przeżyje. Albo nie. Ale dobrze się odżywiam, dbam o siebie i jestem optymistką. Będzie ok. Musi być”
        Tak jak pisałam wcześniej, jeśli zdecydowałaś się na taki krok, to Twoja trauma musi być naprawdę ogromna i zagraża Twojemu życiu i nie tylko Twojemu – w związku z czym powinna być leczona. „Zdawalam sobie sprawe z tego ze takie osoby jak Ty istnieja i moga chciec mi zaszkodzic. Nigdy w zyciu nie pozwolilabym sobie na ryzyko, ze ktos moglby nawet tylko chciec probowac wbrew mojej woli a w imie wlasnego widzimisie poprowadzic moje zycie w najwazniejszych i najdelikatniejszych dla mnie sprawach. ” Nie każda bliska Ci osoba (powiem więcej – nawet nie każda nieznajoma Ci osoba), która ma odmienne zdanie od Twojego chce Ci zaszkodzić. Nie zawsze jest to kwestia czyjegoś „widzimisie”, w tym przypadku raczej reakcja na potencjalną krzywdę świadomie wyrządzaną dziecku. I tak jak zareagowałabym na matkę, która w ciąży pije czy zażywa narkotyki – bo to zagraża dziecku, tak również tutaj decyzja o odmówieniu dziecku opieki medycznej przy porodzie budzi mój sprzeciw – bo zagraża dziecku.

        Z punktu widzenia matki – której trauma jest tak głęboka, że nawet za cenę swojego życia i życia swojego dziecka nie jest w stanie pozwolić na żaden kontakt z lekarzem sprawa wygląda nieco inaczej. Jest to poniekąd zrozumiałe zakładając, że lęk jest tak silny, że kobieta nie może myśleć racjonalnie. Nadal uważam, że odczuwanie tak silnej traumy zaburza „trzeźwość” myślenia i zniekształca obraz całej sytuacji, łącznie z myśleniem o konsekwencjach. Nie wątpię, że przed zajściem w ciążę i porodem dokonałaś o wiele dokładniejszej analizy sytuacji niż ja, tutaj w kilku(set?) słowach na blogu, jednak nie mogły to być rozważania całkowicie racjonalne i „na chłodno”.
        Tutaj jednak widzę istotną rolę ojca dziecka (oraz bliskich), który z traumą się nie zmaga, więc nie ma zrozumiałych dla mnie powodów, żeby godził się na takie ryzyko. Oczywiście miłość i szacunek dla drugiej osoby, uszanowanie czyichś wewnętrznych demonów…ale myślę, że potencjalna trauma w sytuacji np. gdyby dziecko przez brak pomocy lekarskiej urodziło się chore lub umarłoby, byłaby co najmniej równa tej, którą nosisz w sobie w stosunku do lekarzy.

        Przecież są formy terapii, które mogłyby pomóc i właśnie osoby najbliższe powinny zachęcić Cię do skorzystania z nich. Z Twoich komentarzy wynika, że podjęłaś próby terapii, ale uznałaś, że nic nie zmienią…”stwierdzalam, ze no, ciekawe co z tego wyjdzie, ale od poczatku mialam nastawienie ze na pewno – NIC. Nie bylo powodzenia, ale przyczyna tkwila we mnie – brak jakiejkolwiek wiary czy nawet dopuszczania do mysli ze moja postawa wobec lekarzy jest zla, ze moje standardy intymnosci sa zle, ze to wymaga zmiany. Nie dawalam furtki najmniejszej do pracy nad tym, nie wykazywalam aktywnej wspolpracy z nadzieja na zmiane.”

        Pisałam o przymusowym skierowaniu na leczenie i chcę zaznaczyć, że uważam, że każdy człowiek ma wolną wolę i takie działania powinny być ostatecznością, ale przedstawiony tutaj przypadek uważam właśnie za ostateczność. Może gdybyś musiała ponownie podjąć terapię udałoby się wypracować (może po wielu sesjach i trudach) chociaż minimalną tolerancję na obecność lekarzy. Może tak, może nie. Uważam jednak, że życie i zdrowie dziecka byłoby warte takiego poświęcenia, co więcej, że dziecku należy się ze strony rodziców na podjęcie takich starań.
        Wbrew temu co piszesz – przymusowe leczenie nie zawsze musi oznaczać „siłowe”, a mężczyzna, mąż, partner, który zdecydowałby się takie rozwiązanie nie musi mieć „samczych” ciągotek. Niewątpliwie jednak musi być niezwykle odważny i silny psychicznie, a jednocześnie empatyczny, ponieważ działanie (na pozór) przeciwko ukochanej osobie, nawet w słusznej sprawie i tak naprawdę z chęci niesienia jej pomocy, jest naprawdę trudną i wymagającą decyzją. Niezależnie od tego, czy ma się skłonności do bycia „samcem” czy „pantoflem”. Decyzja, którą podjęliście również wymagała odwagi i siły psychicznej, która została skierowana w zupełnie inną stronę. Wydaje mi się, że raczej na „obejście traumy” niż poradzenie sobie z nią. I wszystko byłoby ok – jak mówisz człowiek jest wolny, więc ze swoimi demonami może sobie radzić jak chce i jak potrafi, ale w sytuacji, gdy te demony zaczynają być niebezpieczne dla innych (w tym przypadku dla waszego dziecka) ktoś powinien zainterweniować.
        Ważąc wolność osobistą oraz zdrowie i życie ludzkie – to drugie zawsze będzie dla mnie ważniejsze i uważam, że należy chronić przede wszystkim życie, nawet za cenę chwilowego ograniczenia czyjejś wolności.

        PS. Pytasz mnie o moje poglądy na temat aborcji – nie chciałabym nigdy musieć decydować się na przeprowadzenie aborcji, jednakże w sytuacji zagrożenia swojego życia lub gdyby zaistniały inne przesłanki uprawniające do przeprowadzenia zabiegu – prawdopodobnie bym się na nią zdecydowała. Nie potępiam kobiet, które decydują się na przerwanie ciąży w szczególnych przypadkach. Nie jestem jednak zwolenniczką traktowania aborcji jako środka antykoncepcyjnego, a już na pewno nie jestem zwolenniczką przerywania ciąży w jej zaawansowanym stadium (z wyjątkiem sytuacji, kiedy są ku temu wskazania lekarskie). Uważam, że dziecko poczęte ma prawo do „zdrowej ciąży” i „bezpiecznego porodu”, a dorosły człowiek, w dobie tak szerokiego dostępu do wiedzy o cyklu menstruacyjnym, do środków antykoncepcyjnych i tabletek „po” naprawdę jest sobie w stanie poradzić z niespodziankami na etapie, który jest jeszcze dla wszystkich niegroźny.

