Dwa eksperymenty psychologiczne, które ujawniają przerażającą właściwość ludzkiej natury

Kuba Wojewódzki i Piotr Kędzierski prowadzą radiowy program rozrywkowy. Pewnego dnia postanawiają „sprawdzić zasięg radia” i proszą słuchaczy o napisanie obraźliwego, niekulturalnego komentarza pod instagramowym zdjęciem blogera modowego.

Wojewódzki: Postanowiliśmy sprawdzić zasięg i słuchalność naszego radia poprzez test związany z Instagramem. (…) Prosimy o wejście na profil Ekskluzywnego Menela i prosimy napisać tekst…

Kędzierski: …pocałuj mnie w dupę…

Wojewódzki: …tak. Każdego kto napisze „pocałuj mnie w dupę” na profilu Ekskluzywnego Menela będziemy wymieniać i chwalić w radiu.

W efekcie pod zdjęciem Ekskluzywnego Menela pojawia się kilkaset obraźliwych komentarzy od osób, które go nie znają i którym nie wyrządził on żadnej krzywdy. Bloger nie wydaje się poruszony tym atakiem i w odpowiedzi zamieszcza swoje nagie zdjęcie z wieku niemowlęcego i opis:

Zupełnie przez przypadek został powołany dzisiaj DZIEŃ CAŁOWANIA W DUPĘ – z tej okazji kawałek mojej ? ale aby nie było tak pusto: przekażę 50 groszy dla #WOSP za każdy komentarz, który pojawi się w ciągu dwóch godzin pod tym zdjęciem, o treści: „Wojewódzki i Kędzierski całują zady”

Informację o odpowiedzi blogera podaję jedynie informacyjnie, gdyż nie ma ona większego znaczenia dla istoty tego amatorskiego eksperymentu, który w istocie nie miał być żadnym eksperymentem, a jedynie żartem, niezbyt zresztą śmiesznym. Celnie piętnuje go Janek Favre, krytykując Wojewódzkiego i Kędzierskiego za nawoływanie do nienawiści. Mnie razi nie sama audycja i żart, nie prowadzący, ale właśnie ludzie, którzy ochoczo zabrali się za hejtowanie niewinnego człowieka tylko dlatego, że ktoś im kazał. Bez żadnego przymusu, bez żadnych znaczących profitów, ot tak, żeby zadowolić celebrytę i żeby ktoś ich pochwalił w eterze.

Nie wiem, czy ci ludzie mają po 15 lat i dwie szare komórki w głowach z powodu problematycznego dojrzewania, czy po prostu nie zdają sobie sprawy z tego, jak krzywdzący jest hejt. Dla mnie są to ludzie bez kręgosłupów moralnych – a dla nauki: zwykli ludzie, niewyróżniający się niczym z masy zupełnie normalnych, podatnych na wpływ autorytetu jednostek, którzy podlegają tym samym mechanizmom, które uczyniły z Niemców hietlerowców. I ten prosty, wycelowany w przypadkowego blogera atak potwierdza wnioski, jakie w 1962 roku wyciągnął ze swojego psychologicznego eksperymentu Stanley Milgram.

Eksperyment Milgrama – Posłuszeństwo wobec autorytetów

W 1961 oraz 1962 roku Stanley Milgram postanowił zbadać, czy naród niemiecki jest jakoś szczególnie podatny na wpływ autorytetu, skoro tak ogromną jego część dało się zmanipulować do ślepego posłuszeństwa wobec nieludzkiej ideologii i rozkazów prowadzących do masowego ludobójstwa. Przeprowadził więc eksperyment, który odbił się szerokim echem nie tylko w środowiskach naukowych i do dziś szokuje wynikami.

Do ośrodka badawczego zaproszono dwoje ludzi i poinformowano ich, że biorą udział w eksperymencie badającym wpływ kar na pamięć. Losowo wybrano spośród nich nauczyciela oraz ucznia, a następnie ulokowano ich w oddzielnych pomieszczeniach. Nauczyciel miał czytać uczniowi pary wyrazów, a następnie sprawdzać, czy uczeń dobrze je zapamiętał. Za każdą nieprawidłowo wskazaną parę miał za pomocą maszyny aplikować uczniowi wstrząs elektryczny – z początku niewielkie (45V), a za każdą złą odpowiedzią coraz silniejszy, aż do 450V.

