Dlaczego Snapchat jest bez sensu i jakie trzy cechy sprawiają, że jednak zdobywa popularność

Pierwszy raz usłyszałam o Snapchacie od Krzysztofa Kanciarza. Ten słynny człowiek sukcesu wysłał mi wiadomość z przepowiednią, że Snapchat będzie kiedyś wielki, megapopularny, i że zdobędzie świat. Założyłam sobie konto i wysłałam Krzysztofowi prywatną wiadomość, po czym przestałam używać konta. Nie wiedziałam wtedy, że można tam tworzyć jakąś „my story” dostępną innym ludziom i może w ogóle kiedyś tej opcji nie było… W każdym razie nie przekonałam się do Snapchata.

Teoretycznie Snapchat to narzędzie do wysyłania gołych cycków, bo treść snapów znika po jakimś czasie.

Można wręcz zaznaczyć, że dany snap można odtworzyć tylko raz i tylko przez określoną liczbę sekund. Potem on znika i już nie można go zobaczyć. Tylko co z tego, skoro wystarczy zrobić screena ekranu telefonu, by zapisać sobie te cycki? Albo zainstalowac jeden z kilkudziesięciu programów do automatycznego zapisywania snapów znajomych? Prywatną wiadomość można wysłać przecież przez zwykłego messengera. Publiczne wideo publikuje się na youtube. Zdjęcia na instagramie. A jeśli ktoś chce łączyć jedno z drugim – ma od tego Fejsa. Po cholerę komuś nowe narzędzie, które ma mnóstwo ograniczeń i tylku dubluje funkcje dostępne w innych, istniejących już narzędziach? Bez sensu.

Treść i jakość snapów pozostawia wiele do życzenia.

Zdjęcia na Snapie można przerabiać. Kilkoma słabymi filtrami oraz dwoma hiperprostymi narzędziami do pisania i rysowania. Pierwsze pozwala napisać jedną linijkę tekstu o niezmiennym foncie – drugie pozwala rysować palcem po ekranie jednym z jasnych kolorów. Nie wychodzi to ładnie, nie urywa dupy, jest po prostu jakimś urozmaiceniem głównej funkcji portalu, jaką jest udostępnianie zdjęć i filmów naszym widzom. Wystarczy jednak poobserwować kilka najpopularniejszych polskich kanałów, by przekonać się, że to niewiele daje i treść oraz jakość snapów są fatalne w porównaniu do wideo na youtube, artykułów na blogach czy publikacji na Fejsie lub Instagramie.

Mur między autorem a widzem.

Widzowie. Nie mamy z nimi praktycznie żadnego kontaktu. Naszym zdjęć i filmów nie można komentować, lajkować ani szerować. Zauważyliście, że używam fejsowych określeń? To dlatego, że Fejs po prostu celująco odpowiedział na trzy podstawowe potrzeby twórców i konsumentów treści w Social Mediach: za pomocą lajków nasi widzowie informują nas, że widzieli i że im się podobało. Za pomocą komentarzy informują, dlaczego im się podobało, co się nie podobało i co zrobić, by kolejne podobały się bardziej. Szery zaś pozwalają rozreklamować autora i zdobyć kolejnych widzów. Snapchat tego nie ma. Dlatego snapchaterzy reklamują się na innych serwisach, spamując na fejsie, na instagramie, twitterze i na blogach nazwą swojego snapkonta – a o tym, czy snapy podobają się publiczności, mogą dowiedzieć się tylko dzięki liczbie zapisań danego snapa.

Tak, Snapchat jest po prostu słabym, gimbusowym narzędziem. Ale ma trzy, zajebiste zalety, które odróżniają go od innych portali socialmediowych: przyjmuje każdą treść, jest chwilowy i jest odporny na hejt.

Kilka dni temu dałam Snapchatowi drugą szansę i …wkręciłam się. Dlaczego? Bo jeśli chcę opublikować status na fejsa, to musi to być dobry status. Musi mieć ciekawy tekst albo dobre zdjęcie. Nie wrzucam na fejsa zdjęcia obiadu, nie piszę, że „pada deszcz”. Wiem, że słaby post na fejsie obniży mój edgerank i zawiedzie moich obserwatorów. Na instagramie też nie ma wielu zdjęć jedzenia. Staram się, by każda fotka była inna od poprzedniej, by treść była różnorodna i po prostu ładna. Robię całą serię zdjęć, z których wyławiam jedno, najlepsze – a i ono nie zawsze ląduje na instagramie. Snapchat jest pod tym względem dużo mniej wymagający.