        1. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Dziekuje za udzial w dyskusji (dziekuje, nie oznacza ze uwazam ja za zakonczona i wypraszam Cie z tematu). Po prostu uwazam, ze Twoj glos jest cenny i interesujacy, oczywiscie tylko i wylacznie teoretycznie, i na cale szczescie nie istniejesz w moim prawdziwym zyciu, w moim zyciu poza internetem, jako sasiadka np. To byloby przerazajace, a moja ciaze i porod przemieniloby w koszmar, w prawdziwe poczucie zagrozenia. Jak samica zajaca slyszaca podczas porodu kroki wilkow. Wiedzac ze taka osoba jest tuz obok i moze naprawde zadzialac wbrew mej woli, musialabym pewnie na szybko uciec gdzies chwili porodu, zamiast wzglednie spokojnie rodzic we wlasnym domu. To niestety nie bylaby pomoc, jak Ci sie wydaje. Mam nadzieje ze wsrod tu obecnych jak i zwlaszcza wsrod mojego wlasnego otoczenia jest jak najmniej osob myslacych tak jak Ty (przyklad dawnej przyjaciolki itp.)
          Jestes osoba inteligentna, starajaca sie szaroko pojmowac temat i sprawnie argumentowac. Ale… jednak sa w Twoim rozumowaniu luki logiczne i moralne. Nie chce ich wyraziscie czy dobitnie wytykac, ale sa to pewnego rodzaju typowe przyklady „double standard”. Nie odpowiada mi to – to po pierwsze, bo takie osoby nie sa dla mnie przekonujace.
          Po drugie, duzo rozumiesz, ale najwazniejszego nie rozumiesz. Proponujesz jakies „swietne, profesjonalne terapie”… moim celem nie jest zmiana swojego stanowiska kiedykolwiek. Ja wiem, ze nie zyje sie z tym najlatwiej, ale tez wiem, ze jestem w stanie z tym zyc i chce tak zyc, ani odrobine inaczej. Nikt mnie nie przekona zebym „otworzyla sie” na terapie, z przekonaniem co do tego ze „zamierzone skutki terapii sa dobre i ja chce je osiagnac”. One sa zle, bardzo, bardzo zle. „Sukces” terapii oznaczalby moja porazke, pomimo niegdys posiadanej wiedzy i nalezytej ostroznosci, ponowne wystawienie siebie na lekarskie chamstwo, brak empatii, wyzszosc i ich potencjalne zboczenia ktore realizuja w zawodach jakie im na to wygodnie przyzwalaja.
          Gdyby mnie ktos zaciagnal sila [na terapie], to juz na pewno i tak zrobilabym wszystko co w mojej mocy aby tej terapii sie skutecznie (psychicznie) oprzec, albo oszukac terapeutow ze odniesli sukces, wystarczajacy by dali mi spokoj, np. deklarujac ze juz akceptuje lekarza ale tylko „w ostatecznosci”*. A pozniej zyc dalej po swojemu, tym ostrozniej podchodzac do ludzi i do tego co komu mowie. W razie koniecznosci – przeprowadzka. Anonimowosc dobrze sie sprawdza.

          * Nie lubie klamac i ogolnie w zyciu prawie tego nie robie, ale dla ochorony wlasnej intymnosci przed lekarzami oraz odciecia innym mozliwosci ingerencji (niech maja zludne poczucie spokoju i spelnionej misji), jak najbardziej uwazam to za dopuszczalne. Wszystkie chwyty dozwolone, byle z dala ode mnie.

          P.S. Ciagle apelujesz ze moj maz mialby mi sie przeciwstawic, i ciagle nie rozumiesz, ze moj maz ma te same poglady co ja. Moze, jak mowie, odrobine tylko zlagodzone, spokojniejsze, bo nie zbudowane na traumie, ale zrozum… ja takiego czowieka szukalam, rozmawialismy na te tematy zanim nasz zwiazek sie na dobre „rozkrecil”, oboje wiedzielismy na co idziemy. A ty sobie zyczysz zeby nagle on zmienil wlasne poglady po to zeby zmienic moje. Byle by tylko bylo po Twojemu? Nie idziesz o krok za daleko?

        2. Zdaję sobie sprawę, że moja propozycja przymusowej terapii, albo ustalenia kuratora dla nienarodzonego dziecka jest mówiąc wprost – brutalna. Nie jest to też może najbardziej skuteczny pomysł, ale tylko takie zabezpieczenie „interesów” dziecka wpadło mi do głowy. Pewnie można wymyślić wiele lepszych sposobów, ale jak przypuszczam – każdą, nawet najdelikatniejszą interwencję w tej sprawie odczuwasz jako ograniczenie Twojej wolności i pogwałcenie intymności. Jeśli tak czujesz to bez dyskusji – byłoby to faktycznie ograniczenie Twojej wolności. Jednak w obu moich postach chodzi mi właśnie o zabezpieczenie interesów dziecka. Zgodna decyzja Twoja i Twojego męża o niedopuszczeniu wykwalifikowanej osoby do udzielenia pomocy dziecku w razie komplikacji przy porodzie, jest ewidentnym naruszeniem jego interesów, potencjalnym wyrokiem śmierci. Nie chodzi o wymuszenie na Tobie stałej, albo chwilowej zmiany poglądów, tylko (niechętnie, ale użyję tego słowa) „zmuszenie” do jednorazowego działania dla zachowania/zabezpieczenia/uratowania zdrowia i życia dziecka. Nie chodzi również o kwestię poglądów na temat opieki zdrowotnej nad Tobą. Jesteś dorosłym człowiekiem, masz prawo do decydowania o swoim zdrowiu, a nawet życiu (to również kwestia sporna-przykład z przymusowym leczeniem samobójcy, ale nie chciałabym roztrząsać tego wątku, bo to temat tak rozległy, że można o tym dyskutować bez końca).

          Nie uważam, że rodzice powinni być ograniczani w swoich poglądach na temat wychowania dziecka, ale według mnie nie powinni móc podejmować decyzji, które bezpośrednio zagrażają zdrowiu i życiu dziecka. Dziecko powinno być jednak chronione przed takimi decyzjami rodziców. Mogą one wynikać – jak w Twoim przypadku – z traumy, ale można wymienić setki innych powodów – brak odpowiedzialności, bezmyślności, nałogi, osobiste przekonania, niewiedza i wiele innych. Jednak w wypadku, w którym (niezależnie od podstaw) dziecko przez decyzję rodziców jest bezpośrednio narażone na śmierć, powinno mieć ochronę z zewnątrz. Zdaję sobie sprawę, że uważasz, że Twoja trauma jest nie do przezwyciężenia, że wolałabyś umrzeć, niż pozwolić lekarzom na pomoc przy porodzie. Jednak zachodząc ciążę wiedziałaś, że ciąża kończy się często niełatwym porodem, a mimo tego świadomie zdecydowałaś, że przy najmniejszej komplikacji Twoje dziecko również umrze, będzie niepełnosprawne fizycznie lub umysłowo. Dla mnie żaden rodzic nie powinien mieć prawa do podjęcia takiej decyzji. Tym bardziej, że Twoja decyzja została podjęta na skutek ogromnej traumy i lęku przed lekarzami i nie mogła być racjonalna, ponieważ, jak pisałam, trauma z pewnością zaburzała zdolność podejmowania racjonalnej decyzji i związku z oczywistym „skrzywieniem” całego obrazu nie powinnaś mieć możliwości podjęcia decyzji o rezygnacji z udzielenia dziecku pomocy medycznej.