W rzeczywistości jedyną osobą badaną był nauczyciel. Uczeń był podstawionym naukowcem udającym zwykłego ochotnika i tak naprawdę nie był rażony prądem. Nauczyciel jednak tego nie wiedział. Zgodnie z jego wiedzą, uczeń był w pomieszczeniu obok, udzielał odpowiedzi i dostawał coraz silniejsze wstrząsy elektryczne za każdy błąd (nauczyciel był tez na początku rażony najmniejszą dawką wstrząsu, żeby na pewno zdawał sobie sprawę z efektu, jaki taki wstrząs wywiera na uczniu). Nauczyciel słyszał też krzyki bólu ucznia i jego błagania o przerwanie eksperymentu.

Przed rozpoczęciem badania uczestnik był wyraźnie informowany, że zapłatę za udział w eksperymencie otrzyma niezależnie od tego, co zrobi w jego trakcie. Już za samo pojawienie się na badaniu dostawał wynagrodzenie w wysokości 4,5 dolara (dzisiejsze około 30 dolarów). Nie powstrzymywało go to jednak przed aplikowaniem kolejnych, coraz silniejszych wstrząsów.

Badanie przebiegało zawsze w ten sam sposób. Uczeń odpowiadał źle, więc nauczyciel raził go prądem. W pewnym momencie dawki były tak mocne, że uczeń zaczynał krzyczeć i prosić o przerwanie badania. Jednak nauczyciel był proszony o kontynuowanie, co też czynił. Czytał kolejne pytania i włączał kolejne przyciski „kary”. Gdy dźwięki z pokoju ucznia umilkły, co mogło oznaczać, że badany stracił przytomność, nauczyciel wciąż powtarzał sekwencję. Aż do ostatniego przycisku – czyli napięcia 450V. Tak postąpiła zdecydowana większość badanych. W niektórych wariantach eksperymentu (który prowadzony był w różnych miejscach, środowiskach i wśród najróżniejszych grup społecznych i u obu płci) ponad 90% badanych dochodziło do samego końca i w końcu raziło ucznia najsilniejszym wstrząsem elektrycznym.

Wniosek jest prosty: zwykły, dobry człowiek, który nie ma cech mordercy ani sadysty, jest zdolny zadawać ból drugiemu człowiekowi tylko dlatego, że jakiś autorytet (w tym przypadku naukowiec w kitlu) mu każe. Tylko około 20% badanych w pewnym momencie odmawiało kontynuowania eksperymentu i nie zgadzało się na torturowanie „ucznia”.

Szczegóły eksperymentu, różne dane na temat badanych, statystyki reakcji i treść kwestii wypowiadanych przez naukowców podczas eksperymentu znajdziecie tu.

Eksperyment więzienny

W 1971 roku Philip Zimbardo przeprowadził eksperyment polegający na symulacji więziennego życia. Wzięło w nim udział 24 studentów, których losowo przydzielono do grup więźniów oraz strażników więziennych. Przez 24 godziny na dobę, podczas dwutygodniowego pobyto w podziemiach uniwersytetu, mieli oni „odbywać karę więzienia”. Poza tym nie dostali żadnych instrukcji, jak mają się zachowywać. Eksperyment przerwano po zaledwie 6 dniach, gdyż zachowania strażników przekroczyły wszelkie przewidywania naukowców, a zdrowie psychiczne i fizyczne więźniów stało się zagrożone. Strażnicy znęcali się nad więźniami psychicznie, odmawiali im prawa do mycia, jedzenia posiłków, zmuszali do symulowania stosunków homoseksualnych, kazali im załatwiać się do wiader w zaimprowizowanych celach. Już po kilku dniach więźniowie zaczęli sądzić, że nie biorą udziału w żadnym badaniu naukowym, tylko są w prawdziwym więzieniu i nigdy z niego nie wyjdą. Sam Zimbardo, który był „naczelnikiem więzienia” w eksperymencie, przyznał później, że za bardzo zaangażował się emocjonalnie w jego przebieg i wszedł w rolę strażnika, co było błędem.