Nie można na Snapa wrzucić wcześniej nakręconego, zmontowanego wideo ani zdjęcia z lustrzanki. Nie czujesz więc presji, by to, co wrzucasz, było wysokiej jakości.

W Snapie chodzi o to, żeby pokazywać to, co się robi, widzi i myśli. Nie wnikam już w socjologiczne aspekty tego zjawiska i w to, czy ludzie chcą faktycznie oglądać przeciętny dzień jakiegoś blogera – czy to on sam chce się dzielić ze światem każdą sekundą swojego życia, ale do tego właśnie służy Snap i poza nielicznymi wyjątkami to robi większość jego użytkowników. Nie oszukujmy się – nie każdy ma 10 pomysłów dziennie na zabawne zdjęcie lub tekst. Większość po prostu nagrywa każdą pierdołę. I dobrze. O to w tym chodzi. Na fejsa i na instagram pierdoły nie wrzucisz. Tu wrzucisz.

Każdemu, kto prycha na myśl o tym, że miałby obserwować codzienność blogerów na snapie, wystarczy pokazać statystyki snapchaterów. Są ogromne. Najwyraźniej ta nudna codzienność jest dla ludzi ciekawa. Ba, ciekawsza nawet od dopracowanych postów na innych portalach. Może to dlatego, że jesteśmy ciekawi „prawdziwej twarzy” ślicznej szafiarki? Albo tego, czy nasz ulubiony bloger spędza czas podobnie do nas?

Drugą przewagą Snapa nad Fejsem i Instagramem jest jego chwilowość.

Treści są luźne, niedopracowane, „brudne”, ale też znikają po 24 godzinach. Nie trzeba ich przechowywać – bo i po co. Tak, fajnie jest czasem pobawić się w archeologa i pogrzebać w starych postach lub zdjęciach na Fejsie, ale tak naprawdę nasze posty żyją dzień lub dwa. Tow  tych dniach zdobywają najwięcej lajków, komentarzy i szerów. To wtedy docierają do największej liczby odbiorców. W starych postach grzebią już tylko ich autorzy albo psychofani.

Nie da się hejtować na Snapie.

Trzecia zaleta Snapa wynika z jego największej wady – z braku możliwości interakcji z widzami. Otóż dzięki temu, że snapów nie można komentować, twórcy snapów są też chronieni przed hejtem. Jeśli masz dziesięciu czytelników, nie znasz tego problemu, ale uwierz mi, że gdy jest ich kilkadziesiąt tysięcy, zawsze są wśród nich hejterzy, których ulubioną rozrywką jest psuć ci humor. Na Snapie ich nie uświadczysz.

I tym optymistycznym akcentem kończę mój wakacyjny wpis. Na moim snapie – segritta – możecie znaleźć relację z parku linowego w hotelu Grand Chotowa, gdzie spędzamy wakacje, oraz posłuchać, jak piękne śpiewam. Wrażenia nie do podrobienia :)

11802044_10153656796042847_313581996_n

Komentarze do wpisu: 17 Napisz komentarz

  1. Niestety ostatnio odkryłem, że można na snapa wrzucać wcześniej zrobione fotki (przynajmniej na andro). Mam nadzieje, że ludzie nie zaczną tego używać, bo mam dosyć np. tego pseudo mobilnego contentu który ląduje po długaśnym procesie post produkcyjnym, jako niekwadratowe zdjęcie na instagramie.

  2. ohmygot napisał(a):

    Z wieloma rzeczami się zgadzam, ale co do kolorowania – jest wiele kolorów. Nie tylko jasne. Przynajmniej u mnie (android), rozsuwa się potrójna paleta barw – kolory ciemne, podstawowe oraz pastele, a nawet dwa kolory półprzeźroczyste (biel i czerń – przydatne). Z dodatkiem odpowiedniego touch pena (chyba tak to się nazywa?) można porobić całkiem ładne rysunki. Wittamina pisała na blogu o snapchacie i tak umieściła kilka przykładów prac snapchatowych artystów.
    Ale jeśli już ktoś chciałby wiele rysować po ekranie telefonu, to lepiej kupić telefon typu Note.

  3. ohmygot napisał(a):

    Btw – przed paroma minutami dodałam Cię do znajomych na podstawie samego zdjęcia ;) Snap ma kilka takich ciekawych funkcji, jednak jego głównym celem jest utrzymanie kontaktu. Z paroma rzadko widywanymi znajomymi u mnie daje radę :)

  4. Kinga napisał(a):

    Hej, dlaczego akurat Chotowa? Mieszkam blisko i tu taka miła niespodzianka☺ W każdym razie pozdrawiam i udanego wypoczynku życzę.

Dodaj komentarz