          Tematu męża też nie chciałabym szerzej poruszać – trudno mi powiedzieć cokolwiek więcej. Piszesz, że ma te same poglądy co Ty – czyli nie toleruje lekarzy, nie jest to związane z żadną traumą, ale jego niechęć jest również na tyle silna, że byłby w stanie zrezygnować pomocy medycznej dla umierającego dziecka. Nadal uważam, że o ile Twoją paniczną niechęć jestem w stanie do pewnego stopnia zrozumieć, tak nie wiem jak można odmówić dziecku pomocy medycznej, ze względu na niechęć do lekarzy…nawet pod wpływem doświadczeń osoby, którą się kocha. Ojciec dziecka nie wypowiada się w wątku, więc nie chcę tutaj na siłę robić jakiejś nieudolnej analizy ponad to, co już napisałam.

          Trudna sprawa pod wieloma aspektami, może rzeczywiście moje wywody są nielogiczne i niespójne – jeśli dalej masz siły i czas na kontynuowanie rozmowy- byłabym wdzięczna za wskazanie tych niespójności. Może faktycznie „zafiksowałam się” na jednym aspekcie i sama już ich nie zauważam.

          Nie wiem tez o czym mówisz pisząc o „podwójnych standardach”. Mam nadzieję, że pisząc to, nie odnosisz się do drugiego poruszonego przez nas wątku – aborcji. Moja odpowiedz to trochę prowokacja – bo co można odpowiedzieć na pytanie: co myślisz o aborcji? Jest to tak rozległy i wielowymiarowy zarówno moralnie, medycznie, prawnie jak i społecznie problem, że stosowanie w rozmowie o aborcji sformułowania „podwójnych standardów” to ogromne niedopowiedzenie. Zdaję sobie sprawę, że to co napisałam to uogólnienie moich poglądów i może się wydawać sprzeczne z resztą moich wypowiedzi, ale nie wiem jak inaczej miałabym odpowiedzieć na pytanie o poglądy na temat aborcji, nie roztrząsając tematu na konkretnym przypadku, więc napisałam właśnie tak.

          PS. Bardzo wyczerpująca dyskusja! I naprawdę daje dużo do myślenia. Przypuszczam, że jeśli ja – nie będąc osobą bezpośrednio związaną z tematem – czuję się naprawdę wyczerpana rozmyślaniem nad różnymi wątkami poruszonymi w dyskusji, to Ty- jako bohaterka tematu musisz odczuwać ogromne obciążenie psychiczne.

        3. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Tak zgadlas Olu, mam juz powoli dosyc. Ale wierze troche w to ze to co robie ma sens. Ze to, ze nie zamykam sie w sobie tylko opowiadam swoja historie Matyldzie a potem jeszcze troche nadal szatkuje sobie serce na kawalki udzielajac sie w komentarzach przyniesie komus porade, pocieszenie. Wiem, ze nie jestem jedyna na swiecie, ze sa kobiety z takimi zachamowaniami, takimi standardami. Ze jak sie im dobrze i na spokojnie wszystko wylozy to byc moze w jakims obszarze swojego zycia spojrza na sprawy inaczej. Uznaja ze inaczej tez sie da, i ze to co je ogranicza nie musi im tego zycia spierniczyc, albo odebrac z niego wielkiej radosci jaka jest macierzynstwo.
          Co do ochrony interesow nienarodzonego dziecka przed matka ktora chce je urodzic bez „fachowej” pomocy, uwazam, ze przesadzasz. Miliony dzieci rodzi sie na swiecie nadal zupelnie naturalnie, nierzadko z dala od cywilizacji, nierzadko z wykluczeniem „pomocy” medycznej bo np. jest za droga. I jakos zycie toczy sie dalej. Nasze dziecko ma sie dobrze, nic mu nie zagraza, rodzice szaleja na jego punkcie, zapewniam Cie, a Ty kogos chcesz leczyc psychiatrycznie.
          Sobota wieczor jest, napij sie wina i wyluzuj, a jak nie potrafisz wyluzowac to poogladaj sobie na youtube jest masa filmikow z w pelni naturalnych porodow, nawet takich jednoosobowych, we wlasnej lazience czy nad rzeka, to nie tylko czasem sie udaje. To nie ma wielkich szans sie nie udac. Natura jest niesamowicie madra :-)

          P.S. Zegnam tu czytelnikow, jesli nie pojawi sie ktos w potrzebie zadajacy rzeczowe pytanie ktore moze mu w czyms pomoc, albo ktos z jakims naprawde bardzo istotnym komentarzem poruszajacym watek jeszcze nie poruszony w ogole, to jeszcze sie odezwe, ale mielenia wokol tematu byloby juz na tyle :)
          Jeszcze raz podziekowania dla Segritty :)

  23. Cóż, gdybym ja miała tak strachliwą matkę i miała urodzić się w domu, to raczej nie przeżyłabym, ponieważ gdy przychodziłam na świat doszło do komplikacji, a nawet ja sama urodziłam się ze znaczną niedowagą i musiałam trafić do inkubatora. Ale jak to mówią: ryzyk fizyk. Albo się uda albo nie, choć ja bym chyba nie ryzykowała porodu w domu, bo to moim zdaniem niepotrzebne ryzyko. Ryzykować mądrze to wyraz odwagi, ryzykować niemądrze to wyraz brawury – takie moje zdanie.

    1. Ja nie chciałam się w ogóle urodzić, trzeba było wymusić poród. Urodziłam się okręcona pępowiną, cała sina. Też się cieszę, że moja mama nie miała żadnej fobii i dzięki temu urodziłam się cała i zdrowa, chociaż byłam nieplanowana i u nas się nie przelewało.

  24. Pimposhka napisał(a):

    Bardzo ciekawy tekst i interesujący problem, który daje wiele do myślenia. Ciekawa jest też reakcja czytelników w komentarzach. Powiedzmy sobie szczerze, bohaterka reportażu ma poważne zaburzenia psychiczne. I nie wiem, czy poważniejszy jest strach przed lekarzami spowodowany traumami z dzieciństwa czy jakiś szalenie rozbudowany egocentryzm i brak chęci poradzenia sobie z tym problemem choć jej choroba stanowi małe ale realne zagrożenie dla dziecka. 99% artykułu to ‚JA’. To JA mogę umrzeć przy porodzie (ewentualna śmierć dziecka się nie pojawiła w tekście), jeśli dziecko urodzi się chore to JA będę ponosić konsekwencje (rozumiem, że dziecku będzie wszystko jedno czy będzie miało np. porażenie mózgowe). Wreszcie to JA mam problem i ułożyłam sobie życie tak, aby móc żyć z tym problemem (znalazłam wyrozumiałego męża, wyjechałam z kraju, terapia nie okazała się sukcesem, bo tak naprawdę nie chciałam w niej uczestniczyć). Matka pisze, że teraz za dziecko dałaby się pokroić. Ale czy gdyby zachorowała na raka i bez leczenia osierociłaby dziecko to czy aby napewno dała by się (nomen omen) pokroić (nie musi być rak, może być zapalenie wyrostka)? Nie rozumiem (ale nie mam podobnych zaburzeń, to fakt) jak można dać sobie wyrwać ząb u dentysty a nie można załatwić sobie prywatnego USG aby wykluczyć nisko leżące łożysko (sam poród domowy to nie jest głupi pomysł i faktem jest, że porody w szpitalach wcale nie są takie bezpieczne jakby się mogło wydawać). Próchnicy bohaterka artykułu sobie nie życzy, ale ryzyko, że zarówno ona i dziecko umrą (ukochanemu podobno) mężowi na rękach (przy tej komplikacji bez cesarki śmierć matki i dziecka jest gwarantowana) jest w stanie ponieść. ‚Najważniejsza jestem JA i moja fobia’.