Co ciekawe, ta grupa 24 studentów była dość restrykcyjnie wybrana. Badani nie mogli mieć żadnej przeszłości przestępczej, musieli być zdrowi i stabilni emocjonalnie, bez żadnych inklinacji sadystycznych. To byli tacy sami ludzie, jak Wasi znajomi z uczelni. Zwykli, mili studenci. A jednak większość z nich znęcała się nad więźniami w sposób wskazujący na odczuwanie przyjemności z zadawania bólu drugiemu człowiekowi lub przynajmniej na potrzebę podkreślania swojej władzy i ciągoty do jej nadużywania. Żaden ze strażników nie odmówił wykonania rozkazu. Żaden nie przerwał eksperymentu. Więźniowie zaś wspominają eksperyment jako doświadczenie prawdziwe, realistyczne, w którym zaczęli zatracać własna tożsamość.

Celem eksperymentu było między innymi „skonfrontowanie tezy o radykalnej zmianie zachowania (skłonności do ogromnego okrucieństwa) zwyczajnych ludzi, kiedy stają się anonimowi i mogą traktować innych przedmiotowo (źródło: wikipedia)”. Obserwując komentarze w Internecie, odnoszę wrażenie, że podobny eksperyment prowadzony jest codziennie w sieci. Anonimowość – a nawet mniej, bo zwykła wirtualność kontaktu – budzi w człowieku sadystę. I wystarczy, że ktoś mu powie „zrób to!”, by ten sadyzm zrealizować.

Chciałabym, żebyś się teraz, drogi Czytelniku, zastanowił. Nie nad tym, jak wypadłbyś w eksperymentach Zimbardo i Milgrama, bo pewnie jesteś przekonany, że nie poddałbyś się presji i nie robił nikomu krzywdy. Zastanów się, czy ktoś nie ma władzy nad Twoją moralnością. Ktoś inny niż Ty sam. Czy przypadkiem nie ma na świecie takiej osoby, której poleceń nie będziesz kwestionować i której słowo będzie dla Ciebie rozkazem. To nie musi być idol, to może być przedstawiciel jakiegoś zawodu, rodzic, polityk, pisarz… I wcale nie musi chodzić o rażenie prądem bądź tortury psychiczne. Mówię o takim zwykłym „żarciku” internetowym jak głupi, obraźliwy komentarz pod czyimś zdjęciem.

Zastanów się też, zanim skrytykujesz kogoś w sieci, czy byłbyś w stanie dokładnie to samo powiedzieć tej osobie w oczy. Czy słowa, które z taką łatwością wklepujesz w klawiaturę komputera, wypowiedziałbyś też na głos gospodarzowi na kolacji w jego domu.

A Kubie Wojewódzkiemu, którego wciąż uważam za zabawnego, błyskotliwego człowieka, sugeruję, by nie wykorzystywał swojego autorytetu medialnego do obniżania kultury swoich widzów i słuchaczy – ale do dbania o jej wysoki poziom. Bo wraz z popularnością celebryta bierze na siebie też pewną odpowiedzialność za to, jak myślą jego fani.

Komentarze do wpisu: 23 Napisz komentarz

  1. Karolina Filipczyk napisał(a):

    Czytam i nie wierzę. Wiem, że ludzie z natury są podatni na wpływy innych, ale nie wierzę, że pod tymi wpływami są zdolni do okrucieństwa i zatracenia wszelki wartości moralnych. Seg, dobrze, że jesteś. Dobrze, że o tym mówisz.

    1. A Ja w to wierzę. za dużo zła widziałam. jesteśmy tacy na ile nas sprawdzono. sama nie wiem czy w podobnych okolicznościach siłą przetrwania nie wymusiłaby na mnie zachowania, na które w sprzyjających warunkach nigdy bym nie zdecydowała.
      A hejtu nie stosuje. mnie to nie rajcuje. uwazam, że hejtują ludzie zakompleksieni i nieszczęśliwi.

    2. Madix napisał(a):

      Przypomnij sobie może w takim razie, czy przypadkiem w Twojej klasie nie było kozła ofiarnego. Jestem przekonana, że był – właściwie w każdej klasie jakiś jest. I zawsze obrywa właściwie za nic – niby inaczej wygląda, niby inaczej się zachowuje, ale tak naprawdę to po prostu zawsze z ludzi (w tym wypadku z dzieci) wyłazi zwykła chęć bycia skurwysynem i odegrania się na kimś za to, że się miało zły dzień.

      Ludzie są mega podatni na wpływy. Czułam to bardzo, kiedy tylko ubrałam się w jakikolwiek sposób ekstrawagancko – zakładałam płaszcz do ziemi, glany bądź krawat. Zdziwione spojrzenia, tak jakby nigdy takich fragmentów ubrania nie widzieli… a przecież to, jak się ubieramy, to kwestia mody, często tego, że ktoś powiedział nam, że coś nosić wypada, a coś nie… a większość nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, że można ubrać się tak, jak się nam podoba, a nie tak, jak gazeta napisała, że jest ładnie, albo tak, jak wszyscy koledzy z pracy/szkoły.