    Nie widzę różnicy między ‚Ewą’ a np. matką alkoholiczką, która znajduje sobie męża alkoholika aby mogli sobie razem w spokoju pić albo matką, która maltretuje dziecko bo sama była maltretowana w dzieciństwie. Nie dziwię się, że ‚Ewa’ tak bardzo pragnie pozostać anonimowa. Matkom w jej kondycji w krajach ‚zachodnich’ takim dzieciom przydziela się kuratora albo w ogóle zabiera.

    Mam nadzieję, że nigdy nie pojawią się nagłówki w prasie ‚Dziecko zmarło bo nagle poczuło się źle, a matka nie była w stanie zawołać karetki ani zabrać dziecka do szpitala’ (ojciec mógł być na przykład w delegacji). A wtedy by się zaczęło. ‚Jak to się mogło stać’, ‚Czemu doszło do takiej tragedii???!!!’ ‚Czy nikt nie mógł pomóc tej kobiecie?’ ‚Gdzie była opieka społeczna??!!’

    Ależ owszem, Segritta jakiś czas temu napisała o tej Pani reportaż. Segritta dostała Pulitzera a czytelnicy w większości przyklasnęli ‚Ewie’ za odwagę że w tak trudnej sytuacji pozostała sobą. Bo przecież poszanowanie odrębności i prywatności drugiej osoby jest najważniejsze.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Masz w sobie znaczenie wiecej egocentryzmu i zadufania, niz myslisz, a poszukujesz go na sile w innych, nie rozumiejac nawet jaka jest idea reportazu i dlaczego jedne tematy bedzie poruszal szeroko i bardzo osobiscie a inne ostroznie pomijal, co nie znaczy ze nie istnieja w swiadomosci czy emocjach opisywanych osob.
      Co gorsza, Twoj komentarz przepelniony nienawiscia do nas, oraz checia posiadania wladzy – opisuje jak sama chcesz poukladac swiat (nie, nie swoj swiat, chcesz poukladac innym swiat). Doczytalam sie wielu ciekawostek dot. tego czego najwyrazniej mi i calej mojej rodzinie zyczysz lub zyczylabys gdyby bylo jeszcze aktualne:
      1. moja smierc przy porodzie,
      2. smierc dziecka przy porodzie,
      3. choroba dziecka,
      4. smierc obojga przy nieudanym porodzie,
      5. osierocenie dziecka w roznych okolicznosciach pozniejszych,
      6. rak,
      7. wyrostek,
      8. odebranie dziecka
      Wiem, ze zwlaszcza tego bardzo bys chciala… Dziecko zgloszone, ma dokumenty, fakt odbycia porodu samodzielnie nie jest ukrywany przed panstwem (nie ma dokumentu wystawianego zwykle przez szpital czy polozna, wiec to oczywiste), zyjemy tu legalnie, prowadzimy rozne formy dzialanosci gosp, pod nazwiskiem a nie pod pseudonimem, cieszymy sie szacunkiem spolecznym, oboje niekarani, bez nalogow, dziecko tez niekarane i bez nalogow (chyba ze mleko z cycka zaliczac)… To co, rozumiem ze juz czekac na opieke spoleczna ktora przyjdzie nam odebrac dziecko? Jutro o 6:00? Beda antyterrorysci wywalajacy nam z hukiem drzwi? Zastrzela przy tym nasze psy? Nas tez?
      9. smierc dziecka w roznych okolicznosciach pozniejszych.

      Twoja wiedza na temat lozyska przodujacego jest marna, ale zapewne nie jestes ani lekarzem, ani polozna, ani osoba ktora kiedykolwiek przygotowywala sie do swiadomego, opartego na dlugotrwalej uprzedniej edukacji, porodu domowego.

      Mysle, ze Twoja kondycja psychiczna w jakiej sie obecnie znajdujesz powinna skutkowac psychiatrycznym leczeniem zaburzen o charakterze sadystycznej manii. Bardzo sie ciesze, ze w 99% tego co piszesz najzwyczajniej sie mylisz i swiat na szczescie nie jest ani biologiczni ani prawnie poukladany tak jak tego sobie zyczysz.

      Mimo wszystko, na swoj sposob „podoba” mi sie Twoj komentarz. Pokazuje ze na tle takich osob jak Ty, nawet czlowiek tak nietypowy jak ja jest zupelnie normalnym, pogodnym i generalnie ludzio-lubnym optymista bez wiekszych problemow zyciowych.

      1. Pimposhka napisał(a):

        ‘Ewo’. Myślę, że
        to jak ktoś odbiera taki reportaż zależy od jego własnych doświadczen, sytuacji
        życiowej, intelektu itd. Temat jest ciekawy, inny i kontrowersyjny i zrozumiałe
        jest, że rekacje na niego i to co konkretna osoba z niego wyniesie są różne, tak
        samo jak różni są ludzie.

        Najlepszym
        przykładem na to, że intencje piszącego można odebrać w różny sposób, jest
        Twoja rekacja na mój komentarz. Pozwolisz więc, że uściślę. Gdybym przed Twoim
        porodem znała Twoje zamiary nie życzyłabym Ci śmierci przy porodzie, nie
        życzyłabym Tobie czy Twojemu mężowi aby Wasze dziecko umarło przy porodzie, nie
        życzyłabym aby Twoje dziecko urodziło się chore, nie życzyłabym abyś Ty i
        dziecko razem umarli. Również nie namawiałabym Cię do zmiany decyzji. Obecnie
        absolutnie nie życzę Ci abyś osierociła swoje dziecko, nie życzę Ci abyś
        zachorowała na raka, ani nie życzę Ci zapalenia wyrostka ani żadnej innej
        choroby, która oznaczałaby kontakt z lekarzem. I nie chciałabym (ani zwłaszcza,
        ani bardzo) aby ktokolwiek odebrał Ci prawo do opieki nad Twoim dzieckiem ani
        nad innymi dziećmi, które ewentualnie urodzisz w przyszłości. A zwłaszcza nie
        życzę ani Tobie, ani Twojemu mężowi, ani Twojemu dziecku aby umarło czy doznało
        kalectwa teraz czy w przyszłości.

        Chciałabym też
        uścislić, że nie zauważam u siebie chęci posiadania władzy wogóle, a zwłaszcza posiadania
        władzy nad życiem innych osób. Nie nienawidzę ani Ciebie, ani Twojego męża, ani
        Twojego dziecka, ani Waszych psów (na wypadek, gdyby antyterroryści jednak zastrzelili
        Wasze psy to wiedz, że nie było to i nigdy nie będzie na moją komendę).

        Moja wiedza na
        temat łóżyska przodującego faktycznie jest mierna, skoro nie wiem nawet jak to
        się fachowo nazywa w języku polskim. Moją wiedzę na ten temat czerpię od mojej
        douli, która po dwóch domowych porodach na trzeci musiała się udać do szpitala
        (na cesarkę) przez tą komplikację właśnie.

        ‘Ewo’ nie jestem położną ani ginekologiem. Nie jestem
        psychologiem, psychiatrą ani nawet panią z opieki społecznej. Po przeczytaniu Twojej odpowiedzi, w mojej
        niedouczonej, nieprofesjonalnej i absolutnie osobistej opinii uważam, że Twoje
        zaburzenia psychiczne wychodzą daleko poza nawias fobii przed lekarzami i
        dlatego nie będę kontynuować z Tobą dyskusji. Być może jest to wynik mojej własnej
        wątłej kondycji psychicznej i ‘zaburzen o charakterze sadystycznej manii’. Pozostaje mi mieć nadzieję, że mnie zrozumiesz
        i uszanujesz moją decyzję.

        1. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Teraz to wlasciwie troche mi sie wydajesz alter-ego „Oli” z ktora rozmawialam ponizej, ale wydaje mi sie ze wyczerpalysmy temat, bo ilez mozna. Ale moze to juz tylko kwestia dlugosci wypowiedzi. Nie wiem czy ta kwestia jest do zweryfikowania przez admina, ale styl macie niesamowicie podobny, chociaz charakter wypowiedzi niby rozny, bo Ola pelna kultura, choc kontrowersyjnie na granicy, Ty od poczatku oskarzasz, wyrokujesz o moich chorobach psychicznych nie majac jednak ku temu kwalifikacji (a nikt z kwalifikacjami by sie z Toba nie zgodzil), grozisz przymusowym psychiatra i opieka spoleczna (sugerujac ze wiesz jak to dziala w moim kraju zamieszkania), wlasciwie… klamiesz. Porownujesz do alkoholikow i do maltretowania. Naszemu dzieku nie dzieje sie ani w trakcie ciazy i porodu nie dziala sie zadna krzywda. Dziwisz sie potem ze ktos o ile w ogole z Toba gada, to, sorry dostajesz odpowiedz, na Twoim poziomie? Chocbys nie wiem jak bardzo chciala pozniej udowadniac ze „choodzilo Ci o dobro dziecka” i „nie chcialas nikogo az tak osobiscie dotknac”, to jednak niesmak pozostanie, mnie sie nie chce udowadniac ze nie jestem wielbladem.

          Masz oczywiste prawo do wlasnego zdania, oraz, naturalnie, do postepowania ze swoim cialem, swoja intymnoscia, swoim partnerem, swoja ciaza i wszystkim co Ciebie samej dotyczy w sposob jaki tylko sobie wybierzesz (oby byl Ci dostepny), i obiecuje nie ingerowac w to ze swoimi, odeminnymi od Twoich, pogladami i standardami.

          Tak jak i ja nie przekonuje wszystkich zbiorowo do tego by absolutnie nie chodzili do lekarzy, absolutnie nie rodzili w szpitalu, absolutnie zdali sie wylacznie na los, itp. Aczkolwiek jestesmy wspolnie z mezem absolutnie pewni co do tego, ze dla naszej rodziny rozwiazanie przyjete bylo najlepszym z mozliwych, wlasciwie, jedynym mozliwym. Tego nie podwazysz.

          P.S. „Twoja doula” wybrala ostrozniejsze podejscie do kwestii tak umiejscowiownego lozyska. No i ok, kazdy ma prawo wazyc ryzyko po swojemu, ale nie wmawiaj ze w tym przypadku cesarka to jedyne wyjscie, bo jak nie to smierc osobnikow dwoch, mogila. Rokowania porodu naturalnego w takim przypadku moga Cie czy Twojej douli nie zadowalac, kogos innego moga zadowalac. Akuszerki i wszystkie inne osoby majace wystarczajaca wiedze dot. porodow naturalnych, wiedza jak mozna probowac sobie poradzic z tego typu problemem. Radzic sobie mozna takze z wieloma innymi, mimo ze w „standardowej sytuacji” zalecana jest cesarka.

        2. Sissi napisał(a):

          Troszkę się zgadzam z Pimposhka, Ewo :( nie wydaje mi się, żeby, jak piszesz, życzyła Ci czegokolwiek złego – na pewno tak nie myśli! Ona pyta, tak jak ja: „co gdyby?”
          Przygotowałaś się do porodu i miałaś świetną intuicję, ale… co gdyby dziecku cokolwiek się stało?
          Mogłabym napisać teraz dużo „umoralniającego” tekstu, ale byłoby to nawracanie Cię na mój punkt widzenia. Nie napiszę zatem.

          Ale proszę – mówię to jako prawie – psycholog, już niedługo! – rozważ wybranie się na terapię, tym razem z odrobinką chęci. Pomyśl o tym :) opinia to opinia, ale warto porozmawiać z kimś, usunąć ten lęk.
          Pozdrawiam serdecznie,
          Sissi.

          P.S. Zachowanie lekarzy z Twojego dzieciństwa jest absolutnie niedopuszczalne. Jest obrzydliwe i okrutne, niczym niewyjaśnione i niedopuszczalne. Byłam w szoku, czytając to, ale pamiętaj: nie każdy z nich jest taki. Każdy jest inny.

  25. Magdalena D napisał(a):

    Piękny tekst i piękna historia. Cały czas płakałam jak czytałam. Podziwiam Ewę z całego serca. Ja tez nie ufam lekarzom a przynajmniej większości i jesli nie bedzie zagrożone życie mojego dziecka to bedziemy rodzic w domu, z tą różnicą ze z położną która zaakceptuję. Szpital uważam za najgorsze zło tak dla nowo nagrodzonego dziecka jak i matki (miedzy innymi dlatego ze nie masz tam tak naprawdę kontroli co personel zrobi Tobie i dziecku – np szczepienia wbrew woli, podawanie sztucznego pokarmu, zarazki, ciagniecie za łożysko, nacinanie krocza itp). Cieszę sie ze poród sie udał i dziecko sie rozwija prawidłowo :) pozdrawiam i życzę powodzenia. PS Ewo nie przejmuj się hejtem od ludzi z wypranymi mozgami.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Trzymam kciuki za Ciebie i za plany ktore sobie w tym temacie poczynilas. To niezwykle wazne aby bylo tak jak tego chcesz :)

    2. aaaaanaaa napisał(a):

      Przed porodem kobieta o przeróżnych kwestiach decyduje – można też wybrać odpowiedni szpital. Co do nacinania krocza są przypadki, w których jest ono konieczne, bo inaczej może skończyć się pęknięciem czy rozerwaniem. Ale oczywiście Twoje ciało – Twój wybór. A co do hejtu to nie każdy negatywny komentarz tutaj jest hejtem. Po to są artykuły, żeby je komentować, a jeśli jesteśmy za wolnością to dajmy ludziom mieć odmienne zdania, przecież każdy ma prawo do własnej opinii, również negatywnej oceny opisanej sytuacji.

      1. Magdalena D napisał(a):

        Polozna w domu takze moze naciąć krocze. A w sytuacji kryzysowej mozna mieć zamówioną karetkę ktora dowiezie do szpitala w kilka minut. Jesli znasz taki szpital państwowy gdzie kobieta moze zdecydować o wszystkich tych kwestiach co wymienilam w moim pierwszym komentarzu to podziel sie. Bo nie każdego stać na szpital prywatny za kilka lub kilkanaście tysięcy.