      Podobnie jest oczywiście we wszystkich innych sferach – o wielu rzeczach w grupie się nie mówi, bo po prostu wiesz, że jako jedyna osoba o takich poglądach możesz spotkać się z wyśmianiem, zamiast rzeczowej dyskusji. I pół biedy, jak wyśmieją Cię w twarz – gorzej, jak za Twoimi plecami zrobią z Ciebie wariata i zaczną się od Ciebie izolować, traktując jak trędowatego. Ja tak w liceum trafiłam na cenzurowane i wypadłam z kółka wzajemnej adoracji już na samym początku, bo kiedy koleżanka powiedziała o koledze o gejowatym wyglądzie per „zjeb” ośmieliłam się bronić go mówiąc, że go lubię… Jasne, totalnie żałosne, ale handluj z tym, jak trafisz w grupę osób bez porządnego kręgosłupa moralnego, a takich w społeczeństwie większość.

      Moją metodą na to szaleństwo jest utrzymywanie własnego kręgosłupa moralnego w jak najlepszej kondycji i obrona słabszych, tłumienie zła i perfidnej, nieuzasadnionej przemocy i prześladowań wtedy, kiedy to możliwe. Ucinam plotki, bronię atakowanych, nie pozwalam przy mnie wyrażać się źle o znajomych. Staram się dostrzec i mówić o możliwych motywach postępowania osoby, która źle się zachowała, zamiast po prostu ją potępiać, nie mówić o innych nic, czego nie mogłabym im powiedzieć prosto w twarz. Wierzę, że nawet plotkarzy można nieźle nauczyć empatii własnym przykładem i szczerością. Grunt, to samemu nie robić świństw i nie pozwalać ludziom wokół robić ich przy Tobie, a wówczas już ich ilość na świecie się zmniejsza :)

  2. Oba eksperymenty bardzo dobrze znam ze studiów, a mimo to za każdym razem, gdy o nich czytam, po prostu przerażają mnie na nowo.
    Zachowanie wszystkich piszących pod zdjęciem na Instagramie też mnie przeraża, a jednocześnie udowadnia, że tak naprawdę nigdy się nie zmienimy. Tyle że jest różnica – może niewielka, ale jednak – gdy mamy nad sobą „autorytet” (choćby w postaci naukowca, który wcale nie musi nim być, ale się za niego podaje), a gdy ktoś, kto słynie z bardzo niesmacznych żartów każe nam pisać „pocałuj mnie w dupę” for fun. Bo naprawdę argument ze sprawdzaniem zasięgu radia do mnie kompletnie nie przemawia.

    1. Też chciałam napisać, że jest różnica między tym, gdy coś nam nakazuje naukowiec, a celebryta i że słuchanie Wojewódzkiego to jednak większy żal. Z drugiej strony – dysproporcja między pisaniem głupot w internecie a rażeniem prądem też spora.

  3. Ten sam schemat występuje przy naszych codziennych wyborach,np. kulinarnych – jemy zwierzęta okrutnie traktowane z masowych hodowli, jemy jajka od zamęczanych kur hodowanych w okropnych warunkach, a wszystko przez to, że jesteśmy anonimowi i nikt nas z tego nie rozliczy, możemy traktować te zwierzęta przedmiotowo. Nawet jeśli wiemy, że coś jest złe, patrzymy na innych i na nasze autorytety i przestajemy samodzielnie myśleć

  4. Daria_Wiktoria napisał(a):

    Studiuję psychologię i te badanie są często przytaczane, ale eksperyment więzienny Zimbardo wciąż mnie przeraża. Mimo, że oglądaliśmy nagrania z eksperymentu, to wciąż nie potrafię uwierzyć w to, że ludzie tak łatwo stają się okrutni.