        1. aaaaanaaa napisał(a):

          Niestety nie wiem czy w szpitalu można zdecydować o wszystkich poruszanych przez Ciebie kwestiach, odniosłam się tylko do nacinania krocza. Twój pierwszy komentarz brzmiał tak jakby w szpitalach bez potrzeby nacinali kobietom krocza, a w drugim sama przyznajesz, że są sytuacje, w których jest to konieczne. Dlatego myślę, że w szpitalach też robią to tylko wtedy. Znam osoby, które nie były rozcinane. Jednocześnie krytykujesz szpitale i dopuszczasz, że konieczne może być udanie się tam…nie bardzo to rozumiem. Z jednej strony szpitale to najgorsze zło dla kobiety, która rodzi, a z drugiej przyznajesz, że w przypadku komplikacji to jedyne miejsce, w którym ratują życie…Dodatkowo nie każda kobieta mieszka w miejscu, w którym karetka dowiezie ją i noworodka do szpitala w kilka minut…może to być i kilkanaście/kilkadziesiąt. Położna w domu odbiera poród za darmo i umówiona karetka nie kosztuje?

  26. To nie ja, chociaż nadal śledzę wątek. Ja z ochotą skorzystałam z Twojej rady napicia się winka i wyluzowania, po ciężkim dniu rozważań na temat wolności, praw człowieka moralności i innych niezwykle ważnych tematów, o których (nie wiedzieć czemu) najlepiej myśli mi się i filozofuje podczas sobotniego mycia okien, podłóg i sortowania prania :D Pozdrawiam!

  27. Joanna Leśniak napisał(a):

    Pani Ewo ;) Już wcześniej czytałam Pani komentarze dot. ciąży i lekarzy. Nie bardzo rozumiałam „jak tak można”, ale teraz już rozumiem co spowodowało tą fobię. Mam pytanie do Pani: Czy gdyby partner lub dziecko (odpukać!!) mieli wypadek i wylądowaliby w szpitalu, to czy spróbowałaby Pani się przemóc i odwiedziłaby ich w szpitalu? Czy jednak kontakt byłby tylko przez osobe 3 lub telefon? Zastanawiam się czy zdołałaby Pani jednak wejść w kontakt z „białymi kitlami” gdyby trzeba było oddać komuśnp. nerke lub przetoczyć krew.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Nie DAZE do koniecznosci odwiedzania chorych w szpitalu. Tzn. jesli ktos z dalszej rodziny, albo znajomy jest chory, to nie odwiedzam, 2 razy wyslalam do szpitala kwiaty kurierem takiej osobie. Gdyby to byla jedna z osob mi najblizszych (maz, dziecko, rodzice, rodzenstwo…), to bym pewnie odwiedzala, nie byloby to dla mnie przyjemne, na pewno bardzo stresujace, ale z racji tego ze nie byloby wtedy mozliwe aby „biale kitle” zajmowaly sie mna, bo nie wystepowalabym w roli pacjenta, to pojawienie sie byloby niewykluczone. Na pewno jednak zabralabym ze soba jakies podreczne srodki ochrony osobistej (gaz pieprzowy czy cos, gdyby personel zachowal sie w jakis zagrazajacy mi lub bliskim sposob, nie wybaczylabym sobie kompletnego braku mozliwosci dokuczliwej reakcji [ale zaznaczam ze traktuje to jako ewentualnosc, a nie jako cel wycieczki do szpitala zeby psikac pieprzem w kogo popadnie]).

      1. Joanna Leśniak napisał(a):

        Dalsza rodzina i znajomi to co innego niż najbliżsi. Zastanawiam się jednak gdyby rodzice lub dziecko potrzebowali przetoczenia szpiku lub nerki a jest Pani dobrym dawcą z racji zgodności genetycznej. Czy rozważałaby Pani pomoc? Jednak taki akt pomocy ratuje życie i zastanawiam się czy idzie jakoś oszukać mózg – „dobra Ewka! dla większego dobra! Uśpijcie mnie i wycinajcie!”. Jednak przed zabiegiem jak i po trzeba leżeć w szpitalu …

        1. Ewa z Reportazu napisał(a):

          Ogolnie: Nigdy zadnego usypiania, dotykania ani rozbierania sie w obecnosci lekarzy.

          Jesli chodzi o „szpik” to ten preparat szpiku o ktory chodzi, mozna wyizolowac z krwi obiegowej, czyli w warunkach zmedykalizowanych (szpital, klinika), ale sama procedura przebiega podobnie jak zwykle krwiodawstwo. Bylby to na pewno dla mnie wielki stres, ale w imie ratowania czyjegos zycia na pewno bym sie zdecydowala. Tym niemniej na pewno nie pozwolilabym sie przed tym badac, rozbierac, czy zostawac sam na sam z lekarzami. Zawsze musialabym byc przytomna, w pelni ubrana, oraz zawsze musialby byc przy mnie ktos komu bezgranicznie ufam ze nie jest w zmowie z lekarzami, lekarze musieliby tez obiecac a najlepiej podpisac dokument, ze w razie omdlenia i innych drobnych problemow towarzyszacych czasem pobieraniu krwi, nie beda mnie „ratowac”, zwlaszcza ze takie sytuacje nie sa w zadnym stopniu grozne, tylko wycuci mnie osoba bliska.

          Innymi slowy – operacyjne pobranie szpiku z kosci biodrowej w zadnym wypadku nie wchodzi w gre. Ale na szczescie nie jest konieczne, wybor metody pobierania jest dozwolony i rzadko kiedy istnieje wskazanie na ktoras z metod, a nawet jesli to jest to wskazanie a nie przymus. W 80% wskazan sugeruje sie pobieranie z krwi obwodowej, czyli tak jak akceptuje.

          Co do bycia dawca organow ktore mamy podwojne (np. nerka) to nie wiem, nie zastanawialam sie nad tym, tak naprawde w obliczu takiego dylematu stajemy dopiero gdy faktycznie trzeba to zrobic, a nie tak „w teorii” jak mnie teraz pytasz. Wiem, ze wielu ludzi sie na to mimo wszystko nie decyduje, tzn. np. boja sie ze ich wlasna nerka, ta druga ktora im pozostala przestanie pracowac i wtedy sami beda w zagrozeniu zycia. Wiec to sa rozwazania bardzo powazne, nie oparte tylko o moje poglady i leki, tylko caloksztalt sytuacji. Odpowiedz brzmi – na chwile obecna mysle ze nie przelamalabym sie, ale w praktyce nie wiem jakie targalyby mna emocje zwlaszcze gdyby chodzilo o meza lub nasze dziecko.

    1. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Do ustalenia terminu porodu w ogole nie jest potrzebny lekarz. Ciaza (zwykla, donoszona, terminowa) trwa ile trwa i w ogole nie jest potrzebny lekarz do tego zeby to obliczyc :)
      http://www.edziecko.pl/ciaza_i_porod/0,79533.html (to tylko dla przykladu kalulator).

      Jesli ciaza bylaby wpadka, to okreslenie prawdopodobnego terminu porodu byloby byc moze dosc trudne. Ciaza jednak byla dobrze zaplanowana, dokladnie wiedzielismy zarowno kiedy byl „poprzedni” okres, jak i kiedy byl dokladnie TEN stosunek ktory skonczyl sie zaplodnieniem.

    2. Ewa z Reportazu napisał(a):

      Do ustalenia terminu porodu w ogole nie jest potrzebny lekarz. Ciaza (zwykla, donoszona, terminowa) trwa ile trwa i w ogole nie jest potrzebny lekarz do tego zeby to obliczyc, po prostu trzeba miec dane – termin ostatniej miesiaczki, albo kiedy mniej wiecej byl ten stosunek ktory doprowadzil do zaplodnienia :)
      Mozesz wyszukac sobie jakikolwiek kalkulator online ktory automatycznie pokaze Ci jak to dziala. Szukaj pod haslem „kalkulator terminu porodu”, lub podobnie.

      Ciaza byla dobrze zaplanowana, dokladnie wiedzielismy zarowno kiedy byl „poprzedni” okres, jak i kiedy byl dokladnie TEN stosunek ktory skonczyl sie zaplodnieniem.

  28. Joanna napisał(a):

    Ewo, dziękuję za to, że opowiedziałaś o swoim doświadczeniu. Segritta, dziękuję za to, że jesteś i spisałaś historię Ewy. Chciałam rodzić w domu, ale się nie odważyłam (nastraszona przez lekarzy, bez oparcia w kimkolwiek). W szpitalu było koszmarnie, nie chcę tego opisywać, bo choć minęło ponad 20 lat, wspomnienia nie wyblakły. Krytykujący postawę Ewy zdają się nie rozumieć podstawowych rzeczy: wybór nie między ryzykiem a bezpieczeństwem, lecz między ryzykiem porodu naturalnego w komfortowych warunkach a ryzykiem porodu wśród obcych (niekoniecznie przyjaznych i kompetentnych) ludzi w warunkach koszmarnych. Zdaje się, że Sheila Kitzinger podawała dane o przeżywalności wcześniaków (!), a z danych tych wynikało jasno: szpital daje mniejsze szanse. Pomimo, że w szpitalu są super-hiper-cudowne urządzenia i świetnie wyszkolony personel. Gdybyś, Ewo, była moją córką, strasznie bym się o Ciebie bała (i pewnie bym błagała o badanie krwi co miesiąc), natomiast respektowałabym Twoje prawo do decyzji o Twoim ciele i Twoim dziecku. Bo jestem za wolnością. Bo konsekwencje w KAŻDYM wypadku spadłyby na Ciebie i Twojego męża. Bo wiem, że moje cudowne dzieci miałyby się lepiej, gdyby nie zostały mi odebrane po porodzie, gdyby nie były rzucane, jak kawałki mięsa. Nie wiem doprawdy, czy większa jest arogancja czy ignorancja człowieka, który widzi w Twoich decyzjach coś złego.

  29. Wpis z efektem WOW, aż mi mowę odebrało! Co za historia! Przez cały czas czytania myślałam, że to fikcja. Nie wyobrażałam, że tak mogło być rzeczywiście. Cudownie, że wszystko dobrze się skończyło, a bohaterka ma takiego opiekuńczego męża! Dużo szczęścia dla całej rodzinki! Pozdrawiam serdecznie :)

  30. Maria napisał(a):

    Jestem bardzo wdzięczna za ten tekst, bo poczułam, że jest ktoś kto ma bardzo podobne odczucia do mnie. Być może mój lęk nie jest tak silny jak Ewy aczkolwiek doskonale rozumiem co czuje i o czym opowiada. Sama również stronię od lekarzy – dentysta, okulista gdy już naprawdę muszę jakoś ujdą, z ortodontą nawet nie mam problemu – traktuję tę wizytę jak przyjście do fryzjera – robię to dla wyglądu, ale cała reszta… Jakoś zmusiłam się aby pójść do ginekologa, bo pani dr jest osobą zaprzyjaźnioną i ufam jej choć przez kilka dni przed wizytą zanoszę się łzami. Inny lekarz nie wchodzi w grę, wychodzę z założenia, że dawniej ludzie leczyli się sami, tak więc nie ma w tym nic nienaturalnego, choróbsko można przecież wyleżeć. Nawet jako dziecko nie skarżyłam się na swoje dolegliwości, bo tak bardzo bałam się, że mama zaprowadzi mnie do lekarza, w szpitalu byłam raz jako 4-latka ze złamaną ręką (siła wyższa), a traumę mam do tej pory, pamiętam jak ryczałam za każdym razem gdy na sali pojawiał się lekarz nawet jeśli przyszedł do kogoś innego. Sama operacja przed tym jak zadziałała narkoza w mojej głowie do dziś wygląda jak miejsce zbrodni, darłam się jak opętana. Przyjście na lekcje szkolnej pielęgniarki choćby w celu ogłoszenia o tym, że warto myć zęby, a ja miałam już mdłości. Jestem przerażona jak to będzie po studiach kiedy przyjdzie mi robić badania do pracy… pobieranie krwi okej, pielęgniarki się nawet nie obawiam o ile mowa tylko o pobieraniu krwi, ale cała reszta odpada…

    Kiedyś przyznaję, chciałabym mieć dziecko, ale za pewne nie odważyłabym się na samodzielny poród (za co autorkę baaardzo podziwiam!), ale rodzenie na jakie godzi się milion kobiet – jak takie mięso w rzeźni, bez szacunku, prywatności tym bardziej nie wchodzi w grę. Prawdopodobnie nie zajdę w ciąże dopóki nie znajdę miejsca gdzie pozwoli mi się rodzić godnie np. tak jak autorce zaproponował szpital, mogłabym to zrobić siłami natury o ile ginekolog i położna byłyby kobietami, a ja bym im zaufała na długo przed porodem, o żadnym innym zbędnym personelu i dzieleniu z kimś sali nie ma mowy.

    Uważam, że zachowanie Ewy jest godne podziwu, nie było to żadne tchórzostwo, dla mnie to wielka odwaga, że w ogóle zdecydowała się na dziecko. Wszelkie komentarze o egoizmie autorki są dla mnie totalnie wyjęte z czterech liter, bo przecież dziecko zostało zabrane na badania przez ojca. Ba, myślę, że dzieciątko będzie o wiele szczęśliwsze bez przewrażliwienia na punkcie zdrowia jakie występuje u wielu matek, byle kichnięcie i zaraz lekarz, szpital i inne pierdoły. Ponieważ znam hipochondryka wiem, że czasem nasz mózg potrafi doprowadzić do choroby samoistnie, więc bezproblemowy poród Ewy kompletnie mnie nie dziwi, po prostu tak nastawiła swój organizm.

    Droga Ewo, nie wiem czy jeszcze będziesz przeglądać na komentarze, ale jeśli czytasz moją wypowiedź to chcę Ci serdecznie pogratulować odwagi i świadomej decyzji, wszystkiego dobrego :)

  31. Agata napisał(a):

    Też bardzo poruszył mnie ten artykuł. Sama miałam trudny poród, który gdyby nie interwencja medyczna zakończyłby się poważnym niedotlenieniem mojego dziecka i cieszę się, że byłam wtedy pod dobrą opieką lekarzy.