  5. Sylwia Laskowska | sylik.pl napisał(a):

    Jeżeli ktoś nie słyszał i nie oglądał, to polecam obejrzeć „Powtórzenie” Artura Żmijewskiego. Powtórzono w nim eksperyment więzienny Zimbardo, tylko że w 2005 roku w Polsce. Niby replikacja tego badania, niby wszyscy o nim słyszeli, a obserwacja tego, jak zachowywali się „strażnicy” i „więźniowie”, to nadal wstrząsające przeżycie. Co ciekawe, polski eksperyment zakończył się inaczej niż ten Zimbardo (jemu kazała przestać jego studentka, w której się podkochiwał), ale chyba nie zdradzę jak, żeby nie spoilerować ;)

      1. Sylwia Laskowska | sylik.pl napisał(a):

        No właśnie :) A jeszcze przypomniała mi się taka ciekawostka. Mój kochany profesorek od psychologii społecznej tłumaczył, że w dzisiejszych czasach badania Milgrama i Zimbardo są fachowo określane mianem pseudo eksperymentu. Dlaczego? Bo kontrolowali za mało zmiennych… Niestety w dzisiejszych czasach prawdopodobnie żadne czasopismo naukowe nie opublikowałoby tych badań :/

  6. Sephi napisał(a):

    I Zimbardo i Milgram są chyba najczęściej krytykowanymi (ze względu na błędy w przeprowadzeniu, za brak etyki nawet cześciej). Milgramowi zarzucano nawet manipulowanie wynikami. Inne nieprawidłowości to m.in. możliwość że część badanych nie wierzyła że wstrząsy są naprawdę aplikowane (jeden z nich opisywał w wywiadzie, że administrował je bo sądził że rozgryzł eksperyment. Milgram zaklasyfikował to jako „sposób radzenia sobie z poczuciem winy” i nie wykasował danych w tych przypadkach), nakłanianie ochotników do kontynuowania korzystając z komunikatów, które nie pojawiły się w opublikowanej metodologii itd. O Zimbardo jest tego jeszcze więcej. Czyli może jednak nie tak łatwo wyciągnąć z nas zło, a jeśli nawet, to psychologowie nie chcą w to wierzyć :D

  7. Jakoś szczerze mówiąc nie chce mi się w to wierzyć. Słyszysz za ścianą błaganie o pomoc, krzyki i płacz a mimo to krzywdzisz drugą osobę bez zupełnie żadnego powodu bo ktoś obcy Ci „każe”? Nawet nie każe w sumie, przecież naukowiec do niczego absolutnie nie zmuszał w tamtym eksperymencie.
    Jedyne co mogło to doświadczenie dowieść to fakt, że niektórzy ludzie nie używają mózgu.

  8. Dzisiaj usłyszałam informację, że audycja Wojewódzkiego i Kędziora ma zostać zdjęta z anteny z dniem 31.stycznia 2016. Podobno jest to strategiczna decyzja zarządu Agory, który postanowił przekształcić Rock Radio w Radio Pogoda. Trochę szkoda, bo muzykę puszczali fajną, ale z drugiej strony poziom „żartu” prowadzących często mnie, zacofaną i niepostępową prostaczkę zniesmaczał.

  9. Morrrigan napisał(a):

    trzeba dodać, że w eksperymencie Milgrama naukowiec nie tylko wydawał polecenia. wpierał on ludziom, że eksperyment nie odniesie negatywnego skutku, jest całkowicie bezpieczny i potrzebny. zdecydowana większość osób badanych nie wycofała się, bo zaufała naukowcowi.

    1. Nie mówił, że jest bezpieczny. Jedyne kwestie, które wypowiadał, to:

      „Proszę kontynuować”
      „Eksperyment wymaga, aby to kontynuować”
      „Proszę kontynuować, to jest absolutnie konieczne”
      „Nie masz innego wyboru, musisz kontynuować”

      1. Morrrigan napisał(a):

        naukowiec na zapytania „nauczyciela”, czy eksperymenty stanowią zagrożenie dla „ucznia”, odpowiadał, że nie wywołują uszkodzenia tkanek. nauczyciel był przekonany, że uczeń wyjdzie z tego bez szwanku, ponieważ nie miał świadomości, jak naprawdę wstrząsy elektryczne o takiej sile wpływają na organizm.

  10. Pominęłaś jedną kwestię w eksperymencie pierwszym. Z tego co pamiętam z wykładu, to najpierw badało się ludzi bez obecności „autorytetu”, a za drugim razem dopiero stawiano naukowca i wtedy można było porównać, że gdy naukowca nie było, to większość ludzi przerywała badanie i nie wciskała najwyższych wartości, a gdy naukowiec się pojawił, proporcja była zupełnie odwrotna.

Dodaj komentarz