    Chciałam poruszyć dwie kwestie:
    1. Pisanie, że brak komplikacji przy porodzie wynikał z takiego nastawienia, że wszystko powinno być dobrze (i dlatego było), jest nieco krzywdzące względem matek, które takie komplikacje miały. Tak jakby co najmniej same się do nich przyczyniły przez swoje obawy i czarnowidztwo. Otóż ja się nastawiałam bardzo pozytywnie i gdy ktoś mnie pytał, czy się boję porodu, odpowiadałam, że trochę tak, bo przecież nie wiadomo, jak się sprawy potoczą, ale jakoś przecież wszyscy na świecie się urodzili, więc i ja dam radę. Jestem szczupła, wysportowana, byłam aktywna w ciąży i ogólnie jestem raczej uśmiechniętą, optymistyczną osobą. Przedłużający się mocno poród i słabnące tętno mojego synka przyjęłam z niedowierzaniem – tyle razy słyszałam, że przy porodzie najważniejsze, co ma się w głowie, a przecież w mojej głowie były same dobre myśli.
    Później widziałam dobry reportaż na temat kobiet w Sudanie, które w większości rodzą w warunkach domowych (nie mają jednak takiego dostępu do informacji Ewa) i co szesnasta z nich przy tym umiera. To bardzo dużo. Ile umiera tam noworodków, nie wiadomo dokładnie. I co z tego, że to tak zgodne z naturą, że mogą im towarzyszyć bliskie osoby (matki, siostry), które już wiele porodów same przeszły bądź były ich świadkami, jeśli brak jest fachowej pomocy? Tak było wszędzie na świecie i tak byłoby u nas, gdyby nie dostęp do służby zdrowia. W zasadzie reportaż traktował o pewnym szpitalu, w którego skromnych, mocno nieidealnych warunkach rodzą się dzieci kobiet, które pod koniec ciąży szły wiele dni, a później kolejne dni czekały po szpitalem, aż rozpocznie się ich poród, by urodzić pod okiem choć tej jednej położnej i dać sobie i dziecku większą szansę na przeżycie. Jakże skrajnie inne podejście od tego prezentowanego w artykule.

    2. Ciekawi mnie podejście Ewy do kwestii edukacji. Czy zamierza sama uczyć w domu swoje dziecko? Bo ja więcej nieprzyjemnych sytuacji z kimś, kto nadużywał swojej władzy wynikającej z pozycji mam nie z lekarzami, a z nauczycielami właśnie. Nauczycielami, którzy widząc kogoś słabiej sobie radzącego czy też po prostu wystającego jakoś poza schemat, robili wszystko nie by takiej osobie zapewnić pole do rozwoju, tylko raczej utemperować do swojej wizji albo nawet zwyczajnie pognębić. Nauczyciele, którym się nie chce, którzy się wypalili, którzy nie potrafią przyznać się do błędu.
    Tak jak jest wielu wspaniałych oddanych pacjentom lekarzy, którzy robią wszystko, aby pacjentowi autentycznie pomóc, tak samo wielu jest oddanych swojej pracy i uczniom nauczycieli. Ale niestety analogicznie mnóstwo jest lekarzy aroganckich, wręcz niekompetentnych, a przede wszystkim nie liczących się z psychiką pacjenta, co nauczycieli, którzy dają swoim uczniom jak najgorszy przykład braku szacunku do innych, kultury osobistej, czy właśnie nadużywania kompetencji. Mało jest przypadków, gdy nauczyciel molestuje uczniów? Osobiście nie miałam takich ekstremalnych sytuacji, ale w mojej pamięci są żywe niektóre sceny ze szkoły, gdy stając w obronie kogoś, komu moim zdaniem działa się krzywda, słyszałam „on nie potrzebuje adwokata”. Albo nie mogę uwierzyć, jak pokornie zniosłam nauczycielskie obcesowe uwagi, na które teraz jako osoba dorosła z pewnością bym znalazła stosowną ripostę.

    Nie jesteśmy w stanie dziecka uchronić przed wszystkim. Ale ja bardziej od lęku przed lekarzami (gdzie przecież zawsze mogę z moim dzieckiem być i w razie potrzeby nie zgodzić się na coś, co uważam za niestosowne) obawiałabym się właśnie relacji z nauczycielami.

    PS: Cieszę się, że Ewa szczepi swoje dziecko. Bo już się bałam, że i tego mu „oszczędzi”.

  32. Kazia napisał(a):

    Po przeczytaniu tekstu byłam pod wrażeniem, natomiast gdy zaczęłam czytać komentarze, zwłaszcza wypowiedzi Ewy z Reportażu, czyli głównej bohaterki, przekonana byłam coraz bardziej o nieodpowiedzialnej decyzji dotyczącej porodu samodzielnego bez opieki medycznej w warunkach domowych. Uważam, że ciąża każdej kobiety w pewnych aspektach jest, powiedzmy swoistym ” dobrem społecznym” i że obowiązkiem społeczeństwa jest pewnego rodzaju opieka nad kobietą w ciąży. Na przykład, obecnie szeroko komentowane ustępowanie miejsca w autobusie czy przepuszczanie w kolejce. Wliczam w to obowiązek zwrócenia uwagi ciężarnej, która pali czy pije alkohol. Zadbanie z boku o to, żeby nienarodzonemu dziecku nic nie zagrażało czy np. zareagowanie na krzywdzenie kilkulatka przez rodziców czy opiekunów, czy ogólnie krzywdę na ulicy. Dlatego w takich aspektach zgadzam się w ingerowanie w ciążę kobiety przez osoby trzecie. Mój sprzeciw wobec ryzykownej decyzji o porodzie bez lekarzy, najpierw gwałtownie się podniósł. Zaczęłam myśleć, co za nieodpowiedzialna kobieta z problemami psychicznymi? Jak większość ostro zareagowałam. Następnie to oburzenie jednak przeszło. Pierwsze negatywne emocje nasilały się wraz z negatywnym przedstawieniem medycznej „obsługi” porodu, przez panią Ewę i tym samym krytykę kobiet rodzących w szpitalach, że dopuszczają lekarzy do swoich intymnych rejonów i dają się dotykać. To mnie w komentarzach pani Ewy raziło, ponieważ negowało wybór kobiety o urodzeniu dziecka w szpitalu. Ja będę rodzić w szpitalu to mój wybór, uważam, że rozsądny, bo to moje pierwsze dziecko, ale tak naprawdę w głębi serca pozytywnie zazdroszczę Pani decyzji o urodzeniu dziecka w domu. Obecnie jestem w ciąży i marzę o porodzie w ciszy z moim mężem, przy świecach i miłym zapachu. Marzę o intymnej chwili z moim dzieckiem, o wydaniu go na świat we własnym tempie, w spokoju bez krzyku i przerażenia, a potem o leżeniu z nim skóra do skóry jak najdłużej. Jednak ja nie zdecydowałabym się na poród bez położnej gdybym mogła rodzić w domu. Nie urodzę w domu, ponieważ na razie z mężem wynajmujemy mieszkanie i waśnie przeprowadzamy się do kolejnego wynajmowanego i nie czułabym się tam bezpiecznie podczas porodu, bo to nie będzie mój dom. W przyszłości chcemy zbudować własny i mam nadzieje, że drugie dziecko uda się urodzić już w naszym gniazdku. Ten artykuł jest bardzo pozytywny mimo wszystko. Życzę dalszej wytrwałości w podejmowaniu słusznych ze sobą samą decyzji. Ja niestety muszę się sobie teraz trochę sprzeniewierzyć i to mnie boli. Nie będzie do końca tak jak sobie wyobrażam. Liczę na to, że i tak będzie pięknie, bo w końcu urodzę moje ukochane dziecko. Może następnym razem nabiorę odwagi, którą prezentuje pani Ewa i spełnię swoje marzenie.

Dodaj komentarz